Paweł Sibik: Piłkarze zapomnieli, że nie grają tylko dla siebie

3 lata temu
Paweł Sibik

"Ja wiedziałem, że jak trener przyjdzie i walnie w stół, to drużyna musi stać na baczność. Dzisiaj wchodzisz i... nikt się nie boi, bo jak mu będzie tu źle, to on sobie pójdzie i zajmie się czymś innym."

Z Pawłem Sibikiem, byłym reprezentantem Polski, który rozegrał ponad 200 spotkań w Ekstraklasie, a obecnie jest trenerem GKS-u Krupiński Suszec porozmawialiśmy o mentalności piłkarzy, problemach w szkoleniu, trudnym zawodzie trenera oraz o reprezentacji. Zapraszamy do lektury rozmowy.

Często wraca Pan myślami do mundialu z 2002 roku?

Owszem, a już szczególnie w momencie rozgrywania takiej imprezy, którą możemy przecież oglądać tylko raz na cztery lata.

Ale czy są to miłe wspomnienia? Wszyscy pamiętamy, że po otrzymaniu powołania, wielu dziennikarzy atakowało Pana i selekcjonera Engela.

Ja się tym po prostu nie przejmowałem. Słyszałem wiele rzeczy, ale to wszystko były doniesienia prasowe, nikt natomiast nie powiedział mi tego prosto w twarz. Ja potrafię przyjąć każdą krytykę, szczególnie jeśli rozmawiam z kimś w cztery oczy. Nie zaprzątałem sobie jednak głowy tamtymi atakami.

Wyjazd na mistrzostwa był spełnieniem marzeń?

Oczywiście. Będąc jeszcze dzieckiem, kiedy zaczynałem kopać piłkę, powiedziałem sobie, że zagram kiedyś na mistrzostwach świata. Tymi marzeniami żyłem do 1992 roku. Wówczas nasza reprezentacja zdobyła srebro na Igrzyskach w Barcelonie, a ja na to mogłem patrzeć tylko z wysokości kanapy w domu.

Pewnie był to moment przełomowy?

To był dla mnie wstrząs. Mój rocznik zaszedł tak daleko, odniósł niesamowity sukces, a ja w tym czasie gram w czwartej lidze. Postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić. Zacząłem walczyć, rozwijać się, ale trochę szczęścia też było potrzebne. W końcu trafiłem do Odry Wodzisław Śląski i wszystko nabierało rozpędu. Co się okazało po dziesięciu latach? Że się minęliśmy z moimi rówieśnikami, bo ja pojechałem na mundial, a oni albo pokończyli już kariery albo byli w słabszej formie, a niektórzy mieli różne życiowe perypetie.

Zostańmy przez chwilę przy Pawle Sibiku z 1992 roku. Czy wówczas, gdy patrzył Pan na sukces z Barcelony, pojawiały się myśli, że może lepiej zrezygnować?

Pojawił się taki moment, że na poważnie myślałem o zakończeniu kariery. Wtedy grałem w Lechii Dzierżoniów, która spadła z II ligi i doszło do kompletnego upadku. W klubie nie było prezesa, nie było ani grosza, wszystko się rozpadło. Ja w tym momencie założyłem rodzinę i po krótkim czasie brakowało mi środków do życia. To był bardzo trudny okres w moim życiu i gdy szukałem już innej pracy, to dostałem telefon od Mirka Okorskiego, z którym razem graliśmy w Dzierżoniowie. Powiedział mi, żebym pojechał do Tych, gdzie Sokół Pniewy łączył się z GKS-em. Udało się, ale pierwsze dwa lata stały pod znakiem różnych sytuacji i też nie było łatwo. Zresztą, ja musiałem nadrobić wszystkie te lata, kiedy to nikt mnie nie prowadził, a sam się uczyłem gry w piłkę. Robiłem to bardzo szybko, mimo wielkiej krytyki ze strony trenera Bochenka, ale on coś widział we mnie i zawsze powtarzał - "Jeszcze go zostawimy, damy mu czas" - i w końcu wypaliłem.

Porównując Pana i innych piłkarzy z 1992 roku, a zawodników z lat obecnych można powiedzieć, że temu pokoleniu brakuje ducha walki? Że wystarcza jedna poważniejsza przeszkoda i już się poddają?

Ja pamiętam sytuację, jak przychodziłem do różnych klubów. Było nas wtedy bardzo dużo. Nas, czyli chłopaków chcących grać gdzieś w piłkę. Ciężko było się gdzieś załapać, a gdy już ci się udało, to w zasadzie przyjmowało się rolę więźnia w klubie.

Więźnia?

Tak. Mocno harowałeś, żeby się utrzymać, a klub mógł zrobić z tobą w zasadzie wszystko. Przypominam, że wtedy nie istniało jeszcze prawo Bosmana. A jak jest z obecnymi piłkarzami? Pracowałem jako trener z seniorami i juniorami, w zespołach z najwyższej ligi, jak i tych czwartoligowych i widzę, że jest ogromna różnica. Kiedyś pojechaliśmy na obóz zimowy. W ogóle nie zabraliśmy piłek i tylko biegaliśmy.

Ale jakie to dawało skutki?

Silnych i wytrzymałych oddzielało się od tych słabych. My tam szliśmy na wyniszczenie, trenowaliśmy nie tylko ciało, ale i hart ducha. Było ciężko, bo najczęściej wyglądało to tak - rano trener aplikował dwie godziny biegania w lesie, po południu to samo, a na koniec dnia jakieś ćwiczenia. Pamiętam też dobrze, że jak wchodziłem pierwszy raz do szatni w nowym klubie, to się wstydziłem.

Dlaczego?

Nie od razu jest się tuzem, zawsze przytrafiają się błędy, a na samym początku ciągle robisz coś inaczej albo źle. Więc jak trener zaczynał o mnie mówić, wyliczając moje błędy, to ja po prostu się wstydziłem. Zaczynałem od razu motywować się do poprawy. Dzisiaj jak zwrócisz uwagę jakiemuś młodzikowi, to on się na ciebie obrazi. Co więcej, przyjdą jego rodzice i spytają - "Dlaczego Pan gnębi moje dziecko?!". Okazuje się natomiast, że dzisiaj młodzieży chętnej do gry jest mniej, a liczba talentów sięga drastycznych wymiarów. Możliwości treningowe się rozwinęły, ale młodych, obiecujących piłkarzy jest tak mało, że cieszymy się tym, co jest. Często zdarza się, że chłopaków trzeba przekonywać do grania. Mnie nie trzeba było przekonywać. Ja wiedziałem, że jak trener przyjdzie i walnie w stół, to drużyna musi stać na baczność. Dzisiaj wchodzisz i... nikt się nie boi, bo jak mu będzie tu źle, to on sobie pójdzie i zajmie się czymś innym.

Czyli problemem jest mentalność i podejście młodzieży do piłki?

Tak. Problemy są na wszystkich poziomach, bo w niższych ligach brakuje środków, nieraz nawet miejsc do trenowania. Natomiast w wyższych ligach piłkarze mają zapewnione podstawowe rzeczy, tylko często zapominają o tym, jaką pełnią rolę w klubie. Zawodnicy chcieliby teraz decydować o wszystkim - treningu, transferach, nawet o tym, kto ma być trenerem. Gdy pracowałem w Odrze Wodzisław dochodziło do sytuacji, że Adam Stachowiak przerywał trening i głośno wyrażał swoje niezadowolenie. Takich rzeczy nie było w czasach, kiedy ja byłem piłkarzem, nawet jeśli szkoleniowiec robił coś źle. U nas brakuje kultury, jaka panuje na Zachodzie. Tam trener jest szanowany, jego decyzje są wiążące, a piłkarze trenują zgodnie z jego reżimem. My mamy wciąż żyjące powiedzenie - piłkarze zwalniają trenerów.

Brakuje ze strony zarządów klubów jasnego postawienia sprawy - że to trener jest ważniejszy od piłkarzy?

Przecież klub piłkarski jest naprawdę normalnym, zwykłym zakładem pracy, a w każdym zakładzie pracy mamy kierownika, który koordynuje zadania grupy pracowników i oni muszą wypełniać jego polecenia. Relacja między trenerem a piłkarzami powinna być taka sama i jeśli prezesi będą pozwalać na samowolkę piłkarzy, to nigdy nie będzie lepiej.

Przejdźmy do samego problemu szkolenia młodzieży.

Wiadomo, miasto miastu nierówne, ale załóżmy, że zajmiemy się miejscowością z liczbą mieszkańców liczącą 40 tysięcy. W takim miejscu mamy z cztery, pięć szkółek. Tylko czy ich głównym celem jest szkolenie czy zarabianie pieniędzy? Niestety, ale często tam nikt nie dba o szkolenie. To powinno wyglądać inaczej, powinna zostać wprowadzona współpraca.

Jak miałaby taka współpraca wyglądać?

W większych klubach prowadzone są nabory, z których wiele dzieci nie dostaje się do zespołu. W tym momencie trenerzy zespołów młodzieżowych powinni przenieść dzieci, którym zabrakło niedużo do mniejszych szkółek. W ten sposób wytworzyłoby się system współpracy, gdyż ten główny klub mógłby później takiego młodzieńca, który fajnie rozwinął się w szkółce, przenieść do siebie. Taka współpraca pomiędzy klubem a szkółkami odciążyłaby sam klub, wspomogła szkółki, podnosząc ich poziom treningów oraz poprawiając ich finanse, a na sam koniec skorzystałyby dzieci, którym nie zamykano by drzwi na samym początku.

Lepszym pomysłem nie byłoby stworzenie akademii piłkarskich niezależnych od klubów? Przecież w wielu zespołach ekstraklasowych nawet od tych najmłodszych wymaga się wyniku.

Myślę, że takie oddzielenie akademii od klubów ekstraklasowych nie jest możliwe. Bardzo dobrze, że niektóre zespoły zdecydowały się na stworzenie akademii, bo sama nazwa, wielkość klubu działa jak magnes. Prosty przykład - gdy Odra Wodzisław grała na najwyższym poziomie, to w każdej grupie rocznikowej mieliśmy komplet, a gdy Odra spadła, to nie było nic. Po prostu nie było tego przyciągania, magnesu, bo dzieci chcą przywiązywać się do tych najlepszych. Ja bym jednak widział jeszcze coś innego.

Inicjatywa ze strony PZPN?

 Tak, bo obecnie jest bałagan. W jednym regionie szkolą tak, a w drugim w ogóle nie słyszeli o takim podejściu. Nie ma przygotowanego programu do szkolenia dzieci, a coś takiego powinno być. Natomiast talenty rodzą się w tych najmniejszych regionach, do których się po prostu nie zagląda. Ja wiele tych malutkich miejscowości zjechałem i widziałem wielu utalentowanych chłopaków. Tacy młodzi piłkarze grają na czwartoligowych boiskach, ale są prowadzeni przez trenerów, którzy często nie wiedzą o co chodzi. Później kopią się ci zawodnicy po głowach. Gdyby jednak PZPN albo okręgowy związek przygotował program treningowy, podszkolił tego trenera czwartoligowego klubu, to mielibyśmy z tego o wiele większe korzyści.

PZPN powinien wprowadzić centralny system szkolenia?

Tak i to nie powinno być wycelowane w kluby ekstraklasowe, gdyż tam są pieniądze i pewne systemy szkolenia dużo łatwiej stworzyć. Chodzi właśnie o te mniejsze miejscowości. Regiony, w których często trafiają się utalentowani piłkarze, ale brakuje odpowiedniego wyszkolenia. PZPN powinien zadbać o to, by skonstruowano system, umożliwiający zarówno wyłapanie takich zawodników, a później przygotowanie ich do gry na najwyższym szczeblu krajowym.

Ale czy taki system pomógłby tym klubom z najniższych lig?

Owszem. Obecnie wielu rodziców nie chce puszczać swoich dzieci na treningi do klubów czwartoligowych czy tych z okręgówki, bo nie widzą tam możliwości rozwoju. Jeśli natomiast działałby taki system, który spowodowałby zwiększenie możliwości szkoleniowych, nawet tylko poprzez podniesienie świadomości trenerów, to nie istniałaby wśród rodziców obawa, że syn zmarnuje się w takiej drużynie. Ja sam spróbowałem jeszcze innej drogi szkolenia.

Jakiej?

Postanowiłem zorganizować doszkalania dla piłkarzy właśnie z tych niższych lig. To są dla nich dodatkowe treningi, bo każdy z nich ma jakieś obowiązki w swoich klubach. Można to nazwać prywatnymi lekcjami.

Jaki był odzew?

Rozeszło się to wszystko pocztą pantoflową. Na początku miałem zajęcia z dwoma, trzema, pięcioma. Teraz jest coraz więcej chętnych. Widać zainteresowanie. Widać, że ci chłopcy chcą się rozwijać, chcą podnosić swoje umiejętności. Trzeba im tylko w tym pomóc.

Jak wyglądają takie doszkalania?

Oczywiście to nie wygląda tylko tak, że rzucę im piłkę i niech sobie grają. To są normalne treningi, podczas których pracujemy nad różnymi aspektami. Często po takim spotkaniu siadamy sobie i rozmawiamy. Piłka nożna to nie tylko kopanie piłki. Wiele zależy od mentalności i w tym również im pomagam. Mamy nieraz też zajęcia typowo taktyczne. Także można byłoby powiedzieć, że dotykam pełnego spektrum treningu piłkarskiego.

Są sukcesy?

Widzę, że ci piłkarze, którzy przychodzą na takie doszkalania, podnoszą swoje umiejętności i lepiej grają w swoich klubach, ale czy jest to wyjście idealne? Nie wiem, lecz chciałem jakoś tym chłopakom pomóc i próbuję robić to w najlepszy możliwy sposób.

Nie wolałby jednak pracować Pan w klubie ekstraklasowym?

Oczywiście, ale niestety wypadłem z obiegu. Nie ma mnie w tej trenerskiej karuzeli. Pracuję w niższej lidze, osiągam dobre wyniki, ciągle się doszkalam i czekam pełen nadziei, że znów dostanę szansę na prowadzenie klubu z najwyższego szczebla. Może to będzie tak, jak te kilkanaście lat temu, kiedy się nie poddawałem i próbowałem do końca, aż ostatecznie wylądowałem w Odrze.

Ciężko dostać się i przetrwać trenerowi w Ekstraklasie. Jaki może być tego powód? Środowisko jest zbyt zamknięte, a może kluby za bardzo chcą korzystać z zagranicznych szkoleniowców?

Problemów jest wiele. Na pewno do jednych z nich należy to, że nie daje się szansy polskim trenerom, a jeśli już ją się da, to pierwsze niepowodzenie oznacza zwolnienie. To nie powinno tak wyglądać. Przykład - Leszek Ojrzyński, który zaczynał karierę od trenowania młodzików. Różnie mu szło, ale przykładowo w Odrze był tylko na chwilę. W Koronie Kielce wykonywał kawał dobrej roboty, ale jedno niepowodzenie i się z nim pożegnano, a to jest przecież dobry trener. W zeszłym sezonie uratował Podbeskidzie od spadku. Ogólnie jednak trudno się przebić już na samym początku, bo problemem są nawet papiery.

Ale w każdej lidze potrzebne są odpowiednie dokumenty, które zezwalają na trenowanie.

Jasne, jednak sam początek mógłby być prostszy. Grając na Cyprze, poznałem piłkarzy, którzy jeszcze w czasie kariery piłkarskiej dostali uprawnienia trenerskie, bo rozegrali odpowiednią ilość spotkań ligowych. W Polsce to się nie liczy. Obowiązkowo musisz mieć licencję, nawet jeśli nie masz doświadczenia w pracy. I tak musisz przepychać się z jednej licencji na drugą, a dostanie UEFA Pro to już duże osiągnięcie, wymagające czasu, który można byłoby spożytkować na uczenie się poprzez pracę z młodzieżą.

Zajmijmy się kwestią naszej reprezentacji. Jaka jest różnica między tamtą kadrą z 2002 roku, a tą obecną?

Może być to kwestia atmosfery panującej wśród piłkarzy. Ja, mimo tego, że byłem w zasadzie gościem w tamtej reprezentacji, bo nie grałem w eliminacjach, to spotkałem się z bardzo ciepłym przyjęciem i ogólnym przyjaznym nastawieniem. Obecnie wygląda to tak, jakby każdy rozgrywał swój własny mecz, jakby zapomnieli, że grają nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla Polski. Kolejna sprawa to to, że za szybko wyciągane są wnioski, a niektóre oskarżenia padają na gorąco po meczu. Z ocenami powinni się wstrzymywać. To głównie odnosi się do selekcjonera. Wiadomo, że media chcą dostać odpowiedź możliwie jak najszybciej, ale każda analiza, żeby była sensowna, wymaga czasu i pomyślunku. Jednak jestem pozytywnie nastawiony do obecnej kadry, wierzę też w Adama Nawałkę.

Wspominaliśmy mundial z 2002 roku, to teraz przypomnijmy o Pańskim wyjeździe na Cypr. To był dobry ruch?

Dla mnie to było wówczas niesamowite doświadczenie. Wiele się tam nauczyłem. Wiele osób mówiło, że jadę sobie odpocząć i zarobić. Nic bardziej mylnego. Trzeba było mocno pracować, zresztą widać to też po tym, że kluby cypryjskie występowały w Lidze Mistrzów i osiągały w miarę dobre wyniki. A my ciągle na tę fazę grupową czekamy. Może to kwestia tego, że tam było inne podejście. Jak pierwszy raz pojawiłem się w Apollonie, to nie wiedziałem, kto jest pierwszym trenerem. Sztab szkoleniowy pierwszej drużyny składał się z pięciu osób, a w takiej Odrze był Ryszard Wieczorek i on pełnił każdą funkcję - trener, trener od przygotowania fizycznego, trener bramkarzy, a najlepiej gdyby jeszcze był fizjoterapeutą.

Jakie były jeszcze różnice?

Tam przyjeżdżali piłkarze zagraniczni o wyższych umiejętnościach, aniżeli ci miejscowi. Ściągano wielu Portugalczyków, którzy znacznie podnosili poziom rozgrywek. Zresztą nie tylko Portugalczyków. Ja od nich jeszcze wiele się nauczyłem. W Polsce rzadko byliśmy świadkami transferów zagranicznych piłkarzy, którzy uzyskiwaliby status gwiazdy ligi. Przeważnie był to tani szrot, "zapchajdziury".

Polscy piłkarze powinni korzystać z możliwości wyjazdu za granicę i gry w innej lidze?

Tak. To bardzo dobre doświadczenie, dzięki któremu mogą nie tylko zwiększyć swój poziom gry, ale również zmienić sposób postrzegania piłki nożnej. Oczywiście trzeba wyjeżdżać do takich miejsc, gdzie są możliwości rozwoju i gdzie można nauczyć się czegoś nowego. Później takie doświadczenie procentuje przy dalszej pracy, kiedy zostaje się na przykład trenerem. Też nie bez powodu organizowane są staże zagraniczne dla szkoleniowców, gdyż mogą zobaczyć jak wygląda praca z piłkarzami w dużych klubach europejskich. Takie doświadczenia wiele zmieniają, ale podpatrywanie to jedno, a przeniesienie tego na nasze warunki to drugie. Na razie nam się to nie udaje, ale trzeba mieć nadzieję i się nie poddawać.

 

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Paweł Sibik Polska Wywiad
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.