Tiki-taka w Liverpoolu - Everton Martineza od podszewki [cz. 3]

4 lata temu
Roberto Martinez (fot. Everton FC/Press Association Images)

Jak w Premier League spisuje się Everton pod wodzą nowego menadżera - Roberto Martineza?

Trzecie spotkanie i trzeci remis. Wyjazd na Cardiff City Stadium miał przynieść podopiecznym Roberto Martineza pierwsze zwycięstwo w tym sezonie Premier League, tymczasem Everton znów zremisował, drugi raz z rzędu nie będąc w stanie zdobyć bramki. Z pozoru gra liverpoolczyków wyglądała nieźle – mieli kontrolę nad wydarzeniami na boisku, dyktowali tempo, długo utrzymywali się przy piłce. Jednak co z tego, skoro raz kolejny nie byli oni w stanie zamienić tej przewagi na bramki, a tempo zasadniczo było zbyt wolne.
 
USTAWIENIE
 
 
Martinez nie zdecydował się na żadne zmiany w wyjściowej jedenastce w stosunku do potyczek z Norwich oraz z WBA. Między słupkami stanął Howard, blok obronny stworzyli Baines, Distin, Jagielka i Coleman, przed nimi duet Fellaini-Osman, dalej ofensywni pomocnicy: Pienaar, Barkley i Mirallas, zaś w ataku Jelavić. Założenia taktyczne hiszpańskiego menadżera także nie uległy  większym zmianom. Odnotować można, że tym razem Pienaar raczej trzymał się lewej flanki, podczas gdy to Mirallas był tym ze skrzydłowych, który częściej schodził na drugą stronę boiska.
 
 
Trzeba również zwrócić uwagę na krytykowanego przeze mnie Jelavicia. Przeciwko Cardiff Chorwat zagrał poprawnie, angażował się w atak pozycyjny schodząc do lewej strony i biorąc udział w rozegraniu piłki. Był aktywny, szukał sytuacji bramkowych i ponadto starał się tworzyć je kolegom. Nadal można mieć wątpliwości, czy jest piłkarz zdolny wkomponować się w system Martineza, który wymaga od zawodników przede wszystkim swobodnego operowania piłką, podejmowania i udziału w grze kombinacyjnej, z dużą liczbą podań na jeden kontakt. Jelavić „technikiem” z pewnością nie jest, gubi się, gdy sytuacja wymaga od niego czegoś więcej niż tylko szybkiego odegrania, oddania strzału lub dostawienia stopy/głowy. Dlatego też jego użyteczność dla zespołu jest nadal niewielka –  przykładowo, nie zagra wszak prostopadłej piłki w tłoku.
 
 
 
OFENSYWA
 
Everton zdecydowanie zdominował gospodarzy w posiadaniu piłki (63% do 37% czasu gry). Podopieczni Martineza niemal cały ten czas spędzili w ataku pozycyjnym, lecz tempo, w którym konstruowali swe ataki, było wolne – zbyt wolne, aby stworzyć realne zagrożenie dla bramki Marshalla więcej niż raz, kiedy to główkował Jelavić.
 
 
Nieco bezcelowe rozgrywanie piłki po obwodzie bywało momentami irytujące, zwłaszcza że Everton w drugim kolejnym meczu nie zdobył bramki. Kontrastował zatem Deulofeu, który w ledwie kilka minut po wejściu aż trzykrotnie wykazał się większym zdecydowaniem w sektorze ataku. Wprawdzie jego odpowiednio strzał oraz dośrodkowanie bez problemów wyłapał Marshall, to za trzecim razem futbolówki nie sięgnął ani golkiper gospodarzy, ani żaden inny zawodnik. Zwłaszcza to ostatnia sytuacja była znamienna, ponieważ piłkarze Evertonu sprawiali wrażenie, jakby nie nadążali za młodym Hiszpanem. Innymi słowy – wyglądało to tak, jakby nie byli przygotowani, że może zdecydować się na „nieszablonowe” silne wstrzelenie piłki na czwarty metr przed bramką rywali. Zaznaczmy – Deulofeu był niedokładny, nieco chaotyczny i samolubny, lecz w pojedynkę sprawił, że pod bramką gospodarzy działo się cokolwiek. W drugiej połowie należało to do rzadkości.
 
 
 
Opinie na temat ofensywnych poczynań Evertonu są póki co podzielone – jedni nawołują w tym względzie o cierpliwość, twierdzą, że skuteczność przyjdzie z czasem (niebagatelna będzie w tym rola Lukaku), drudzy zaś wypominają, że ta swoista „gra na posiadanie” jest bezcolowa, jeżeli nie przynosi bramek (a tak póki co jest). Przecież w futbolu idzie o bramki. Do tematu warto podejść z rozwagą i rozgraniczyć dwa aspekty problemu. Pierwszym jest skuteczność, której rzeczywiście zabrakło i z WBA (choćby słupek Fellainiego, poprzeczka Colemana), i z Cardiff (fenomenalna obrona uderzenia Jelavicia przez Marshalla). Nie może on jednak przesłonić aspektu drugiego, mianowicie zamieniania posiadania piłki na sytuacje, wieńczenia długich wymian strzałami na bramki. Z WBA jedyną stuprocentową okazję miał Fellaini (co nie oznacza, że pozostałe strzały, które bronili Foster i Daniels, nie stanowiły sytuacji bramkowych), z Cardiff takiej sytuacji nie było, a Marshall został zmuszony do prawdziwego wysiłku ledwie raz (wspomniana główka Jelavicia).
 
 
Skąd zatem wynika taki stan rzeczy? M.in., w mojej ocenie, Everton nie ma klasycznego i klasowego zarazem rozgrywającego. W tę rolę próbuje wcielać się Pienaar, ale pamiętajmy, że to mimo wszystko skrzydłowy i właśnie na lewej flance koncentruje się jego główna aktywność. Z kolei Barkley, który w miniony piątek zadebiutował w reprezentacji Anglii, wprawdzie odnajduje się w systemie Martineza, dobrze czuje się z piłką przy nodze, jest silny i potrafi celnie zagrać, ale brakuje mi w nim pierwiastka kreatywności i zdecydowania w kluczowych momentach. Zbyt długo podejmuje decyzje, przy czym są one niby są poprawne, ale w zagraniach Barkley’a brak błysku, nieszablonowości. Nadal to Baines, Coleman i Pienaar notują więcej kluczowych podań (odpowiednio dziesięć, sześć i sześć), mimo że Barkley rzecz jasna haruje w drugiej linii i musi podobać się to, jak operuje piłką, a zwłaszcza łatwość i dojrzałość w tym elemencie gry. Nie to, że Barkley nie notuje kluczowych podań – owszem, pięć w trzech meczach to niezły wynik jak na zawodnika, który jeszcze niedawno nie łapał się do podstawowego składu. Jednak Barkley, po pierwsze, momentami zbyt długo holuje piłkę i nie pozbywa się jej w odpowiednim momencie,  po drugie zaś w spotkaniu z Cardiff nie stworzył żadnego zagrożenia po strzałach z dystansu. Zakładam, że większa odwaga i zmysł do gry kombinacyjnej przyjdzie z czasem, wraz z kolejnymi rozegranymi meczami.
 
 

 
Prześledźmy problem na przykładzie poniższej akcji. Pienaar zszedł z piłką z lewego skrzydła do środka i znakomitym podaniem piętą minął aż trzech otaczających go piłkarzy Carrdiff. Adresatem zagrania był Barkley, który miał za plecami drugą linię gospodarzy. Młody Anglik momentalnie ruszył w stronę bramki Marshalla.
 
 
Dwa szybkie kroki z piłką przy nodze i Barkley staje przed szansą stworzenia sytuacji bramkowej. Może zagrać prostopadłą piłkę do Jelavicia (wariant łatwiejszy) lub do Mirallasa (wariant trudniejszy), może rozrzucić akcję na lewe skrzydło do Fellainiego, może też pokusić się o uderzenie.
 
 
Barkley jednak zwleka z podjęciem decyzji. W ten sposób przegapił możliwość uruchomienia Jelavicia lub Mirallasa prostopadłym podaniem, a w chwili, gdy oddawał strzał na bramkę, był już ściśle kryty przez dwóch obrońców gospodarzy.
 
 
Kolejna sytuacja. Barkley świetnie (!) zabrał się z piłką zagraną przez Fellainiego, przyjmując ją z jednoczesnym odwróceniem się w kierunku bramki Cardiff i mijając Medela. W rezultacie pomocnik Evertonu ma mnóstwo miejsca w środku pola, nie jest przez nikogo atakowany. Znów ma do wyboru pomiędzy wychodzącymi na prostopadłe podania Jelaviciem i Mirallasem, przy czym Belg ściąga na siebie uwagę aż trzech defensorów gospodarzy i czyści w ten sposób Jelaviciowi lewe skrzydło.
 
 
 
Barkley zwleka w pierwszym tempie, zwleka w drugim, nie decyduje się na podanie ani do Jelavicia, ani do Mirallasa. Akcja wytraciła impet, Mirallas jest już na spalonym, pomocnicy Cardiff są coraz bliżej Barkley’a. Jelavić zaś nadal nie jest kryty, w dodatku nie jest na spalonym.
 
 
I tym razem Barkley ignoruje Jelavicia. Jest też za późno, aby zagrywać do Mirallasa. W tym momencie pozostaje już tylko poczekanie na włączającego się do akcji Colemana. Ten natomiast kończy akcję nieudanym strzałem.
 
 
Podkreślam – to, że Barkley zagrał do Colemana, nie było złym wyborem. Było poprawne, zarazem jednak nieskomplikowane i dosyć oczywiste. Bezpieczne i nieco na alibi. Sęk w tym, że w ostatecznym rozrachunku Barkley nie zrobił z tej akcji tyle, ile powinien, bez względu na to, że próba uderzenia Colemana była kompletnie nieudana. Mógł zachować się lepiej zagrywając w tempo do wychodzących na pozycję Jelavicia lub Mirallasa (do tego pierwszego aż dwukrotnie) i stworzyć w ten sposób dużo lepszą sytuację do zdobycia bramki. Jelavić i Mirallas mieliby wszak krótszą i łatwiejszą drogę do bramki Marshalla niż Coleman.
 
 
Należy także zwrócić uwagę na to, jak często piłkę przy nodze mieli stoperzy Evertony. Duet Distin-Jagielka zmuszany był przez wysokie krycie piłkarzy Cardiff do rozgrywania piłki i wprowadzania jej do drugiego sektora. Obaj najczęściej zagrywali na własnej połowie do bocznych obrońców lub defensywnych pomocników, podnosząc w ten sposób ogólną liczbę podań i wpływając na posiadanie piłki, lecz pożytek z takiego „klepania” był niewielki.
 

 
 
 
Przyjrzyjmy się teraz bliżej najlepszej okazji bramkowej Evertonu. Osman dogrywa precyzyjnie do Mirallasa, który przeszedł na lewe skrzydło. Belg momentalnie schodzi do środka, gdzie jest już Pienaar. 
 
 
Pienaar ma trochę miejsca tuż przed polem karnym – może zarówno nieco podprowadzić piłkę i oddać strzał, jak i zagrać piłkę powrotną do Mirallasa. Gdyby zdecydował się na pierwsze rozwiązanie, obrońca kryjący Jelavicia najprawdopodobniej momentalnie doskoczyłby do reprezentanta RPA i zostawił Chorwata jeden na jednego z Marshallem, wobec czego Pienaar mógłby równie dobrze dograć koledze jedno tempo później przy równoczesnym zamarkowaniu uderzenia. Zagrywając do Mirallasa wypuściłby Belga jeden na jednego z Marshallem, a przy dalszym słupku Jelavić mógłby ewentualnie tylko dostawić stopę i skierować piłkę do pustej bramki. Co robi Pienaar? Psuje akcję. Niepotrzebnie odgrywa piłkę piętą do tyłu do Barkley’a, który zupełnie się tego nie spodziewa (bo niby dlaczego?), a w dodatku ma na plecach rywala. W rezultacie Barkley zostaje osaczony przez rywali i jedyne, co może zrobić, to nie stracić piłki i odegrać ją do najbliższego – bez zagrożenia dla bramki. 
 
 
Zauważmy, że w powyższej sytuacji wystarczyło, że Pienaar zagra tzw. prostą piłkę – podanie zwrotne do ścinającego Mirallasa lub ruszy w pole karne i odda strzał lub odegra do Jelavicia. Zamiast tego wybrał rozwiązanie kombinacyjne, przyznajmy, techniczny majstersztyk, jednak kompletnie rozbijający akcję. Obrazuje to problem, z którym Everton boryka się od początku sezonu – problem stosowania bardziej bezpośrednich środków, kiedy podopieczni Martineza znajdują się z piłką przed polem karnym. Co z tego, że Mirallas świetnie przyspieszył akcję i wyszedł na pozycję, skoro Pienaar za moment nie tylko ją zwolnił, ale także wycofał. Odnoszę wrażenie, że w tych kluczowych momentach zawodnicy Evertonu niechętnie podejmują te „bezpośrednie” środki – zamiast oddać błyskawiczny strzał lub odegrać do wbiegającego partnera brną w  rozgrywanie. Dalej rozgrywają, zamiast zaatakować bramkę, nie korzystają z tych momentów, kiedy nadarza się okazja do przerwania wymiany podań, woląc ją kontynuować.
 
Wróćmy jednak do akcji. Barkley odegrał do Colemana, który ma przed sobą dwóch rywali i ostatecznie dośrodkowuje w pole karne. Czy z takiego rozegrania przez Pienaara Everton osiągnął korzyść? Przypomnijmy – miał do wyboru wypuszczenie Mirallasa jeden na jeden z Marshallem lub oddanie strzału/podanie do Jelavicia i wypuszczenie do również sam na sam. Teraz natomiast gospodarze są we własnej szesnastce całą drużyną za wyjątkiem Campbell, szczelnie kryjąc i skazując dośrodkowanie Colemana na niepowodzenie. Everton zatem sam postawił się w znacznie trudniejszym położeniu w kontekście sforsowania defensywy gospodarzy.
 
 
Nieudana próba Cardiff wyjścia z kontrą i jesteśmy w tym samym miejscu. Aż sześciu zawodników Cardiff zamyka pole przed bramką Marshalla. Jelavić zdołał jednak odskoczyć od pilnującego go obrońcy i oddaje strzał, który po rykoszecie z trudem broni Marshall.
 
 
Należy nadto zauważyć, w jaki sposób uwalaniają się skrzydłowi Evertonu schodząc do środka. W tym przypadku zejście Mirallasa na lewą flankę spowodowało, że Gunnarsson musiał kontrolować położenie Belga i w ten sposób stworzył miejsce Pienaarowi. W spotkaniu z WBA manewr ten stosowany był z wykorzystaniem Barkley’a.
 
Znów Barkley. Sytuacja zbliżona do analizowanych powyżej – trzy możliwości stworzenia partnerom okazji bramkowej, zbyt długie prowadzenie piłki, doskoczenie kilku rywali i zablokowane uderzenie.
 
 
Wspólny mianownik jest następujący: Everton nie ma problemów z przedostaniem się poprzez atak pozycyjny przed pole karne rywali; dotyczy to również sytuacji po odbiorze na połowie rywali, kiedy jednym-dwoma podaniami liverpoolczycy dostają się okolice szesnastki rywali. Problem dotyczy egzekucji – ludzie Martineza nie korzystają z nadążających się okazji do tzw. through balls lub uderzeń na bramkę. Zwlekają z podjęciem decyzji, zbyt długo trzymają piłkę przy nodze. Nie wykorzystują momentów, w których należy przerwać atak pozycyjny/prowadzenie piłki stwarzając okazję bramkową. Jak np. w tej sytuacji.
 
 
Wzorcowe zachowanie Barkley’a – uwolnił się spod krycia, dojrzał czekającego na podanie Mirallasa i posłał prostopadłą piłkę w pole karne. W tej akcji było wszystko – tempo i precyzja podającego, wyjście na pozycję atakującego – poza wykończeniem akcji przez reprezentanta Belgii.
 
DEFENSYWA
 
Everton nie pozwolił gospodarzom na wiele. Bramka Howarda była w niebezpieczeństwie tak naprawdę tylko dwukrotnie – po rzucie rożnym bitym przez Whittinghama oraz gdy w sytuacji sam na sam Bellamy za daleko wypuścił sobie piłkę.
 
 
Nieźle radził sobie duet Fellaini-Osman, dobrze radzący sobie z przerywaniem akcji Cardiff. 
 
 

 
Lepiej niż w starciu z WBA wyglądało także krycie w bocznych sektorach boiska, przez co gospodarze nie byli w stanie zagrozić Evertonowi po akcjach skrzydłami.
 
 
 
Goście błędów w defensywie jednak się nie wystrzegli, zwłaszcza w odpowiednim przesuwaniu krycia przed własnym polem karnym. Przyjrzyjmy się następującym sytuacjom.
 
 
 
Connolly jest przy piłce i kryje go Pienaar. Fellaini zszedł do lewej strony za Kimem, lecz krycie powinien przejąć Baines, bowiem niekryty w środku jest Bellamy. Do Walijczyka doskakuje Osman, ale tym samym zostawia Gunnarssona, który zainteresowania nie wykazał Mirallas. Osman mógłby także wrócić do Campbella, ale Distin i Jagielka byli dwóch na jednego z napastnikiem gospodarzy, także takie ustawienie można uznać za poprawne.
 
 
Bellamy zagrywa do Medela, do którego nie doskoczył Barkley. Zwróćmy uwagę, że młody Anglik kompletnie odpuszcza krycie w tej akcji (!). Medel nie jest atakowany, ma czas i zagrywa do Gunnarssona, którego odpuścił na rzecz Bellamy’ego Osman i wobec bierności Barkley’a został z dwoma przeciwnikami – nie może kompletnie odpuścić Medela, ale to samo dotyczy Gunnarssona. Z kolei krycie Whittinghama odpuścił Fellaini.
 
 
 
Medel podaniem mija linię pomocy Eevertonu i Gunnarsson – jak Morrison w poprzedniej kolejce – ma przed sobą tylko linię obrony, za plecami zaś mającego go kryć Osmana oraz Fellainiego. Duet Distin-Jagielka został dwóch na dwóch z Campbellem i Whittinghamem, przy czym wobec tego, że Gunnarsson jest nieatakowany przez nikogo, doskakuje do niego Distin. Jagielka zostaje zatem sam z dwoma rywalami, zaś ewentualne przesunięcie Bainesa spowoduje, że otworzy się lewa strona dla Kima.
 
 
 
Goście znaleźli się w sytuacji trzech na dwóch i tylko przejęcie przez Campbella podania adresowanego do Whittinghama spowodowało, że Cardiff nie stworzyło sytuacji bramkowej.
 
Widzimy zatem, że za sprawę błędu Evertonu w ustawieniu krycia na czterdziestym metrze przed bramką Howarda Cardiff było blisko wypracowania – za pomocą czterech podań, w mniej niż dziesięć sekund – sytuacji sam na sam. 
 
 
 
 
 
To już sytuacja z drugiej połowy. Mirallas dostaje podanie od Osmana, prawym skrzydłem pędzi Coleman. Belg jest atakowany przez dwóch rywali i ostatecznie traci piłkę. Momentalnie do rywali doskakuje Osman, ale zostaje łatwo minięty podaniem w sytuacji dwóch na jednego. Jako że Coleman podłączył się do akcji ofensywnej licząc na odegranie Mirallasa, prawa strona Evertonu została kompletnie odkryta i bez asekuracji. To ryzyko, które bierze na siebie Martinez w związku z tak ofensywnym ustawieniem obu bocznych obrońców.
 
 
Kim kieruje się z piłką w stronę pola karnego, gdzie będzie jeden na jednego z Jagielką. W tym momencie Distin jest jeden na jednego z Campbellem, a trzeba zauważyć, że nadbiegający Bellamy zagrają z Campbellem zmianę krzyżową.
 
 
Osman i Fellaini niezbyt śpiesznie zdążają do obrony, a Kim wchodzi w drybling i za moment położy Jagielkę. Mirallas musi zejść do prawej stron za Taylorem, zatem jedynie pro forma podejmuje „próbę” odbioru piłki Kimowi. Distin i Baines są dwóch na dwóch z Bellamym i Campbellem, bez żadnej asekuracji.
 
 
Bellamy jest sam dziesiątym metrze przed bramką Howarda – w wyniku zmiany krzyżowej z Camplbellem Distinowi trochę zajęło zanim zorientował się, że musi zmienić krycie. Wciąż spóźnieni są Osman i Fellaini, w żaden sposób nie pomagając blokowi obronnemu w zatrzymaniu szarży Kima i kryciu także będących w polu karnym Bellamy’ego i Campbella. Na szczęście dla gości, Kim – po tym, jak ograł z łatwością Jagielkę – zamiast zagrać piłkę wzdłuż linii końcowej, zdecydował się na wycofanie futbolówki. W tej akcji uwidoczniło się, że ustawienie duetu Fellaini-Osman jako defensywnych pomocników wiąże się z pewnym ryzykiem – dla obu nie jest to nominalna pozycja, nienajlepiej czują się w destrukcji, a w dodatku nigdy nie byli typami szybkościowców. Powoduje to problemy przy konieczności szybkiego powrotu do obrony i przerwania akcji. Ani Fellaini, ani Osman nie byli w stanie nie tyle zatrzymać Kima, co chociaż wrócić się do defensywy i pomóc w kryciu. Niemniej, nie można nie spostrzec, iż wcale nie wracali się sprintem. Trucht. Tym gorzej.
 
 
Kim był zresztą postacią wyróżniającą w ofensywie się wśród piłkarzy Cardiff. Nie bał się wziąć na siebie ciężaru gry, nie unikał gry.
 
 
To już sytuacja podobna do tej, po której bramkę na 1:0 w pierwszym meczu sezonu zdobył Whittaker. Connolly wygrał pojedynek z Bainesem i ruszył przed siebie. Pienaar zamiast podjąć próbę odbioru piłki rusza w kierunku Bellamy’ego, podczas gdy to samo robi Fellaini. Obaj też raczej imitują grę w destrukcji – Connolly przez nikogo nieniepokojony zbliża się do pola karnego, po skrzydle rozpędza się także niekryty Bellamy. Trzech na dwóch. Do rywala z piłką doskakuje zatem Distin, przez co Jagielka zostaje jeden na jeden z Campbellem, a Bellamy ma wolny korytarz z lewej strony. Stoper reprezentacji Anglii ratuje swój zespół przed utratą bramki niezwykle inteligentnym, acz obarczonym ryzykiem zachowaniem – orientując się, że jest ostatnim obrońcą, rezygnuje z dalszego cofania się i na moment przystaje, zostawiając Bellamy’ego na spalonym. Ryzyko było jednak spore, ponieważ spalony był doprawdy minimalny i gdyby liniowy postąpił z duchem gry, chorągiewka nie powędrowałaby do góry. Przynajmniej moim zdaniem nie powinna. Wracając jednak do zachowania Pienaara i Fellainiego – niedopuszczalne jest tak ostentacyjne odpuszczenie krycia i brak powrotu do defensywy w sytuacji liczebnej przewagi rywali w tym sektorze boiska. Należy przy tym zauważyć, iż nie jest to pierwsza taka sytuacja w tym sezonie. W obu poprzednich częściach zwracałem uwagę na brak stosownego zaangażowania w grę obronną ze strony zawodników formacji ataku. Co więcej, Cardiff obnażyło defensywne słabości duetu Fellaini-Osman.
 
 
 
Chwilę po tej akcji Cardiff stworzyło najlepszą okazję w meczu. Osman nie zdołał opanować podania od Jagielki. Futbolówka trafiła pod nogi Medela, który błyskawicznie oddał ją Kimowi.
 
 
 
Zatrzymajmy się tu na moment. Osman rzecz jasna popełnił błąd w przyjęciu i został minięty podaniem przez Medela. Nie za bardzo wiadomo, co bliżej prawej strony robi Fellaini ani kogo kryje (odpowiedź – nikogo). Znów, pomimo że jest defensywnym pomocnikiem, nie bierze udziału w grze obronnej. Pienaar z kolei powinien kryć Bellamy’ego. Walijczyk zrywa się do pięćdziesięciometrowego sprintu, pomocnik Evertonu ani myśli za nim ruszyć. I już nie ruszy.
 
 
Coleman i Fellaini odpuszczają krycie, wobec czego Jagielka zostaje jeden na jednego z Campbellem. Distin zostaje jeden na dwóch z prowadzącym piłkę Kimem i pędzącym Bellamym. Osman jest oczywiście spóźniony.
 
 
Kim zwalnia, Distin oczekuje na ruch rywala. Baines trzyma się Bellamy’ego, zatem Francuz może skupić się wyłącznie na Kimie. Jagielka nie powtarza jednak tego, co zrobił chwilę wcześniej – w tej sytuacji powinien zauważyć, że luki w kryciu wymagały zastawienia pułapki ofsajdowej. Distin nie może doskoczyć do Kima, musi natomiast oczekiwać na jego zagranie; gdyby ten nie zdecydował się na podanie, a na prowadzenie piłki – wtedy ryzykowałby pójście „na raz”. Distin wyznaczał zatem linię, do której nie wyrównał ani Jagielka, ani Baines, a wystarczyło odpowiednio zrobić krok do przodu i zatrzymać się. Bellamy tymczasem wybiega do świetnego prostopadłego podania Kima i licząc na faul Howarda zbyt mocno wypuszcza sobie piłkę.
 
 
Ponownie zatem brak asekuracji ze strony linii pomocy spowodował bardzo trudne położenie stoperów.
 
PODSUMOWANIE
 
Spotkanie z Cardiff było najsłabszym spośród dotychczasowych gier Evertonu w obecnym sezonie. W ofensywie podopieczni Martineza zbyt długo brnęli w rozgrywanie piłki między sobą i po obwodzie, nie wykorzystując nadarzających się okazji do stworzenia zagrożenia pod bramką Marshalla prostopadłym podaniem lub uderzeniem z 20-25 metrów. Od strony defensywnej występ w stolicy Walii można uznać za umiarkowanie udany, przy czym powtórzyły się błędy z meczów z Norwich i z WBA, mianowicie niedostateczne zaangażowanie w destrukcję graczy formacji ataku, błędy drugiej linii w ustawieniu oraz przesuwaniu krycia. Gracze beniaminka Premier League kilkukrotnie udowodnili również, że ani Fellaini, ani Osman – pomimo systematycznych postępów, zwłaszcza tego drugiego – nie czują się optymalnie na pozycji ustawionego głęboko, tuż przed stoperami defensywnego pomocnika.
 
Mateusz Jaworski
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Everton FC Anglia
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.