Liverpool cztery kroki od mistrzostwa. Świetna niedziela w Premier League

3 lata temu
Coutinho miał dzisiaj wielkie powody do radości - to jego gol dał Liverpoolowi zwycięstwo

Liczyliśmy na widowisko, które będzie można bez żadnego wstydu postawić obok niedawnego Gran Derbi czy meczu Liverpoolu z Cardiff z wcześniejszego dnia. Nie przeliczyliśmy się.

Do 75. minuty zapowiadało się na dramat w dwóch aktach. Pierwszy należał do aktorów w czerwonych strojach, drugi - w błękitnych. Połówka dla gospodarzy i - sprawiedliwie - połówka dla gości. Ale na szczęście futbol bywa nieprzewidywalny, a ten w wydaniu angielskim chyba bardziej niż jakikolwiek inny. Mistrzostwo w doliczonym czasie, czerwona kartka dla niewłaściwego piłkarza, walka na noże o mistrzostwo właściwie co roku bez wyraźnego faworyta do samego końca. A przecież skoro dzisiaj spotykali się lider z zespołem z trzeciego miejsca, to powinniśmy miec kwintesencję tego wszystkiego.
 
I mieliśmy. Może poza błędami sędziowskimi, bo tych nie było - pan Mark Clattenburg wywiązał się ze swojego zadania znakomicie i choć piłkarzom nerwy puszczały dość często, arbitrowi nie zdarzyło się to ani razu. Choć mógł za kilka symulek wyrzucić z boiska Luisa Suareza, to jednak chyba nikt nie może mieć jakichś ogromnych pretensji, że tego nie zrobił. W ten sposób zapanował nad spotkaniem, które mogłoby się po takiej karze dla Urugwajczyka bardzo zaostrzyć.
 
Liverpool dostał więc od losu to, co zabrał mu w Boxing Day na Ettihad Stadium. Wtedy to przy stanie 0:0 Raheem Sterling zdobył w stu procentach prawidłowego gola, którego liniowy nakazał unieważnić.
 
 
Spotkanie potoczyło się później lepiej dla City i to oni zgarnęli pełną pulę. Dzisiaj też Sterling dostał szansę na otwarcie wyniku i ją wykorzystał, spinając te dwa spotkania klamrą, wyprowadzając w pole Joe Harta i Vincenta Kompany'ego. 
 
 
Prowadzenie Liverpoolu w pełni zasłużenie powiększyło się przed upływem pół godziny gry. To ta ekipa istniała na boisku, a City po prostu dojechało dopiero na drugą połówkę. Pięknym strzałem głową popisał się zawodnik, którego nazwisko zaczyna się na "S", ale bynajmniej nie Suarez, Sturrigde, czy nawet Sterling, a Martin Skrtel, który w najważniejszych spotkaniach ligowych nie zawodzi. Może i w obronie zdarzy mu się czasami obciąć czy źle obliczyć lot piłki, ale jeśli już, to odda to w ataku.
 
źródło: Transfermarkt
 
Dzisiaj zdobył już siódmego gola w obecnym sezonie, a czwartego w spotkaniach z drużynami z najlepszej obecnie piątki.
 
 
I gdy wydawało się, że Liverpool zgniecie City jeszcze w pierwszej połowie i wyrzuci do kosza ich morale. Ale "The Citizens" raz po raz próbowali się odgryzać. Walili głową w mur, póki nie zrobili w nim malutkiej wyrwy. Beznadziejne krycie w polu karnym i tylko Mignolet uratował dwubramkowe prowadzenie po pierwszych 45 minutach.
 
 
I jak wydawało się, że City zostali w tunelu przed pierwszą połową, tak Liverpool wyszedł na drugą oszołomiony, jakby myślami był już przy ostatnim meczu sezonu z Newcastle, gdzie - jeśli się po drodze już nie potknie - będzie świętować odzyskanie mistrzostwa po długich 24 latach. Suarez raz po raz ocierał się o drugą żółtą kartkę, padając przy najmniejszym kontakcie z rywalami, a David Silva dał swój show między 57 a 63 minutą, kiedy to zdobył bramkę, a także nabił Glena Johnsona tak szczęśliwie, że Simon Mignolet, dysponujący przecież świetnym refleksem, nie zdążył już zareagować.
 
 
 
I to miał być koniec. Tak jak pisaliśmy wcześniej, do 75. minuty w drugiej połowie na boisku grali tylko goście. I wtedy błąd popełnił grający w drugich 45 minutach jak profesor Vincent Kompany. "Asystując" przy golu tego, który na bramkę najbardziej w całym meczu zasłużył - Philippe Coutinho. Ten próbował dwa razy w pierwszej części gry i - jak się okazało - do trzech razy sztuka. Brazylijczyk wygrał ten mecz Liverpoolowi i przybliżył go do tytułu, tak wyczekiwanego, tak upragnionego. 
 
 
Teraz przed Liverpoolem arcytrudne tygodnie, bo nie mogą się w tym czasie ani raz pomylić, ani jednego punktu stracić. Bo przy nieomylnej grze City bądź Chelsea, każdy remis to utrata tytułu na rzecz rywala czy to z Londynu czy z Manchesteru.
 
A oto jak prezentuje się terminarz trzech zamieszanych jeszcze w walkę o mistrzostwo ekip:
 
LIVERPOOL:
 
20.04, 13:00: Norwich - Liverpool
27.04, 15:05: Liverpool - Chelsea
5.05, 21:00: Crystal Palace - Liverpool
11.05, 16:00: Liverpool - Newcastle
 
CHELSEA:
 
13.04, 17:07: Swansea - Chelsea
19.04, 18:30: Chelsea - Sunderland
27.04, 15:05: Liverpool - Chelsea
4.05, 17:00: Chelsea - Norwich
11.05, 16:00: Cardiff - Chelsea
 
MANCHESTER CITY:
 
16.04, 20:45: Manchester City - Sunderland
21.04, 21:00: Manchester City - West Bromwich
3.05, 18:30: Everton - Manchester City
7.05, 20:45: Manchester City - Aston Villa
11.05, 16:00: Manchester City - West Ham
 
I tabela na chwilę obecną (przed meczem Swansea - Chelsea):

źródło: Livesports
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Liverpool FC Manchester City FC Anglia
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.