Oid Mortales?

3 lata temu
Messi

Ach ta Argentyna. Piękna za nocy, brzydotą za dnia. Gdzie zatem szukać odskoczni od tego obrazu nędzy i rozpaczy?

„Ku Jessiemu” rzekną ci, którzy niczym Angel Di Maria skrzyżują Jezusa z Lionelem. Bo chyba nikt nie przypuszczał, że to w nogach tej małej pchełki czyni się jedyne dobro narodowe.
 
Prawda w oczy kole. Argentyna jest obrazem retrospekcji gry z mundialu 1990 roku, gdzie wodzem i sternikiem był Maradona. Obok siebie miał też do dyspozycji Claudio Caniggię, któremu do kawy dosypywał mocniejszą odmianę cukru. Był także Sergio Goycochea, ale jeden bramkarz Pucharu Świata solo nie zdobył. Analogicznie do tej rzeczywistości wpisują się nazwiska, kolejno: Messiego, Di Marii oraz Mascherano. A i zapomniałbym o jeszcze jednym... Carlosie Bilardo. To w sumie ciekawy wątek gościa, który z morderstwa uczynił sztukę godną wystaw w Luwrze. Ten reprezentujący piłkarską szkołę głębokiego paleozoiku jakimś dziwnym trafem szefuje od 1994 roku każdej argentyńskiej wycieczce na mundial. I jeszcze przypadkiem na każdym turnieju... ustala taktykę. Jedynie Bielsa i Pekerman sprzeciwiali się pobytowi tej osoby w delegacji, ale ich protesty kończyło zimne spojrzenie Don Julio Grondony. Nie mieli wyjścia, musieli fakt obecności „Dentysty sadysty” zaakceptować. Najbardziej przydatny Bilardo okazał się w 2010 roku, gdzie Maradona, jako największy taktyczny ignorant, nie wiedział jak ustawiać drużynę. Wtedy poprosił swojego mentora sprzed lat o porady. Efektem było niejako oddanie władzy w stylu Oktawiana Augusta - wszystko było pozorowane na republikę, a kończyło się dyktaturą. Niewykluczone, że Sabella pełni rolę właśnie takiego większego pachołka, który ma w niczym nie przeszkadzać, a jedynie posłusznie wykonywać rozkazy. Stąd też bunt piłkarzy w przerwie meczu z Bośnią, który skończył się zmianą taktyki na korzyść Leo i spółki. To był moment kulminacyjny - statek ma nowego kapitana, małego wzrostem ale silnego duchem.
 
Argentyna na papierze istnieje jedynie dzięki osobie Leo. Tak po prostu. Choćbyśmy się zapierali rękami i nogami przed wejściem z żoną do centrum handlowego na zakupy, Leo jest głównym silnikiem i płucem tej zbieraniny. Pechowe wyciągnięcie go z tego błękitno-białego auta, sprawi, że nigdzie dalej on nie zajedzie. Smutne to tym bardziej, że Messi  obok siebie ma partnerów z którymi można konie i całe wioski okradać. Agüero, który od konfliktu z córką Maradony żyje w innym świecie. Higuain, który przypomina Bustera Keatona z kompilacją kręcenia nieudanych scen. I wreszcie Zabaleta, którego najjaśniejszym punktem okazał się tyłek pod prysznicem, kiedy Lavezzi robił sobie zdjęcie z koszulką-prezentem od fana. No i jeszcze ten nieszczęsny Sabella, który ma coś z ofermy udającej, że jest nad wyraz inteligentny. Temu to powinno się dać etat w Teatro Colon, by mógł porobić sobie za suflera. To byłby jedyny moment, gdzie miałby, może i nie często, ale przynajmniej szansę na to, by móc w czymś podpowiedzieć. I tak w ten oto sposób zrodził się nam samograj, który jeśli zostanie mistrzem, to zachowa swój status quo. Bo piłkarzom taki trener, który niczym Janas się grzecznie nie w.... cina, będzie lepiej pasował od kogoś wymagającego. Bo od nich nie powinno się przecież wymagać, wszak jesteśmy najlepsi!
 
Ale „Albicelestes” nie są bez szans. Ha, a byście się zdziwili, bo Belgia to może i jest drużyna gwiazdorska na niemal każdej pozycji, ale posiada jedną dość istotną wadę... jest niezgrana. Wygląda to tak, jakby dopiero pierwszy raz w życiu wsiedli do autobusu, w którym poznali dopiero co nową panią przewodniczkę. A jako że Stwórca mocno jej urody pożałował, to i samym dzieciakom nic się nie chce. Nie stoi, nie klei po prostu odfajkować kiepski miesiąc kolonialny. Wilmots ma problem tej natury, że nie widzę sensu w tych jego układankach. Owszem, są silniejsi od tego stada baranów, dowodzonego przez lwa. Ale jednakowo tym stadem lwów przewodzi baran, którego nazwisko wymusza w naszym kraju natychmiastową deportację. Mowa o Hazardzie, który nielegalnie błąka się wokół tych mlecznych gwiazdek, raz dobrze a raz gorzej. I tu właśnie szansa dla kogoś, który nie będzie musiał non stop czuć oddech Kompan(y)a. Nikt też nie będzie mu murował drogi do bramki w sposób zademonstrowany przez Szwajcarię. Belgia wyjdzie ofensywnie, bo zdaje sobie sprawę, że spróchniałe dziurawe drewna w Argentynie nadają się jedynie do tego, by o nich zapomnieć. Messi znów musi samodzielnie przeczołgać się przez ćwiartkę, by zmierzyć się z połówką. A potem z 0,7...
 
Ale ten mundial wciąż jest piękny. Na tym balu nie wszyscy potrafią tańczyć wybitnie, na noty z samych dziesiątek. Szkoda, że kończy się to właśnie wtedy, kiedy na dobre nim oddychamy i wciągamy. Ale raz na cztery lata, taniec z białą damą? Dla Maradony było to warte.
 
Autor: Michał Borowy
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Argentyna MŚ 2014 Mistrzostwa Świata
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.