Symboliczne Mestalla, liczby Walijczyka, czyli Bale goni Ronaldo

3 lata temu
Gareth Bale | fot. UEFA

Środowy mecz o Puchar Króla Hiszpanii pomiędzy Barceloną a Realem Madryt okazał się przełomowym dniem dla Garetha Bale'a, który wydaje się podążać podobną drogą do tej, którą obrał Cristiano Ronaldo.

Samemu spotkaniu nie należy poświęcać zbyt wiele miejsca, chociażby dlatego, że ten klasyk był jednym z najsłabszych w ciągu ostatnich lat. Porównanie emocji z środowego starcia do ostatniego pojedynku ligowego, rozegranego niecały miesiąc temu, wydaje się wręcz niemożliwe, mimo że wynik również pozostawał sprawą otwartą do ostatniej minuty meczu.

Finał Copa del Rey udowodnił jednak to, o czym w Barcelonie mówi się od dłuższego czasu. Kryzys nie puka do drzwi, lecz wszedł już do przedpokoju i zdążył nawet zdjąć butu. "Królewscy" nie pokazali bowiem wczoraj nic nadzwyczajnego - może dlatego, iż wcale nie musieli. Bezzębni Katalończycy, pozbawieni swojej filozofii, przypominali dzieci zagubione we mgle. I chociaż podopieczni Gerardo Martino fragmentami zamykali rywali na własnej połowie, to bezproduktywne wrzutki w pole karne nie mogły i nie robiły większego wrażenia na defensorach Realu. Nic dziwnego, patrząc na poniższą różnicę wzrostu.


(fot. WhoScored)

Powyższa grafika każe również zastanowić się nad słowami szkoleniowca Barcelony, który po meczu oświadczył, iż jego młoda drużyna ma ogromną przyszłość przed sobą. Wątpliwe jednak, by ktokolwiek z kibiców "Blaugrany" analizował jeszcze wypowiedzi Argentyńczyka, czekając raczej niecierpliwie na moment, gdy ten opuści bramy Camp Nou.

Pucharowy klasyk, jak zawsze, miał także swojego bohatera. Z racji absencji Cristiano Ronaldo naturalnym faworytem do tej roli był Leo Messi, bowiem patrząc przez pryzmat poprzednich spotkań, Gareth Bale przeciwko Barcelonie wypadał dotychczas co najmniej blado.

Argentyńczyk zawiódł jednak po raz kolejny, dając argument zwolennikom teorii spiskowych, że ziewanie na treningach oraz liczba przebiegniętech kilometrów świadczą, iż ten oszczędza się już przed zbliżającym mundialem. Zrozumiałe są także złośliwe komentarze pod jego adresem. Forma Messiego spadła znacząco w chwili, gdy kontuzji nabawił się wspomniany Ronaldo. Od momentu absencji Portugalczyka, najlepszy strzelec w historii Barcelony rozegrał cztery spotkania, dwukrotnie trafiając do siatki. Znamienny jest jednak fakt, że oba gole były następstwem wykonywach przez niego jedenastek.

Kiedy gaśnie jedna gwiazda, zazwyczaj pełnym blaskiem zaczyna świecić inna. Nie inaczej było w Walencji, gdzie Bale po raz pierwszy udowodnił, i to w najlepszy możliwy sposób, że stać go na znakomitą grę również w meczach przeciwko najlepszym drużynom świata, co dotychczas w barwach "Królewskich" jeszcze mu się nie zdarzyło. 

Przełamanie nastąpiło właśnie podczas finału Pucharu Króla na Mestalla, rozegranego 16 kwietnia. Zarówno miejsce, jak i data, są tutaj symboliczne, gdyż usilnie nakazują porównanie do Cristiano Ronaldo.




Wczoraj pokrótce napisałem o tym na swoim Twitterze, bowiem sytuacja faktycznie wygląda ciekawie. Raz, że Cristiano zdobył pierwszą bramkę przeciwko Barcelonie tego samego dnia, tylko trzy lata wcześniej, a dwa, że to właśnie w pamiętnym starciu na Mestalla rozpoczął serię wielkich występów w meczach z odwiecznym rywalem. Dla przypomnienia, Portugalczyk strzelił wówczas w dogrywce decydującą o losach pucharu bramkę, również broniącemu w tamtym spotkaniu Pinto.
 
Niewykluczone, że śladem Ronaldo podąży Gareth Bale, który mimo trudnych początków złapał w końcu dobrą i równą formę. Walijczyk uporał się bowiem nie tylko z ciągnącymi się za nim urazami, ale także z syndromem Mesuta Özila. Każdy kto pamięta występy Niemca w barwach "Królewskich", wie dobrze, że ten znikał na długie fragmenty spotkania, chociaż statystyki wyraźnie go broniły. Podobnie wyglądały pierwsze miesiące Bale'a, od czasu przenosin na Santiago Bernabeu. Wydaje się jednak, że taka sytuacja, w przypadku byłego zawodnika Tottenhamu, jest już przeszłością, o czym świadczy chociażby ostatnie spotkania.
 

(fot. WhoScored)
 
Powyższa grafika wskazuje, że Bale w ostatnich 14 meczach słabo zagrał zaledwie przeciwko Sevilli i Borussii Dortmund. Wówczas fatalnie zaprezentowała się jednak cała drużyna. Za przeciętny należy uznać natomiast występ w ligowym klasyku. Ważnym aspektem jest także fakt, że Walijczyk nie ma już problemów ze zdrowiem. Dobra forma przyszła więc w idealnym czasie, co musi cieszyć Carlo Ancelottiego. W obliczu kontuzji Jesé i wydłużającej się absencji Ronaldo, możliwości taktyczne włoskiego szkoleniowca stały się bowiem bardzo ograniczone. 24-latek spłaca się jednak w najlepszy możliwy sposób, ukrywając jakiekolwiek problemy kadrowe w szeregach "Królewskich".
 
Znakomita końcówka wychowanka Southampton sprawia, że w Madrycie nikt nie wypomni mu już długiego wchodzenia do drużyny, zwłaszcza po zapewnieniu klubowi trofeum w starciu z największym rywalem, co dla wielu fanów "Królewskich" jest swoistą nagrodą za cierpliwe wyczekiwanie, aż Walijczyk zacznie prezentować się tak, jak na boiskach Premier League.
 
Tym samym Bale ma szansę na naprawdę imponujące zakończenie rozgrywek, gdyż jego statystyki już teraz prezentują się okazale. Co prawda, ciężko porównać jego osiągnięcia do tych, jakie miał w pierwszym sezonie Cristiano Ronaldo, to biorąc pod uwagę wcześniejsze lata nowej gwiazdy Realu, może to być jego najlepszy rok w karierze. Warto przyjrzeć się bliżej liczbom Walijczyka.
 

(fot. WhoScored)

W 34 spotkaniach Bale miał udział przy 34 trafieniach, co statystycznym okiem trzeba odbierać jako fakt, że udział Walijczyka w meczu jest gwarancją jednej bramki. Brzmi imponująco, pamiętając o tym, iż piłkarz zaczynał sezon bez przygotowania, łapiąc później drobne urazy.

Jeszcze lepiej powyższe liczby prezentują się, gdy weźmiemy pod lupę inaugracyjny sezon w wykonaniu Cristiano Ronaldo. W rozgrywkach 2009/2010, także licząc bez Pucharu Króla, Portugalczyk wystąpił w 35 spotkaniach, przyczyniając się do 40 bramek, z tą różnicą, że asystował zaledwie siedem razy, znacznie częściej trafiając do siatki samemu.


(fot. WhoScored)

Żeby ocenić wartość Bale'a, a przy okazji rozstrzygnąć, czy dał więcej swojej drużynie niż Neymar Barcelonie, warto jeszcze przywołać statystyki Brazylijczyka.


(fot. WhoScored)

Podsumowując więc osiągnięcia Neymara, wypada on gorzej od swojego rywala z Madrytu, mając udział przy 24 trafieniach w 35 rozegranych spotkaniach. To dziwne o tyle, że 22-latek zaczynał sezon w dużo lepszej kondycji fizycznej. Również jego aklimatyzacja powinna przebiegać szybciej, gdyż różnica między brazylijskim a hiszpańskim futbolem jest nieznaczna, a piłkarze z Ameryki Południowej zawsze odnajdywali się w klubach z Primera Division. Tak nie było natomiast w przypadku zawodników brytyjskiego pochodzenia, chociaż zdarzały się wyjątki.

Na koniec, wracając do samego spotkania, porażka Barcelony oznacza, że drużyna z Katalonii po raz pierwszy od 2008 roku może zakończyć sezon bez żadnego, nawet najmniejszego trofeum. Zespół z Camp Nou wciąż ma szans na triumf w lidze, lecz patrząc na ostatnią formę, wydaje się, że to Real w głównej mierze będzie walczył z Atletico o mistrzostwo Hiszpanii. Natomiast "Królewscy" wciąż mają szanse na potrójną koronę, a Bale, który udowodnił, że drużyna z Madrytu to już nie tylko Cristiano Ronaldo i dziesięcu krasnoludków, będzie walczył o poprawienie swoich znakomitych statystyk.

Śledź autora na Twitterze:

 

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Gareth Bale Walia Real Madryt CF FC Barcelona Hiszpania
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.