TOP 5 nieudanych transakcji Realu Madryt

3 lata temu
Real Madryt

Nowy rok – nowe wyzwania. Transferowe TOP 5 ekipy Królewskich to naprawdę karkołomne przedsięwzięcie. Real nie kupuje piłkarzy. Real ich gromadzi. Czyni to momentami w sposób, który u postronnego obserwatora wywołuje uśmiech politowania.

Real Madryt na rynku transferowym do rozważnych nie należy. To prawda. Kupuje piłkarzy nie do końca potrzebnych. Prawda. Marnuje talenty, często nie potrafiąc wykrzesać z nich tego co najlepsze. Też prawda. Przepłaca. Oczywiście.

Jest to klub wielki, w całkowitym tego słowa znaczeniu. Tradycja, historia, sukcesy, prestiż – to wszystko przemawia za Królewskimi. Tym bardziej więc rozbraja to, jak Real kalikuje na rynku transferowym, jak wiele błędów popełnia. Brakuje rozwagi, przemyślanych działań. Ale skoro są pieniądze, metoda prób i błędów jakiejś większej szkody klubowi nie przynosi. Gdyby jednak potencjałem ekonomicznym Galacticos zarządzać nieco rozważniej, Real Madryt nie miał by sobie równych w futbolowej rzeczywistości.

Być może haczyk leży gdzie indziej. Gra w trykocie Realu Madryt jest zwieńczeniem piłkarskich marzeń. Mało jest jednostek tak ambitnych jak chociażby Cristiano Ronaldo, który zawsze daje z siebie 110%. Są piłkarze, którzy łatwo spoczywają na laurach. Pytanie, czy bycie częścią legendarnego klubu uśmierza w pewien sposób ich potencjał, czy może po prostu osiągnęli cel i… choć ciężko to pojąć… już im się nie chce?

Wśród rzeszy piłkarzy, jaka przewinęła się przez Estadio Santiago Bernabeu znajdą się tacy, którzy okazali się za słabi, zdemotywowani, tacy, którym okoliczności nie pozwoliły rozwinąć skrzydeł, jak i jednostki, które w Madrycie po prostu nie czuły się dobrze. Przedstawiamy wam ranking (troszkę nietypowy) największych transferowych wpadek galaktycznego Realu. TOP 5!

Sezon 2009/2010, Ricardo Kaká, 65 milionów euro
O tym kuriozum, jakim była przygoda Kaki w Realu Madryt powiedziano już chyba wszystko. Niestety, przejść całkowicie obojętnie obok tego jakże sympatycznego chłopaka nie możemy. Nie możemy, ponieważ… Kaka w Realu to była pomyłka. Nieporozumienie. Precedens. A przecież z początku wszystko wydawało się idealne. Prawdziwy futbolowy wirtuoz przychodzi do znakomitego zespołu za kosmiczną kwotę i to jeszcze razem z najlepszym piłkarzem na świecie. Symbol AC Milan, gwiazda i motor napędowy reprezentacji Brazylii. Transfer idealny, musi się udać. Życie jednak płata figle, a dla Florentino Pereza takim bardzo kosztownym figlem był właśnie 90-krotny reprezentant Brazylii. Presja, rywalizacja, ciśnienie? A może osoby trzecie? Kto rzucił urok na Kakę powodujący u niego tak porażające slow motion?. Sprowadzono go przecież za 65 milionów euro. Chyba nie po to, żeby wkrótce odszedł za darmo…

Uporządkujmy pewne rzeczy. Lipiec 2009 roku. Real Madryt po raz kolejny szokuje. Wywraca do góry nogami cały piłkarski świat. Wydaje 160 milionów euro na dwóch zawodników. Jeden okazuje się zbawieniem, receptą na całe zło. Zaś drugi…

Ku usprawiedliwieniu piłkarza, możemy zaznaczyć, że w swoim premierowym sezonie Kaka próbował. Starał się, nie narzekał, gdy przerzucano go z prawego skrzydła na lewe, potem zaś na środek pomocy, szukając optymalnej pozycji dla niego jak i całego zespołu. Jednak z każdym kolejnym występem jasne stawało się, że Madryt to nie jest odpowiednie miejsce dla Brazylijczyka. Okazało się, że transfer w wysokości 65 milionów euro może być nieudany. Że jeden z piłkarskich bogów może sobie nie poradzić. Niewiarygodne, a jednak prawdziwe.

Połowę sezonu 2010/2011 zabrała mu uszkodzona łąkotka, ale gdy po rekonwalescencji w 14 meczach strzelił siedem bramek i zaliczył pięć decydujących podań, w tunelu zatliło się światełko. A raczej wątły płomyk. Każdy bowiem liczył na geniusz Kaki z San Siro. Przyzwoite występy nikogo nie interesowały. Tak to już jest, gdy stajesz się wielki, twoich krytyków nie zadowoli przyzwoitość. Musisz czarować i wywoływać swoimi poczynaniami szybsze bicie serc. W Madrycie Kakę stać było jedynie na to, żeby piłkarskie rzemiosło uprawiać poprawnie, bez polotu. W sezonie 2011/12 strzelił pięć goli i uzyskał 10 asyst. „Para futbol” w ostatnim roku pobytu w stolicy Hiszpanii stawał się już niesmaczny. We wrześniu 2013 roku wygasł kontrakt Brazylijczyka z Realem. 31-latek wrócił na stare śmieci, do Mediolanu. Raczej nie w celu odbudowania formy (chociaż w kontekście Mundialu w ojczyźnie, powinien teraz pracować za dwóch). Prawdopodobnie po to, żeby pokazać, że jest wart coś więcej, niż te marne 8 milionów euro, na jakie wycenia się Ricardo Kakę dzisiaj.



Sezony 2007/2008 i 2008/2009 – choroba holenderska
Arjen Robben – 36 milionów euro, Wesley Sneijder – 27 milionów, Klaas Jan Huntelaar - 27 milionów,  Rafael Van der Vaart - 15 milionów,  Royston Drenthe - 14 milionów. Pięciu wspaniałych holenderskich piłkarzy z Estadio Santiago Bernabeu. Każdemu musimy poświęcić kilka słów. Zacznijmy od najdroższego.

Arjen Robben podpisał kontrakt z Realem w sierpniu 2007 roku. Na Santiago Bernabeu spędził dwa sezony. Działacze Królewskich zdawali sobie sprawę z ryzyka, jakim był transfer Arjena. Wątłe zdrowie i związana z tym ponadprzeciętna podatność na kontuzje, mogły doprowadzić do tego, że więcej czasu będzie on spędzał u lekarzy niż na boisku. Pierwszy rok w Hiszpanii był w wykonaniu „Latającego Holendra” przeciętny. Z powodu przewlekłych problemów z mięśniami udało mu się rozegrać ledwie 10 meczów w podstawowym składzie. Trochę mało, jak na bohatera drugiego najdroższego transferu letniego okna w 2007 roku. Kredyt zaufania w stosunku do Robbena był jednak znaczny, dzięki czemu jego drugi sezon okazał się zdecydowanie lepszy. Były gracz Chelsea nie zachwycił, ale dzięki mniejszej liczbie kontuzji grał na przyzwoitym poziomie. W niezachwycającym wówczas Realu (m.in. baty od Liverpoolu w 1/8 LM) był jedną z jaśniejszych postaci. Siedem bramek i tyleż samo asyst w lidze – to było minimum jakie miał zapewniać Robben. Pytanie, jak potoczyłaby się jego madrycka kariera, gdyby nie Florentino Perez, który po powtórnym objęciu sterów w ekipie Los Blancos szybko postanowił sprzedać Holendra. Zgłosił się Bayern Monachium i na pewno tej decyzji nie żałuje. 29-letni skrzydłowy nie mógł pokazać pełni umiejętności w Madrycie, zrobił to w Monachium. Niewiele w tym jego winy, ale patrząc na pieniądze za jakie go sprowadzono i oczekiwania – zawiódł.



Dwa tygodnie po podpisaniu kontraktu z Robbenem, Real ogłosił kolejny wielki transfer. Królewscy ponownie rozbili bank i za 27 milionów euro sprowadzili Wesleya Sneijdera. 18 bramek i 9 asyst w jednym sezonie Eredivisie tego ofensywnego pomocnika robiło wrażenie. Wraz z Robbenem, Sneijder miał kreować grę Galacticos. Urodzony w Utrechcie zawodnik postanowił swój pobyt w Realu spędzić nieco inaczej niż wyżej wymieniony kolega, to znaczy pierwszy sezon miał przyzwoity, zaś drugi – katastrofalny. Podczas premierowego roku na półwyspie Iberyjskim, Sneijder zaliczył w sumie 16 goli i asyst, rozegrał 30 spotkań. Zapowiadało się więc naprawdę nieźle. Wydawało się, że pięcioletni kontrakt zawodnika zostanie zrealizowany. Niestety, uszkodzenie więzadeł krzyżowych, kosztowało go okres przygotowawczy i początek nowego sezonu. Po kontuzji Wesley nie odzyskał już dawnej formy. Real nie wahał się sprzedać go w sierpniu 2009 roku za 15 milionów euro do Interu Mediolan, z którym Holender wkrótce sięgnął po Ligę Mistrzów. Wydaje się, że w gorącej wodzie kąpany Perez pochopnie pozbył się tego nietuzinkowego gracza.



Tercet sprowadzonych w sierpniu 2007 roku „pomarańczowych” dopełnia zdecydowanie największa pomyłka z Kraju Tulipanów – Royston Drenthe. 20-latek miał się w Madrycie ogrywać i łapać doświadczenie, by stać się obrońcą klasy światowej. Zamiast tego bardzo sumiennie zapominał jak się gra w piłkę. 14 milionów euro zainwestowane w przyszłość, zostało bezpowrotnie zmarnowane. Trzy chude lata na Santiago Bernabeu, z czego każdy kolejny sezon gorszy spowodowały, że Roystona chciano się za wszelką cenę pozbyć. Wypożyczenia do Herculesa Alicante i Evertonu jedynie odwlekały w czasie definitywne rozstanie z Królewskimi. Dzisiaj, ten „wielki talent” z Rotterdamu ma 26 lat, gra ogony w Reading i wart jest dwa miliony euro. Trochę zjazd, nie uważacie?



Mamy jeszcze dwa dorodne tulipany w naszej kolekcji. Niejaki Rafael Van der Vaart „zasilił” Real w sierpniu 2008 roku. Co ciekawe, był jedynym niespełnionym Holendrem, za którego Real teoretycznie nie przepłacił. To znaczy zapłacił kwotę niższą niż sugerowana wartość rynkowa zawodnika. Za 15 baniek sprowadzili piłkarza, który na boiskach Bundesligi w 29 meczach strzelił 12 goli a 10 wypracował. Niekwestionowany lider HSV, miał oczywiście stanowić o sile Realu. Niekoniecznie mu się to udało. Nie dał jakiejś spektakularnej plamy, ale grał zdecydowanie – tu kluczowe dla nas stwierdzenie -  poniżej oczekiwań. Swoich, trenera, kibiców. Po dwóch latach odszedł do Tottenhamu i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, grał tam pierwsze skrzypce. Coś ten Madryt nie sprzyja młodym Holendrom.



Styczeń 2009 zakończył epokę holenderskich zakupów. Piąta transakcja i piąte niepowodzenie. Klaas Jan Huntelaar – młoda strzelba znana głównie z Ajaksu Amsterdam – również się nie sprawdził. Miał 26 lat i papiery na dobrą grę. Real zachłysnął się po raz kolejny. Początkowo gdy w miesiąc po transferze, Holender strzelił w sześciu kolejnych meczach osiem goli, wszyscy w Madrycie wierzyli, że o to przybył następca Ruuda Van Nistelrooya, że o to zakup z Holandii, wreszcie okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie wszystko złoto, co przez moment zaświeci. Jak niespodziewanie zaczął, tak poniekąd spodziewanie zakończył zdobywanie bramek. W pozostałych 10 meczach już rywali nie ukąsił. Rozczarował i postanowiono się z nim rozstać. Piłkarz za 27 milionów euro „nagrał się” w Madrycie pół roku. W lipcu za 15 milionów odszedł do Milanu. Cóż, to by było na tyle, jeżeli chodzi o chorobę holenderską na Estadio Santiago Bernabeu. Florentino Perezowi przy planowaniu zakupów, polecamy omijać Holandię bardzo szerokim łukiem.



Sezon 2004/2005, Jonathan Woodgate, 18,3 miliona euro
Pamiętacie gościa?? Niedługo minie dekada, odkąd Jonathan Woodgate stał się jednym z największych nieporozumień transferowych w historii hiszpańskiej piłki. Trzeba jednak przyznać, że chłopak miał fantazję. Strzelić w debiucie (na który, z powodu kontuzji, czekał niemal rok!) „swojaka” i wylecieć z boiska – chapeau bas. Anglik potrafił grać w piłkę, ale kontuzje uniemożliwiały mu pokazanie choćby próbki swoich umiejętności. Można otwarcie powiedzieć, że to co uskuteczniał w koszulce Realu (na szczęście dla niego sporadycznie) z futbolem miało niewiele wspólnego. Szybko został wypożyczony do Middlesbrough, gdzie o dziwo grał regularnie i solidnie. Real jednak nie miał nic przeciwko, gdy Anglicy zaproponowali niespełna 10 milionów euro za wykupienie obrońcy. Opuścił stolicę Hiszpanii mając na koncie sześć występów w podstawowym składzie (w sumie 9 spotkań) i jednego samobója.

Niesforny Anglik był swego czasu niezwykle utalentowanym i obiecującym piłkarzem. Jego kariera nigdy jednak nie wjechała na właściwe tory. Mimo ogromnego potencjału, nie zasłynął jako jeden z najlepszych obrońców na świecie. Gdy nie leczył kontuzji, był solidnym defensorem. W jego przypadku, JEDYNIE solidnym. Dzisiaj ma już 33 lata, gra na zapleczu Premier League i wyceniany jest na pół miliona euro. Można go opisać jednym słowem – pechowiec.



Sezon 2005/2006 i włoski grubasek
Antonio Cassano zasilił Real w styczniu 2005 roku, mając 23 lata. Trzeba przyznać, że finansowo Madrycki potentat ubił niezły interes. Dali 5,5 miliona euro za piłkarza, wycenianego wówczas na prawie 25 milionów. Gdy Cassano miał 19 lat, AS Roma zapłaciła za niego aż 28 milionów euro! Taki to był diamencik.

Niestety, każdy kij ma dwa końce. Cassano do „łatwych w obejściu” nie należał. Kapryśny i krnąbrny Włoch dawał się we znaki swoim pracodawcom, przełożonym i kolegom z drużyny. Konflikt z prawie całą drużyną Romy, wymusił na jej działaczach decyzję o szybkiej i nieopłacalnej sprzedaży. Real Madryt nie wydawał się jednak karną kolonią dla Włocha. W Realu zaliczył debiut marzenie, potem zaś było coraz gorzej. Również w Madrycie podpadł trenerowi i został na pewien czas odsunięty od drużyny. Piłkarsko nie dawał z siebie prawe nic. W stolicy Hiszpanii zajęty był głównie przybieraniem na wadze. Niecałe pół roku po transferze mierzący 175 centymetrów napastnik ważył aż 86 kilogramów!!! Zdecydowanie za dużo, jak na kogoś, kto para się zawodem piłkarza. Piłkarza o delikatnej muskulaturze, dodajmy.

Już pod koniec roku działacze Real Madryt szukali drużyny, która chciałaby sprowadzić do siebie Antonio. Ten, jeszcze w grudniu 2006 roku utrzymywał, ze jego kariera w ekipie Królewskich dopiero nabiera tempa. Dziwne, bo skonfliktowany ze swoim rodakiem – Fabio Capello – nie miał szans na regularna grę. Nie mówiąc już o jego formie. A raczej jej permanentnym braku. Taki sam stosunek do Włocha miał również następca Capello - Benrd Schuster. Fantantonio chciał swego czasu nawet skarżyć Real o znęcanie się psychiczne poprzez izolowanie go od drużyny (od której był odsuwany za naruszanie regulaminu). Wreszcie, w sierpniu 2007 roku udało się wypożyczyć Cassano do Sampdorii Genua. Po rocznym wypożyczeniu, działacze klubu z Genui zdecydowali się na transfer definitywny. Real oswobodził się z krępującego problemu, jakim niewątpliwie był Antonio Cassano. Dziś, Włoch ma już 31 lat i trochę się uspokoił. Gra w zespole AC Parma i prezentuje się przyzwoicie. Gdzieś tak na 40% swojego zmarnowanego talentu.



Sezon 2005/2006, Julio Baptista, 20 milionów euro
Brazylijczyk, który w Sevilli grał jak natchniony, w Madrycie dobry miał JEDEN sezon. No, powiedzmy, że nie narobił sobie wówczas wstydu. W przeciągu dwóch sezonów w Primiera Division (w barwach Sevilli) rozegrał 62 mecze i strzelił aż 38 goli (a zaczynał jako ofensywny pomocnik). Zarówno statystyki jak i same boiskowe poczynania – szybkość, siła, technika, zwrotność, widowiskowość – robiły wrażenie. Nic dziwnego więc, że latem 2005 roku o Baptistę bili się najwięksi. Najbardziej zdeterminowany  walce o „Bestię” był królewski Real i za kwotę 20 milionów euro dopiął swego.

Znakomicie dogadujący się duet snajperów – Ronaldo i Raul – powodował, że Vonderlei Luxemburgo wystawiał Julio Baptistę za ich plecami. Jako ofensywny pomocnik nie miał aż takiej siły rażenia jak w napadzie, ale przebojowość pozostała. Trener Realu konsekwentnie na niego stawiał. Już w swoim drugim ligowym występie w trykocie Galacticos strzelił bramkę i zaliczył asystę. Niestety, potem trafiał już tylko okazyjnie. Sezon zakończył z 25 meczami w pierwszym składzie i siedmioma, w których wchodził z ławki. Spędził na boisku ponad 2200 minut, strzelił 8 bramek i zanotował 5 asyst. Szału nie było.

No właśnie, Baptista nie zachwycił. Nie porwał kibiców swoją grą. W związku z przyjściem do klubu Ruuda Van Nistelrooya, oczywistym stało się, że to właśnie Holender będzie pierwszym wyborem Fabio Capello. W linii pomocy również robiło się coraz ciaśniej. Niezadowolony ze swojej sytuacji Julio Baptista zdecydował się na wypożyczenie do Arsenalu. Po mało owocnym sezonie na Wyspach, wrócił do Madrytu. Tam jednak, już definitywnie, musiał pogodzić się z rolą mało efektywnego zmiennika. Real postanowił sprzedać Brazylijczyka, zgłosiła się Roma, zapłaciła 10 milionów euro i tym samym przygoda Baptisty na Estadio Santiago Bernabeu dobiegła końca. Dzisiaj ma on 32 wiosny, gra w Cruzeiro Belo Horizonte i wyceniany jest na dwa miliony euro.



 

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: TOP 5 nieudanych transakcji Real Madryt CF Hiszpania
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.