Przegrani herosi, Messi znów triumfuje (i wyprzedza Bosackiego)

3 lata temu
Lionel Messi | Fot. Caught Offside

Alejandro Sabella pokazał, że wie, jak uczyć się na błędach. 5-3-2 w pierwszym meczu nie wypaliło, wrócił więc do 4-3-3, w którym Argentynie najlepiej. W takim też ustawieniu miała zmieść z powierzchni ziemi Iran.

Okazało się jednak, że zmiana formacji w pierwszej połowie dała mniej więcej tyle, co w wielkiej korporacji awans z Junior Brand Managera na Junior Executive Brand Managera. Niby ładniej, niby lepiej, ale tak naprawdę nic to nie warte. 
 
W tym miejscu miała pojawić się relacja z pierwszej połowy, ale za każdym razem, gdy jeden z nas pisał o niej dobre słowo, drugi komentował to bardzo wymownym obrazkiem. Zresztą z tego samego spotkania.
 
 
Diego nie mogła się podobać ani pierwsza połowa, ani równie bezpłciowy początek drugiej. Cóż, przed meczem były pytania...
 
 
 
... a w przerwie:
 
 
A, no i - zapomnielibyśmy.
 
 
Cóż, takiego miażdżenia w dokładności podań, w ich ilości pewnie nie będzie już do końca mistrzostw, a na podobny gwałt trzeba będzie czekać do meczów Bayernu czy Barcelony, ale... no właśnie. Co to za gwałt, skoro Argentyna ostatecznie nie potrafiła - mówiąc obrazowo - Iranu rozdziewiczyć? Iranu, który w pierwszych dziesięciu minutach spotkania wykonał 10 podań. Jedno podanie na minutę. A później ta średnia jeszcze spadła. To jakiś zupełnie inny poziom, nowa definicja autobusu. Mourinho przy Queirozie to dopiero adept sztuki murowania bramki i zabijania atrakcyjności gry.
 
 
Ale po godzinie meczu ruszyli! Tylko że niekoniecznie ci, którzy ruszyć powinni. Sygnał do ataku dał jeszcze wcześniej Ghoochannejhad, znany też tu i ówdzie jako "Gucci".
 
 
Iran zwietrzył swoją szansę, czego efektem były coraz śmielsze ataki. Co ważne - nie bez głowy, nie bez obrony - cały czas rozsądnie, cały czas głównie po to, by nie stracić gola. Ale gdyby nie Romero, to po 70. minutach byłoby... 1:0 dla Iranu. Tak strzelał Dejagah:
 
 
Oczywiście - Argentyńczycy też strzelali. I to ile... Łącznie oddali 18 uderzeń, z czego prawie połowę (konkretnie - 8) celnych. Tyle że żaden z nich nie był na tyle precyzyjny, na tyle mocny, by zaskoczyć Haghighiego. Bez wątpienia przez 90 minut bohatera całego Iranu.
 
I wcale wiele nie brakowało do tego, by spełniła się najczarniejsza z prognoz. By Iran mógł wyjść z grupy remisując trzy mecze 0:0. Może i "Albicelestes" nie zasłużyli na zwycięstwo, może przydałby się im zimny prysznic. Lodowaty. Ale Iranu w czwartym spotkaniu po prostu nie chcielibyśmy oglądać. Gdyby dzisiaj Nigeria zremisowała z Bośnią, byłoby to aż zbyt prawdopodobne. 
 
W 91. minucie jednak Haghighiego (nieprzypadkowo pisaliśmy o 90 minutach heroizmu) pokonał Messi. W swoim stylu, bliźniaczo podobnym do tego z meczu z Bośnią i Hercegowiną. 
 
 
Chwała pokonanym, bo chcieli zagrać na nosie faworytowi. Ale i niech będzie - chwała Argentynie. Bo nie odmawiając Iranowi nadludzkiego wysiłku włożonego w dzisiejszy mecz, po prostu nie chcieliśmy już oglądać autobusu w fazie pucharowej. Choć ten dzisiejszy był tak wyjątkowo solidny w wykonaniu zespołu tak personalnie przeciętnego. Tak... ciężko nam to przejdzie przez gardło, ale niech będzie. Tak piękny.



AUTORZY: SZYMON PODSTUFKA I PIOTR ZELEK
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: MŚ 2014 Mistrzostwa Świata Argentyna Iran
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.