Obrona „polskiego klasyku”. Dlaczego wymagamy zbyt wiele?

3 lata temu
Radović | fot. UEFA

Mecz pomiędzy Legią a Lechem spotkał się z dużą krytyką, wobec czego pompowany przez media balonik o nazwie „polski klasyk” pękł z hukiem już po 90 minutach. Czy jednak na pewno należy pastwić się nad aktorami tego spektaklu?

Ostatnio poparłem sędziego Undiano Mallenco, rozjemcę „El Clasico”, którym wycierano sobie buty na lewo i prawo. Robiłem to z pełną świadomością, jako wieloletni kibic Realu, bo uznałem, że komentarze pod jego adresem są przesadzone. Jako zwolennik powiedzenia, iż łatwiej jest krytykować, niż kogoś bronić, postanowiłem także stanąć po stronie nielicznych w kwestii sobotniego starcia przy Łazienkowskiej. 
 
Nawiązanie do wydarzeń z Hiszpanii nie było przypadkowe, bowiem media do pierwszego gwizdka sędziego szukały analogii do tamtego spotkania i właśnie jako polski klasyk reklamowały całe wydarzenie, które powinno nosić nazwę meczu na szczycie. Rozpowszechniany termin byłby słuszny pod warunkiem, że pojedynki Legii z Lechem miałyby jakieś budzące emocje podłoże historyczne. O takowe trudne, biorąc pod uwagę, że drużyna z Poznania dopiero od niedawna znajduje się w ścisłym gronie faworytów.
 
Nieco śmiesznym wydaje się więc fakt porównywania rozgrywek w Hiszpanii do tego, co dzieje się na polskim podwórku, chociaż w tym przypadku komentarze po obu tych spotkaniach będą argumentem broniącym sobotnie widowisko, bo znów można doszukać się nie tyle co hipokryzji, co uprzedzeń.
 
Niezrozumiałe są bowiem dla mnie słowa, wedle których wspomniany mecz świadczy o tym, że polska piłka nie zanotowała żadnego progresu, a wręcz przeciwnie - regres. Faktycznie, jeśli mamy patrzeć na to starcie okiem tego, co obserwujemy w niemalże każdy weekend na boiskach angielskich, niemieckich, czy hiszpańskich, ciężko znaleźć jakiekolwiek pozytywy. Warto jednak znaleźć bardziej racjonalny punkt odniesienia.
 
Za taki może posłużyć mecz z połowy maja 2013 roku. Analogii można tutaj znaleźć mnóstwo. Począwszy od tego, że zmierzyły się ze sobą dwie wówczas najlepsze drużyny w lidze, przez identyczny wynik, a kończąc na tym, iż tamto spotkanie miało ogromne znaczenie w kontekście mistrzostwa, podobnie do tego przedwczorajszego. 
 
Ubiegłoroczny mecz miał jednak zupełnie inny przebieg, bardziej przypominał piłkarskie szachy w kiepskim wykonaniu, z racji iż poziom dyscypliny taktycznej w Polsce kuleje i szybko się to nie zmieni, niż sportowe widowisko. Żadna z drużyn nie chciała wówczas narzucać swojego stylu gry, dyktować warunków, wręcz przeciwnie, obie strony skupione były na przeszkadzaniu rywalowi i unikaniu własnych błędów. Poziom atrakcyjności tamtego spotkania pasował raczej do pojedynku dwóch przeciętniaków, a sytuacje bramkowe można było zliczyć na palcach jednej dłoni. Zupełnie inaczej było w minioną sobotę.
 
Tutaj warto powołać się na inną dyscyplinę sportu, jaką jest boks. W niej bowiem pretendent do tytułu, w tym przypadku Lech, tocząc bój z obrońcą tytułu, a Legia jest na najlepszej ku temu drodze, musi wykazać się większą inicjatywą. Dlatego krytyka podopiecznych Hennina Berga, a tym bardziej rokowanie, że ten zespół czeka ogromny blamaż na arenie międzynarodowej, mimo iż przez tyle miesięcy wszystko może się zmienić, jest przesadzona. Faktycznie, drugie połowy w wykonaniu legionistów, biorąc pod uwagę rundę wiosenną, są niepokojące, ale nie dają powodów do snucia tak daleko idących wniosków. Zresztą, wracając do meritum, spotkanie miało taki przebieg, jaki powinno. 
 
Piłkarzy Legii, pomimo słów trenera z konferencji przedmeczowej, urządzał w tym meczu remis. Nic więc dziwnego, że pozwolili w pewnych fragmentach spotkania zdominować się przez lechitów, tym bardziej przy jednobramkowym prowadzeniu. Swoją rolę odegrał także „Kolejorz”, który zdawał sobie doskonale sprawę ze stawki meczu, wykazując wspomnianą inicjatywę i, tutaj znowu odnosząc się do starć z ringu, wyprowadzał mnóstwo ciosów. Te okazały się jednak albo niecelne, zbyt czytelne albo zbyt słabe, by były wystarczającą odpowiedzią na nokdaun, jakiego Legia dokonała za sprawą trafienia Radovicia. Nokautu przed  meczem nie zakładali zapewne nawet najwięksi optymiści. 
 
Ciężko pojąć także argumenty o braku atrakcyjności tego spotkania, biorąc pod uwagę, iż nie tylko wynik, ale sam mecz był od początku do końca bardzo otwarty. Oprócz zadziwiająco dużej liczby sytuacji, nie brakowało bowiem boiskowych starć, atmosfery na trybunach, a także kontrowersji, które rozbudzone zostały szczególnie po słowach Kamińskiego. Faktem jest, że ofensywne zapędy obu drużyn pełne były nieporadności, ale nie rozumiem zdziwienia skutecznością takiego Teodorczyka, czy brakiem ostatniego podania w Legii, szczególnie gdy piłka znajdowała się pod nogami Ojamy. O tym wiadomo nie od dziś i ciężko oczekiwać, by na jeden mecz nauczyli się grać w piłkę. Powinno się natomiast zwrócić uwagę na to, że zamiast tradycyjnego meczu walki, mieliśmy okazję zobaczyć pojedynek drużyn, które naprawdę próbowały grać w piłkę, nawet jeśli momentami nie wszystko wychodziło.
 
Kolejnym argumentem krytyków były eksperckie analizy poziomu pod kątem czysto piłkarskim. Naturalnie błędów nie brakowało, mało tego, było ich więcej niż powinno, ale patrząc na niektórych piłkarzy i niektóre sytuacje, trudno spodziewać się, by inny mecz stał na wyższym poziomie, nie tracąc przy tym na atrakcyjności. 
 
Zresztą, spójrzmy na to porównywane „El Clasico”. Ostatni mecz Realu z Barceloną był pełen indywidualnych pomyłek, akcji i kontrowersji, podobnie jak pojedynek na Łazienkowskiej, zachowując realia danej ligi. Co z tego, że Mourinho czy Guardiola łapali się zapewne za głowy, doskonale zdając sobie sprawę, że tylu błędów nie zanotowały obie drużyny przez wszystkie spotkania za ich kadencji, skoro każdy pamięta tylko decyzje sędziego, genialnego Messiego i niewidocznego Ronaldo. Powód? Wszystko co polskie, okiem wielu, jest gorsze – zwłaszcza jeżeli mówimy o piłce nożnej. Lewandowski byłby dla wszystkich czołowym napastnikiem świata, nawet gdyby urodził się w Kirgistanie, ale nie jest, bo przyszedł na świat w Polsce. 
 
Mamy kompleks polskości na każdym kroku, który pogłębiamy takimi właśnie opiniami. A później w świat idą słowa, że w Polsce zamiast hitów są kity. Bo oczekujemy, że Pawłowski (jeden z najlepszych na boisku) zagra jak Messi, a Duda od razu udowodni swój potencjał i będzie dogrywał partnerom takie piłki, jak Di Maria Benzemie we wspomnianym klasyku. Jasne, należy stawiać duże wymagania wobec polskiej piłki, ale jak we wszystkim należy zachować umiar i oprócz wyciągania minusów, powinno się wyciągać również plusy. W chwili obecnej powszechna ocena tego widowiska wydaje się być wystawiana nie na podstawie tego, w jakim miejscu znajduje się nasz rodzimy futbol, lecz w oparciu o to, w jakim miejscu chcielibyśmy, by była. 

Śledź Marcina Żelechowskiego:
 
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Legia Warszawa Lech Poznań Polska
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.