Bayer Leverkusen - odlot za trzy, dwa, jeden...

4 miesiące temu Bayer Leverkusen - odlot za trzy, dwa, jeden...

Sympatyk niemieckiej piłki na pytanie o tegoroczny Bayer Leverkusen, zanim cokolwiek powie, znacząco się uśmiechnie.

Naturalnie nie dotyczy to fanów 1.FC Köln, ale oni mają teraz na głowie znacznie poważniejsze zmartwienia. Tymczasem Bayer zasłużył nie tylko na uśmiechy ale i na oklaski oraz pochwały. Ekipa z BayArena to najciekawszy, najświeższy i najbardziej ekscytujący zespół w Bundeslidze od czasów mistrzowskiej Borussii Dortmund Jürgena Kloppa. W tej kwestii jedyną wątpliwość budzi RB Lipsk, które w poprzednim sezonie dokonało czegoś wyjątkowego, jednak sęk w tym, że nie ośmieliłbym się przy niemieckim kibicu nazwać tego projektu „ekscytującym”. Nawet jeśli osobiście za taki go uważam.


Ostatnim zespołem poza Bayernem, który zdołał w jakikolwiek sposób zdominować niemieckie rozgrywki, była Borussia w latach 2010-2012. Ekipa z Dortmundu zdobyła w tym okresie dwa mistrzostwa i jeden Puchar Niemiec. Zanim jednak BVB zaatakowała pozycję numer jeden na niemieckim podwórku zaliczyła sezon naprawdę dobry jak na ówczesne realia w Dortmundzie, ale niezwiastujący wcale nadchodzącej glorii. Kampanię 2009/2010 BVB zakończyła na piątym miejscu w tabeli z dorobkiem 57 punktów, czyli – powracając do Bayeru - wynikiem pozostającym w zasięgu dzisiejszej ekipy „Aptekarzy” (czwarte miejsce i 48 punktów na pięć kolejek przed końcem sezonu).


Skąd jednak w ogóle pomysł aby zestawiać ze sobą te dwie drużyny? W ciągu tych sześciu lat dominacji Bayernu przez strefę pucharową tabeli Bundesligi przewinęło się wiele zespołów, których nikt się tam nie spodziewał. Wymieniać można, poczynając od Augsburga, poprzez Herthę, na Wolfsburgu, Hoffenheim czy nawet Borussii Mönchengladbach kończąc. Łatwo było wyczuć, że plasując się gdzieś pomiędzy miejscem trzecim a siódmym te drużyny robią coś ponad stan i wykraczającego poza ich możliwości. Doskoczenie do takiego poziomu wymagało od nich tak ogromnego wysiłku i napięcia, że nie było już potem mowy o zrobieniu kolejnego kroku naprzód. Tymczasem dzisiejszy Bayer, zajmując czwarte miejsce tuż przed finiszem sezonu, sprawia wrażenie, jakby wciąż nie potrafił wrzucić najwyższego biegu. Od nich można i trzeba wymagać więcej, bo w kadrze tego zespołu drzemie przede wszystkim ogromna jakość piłkarska i czuje to każdy kibic oglądający tę drużynę w akcji.


Jedno ze starych piłkarskich prawideł głosi, że gdy w klubie dzieje się wyjątkowo źle, spadek z ligi może się paradoksalnie okazać dla niego zbawienny. Pozwala on przewrócić stronę w księdze historii drużyny i na czystej karcie zacząć zapisywać jej nowy rozdział, pamiętając o błędach, które doprowadziły do degradacji. Dla ekipy z Leverkusen wystarczającym bodźcem okazało się jednak 12. miejsce w tabeli na finiszu minionego sezonu Bundesligi i niezbyt udany występ na arenie międzynarodowej. W 2017 roku po raz pierwszy od dziewięciu lat „Die Werkself” finiszowali w lidze poza strefą pucharową. Projekt budowany przez kilka ostatnich lat osiągnął punkt kulminacyjny w erze Rogera Schmidta i po prostu nie wypalił. Choć zdawało się, że ma ku temu wszelkie predyspozycje. Drużyna zupełnie się rozsypała.


Całe szczęście na BayArena nie zareagowano paniką. W związku z brakiem awansu do europejskich pucharów z drużyny uciekło kilka gwiazd, jednak Rudi Völler i Heiko Herrlich zdołali wykorzystać to do oczyszczenia atmosfery, jednocześnie kilkoma imponującymi sztychami załatać powstałe dziury. Nikt dziś w Leverkusen nie wspomina Chicharito, czy Hakana Çalhanoğlu. Za Kevinem Kamplem jeszcze kilku kibiców czasem zachlipie z tęsknoty, ale już Ömer Toprak został bezboleśnie wymazany z kibicowskiej pamięci w Leverkusen. Tylko za tych czterech piłkarzy B04 zainkasował 72 miliony euro. Choć jeszcze rok temu stanowili kręgosłup i decydowali o kształcie zespołu, imponująca sprawność działaczy westfalskiego klubu doprowadziła do sytuacji, w której kibic postawiony przed wyborem: Alario czy Chicharito, Bailey czy Çalhanoğlu, Havertz czy Kampl, albo Retsos czy Toprak, w każdym przypadku wybrałby obecnego podopiecznego Herrlicha.


Faktem jest, że nowi piłkarze Bayeru też nie byli kupowani po okazyjnych cenach. Za Lukasa Alario Niemcy musieli przelać na konto River Plate 24 miliony euro, mając pełną świadomość ryzyka związanego z czasem, którego Argentyńczyk będzie potrzebował na aklimatyzację w Europie. Sven Bender kosztował 12, a Panagiotis Retsos 17,5 miliona euro. Również nie sposób uznać tych transakcji za nieobarczone ryzykiem, ale gdy spojrzeć na to z innej strony - za niecałe 30 milionów euro Bayer pozyskał dwukrotnego mistrza Niemiec i reprezentanta kraju, którego jakość jest niepodważalna, a jedynie forma chwilowo dołująca, oraz 19-letniego niezwykle wszechstronnego obrońcę, którego wartość od momentu transferu już skoczyła prawie czterokrotnie.

Spoglądanie w tej wyliczance tylko na rubrykę: „Letnie transfery 2017”, byłoby zresztą i mylące dla nas i krzywdzące dla szefów Bayeru. Planując letnie transfery patrzyli oni na sprawę znacznie szerzej. Do środka pola, z którego wyjęto im niezwykle kreatywnego Kevina Kampla, sprowadzono przecież tylko Dominika Kohra, czyli zawodnika ani szczególnie młodego ani błyskotliwego, w dodatku z początku zdawało się, że to transfer z myślą o pozycji prawego obrońcy. Kohr to tak zwany „przecinak”- silny, dynamiczny, nieustępliwy, dobry w defensywie i przede wszystkim solidny. Przydomek „HardKohr” jest zresztą bardzo wymowny. Ale co z zastępstwem dla Kampla? O nie martwić się nie trzeba, jeśli w kadrze figuruje ktoś taki jak Kai Havertz. Grający co prawda nieco wyżej niż Słoweniec, jednak zapewniający nieprzyzwoitą wręcz, jak na 18-latka, jakość w ofensywie. Już w poprzednim sezonie (debiutancki sezon - 17 lat) zanotował lepsze statystki niż Kampl (cztery gole i sześć asyst przy golu i dwóch asystach Kampla). W trwającej kampanii ma już na koncie cztery trafienia i siedem ostatnich podań.


Wisienką na tym farmaceutycznym torcie jest Leon Bailey. Jamajczyka sprowadzono na BayArena już zimą 2017 roku i jego pierwsze występy wcale nie zwiastowały rychłego wybuchu formy. Ale stało się – 11 goli i sześć asyst w 28 spotkaniach to wynik bez dwóch zdań imponujący, biorąc pod uwagę, że to skrzydłowy, bardzo często wykorzystywany jako wahadłowy. Aktualna sytuacja na rynku transferowym pozwala działaczom Bayeru już tego lata liczyć na zysk ze sprzedaży 20-latka w okolicach 60, 70 milionów euro. Z Genku wykupił go natomiast za 13 milionów.


Tą niesamowicie zbilansowaną mieszanką talentu, doświadczenia, jakości i zaangażowania zawiaduje Heiko Herrlich – przeciwwaga dla wszechogarniającego trendu szkoleniowego w Niemczech. Podczas gdy dyrektorzy rozglądają się ostatnio za znakomicie wyszkolonymi taktycznie młodzieńcami z innowacyjnymi metodami i spojrzeniem na futbol, Bayer cofnął się w czasie o kilkanaście lat i zaczerpnął garść tradycyjnego niemieckiego podejścia do futbolu, zatrudniając faceta, który dwie dekady temu Bundesligę już raz zawojował i teraz chce to zrobić jeszcze raz, ale już bez wybiegania na boisko.

Herrlich to motywator. Człowiek o wielkim sercu do walki, co w jego ogólnym odbiorze uwydatnia wygrana walka z rakiem mózgu. W lidze, w której eksperci zachwycają się kunsztem trzydziestolatków: Domenico Tedesco czy Juliana Nagelsmanna, którzy przygotowują dla podopiecznych scenariusze zachowań na każdą boiskową sytuację, a każde zdarzenie dogłębnie analizują pojawia się Herrlich – niemiecki piłkarz z lat 90. 46-latek każdą swoją decyzją i każdym działaniem jako opiekun Bayeru zdaje się krzyczeć: „Hej, to prosta gra! Trzeba tylko wprowadzić piłkę do bramki przeciwnika i zrobić to więcej razy niż on”. Jego Bayer miewa gorsze dni i gorsze mecze - jak choćby derbowe starcie z Kolonią. Ale w te dobre – których ma znacznie więcej – gra właśnie tak. Prosto, ale nie topornie. Tak jak w poniedziałek z Lipskiem.

Porównując Bayer na przykład z Hoffenheim, twór Nagelsmanna może się wydać przekombinowany i wręcz odrobinę śmieszny. Jakby był karykaturą. Naturalnie materiał ludzki, z jakim pracują obaj fachowcy jest nieporównywalny i to również w jakiś sposób determinuje metody pracy Nagelsmanna, jednak różnica w ogólnym podejściu do futbolu jest widoczna gołym okiem i – jako kibica – aż zżera mnie ciekawość, która z nich tak naprawdę jest lepsza. Potem jednak przychodzi zastanowienie i wniosek – tego pewnie nigdy się nie dowiemy.


Wspominane wcześniej przykłady zespołów, które w poszczególnych sezonach budowały zaskakująco dobrą formę i na przestrzeni roku, czy dwóch dostawały się w górne rejony tabeli, aby następnie szybko się stamtąd wycofać, można zadać sobie pytanie, czym różni się od nich Bayer, walczący o podium zaraz po sezonie zakończonym na 12. miejscu. Czemu nie miałby na ich wzór wrócić za chwilę do przeciętności. Oczywiście odpowiedź na to pytanie może być śmiesznie prosta: Spójrz na tabele Bundesligi z ostatnich dziesięciu lat – Bayer nie opuszczał okolic podium i ma wielki futbol w DNA. Ale zwracając większą uwagę na aspekt czysto sportowy i rozwój dzisiejszego Bayeru jako drużyny, porównałbym drogę w górę tabeli Bundesligi do pasa startowego.

Augsburg, Hertha, Freiburg, czy Wolfsburg rozpędzały się w imponującym stylu, jednak tuż przed jego końcem orientowały się, że mkną po nim na rowerze. Bayer na samym początku pasa startowego wskoczył... pewnie nie w odrzutowiec, ale chociaż awionetkę. I jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, wkrótce powinniśmy oglądać go szybującego wysoko ponad poziomem przeciętności.



ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Niemcy Bayer 04 Leverkusen
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT | POLITYKA PRYWATNOŚCI
© 2004-2018 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.