Ciemność, widzę ciemność

3 lata temu
Vertonghen - strzelec gola | Fot. Twitter

Belgia dopięła swego - wygrała wszystkie swoje spotkania grupowe i awansowała do 1/8 finału. Czy jednak potwierdzili w ten sposób, że można zaliczać ich do grona faworytów? Zdecydowanie nie.

Miał być spacerek i okazja do demonstracji swoich możliwości, a tymczasem Belgowie kończą pierwszą połowę w stylu, do jakiego przyzwyczaili na tym turnieju. Bezbarwna gra,  problemy z kreowaniem, a ponadto niezwykle elektryczna obrona nie wystawiają najlepszej opinii Wilmotsowi i jego podopiecznym.

Wydawało się, że słabo grająca Korea będzie idealnym przeciwnikiem dla „Czerwonych Diabłów”, by przed rozpoczęciem walki w fazie pucharowej, podbudować się mentalnie. Ten mecz miał być także szansą dla zmienników, w tym Januzaja, który do tej pory pełnił rolę statysty w belgijskiej kadrze.

Pierwsza połowa pokazała jednak, że problemem Belgów nie jest brak doświadczenia, co przed turniejem uznawano za największą obawę czekającą na tę kadrę w Brazylii. Tej drużynie po prostu brakuje jaj. Zresztą, ciężko nazwać drużyną zbiór nieumiejących współpracować ze sobą indywidualności.

 

W to, że ci piłkarze mają potencjał nie wątpi chyba nikt, lecz zupełnie nie przypominali zespołu z eliminacji. I choć na pewno wpływ ma na to presja, to nie bez winy jest właśnie selekcjoner „Czerwonych Diabłów”. Choć dotychczas broniły go wyniki, turniej ten poważnie obnaża jego trenerskie braki.  Odmówić nie można mu tylko szczęścia, bowiem już dwa razy uciekał spod gilotyny.

Podobny poziom zaprezentowali zawodnicy z Korei, choć od nich akurat wymaga się zdecydowanie mniej. W pierwszej połowie widać było jednak w ich poczynaniach, że pragną godnie pożegnać się z mundialem. Warto wspomnieć, że Azjaci mieli także swoje sytuacje, a przy jednej z nich użyto nawet technologii Goal-line, by sprawdzić, czy piłka nie wpadła do siatki.

 

Te mizerne 45 minut, ze zdecydowanie ambitniejszą grą Koreańczyków, zakończył incydent – kopia z wczorajszego pojedynku Francja – Ekwador – a więc faul Defoura, za który pomocnik obejrzał, słusznie zresztą, czerwoną kartkę.

To skomplikowało nieco sytuację Belgów, którzy potrzebowali remisu do zapewnienia sobie awansu z pierwszego miejsca. Z drugiej strony, odrodziło na nowo nadzieje piłkarzy ze wschodniej części świata, którzy ku zaskoczeniu wszystkich mogli utrzeć nosa bukmacherom.

Warto wspomnieć jeszcze o wydarzeniu, które miało miejsce jeszcze przed rozpoczęciem spotkania. Ogromne brawa należą się bowiem organizatorom za dobranie dziecka, które zostało wyznaczone do wyprowadzania Fellainiego.

 

Pierwsza połowa w wykonaniu Belgów była fatalna, gdyż nawet nie oddali ani jednego celnego strzału na bramkę Korei. Drugie 45 minut było trochę lepsze, jednak wciąż nie można czuć satysfakcji z tego, co "Czerwone Diabły" pokazują.

Co więcej, dopóki na boisko nie weszli Nacer Chadli i Divock Origi (60. minuta), to gra Belgów wyglądała tak, jakby na murawie zebrało się dziesięciu nieznających się chłopów, którzy pierwszy raz kopali razem piłkę. Korea przeważała, ale tak jak wcześniej, tak i teraz ich ofensywne próby były bardzo nieporadne. Środek pola jednak przejęli.

(celność podań do 65. minuty)

 

Później maszyna zaczęła pracować, ale nie całość, a tylko poszczególne elementy. Znów największą rolę odgrywały indywidualności. Widzieliśmy mnóstwo dryblingów, które najczęściej kończyły się na obrońcach Korei. Akcje Courtois zaczynał w jeden i ciągle ten sam sposób - dzida na Fellainiego. Co prawda, przy wzroście przeciwników, miało to sens, jednak następni rywale łatwo mogą ten element rozgrywania piłki wyeliminować.

Tak naprawdę, całą drużynę Belgów można w łatwy sposób wyłączyć z gry, bo wystarczy pokryć Mertensa, Hazarda i tego niesamowitego Origiego, który nerwy ma chyba ze stali. Mimo że to już trzeci mecz grupowy, to wciąż brakuje skoordynowanych działań, współpracy. Każdy w tym zespole gra na siebie. Nawet najlepszym przykładem tego, że chaos królował w ofensywnych działań "Czerwonych Diabłów", to sytuacja, która ostatecznie doprowadziła do strzelenia bramki przez Vertonghena.

Podopieczni Wilmotsa przeprowadzali kontrę i mieli przewagę, a mimo to nie mieli żadnego pomysłu na rozegranie tej akcji. Na ich szczęście obrona Korei to nie chaos, to po prostu czarna dziura.

Kilka słów o Koreańczykach, żegnających się z turniejem. Walczyli dzisiaj i druga połowa, do momentu wejścia na boisko Origiego, należała do nich. Dochodzili do sytuacji podbramkowych, ale tam królował Thibaut Courtois. Często jednak próbowali najłatwiejszymi sposobami przedostać się w pole karne, a później zarazili się od Belgów i tak samo chcieli rozstrzygnąć losy meczu, czyli indywidualnościami, lecz w tym aspekcie odstawali. Odstawali, i to zdecydowanie, w defensywie. Znów nie popisał się bramkarz, który mógł lepiej wybronić strzał Origiego. Drużynę buduje się od tyłu i jeśli nie ma podstawy, to nie ma co liczyć na sukces.

 

Wracając jeszcze do Belgów. Tak, wygrali oni wszystkie swoje mecze i z dorobkiem dziewięciu punktów przeszli do 1/8 finału, ale każde ich zwycięstwo nie zachwyciło. Wygrywali, ale nie mieli przewagi. Wilmotsowi skórę ratował ten niesamowity Origi. Po "Czerwonych Diabłach" widać brak doświadczenia. Po selekcjonerze również. Ten turniej to dla nich nauka, a wszystkie wcześniejsze zachwyty trzeba odłożyć na bok. Czarny koń turnieju? Raczej trafniejsze byłoby określenie - "ciemność, widzę ciemność". Z tej ciemności na pewno wykluje się mocna drużyna, ale jeszcze nie teraz.

 

AUTORZY: Marcin Żelechowski i Dawid Michalski

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Mistrzostwa Świata MŚ 2014 Belgia Korea Południowa
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.