Na przekór przeznaczeniu: László Kleinheisler

2 lata temu Na przekór przeznaczeniu: László Kleinheisler
fot. instagram.com/ @werderbremenES

- Lackó, kiedyś zostaniesz piłkarzem – miał powiedzieć ojczym do dwulatka, który jeszcze nie do końca rozumiał sytuację w jakiej się znalazł. Przepowiednia okazała się prawdą, ale cena jaką wszyscy musieli zapłacić była niewyobrażalna

„Dzieciaku, jesteś do bani (…), wracasz tam, skąd przyszedłeś!”

Piłka nożna nie jest międzynarodowym językiem i nigdy nie będzie w stanie zastąpić standardowej komunikacji międzyludzkiej. Kropka. Jeśli jesteś profesjonalistą, musisz dostosować się do panujących wokół ciebie reguł, posypać głowę popiołem i przysiąść do nauki.

No chyba, że sprawa tak naprawdę jest znacznie bardziej złożona niż się wszystkim wydaje.

Urbán Flórián jednym wpisem na Facebooku wywołał dyskusję, która w nawet najmniejszym stopniu nie doprowadziła do prawdy o niemieckiej przygodzie László Kleinheislera. 48-letni Węgier może nie uchodzi za jakiś potężny autorytet w środowisku, ale ma wyrobioną renomę oraz zabiera głos w wielu sprawach. Nie omieszkał wypowiedzieć się w kwestii utalentowanego pomocnika, który natrafił na ślepą uliczkę w swojej karierze.

„Tak naprawdę nie chciałem, żeby moja opinia ukazała się publicznie. Balázs Szabados zrobił z nich newsa na jednym z największych portali społecznościowych (…) i… stało się”, mówił były piłkarz na łamach origo.hu. Sedno problemu stanowiły mocne słowa pod adresem młodego, perspektywicznego zawodnika:

„Dlaczego nie można tego powiedzieć na głos? Dzieciaku, jesteś do bani, nie jesteś w stanie poradzić sobie w drugiej Bundeslidze, więc wracasz tam, skąd przyszedłeś! Bo co? Bo raz udało mu się walnąć w bramę w Oslo, nagle wzbudził wielkie zainteresowanie i szczęśliwie szybko odpalił w Werderze. No ale wystarczyło kilka tygodni, żeby w Bremie ogarnęli, że coś nie tak. Równie szybko wypożyczyli go do jakiejś małej ekipy, żeby sprawdzić, czy tam sobie poradzi, ale skoro mu się nie udało, to nie zwlekali i odesłali go do domu.”, napisał Urbán Flórián.

Wpis był odpowiedzią na pogłoski, że Niemcy zdecydowali się na wypożyczenie do Ferencvarosu, żeby zawodnik przyswoił niemiecki na nieco wyższym poziomie. Oczywiście rozpętała się potężna burza, a Węgier został wywołany do tablicy portalu origo.hu, dla którego udzielił obszernego wywiadu i  wyjaśnił, że tak naprawdę nie chciał nikogo obrazić, a jedynie zwrócić uwagę na niepojęty fenomen.  W tej samej rozmowie przyznał, że nie miał pojęcia o prawdziwym tle tej historii, a jedynie wziął pod uwagę fakt, że języka najłatwiej nauczyć się na obczyźnie. No bo pomyślmy! Jak prawdopodobne jest to, że piłkarz jest odesłany na pół roku do domu, żeby nauczyć się niemieckiego, którego nie był w stanie pojąć w Niemczech w przeciągu ostatnich kilku miesięcy? - podsumował Flórián.

Zaraz po tym, jak rozgorzała ta cała afera, pojawiły się inne, interesujące fakty. Głos zabrał Attila Kozák – reprezentant agencji, z której usług korzysta Kleinheisler. Powiedział rangado.hu, że wcale nie chodziło o brak umiejętności: „László otrzymał w Niemczech profesjonalną opinię, że jest na odpowiednim poziomie, żeby walczyć o miejsce w składzie i widzą go jako naprawdę dobrego piłkarza, który nie jest w stanie zrobić kroku do przodu ze względu na problemy komunikacyjne. Nie chodzi o to, że on nie jest w stanie się wypowiedzieć, a o to, że nie do końca rozumie wyrażenia, czy to co chce mu przekazać trener. Jeśli trener jest niecierpliwy, sprawa wygląda bardzo prosto – zawodnik zatrzyma się w rozwoju.”, podsumował.

Dziennikarze portalu origo.hu poszli jednak o krok dalej i uderzyli do źródła. Zapytali w Werderze, czy Kleinheisler otrzymał ultimatum – albo nauczy się języka, albo wróci do kraju? Odpowiedź była krótka, prosta i niesatysfakcjonująca: Możecie być pewni, że wasze informacje są nieprawdziwe. Z tego powodu chwycili się ostatniej deski ratunku i skontaktowali się z Björnem Knipsem, który na co dzień jest bardzo blisko związany z klubem. Jego zdaniem László jest potężnym wojownikiem, ale nie jest wystarczająco dobry pod względem taktycznym, popełnia mnóstwo błędów i stanowi zagrożenie dla drużyny. Dziennikarz potwierdził, że Węgier w ogóle nie mówił po niemiecku, a jego angielski niesamowicie zardzewiał, co stanowiło barierę nie do przeskoczenia w kontaktach z trenerem i drużyną. Brak jest informacji o rzekomej intencji wypożyczenia do Ferencvarosu celem nauki języka.

Pieniądze z kamieniołomu

Tak naprawdę to wszystko wcale nie musiało się wydarzyć. László mógł nigdy nie wyjechać z kraju, nie opuścić rodzinnej wioski, nie pomóc rodzicom w aż takim stopniu. I chociaż takie co by było gdyby można skonstruować na bazie niemalże każdej osoby, to u Węgra nabiera szczególnego znaczenia.

Csobánka. Górskie miasteczko oddalona ok. 25 kilometrów od Budapesztu. Z przystanku autobusowego na placu Plandics widać wąski most ponad strumykiem przecinającym wioskę. Na piaszczystych drogach leżą psy, każdy dom potrzebuje wykończenia, a na płotach wisi pranie (lokal.hu). Lackó nie miał łatwego startu. Jego ojciec pracował w kamieniołomie i niejednokrotnie musiał wydawać ostatnie oszczędności, żeby mu cokolwiek zapewnić: Grał w piłkę aż do momentu, gdy się ściemniło, kładł się spać i znowu to samo, opowiadał dumny ojczym borsonline.hu. Zresztą, sam pomocnik wspominał w jednym wywiadzie dla mandiner.hu, że najważniejsza była gra. Wystarczyły mi buty, nie potrzebowałem niczego więcej. Mogłem mieć dziury w skarpetkach, ale zupełnie mnie to nie interesowało. Odczuwałem wtedy ogromny spokój.

„Anett przeprowadziła się do mnie wraz z dwuletnim synkiem, którego od razu pokochałem i niemalże natychmiast zdałem sobie sprawę, jak bardzo kocha piłkę”, wspominał János Horváth na łamach lokal.hu. (fot. rtl.hu)

- Lackó, kiedyś zostaniesz piłkarzem – miał powiedzieć ojczym do dwulatka, który jeszcze nie do końca rozumiał sytuację w jakiej się znalazł. Jego biologiczny ojciec porzucił rodzinę i od tego czasu nigdy się nie spotkali. Los okazał się być jednak bardzo łaskawy, bowiem Horváth coś tam kopał w przeszłości i od razu dostrzegł, że chłopak ma ogromny talent. Był jednak jeden, dość znaczący problem: rodzina ledwo wiązała koniec z końcem i nie mogła zapewnić chłopakowi odpowiednich warunków do rozwoju. W domu się nie przelewało, w lodówce nie zawsze był jakiś szczególny wybór, ale ojczym chciał zrobić wszystko, żeby chociaż w niewielkim stopniu umożliwić mu lepszy start. Miał jeszcze dwóch synów – jeden poszedł w stronę boksu, drugi też zajął się piłką. Do tej pory jest jego najlepszym przyjacielem i powiernikiem: „Zawsze radziłem dzieciakowi, żeby mierzył wysoko, ale myślę, że jest trochę zbyt dużym altruistą i teraz obiecał mi, że podeśle nam trochę pieniędzy na remont domu!”, opowiadał na lokal.hu.

źródło: local.hu

Piłka nożna stanowiła całe jego życie. Nienawidził szkoły i zdecydowanie nie był orłem. Pewnego roku nauczyciel przyrody zdecydował się nagrodzić go nie książką, jak to było w zwyczaju, a… piłką. Jego oczy błyszczały i już nie wrócił na rozdanie świadectw – zaczął grać od razu, w środku ceremonii. Nie chciał być piłkarzem dla sławy i pieniędzy. On po prostu to kochał, mówił dla tego samego portalu. Rodzice próbowali w jakiś sposób zapewnić mu godną edukację, jakiś fach w ręku, ale nic nie zdawało egzaminu. Nawet posłali go do szkoły gastronomicznej, ale okazało się, że dzieciak nie potrafi ugotować jajka na twardo, wspominano na łamach sofoot.com.

I po raz kolejny, los mu sprzyjał. György Bognár, utytułowany węgierski piłkarz pracował wówczas w regionie i pewnego dnia przyjechał do rodzinnej wioski Lackó. Już wtedy wiedział, że warto mu pomóc. Poszedłem do rodziców 9-latka i powiedziałem, że nie jest utalentowany. Jest wyjątkowy. - podkreślał w rozmowie z rtl.hu. Później nie tylko szkolił zawodnika, ale także pomagał mu finansowo. Teraz wszyscy go znają i stanowi wzór do naśladowania dla młodszych pokoleń. Przez pewien czas całe miasteczko żyło w rytmie piłki nożnej. Pomocnik nigdy nie zapomniał wsparcia, jakim wszyscy go obdarzyli. Zaraz po EURO podesłał 30 piłek adidasa do rodzinnego klubu.

Scholes-o-meter

Po raz kolejny, wcale nie musiało się udać. W momencie kompletowania kadry na EURO 2016, Kleinheisler borykał się z ogromnymi problemami w Videotonie. Zdecydował, że nie przedłuży kontraktu, co spotkało się z ogólnym oporem w klubie i w efekcie młody zawodnik wylądował w rezerwach. Pół roku na marne? Niekoniecznie. Bernd Storck, selekcjoner reprezentacji, nie miał z tym najmniejszego problemu. Szkoleniowiec pamiętał pomocnika jeszcze z występów w młodzieżówce U-19 i zdecydował się zaryzykować – powołał go na mecz barażowy z Norwegią. Jak się później okazało, był to strzał w dziesiątkę.

Węgrzy mieli swojego bohatera. „Byłem wtedy na stadionie i gdy zobaczyłem skład… byłem niesamowicie wkurzony, że gra w nim jakiś kompletny no-name. A później… zmienił oblicze meczu. I strzelił gola. Nie wierzyłem w to, co się dzieje”, wspominał ze śmiechem Tomasz Mortimer, który zajmował się Węgrami dla ESPN (francefootbal.fr).

Lackó wziął się znikąd i sam trener został mocno skrytykowany za wybranie zawodnika, który nie utrzymuje rytmu meczowego. Nastroje szybko uległy zmianie 12.11.2015, nieco po godzinie 21. Wszyscy rozpływali się nad chłopakiem, który odmienił losy narodowej kadry. Sprawy zabrnęły tak daleko, że… ni stąd, ni zowąd Kleinheisler został ogłoszony węgierskim Scholesem. „Obaj mają rude włosy i nie są zbyt wysocy (1,7m do 1,68m). No i on także jest pomocnikiem”, pojawiło się m.in. na kreiszeitung.de.

W międzyczasie László został wybrany graczem meczu Austria-Węgry (0:2), w którym jego kluczowe podanie doprowadziło do bramki otwierającej spotkanie.

Fala euforii była tak ogromna, że na espnfc.co.uk Iain Macintosh stworzył ranking zatytułowany the Lionel Messi-lites of Euro 2016 are ready to entertain you. Messi-o-meter wskazał 2/5, a Kleinheisler został opisany w następujący sposób: Obunożny pomocnik z wizją i polotem? Gdzież już to wcześniej widzieliśmy! Przywitajcie się z węgierskim Messim, Laszlo Kleinheislerem, gwiazdą szokującego zwycięstwa 2:0 nad Austrią. Patrzcie uważnie, jak jednym sprytnym kontaktem z piłką ucieka przeciwnikom i wypracowuje sobie sporą przestrzeń do gry. Z trudem złapiecie powietrze przy jego drugim kontakcie z futbolówką, gdy przecina obronę na pół. Pokręcicie głową ze smutkiem, kiedy dowiecie się, że wyciągnął go Werder za jedynie 300 tys. euro.

Nagle, jakby obuchem w łeb. Szara rzeczywistość. Lackó nie poradził sobie w Niemczech, wrócił do kraju i tam również nie jest w stanie na dobre zagrzać miejsca w pierwszym składzie. W tym momencie na arenę wkracza Lech Poznań i chce odwrócić ciemną kartę w historii utalentowanego pomocnika. Próbowała Legia, próbowały Śląsk i Pogoń. Tym razem szanse na pozyskanie zawodnika są znacznie większe – obie strony mogą sobie wzajemnie pomóc. Kleinheisler bazuje na szybkości i ma naprawdę mocne uderzenie z dystansu. Jest zawodnikiem obunożnym, bazuje na technice i pierwszym kontakcie z piłką. Przy okazji, jego wielkim fanem jest sam Viktor Orban, który zna go od ponad 10 lat, gdy pomocnik zaczął grać w Felcut, jego rodzinnym mieście. Kto wie, może okrzyk „Csobánka, Csobánka!” po raz kolejny głośno zabrzmi pod hotelem, tak samo jak to miało miejsce po zeszłorocznym meczu z Wybrzeżem Kości Słoniowej. Kibice nie zapominają.

ŹRÓDŁA: rtl.hu, lokal.hu, borsonline.hu, mandiner.hu, feol.hu, blikk.hu, kreiszeitung.de, sofoot.com, espnfc.co.uk, nemzetisport.hu, francefootball.fr, origo.hu, hatharom.com, csakfoci.hu.



ŹRÓDŁO
transfery.info
TAGI: Ferencvárosi TC Videoton Werder Brema László Kleinheisler Węgry Niemcy SV Darmstadt 98 Lech Poznań Ekstraklasa Polska
Zobacz również
Z Wisły Kraków do Bundesligi?!
3 tygodnie temu  
0
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT | POLITYKA PRYWATNOŚCI
© 2004-2018 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.