Historia się nie powtórzyła, remontada się nie udała - wspaniałe widowiska w Lidze Europy [WIDEO]

3 lata temu
Stéphane M'Bia - to on dał Sevilli finał LE | Fot. Twitter

Po wtorkowych i środowych emocjach związanych z półfinałami Ligi Mistrzów, nadszedł czas na rozgrywki Ligi Europy, które, mimo że przez wielu są uważane za mniej atrakcyjne, to poziomem dorównały do swojej bardziej znanej "siostry".

Wiele osób mało interesowało się tym, co się dzieje w czwartkowe wieczory, kiedy to odbywają się mecze Ligi Europy. Tak było do ćwierćfinałów, w których to dochodziło do wręcz niesamowitych rzeczy, a pierwsze mecze półfinałowe również nie zawiodły, co więcej, były o wiele ciekawsze, aniżeli odpowiedniki z Ligi Mistrzów. Z tego powodu wszyscy wyczekiwali z wypiekami na twarzy przed dzisiejszymi starciami.

A zapowiadało się interesująco, gdyż Juventus podrażniony porażką w Lizbonie (1-2) miał rzucić się do ataku od pierwszych minut, a Valencia już w ćwierćfinale pokazała, że pojęcie "sytuacja beznadziejna" dla nich nie istnieje, w końcu po przegranej z Basel 3-0, w rewanżu, na własnym stadionie, wygrała 5-0! Tym razem "Nietoperze" musiały odrobić stratę dwóch bramek.

A taka strata, to żadna strata dla piłkarzy Juan Antonio Pizziego. Valencia od samego początku rzuciła się do ataku, a obrona Sevilii wytrzymała tylko czternaście minut. Wówczas Sofiane Feghouli, przeplatający słabe występy z tymi dużo lepszymi, przeprowadził niesamowitą akcję, a w jego działaniach widać było mistrzowski spokój.

 

To wciąż było za mało, więc Valencia atakowała dalej. Tym razem szyki obronne gości wytrzymały dwanaście minut, gdyż bardzo niefortunnym, samobójczym trafieniem popisał się bramkarz Sevilii Beto.

 

Radość na Estadio Mestalla była niesamowita, co widać na poniższym obrazku.

Fot. Valencia CF | Twitter

Tak jak się można było spodziewać, w tym szału ataku piłkarze Valencii zapomnieli o obronie, co mogło zostać wykorzystane przez Sevillę, ale na szczęście dla kibiców gospodarzy w bramce czujny był Diego Alves, który popisał się niesamowitą interwencją w 36. minucie meczu.

 

Ostatecznie wynik nie uległ zmianie w pierwszej połowie.

W tym samym czasie, w Turynie, Juventus walczył o pokonane Benfiki. Podopieczni Antonio Conte pozwolili na początku wyszaleć się "Orłom", a następnie ruszyli do konstruowania ataków. Pomimo przewagi, i aż dziewięciu sytuacji bramkowych, turyńczycy mieli ogromne problemy z pokonaniem Jana Oblaka. W jednej sytuacji było bardzo blisko, ale sytuację uratował niezawodny Luisão. Przyglądając się temu co się działo na boisku, to najczęście byliśmy świadkami nietuzinkowych zagrań Paula Pogby.

Fot. Juventus FC

Fot. Twitter

 

Przed drugą połową popsuła się pogoda w Turynie, nie o to jednak prosił bramkarz Juventusu Gianluigi Buffon. Piłkarze Antonio Conte dalej przeważali i atakowali, a po 20 minutach oddali kilka kolejnych strzałów, w tym niesamowitym uderzeniem z rzutu wolnego popisał się Andrea Pirlo. Swoje okazje miała również Benfica, a gdyby nie właśnie Buffon, to "Stara Dama" mogła zapomnieć o dalszej walce.

 

W końcu nadeszła 67. minuta, która mogła zadecydować o wyniku półfinału. Drugą żółtą kartkę dostał piłkarz Benfiki Enzo Perez, przez co osłabił swoją drużynę. Juve poczuło "krew" i rzuciło się do kolejnych ataków, a w 73. minucie na boisko za Bonucciego wszedł Sebastian Giovinco. Niewiele to dało, dlatego też Conte wpuścił również Osvaldo, dla którego mogą to być ostatnie spotkania w barwach "Starej Damy". W 82. minucie strzelił on bramkę, po akrobatycznym podaniu Pogby. Wszyscy wpadli w szał radości, ale Francuz był na spalonym i fetę trzeba było odłożyć na później.

 

Minuty mijały, a emocje rosły. Doszło nawet do spięcia pomiędzy rezerwowymi piłkarzami obu ekip. Skończyło się na tym, że czerwone kartoniki ujrzeli Vučinić, który nie był na boisku ani przez chwilę oraz Lazar Marković. Serb kilka minut wcześniej zszedł z boiska. Juventus atakował dalej, ale coraz bardziej wyglądało to, jak uderzanie głową w ścianę. Mark Clattenburg, który sędziował to spotkanie, przedłużył je aż o sześć minut, ale to i tak nic nie dało. Wynik nie uległ zmianie. Benfica awansowała.

Tymczasem w Valencii dalej działy się rzeczy niesamowite. Obie drużyny próbowały przechylić szalę awansu na swoją stronę, ale to piłkarze "Nietoperzy" byli dzisiaj w niesamowitym gazie. Łatwo było zauważyć, że są oni bardziej pewni swego i dokładnie wiedzą, czego chcą - awansu do finału. Trener Sevillii Unai Emery próbował ratować sytuację, wprowadzając na boisko Kevina Gameiro, ale w 69. minucie w ekstazę wpadli kibice na Estadio Mestalla. Bramkę strzelił Jérémy Mathieu.

 

Później jednak szczęście odwróciło się od Valencii. W doliczonym czasie gry, gdy już wszystkim się wydawało, że w finale zagrają "Nietoperze", po wyrzucie piłki z autu i ogromnym zamieszaniu w polu karnym, głową bramkę strzelił Stéphane M'Bia. Valencia opadła z sił. To był koniec. Sevilla awansowała.

 

Tym samym historia się nie powtórzyła. Juventus z sezonu 1992/1993, po przegranej 1-2, wygrał spotkanie rewanżowe z Benfiką 3-0. Wówczas trenerem "Starej Damy" był Giovanni Trapattoni, a w meczu grali: Peruzzi, Carrera, Torricelli, D. Baggio, Kohler, Júlio César, Möller, Conte, Vialli, R. Baggio, Marocchi. Juventus z sezonu 2013/2014 nie wypełnił oczekiwań i zremisował 0-0.

A w Valencii nie doszło do remontady, a w zasadzie reamuntady, czyli wielkiego, wspaniałego powrotu "Nietoperzy" z wręcz beznadziejnej sytuacji. Najgorsze dla kibiców tego klubu jest to, że było tak blisko. Zabrakło jednej minuty, ale taki jest urok futbolu - gra się do samego końca.

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Juventus FC Benfica Lizbona Valencia CF Sevilla FC Włochy Portugalia Hiszpania
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.