Rafał Włodarczyk: Piłkarze Wisły wyszli na boisko rezerw Herthy i łapali się za głowy

6 dni temu Rafał Włodarczyk: Piłkarze Wisły wyszli na boisko rezerw Herthy i łapali się za głowy
fot. FotoPyk

Gdy rozmawialiśmy około pięć lat temu, Rafał Włodarczyk dopiero wkraczał do młodzieżowej drużyny Herthy jako świeżo upieczony brązowy medalista Mistrzostw Europy do lat siedemnastu.

Od tamtej pory jednak wiele rzeczy potoczyło się wbrew jego planom, dlatego zgodził się na opowiedzenie o kulisach swojego odejścia ze Znicza Pruszków, wyborze oferty Błonianki Błonie (piąty poziom rozgrywkowy), niefortunnej decyzji o powrocie do Polski czy o szoku, jaki przeżyli zawodnicy Wisły Kraków, wychodząc na boisko rezerw berlińczyków.

***


Gdy rozmawialiśmy kilka lat temu, dopiero przeniosłeś się do Herthy. Przyznałeś wówczas, że otrzymałeś oferty z Polski, ale do niej zawsze możesz wrócić, by później zrobić dwa kroki do przodu. To ile tych kroków będziesz teraz potrzebował, by dojść na poziom Ekstraklasy? Nadal myślisz o występach na tym poziomie?

Dokładnie, wszystko potoczyło się w taki sposób, że zdecydowałem się na powrót do ojczyzny. Teraz często sam stawiam sobie pytanie, dlaczego stało się tak, a nie inaczej… Sam nie do końca znam na nie odpowiedź. Z drugiej strony, mogę sobie zadać pytanie, co by się stało, gdybym został w Niemczech i w zasadzie też nie potrafię na nie odpowiedzieć. Różnie bywa. Można teraz gdybać, ale sytuacja ułożyła się w ten sposób i zdaję sobie sprawę, że nie jestem w stanie cofnąć czasu. Myślę, że po fakcie podjąłbym kilka innych decyzji. Każdy chce występować jak najwyżej, dlatego wciąż mam ambicje trafienia do Ekstraklasy.

Co się stało, że zdecydowałeś się na odejście ze Znicza Pruszków na zasadzie wolnego transferu? Sam podjąłeś taką decyzję czy klub?

To nie ja zdecydowałem, tylko klub. Wydawało się, że wszystko układa się okej - właściwie wszystkie spotkania rozgrywałem „od dechy do dechy”, przez pół roku trener nie miał do mojej postawy żadnych zarzutów, a przynajmniej nie mówił nic na ten temat… Po rundzie rozmawiałem z prezesem Znicza, który powiedział, że szkoleniowiec nie widzi mnie dalej w drużynie. Dziwna sytuacja.

Jak myślisz, dlaczego w Zniczu zdecydowano o zrezygnowaniu z ciebie? Jak się poczułeś, gdy usłyszałeś o decyzji?

Do dzisiaj nie mam pojęcia, dlaczego zdecydowano się na podjęcie takiej decyzji. Wydawało mi się, że gra w każdym spotkaniu w wyjściowej jedenastce oznacza, że wszystko jest dobrze. Jestem zdania, że gdy trener jest z kogoś niezadowolony, to albo z nim o tym rozmawia, albo podczas spotkań daje szanse innym piłkarzom. W moim przypadku tak nie było i do końca rundy występowałem w pierwszym składzie. Niespodziewanie po okresie roztrenowania dowiedziałem się od osoby trzeciej, że trener nie widzi mnie w kadrze zespołu. Nie tak to powinno wyglądać, wkurzyłem się, bo zupełnie tego nie rozumiałem. Dopiero po jakimś czasie trener dorzucił od siebie, że planuje zakontraktowanie na moją pozycję kogoś innego. Tyle.

Tuż przed początkiem przygotowań zostałeś bez drużyny. Jak sobie z tym poradziłeś?

W zasadzie przez cały styczeń nie mogłem trenować z żadnym zespołem, ale to nie znaczy, że nic nie robiłem. Zorganizowałem sobie treningi indywidualne, a w weekendy starałem się o jakieś inne formy ruchy. Jeździłem na turnieje halowe, chodziłem na siłownię, trenowałem squash. We wszystkim pomagał mi mój trener z czasów juniorskich, Artur Kolator.

Co miało wpływ na to, że postanowiłeś kierować swoją karierą bez agenta? Nie uważasz, że z nim miałbyś szansę na grę w wyższej lidze?

Pewnie tak by było, to oni mają większe przebicie w klubach z wyższych lig. Tak naprawdę żaden nie zaoferował mi jednak pomocy, więc muszę radzić sobie sam.

W drugiej lidze występowałeś w większości meczów w wyjściowym składzie Znicza. Dlaczego zdecydowałeś się zejść aż na piąty poziom rozgrywkowy?

W zasadzie występowałem w każdym spotkaniu i ominąłem może jakieś pięć kolejek ze względu na to, że doznałem urazu w pierwszym spotkaniu sezonu i leczyłem się przez kilka tygodni. Później już cały czas grałem w pierwszym składzie. Zdecydowałem się na zejście niżej, bo przez cały styczeń nie miałem klubu, nie trenowałem, nie dostałem żadnych ofert. Musiałem w końcu zacząć trenować.

Odrzucenie przez Znicza, brak ofert z poziomu centralnego… Nie poczułeś się bezradny?

Sam nie wiem. Może wynikało to z faktu, że nie każdy zdawał sobie sprawę z mojej sytuacji i nie każdy wiedział, dlaczego rozwiązałem umowę ze Zniczem. Telefony z lepszych drużyn zacząłem dostawać dopiero, gdy w Internecie pojawiła się informacja, że idę do czwartej ligi. Pytano się, czy nie chcę grać wyżej, ale dla mnie było już za późno, bo dałem słowo Błoniance.

Jesteś brązowym medalistą Mistrzostw Europy do lat 17 i graczem związanym w przeszłości z Herthą. Nie zdziwił cię brak zainteresowania ze strony zespołów z wyższych lig?

To działo się kiedyś. Teraz liczy się dla mnie tylko teraźniejszość i o tamtym staram się nie myśleć. Wiadomo, że jest to dla mnie jakieś osiągnięcie, bo takie wyniki młodzieżowych reprezentacji nie są codziennością. Nie znam jednak odpowiedzi na pytanie, dlaczego jest tak małe zainteresowanie moją osobą ze strony klubów z wyższych lig, dlaczego nikt nie chciał zaprosić mnie na testy i zobaczyć, w jakiej jestem formie.

Co takiego ma w sobie Błonianka, że zdecydowałeś się na ten ruch?

Błonianka ma bardzo interesujący projekt, który zakłada wywalczenie awansu do trzeciej ligi. Zarząd klubu zapewnia zawodnikom dosłownie wszystko to, co jest potrzebne do rozwoju. Dbają o każdy szczegół. Pod względem organizacyjnym drużyna prezentuje się z naprawdę dobrej strony. Wyrazili mną zainteresowanie i zaoferowali pomoc w odbudowaniu się. Mam nadzieję, że uda nam się wspólnie coś zdziałać. Aktualnie znajdują się jedynie w czwartej lidze, ale ambicje i możliwości personalne są znacznie wyższe, dlatego liczę, że się to uda.

Czy te ambitne plany Błonianki sprawiają, że jest ona dla ciebie atrakcyjną opcją również na przyszły sezon czy chcesz się tam jedynie odbudować po ostatnich straconych tygodniach?

Na pewno chcę się teraz skupić na występach w Błoniu, na treningach i wszystkim, co się z tym wiąże. W tym klubie są duże możliwości. W kadrze jest 25 zawodników na solidnym poziomie. Zarząd zorganizował projekt oparty na naprawdę dobrym pomyśle i wysokich ambicjach. W rzeczywistości, to czas pokaże, jak to wszystko dalej się potoczy. Jeżeli będę prezentował wysokie umiejętności i otrzymam możliwość pójścia do wyższej ligi, prawdopodobnie się tak stanie. Jednak tego wszystkiego dowiemy się dopiero w najbliższych miesiącach.

Transfer do czwartej ligi to duże ryzyko. Nie przeszło Ci przez myśl, że nawet jak się odbudujesz, kluby z wyższych klas rozgrywkowych mogą nie pomyśleć o transferze?

Wiadomo, że jest takie ryzyko, ale skoro pozostało mi jedynie granie w niższej klasie rozgrywkowej albo zakończenie przygody z piłką, to oczywiste, że próbuje się dalej. Bez względu na wszystko będę się starał o granie w piłkę, ile tylko się uda, bo to najlepsza rzecz dla mężczyzny. Jeżeli już nigdy nie otrzymam szansy w wyższej klasie rozgrywkowej, w dużej mierze będzie to wynikało z podjętych przeze mnie decyzji. Sam wybrałem taką drogę. Mam jednak nadzieję, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i zagram na szczeblu centralnym.

Czyli piłka nadal jest dla ciebie priorytetem?

Wiadomo, że tak. Całe życie poświęciłem tylko piłce, choć po takich zawirowaniach i nieprzyjemnych sytuacjach pojawiają się w głowie pomysły, żeby dać sobie spokój z dalszym graniem. Jednak nie widzę siebie poza piłką. Póki mogę się w tym odnaleźć, będę walczył, żeby się jeszcze podnieść.

Po przeprowadzce do Berlina wypowiadałeś się bardzo przytomnie, stwierdzając, że teraz najważniejsza jest ciężka praca. Rozumiem, że pod tym względem nie masz sobie nic do zarzucenia?

W drodze do sukcesu zawsze najważniejsza jest ciężka praca - w każdym zawodzie, w każdej pracy. Jeżeli chcesz coś osiągnąć i być w czymś najlepszy, musisz dawać z siebie wszystko. Zawsze można jednak dać z siebie więcej i na pewno było też tak w moim przypadku.. Powinienem dać z siebie więcej, co na pewno by zaowocowało. Nie znaczy to jednak, że siedziałem i nic nie robiłem. Myślę, że cały czas trzeba nad sobą pracować i walczyć o powrót na właściwe tory, a przy odrobinie szczęścia wszystko jest możliwe.

Jego miałeś akurat sporo zaraz po przyjściu do Berlina.

To prawda, zaraz po moim transferze doszło do dość szczęśliwej z mojej perspektywy sytuacji. W pierwszą sobotę po przyjściu do Berlina graliśmy sparing na własnym boisku. Zbiórka została zaplanowana na 9:30, spotkanie miało się odbyć o 11. Wieczorem nastawiłem budzik, ale rano nie zadzwonił, bo rozładował mi się telefon. Spojrzałem na zegarek i okazało się, że jest kilka minut po godzinie 10. Pomyślałem sobie, że ładnie zaczynam i zaraz mnie pogonią. Na całe szczęście z akademii do szatni wystarczyło w zasadzie jedynie zejść po schodach. Wchodzę do szatni, wszyscy przebrani i gotowi na rozgrzewkę, tylko się dziwnie na mnie spojrzeli. Na szczęście trener i drużyna podeszli do tego z życzliwością, wiedzieli, że to dla mnie pierwsze dni i mało rozumiem, Pomyśleli, że nie skojarzyłem, o której jest zbiórka, ale prawda była inna.

W pewnym momencie w Herthcie znajdowało się trzech Polaków. Oprócz Ciebie był tam Vincent Rabiega i Gracjan Horoszkiewicz, oni trafili na czwarty poziom rozgrywkowy w Niemczech, Ty będziesz występował na piątym poziomie w Polsce. Jak to się stało, że nie znaleźliście swojego miejsca na wyższym poziomie?

Według mnie popełniliśmy kilka błędów związanych z planowaniem kariery, jak naleganie na powrót do Polski. W Niemczech nikt nie kazał nam wyjeżdżać, wciąż mieliśmy ważne kontrakty i Hertha chciała nas zatrzymać. Byliśmy młodzi i chyba nie do końca słuchaliśmy tego, co powinniśmy robić, bujaliśmy w obłokach, bardzo dużo sobie wyobrażaliśmy, czasem nie chciało nam się czegoś robić… Teraz możemy jedynie żałować i mieć pretensje głównie do siebie. Każdy jest mądry po fakcie. Na pewno też potrzeba trochę szczęścia, a nam może go zabrakło.

Przyznajesz, że przechodziłeś etap, w którym sodówka uderzyła do głowy?

Niekoniecznie sodówka. Po przyjeździe do Berlina musieliśmy się skupić na nauce języka i na treningu. Nie zawsze jednak chciało nam się uczyć, a to na pewno bardzo ułatwiłoby sprawę. Wiadomo, potrafiłem się dogadać, ale to za mało. To też rada dla tych, którzy wyjeżdżają obecnie. Podczas treningów prezentowałem się dobrze, trenerzy byli ze mnie zadowoleni, miałem ważny kontrakt, ale wtedy wyśniłem sobie powrót do Polski i udało mi się do niego doprowadzić.

Do powrotu jeszcze wrócimy. Nie jesteś wyjątkiem, bo z tamtej drużyny juniorskiej Herthy na poziomie Bundesligi nie zaistniał właściwie nikt.

Faktycznie, z mojego rocznika w Herthcie nie przebił się właściwie nikt. Część kolegów gra jeszcze na poziomie drugiej lub trzeciej Bundesligi. Z tamtego zespołów w Berlinie pozostało tylko dwóch zawodników - co ciekawe, także lewych obrońców - którzy są młodsi ode mnie, to Jordan Torunarigha (choć on występuje teraz głównie na środku defensywy) i Maximilian Mittelstädt. Obaj są w pierwszym zespole i w miarę regularnie dostają szanse. Jeszcze lepiej radzą sobie moi koledzy z młodzieżowej reprezentacji, jak Karol Linetty i Mariusz Stępiński, bo obaj występują w Serie A i są pod obserwacją selekcjonera Adama Nawałki. Reszta z nich też radzi sobie w większości bardzo dobrze i reprezentuje barwy między innymi klubów LOTTO Ekstraklasy. 

Jeśli chodzi o utalentowanych zawodników z twoich czasów juniorskich z Bundesligi, na pewno dobrze zapadli ci w pamięci gracze Wolfsburga. W ich zespole był między innymi Julian Brandt, który obecnie gra w Bayerze Leverkusen i jest łączony z Bayernem Monachium oraz Borussią Dortmund, a także inny seniorski reprezentant Niemiec, Maximilian Arnold.

To prawda, w rozgrywkach Bundesligi do lat dziewiętnastu mierzyłem się z kilkoma ciekawymi zawodnikami, którzy znajdują się teraz na poziomie Bundesligi. Pamiętam jeden z moich pierwszych meczów, w którym mierzyłem się z Wolfsburgiem. Ale ciężko byłoby go nie zapamiętać skoro rywal zlał nas 0-6. Jak się później okazało, graliśmy z najlepszą drużyną ówczesnego sezonu młodzieżowej Bundesligi. Grali tam tacy zawodnicy, jak: Julian Brandt, Maximilian Arnold, Federico Palacios Martínez czy Jung-Bin Park. Każdy z nich ma na swoim koncie występy w seniorskiej Bundeslidze, a dwóch pierwszych nawet w reprezentacji Niemiec, ale już wtedy mieli w sobie to coś. Odebranie im piłki było naprawdę trudnym zadaniem, byli bardzo szybcy i bardzo dobrze kontrolowali futbolówkę. Takie spotkanie potrafi utkwić w pamięci.

Podczas wypożyczenia w Ząbkach grałeś mało, ale to z Dolcanem zdecydowałeś się podpisać umowę. Dlaczego akurat z nim? 

Rzeczywiście grałem bardzo mało, dlatego po zakończeniu wypożyczenia w Berlinie nie było już żadnych rozmów na temat pozostania. Zostałem w Ząbkach, bo tam chciano mnie zatrzymać na dłużej, chociaż już wtedy odezwał się do mnie Znicz. Ja jednak wolałem poczekać i być o ligę wyżej. W związku z rozpoczęciem nowego sezonu, okresu przygotowawczego miałem spore nadzieje. Później jednak Dolcan się rozpadł i wtedy trafiłem do Pruszkowa.

Najważniejsza rzecz, której nauczyłeś się dzięki grze w Herthcie?

Zobaczyłem, jak wygląda praca z zawodnikiem w jednej z najsilniejszych lig Europy i jednej z lepszych akademii w Niemczech. Nie potrafię wybrać tej najważniejszej rzeczy, bo było tego naprawdę sporo. Dla mnie to świetne przeżycie, którego nikt mi nie zabierze, a przecież niewielu ma okazję zobaczenia tego. Słowami nie jestem w stanie oddać tego, czego tam doświadczyłem, z jakimi ludźmi mogłem współpracować i na jakich zasadach. Tylko temu można byłoby poświęcić odrębny wywiad.

Jak wygląda od środka akademia w tak dużym klubie?

Znajduje się ona zaraz obok Olympiastadion, czyli stadionu, na którym gra pierwszy zespół Herthy. Dla zawodników spoza Berlina przeznaczony jest akademik, w którym każdy piłkarz ma swój własny pokój oraz łazienkę dzieloną z kolegą. W moim przypadku posiadałem ją wspólnie z Grackiem [Gracjanem Horoszkiewiczem - przyp. red.]. W obiekcie jest ogromna jadalnia dla piłkarzy, których wówczas mieszkało tam siedmiu (reszta pochodziła z Berlina i okolic), ale miała takie rozmiary, bo od czasu do czasu przed wyjazdami jadł tam pierwszy zespół albo inne grupy wiekowe Herthy. Rządziła tam Regina, która codziennie gotowała obiady i kolacje, śniadania musieliśmy przygotować sami. Nie był to jednak żaden problem, bo mąż Reginy, Harry, odpowiadał za uzupełnianie spiżarni i faktycznie zawsze była pełna. Mieliśmy świeże pieczywo, napoje, serki, owsianki, owoce i inne dobroci. Przypominało to mały market. W akademii mieszkali świetni ludzie, zawsze nam pomagali, byli jak rodzina zastępcza.

Pod akademią znajdowały się szatnie drużyn juniorskich do lat siedemnastu i dziewiętnastu, pierwszego zespołu i rezerw. Na korytarzach często spotykało się piłkarzy z pierwszej drużyny, którzy przybijali piątki, zapytali jak leci i zachowywali się całkowicie normalnie pomimo gry w Bundeslidze. Obok szatni znajdował się pokój odnowy biologicznej, gdzie zawsze można było liczyć na pomoc fizjoterapeuty czy kąpiel w wodzie z lodem. W pobliżu szatni umieszczono również siłownię, na którą można pójść przed lub po treningu. Zawsze należało przejść kawałek na trening, ale tutaj wiele zależało od tego, na którym z nich zorganizowano trening, bo wszystkich było czternaście. Zaraz po zejściu zespołu na boisko wkraczali ludzie, którzy je podlewali i wykonywali niezbędne zabiegi, a niewątpliwie znali się na rzeczy.

Jak wówczas wyglądał twój plan dnia?

Plan dnia w pełni podporządkowano pod rozwijanie umiejętności piłkarskich, ale przecież właśnie po to tam pojechałem. Rano jedliśmy pierwszy posiłek, po którym schodziliśmy na 10 rano na trening. Pierwsze zajęcia były zazwyczaj indywidualne na siłowni lub na boisku z zespołem rezerw. Jeśli chodzi o ćwiczenia indywidualne na boisku, to były one nastawione na rozwój techniki: strzały, dośrodkowania, różne formy podań, drybling, czasem szybkość lub siatkonoga. W tej ostatniej nigdy nie mieliśmy szans z trenerami, wielu z nich grało niegdyś na wysokim poziomie w Bundeslidze. Zresztą Pal Dardai prowadzi dzisiaj pierwszą drużynę Herthy. Na siłowni wykonywaliśmy przede wszystkim ćwiczenia wzmacniające. Na tych zajęciach czasem byłem sam, czasem ze mną przychodziło dziesięciu innych chłopaków. Każdy, kto miał wolny czas albo zakończył naukę, szedł na takie zajęcia. Później obiad, chwila odpoczynku i około godziny 17 drugi trening - już ten właściwy, z zespołem. Po zajęciach kolejny posiłek, rozmowa z rodziną przez telefon i sen. Może wydawać się to monotonne, ale każdy dzień przynosił nowe wrażenia i wyzwania.

Rzeczywiście może być to monotonne. W jaki sposób trenerzy urozmaicali wasze dni?

W akademii było jedno ciekawe pomieszczenie, gdzie znajdowało się około 30 rowerów i kaski na głowę. Czasami w ramach treningu pomeczowego każdy brał jeden rower, kask i jechaliśmy na przejażdżkę po Berlinie i okolicznym lesie. To dla mnie interesujący trening, bo nie spotkałem się z czymś takim w Polsce. Na jednym z takich wyjazdów trafiliśmy na stromy zjazd w dół, reakcje niektórych zawodników - szczególnie z Afryki - były niezapomniane. Zaczęli strasznie panikować, nie chcieli dalej jechać, zawracali, prawie się popłakali ze strachu, a reszta zespołu niemal płakała ze śmiechu. Zawsze dawali nam dużo radości, ale takie są szatnie piłkarskie - dużo żartów i szydery. Oni cały czas robili coś śmiesznego, nie dało się wejść do szatni w nowym ciuchu lub fryzurze i nie usłyszeć kąśliwej uwagi lub żartu na ten temat.

Po powrocie z Berlina występowałeś w Ząbkach, Zambrowie czy Pruszkowie – przy całym szacunku do tamtejszych klubów – pomiędzy nimi i bazą oraz stadionem Herthy, a także organizacją klubów, musi istnieć przepaść. Jak się w tym odnalazłeś?

Dokładnie, przepaść. W Berlinie znalazłem się w raju. Baza treningowa miała 14 boisk, o które codziennie ktoś dbał, siłownie, baseny, odnowa biologiczna, akademia z odpowiednim żywieniem, indywidualne treningi na siłowni i na boisku… Tam było dosłownie wszystko. Pod tym względem na pewno mocno zjechałem w dół, bo gdzie w Polsce są takie warunki? W Polsce mam jednak rodzinę, co w pewien sposób rekompensuje mi tę różnicę. Byłem jeszcze młody i miałem chyba troszkę inne podejście do tego wszystkiego. Wydawało mi się, że dam sobie radę i wszystko będzie okej. Teraz każdy jest mądry po szkodzie i mówi, czemu tak, a nie inaczej. Wtedy jednak nikt się nie spodziewał, że tak się to skończy. Zrobiłem takie ruchy i już nic tego nie zmieni. Trzeba iść dalej. 

Może w absolutnym topie Ekstraklasy miałbyś szansę na namiastkę takiej organizacji.

Pewnego dnia na sparing z pierwszym zespołem Herthy przyjechała Wisła Kraków. Dobrze się nimi zajęto, otrzymali posiłek w akademii, mieli chwilę na odpoczynek i mecz towarzyski na bocznym boisku - Amateurstadion. Na co dzień występuje tam zespół rezerw i drużyna do lat dziewiętnastu, ale zawodnicy Wisły po wejściu na murawę łapali się za głowę, robili zdjęcia i nie dowierzali. Słyszałem jedynie: „U nas nigdy nie było takiego dywanu”, a przecież w Berlinie tak wygląda każde z czternastu boisk.

Jednak dzisiaj to ty - z perspektywy Błonianki - z zazdrością możesz patrzeć na grę w Wiśle.

Szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia, jakie warunki ma Wisła Kraków. Jednak mówimy o utytułowanym klubie z Ekstraklasy, więc muszą prezentować wysoki poziom. Dla mnie wejście do podobnej drużyny to obecnie marzenie, ale wierzę, że to marzenie do zrealizowania.



ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Polska Rafał Włodarczyk Hertha BSC KS Błonianka Niemcy Wywiad
KOMENTARZE (
0
)
FACEBOOK:
REKLAMA:

Page generated in 0.004 seconds.

| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2018 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.