ANALIZA TAKTYCZNA: Dwie petardy i fura farta Martineza

2 lata temu
Dzięki Jagielce Everton wywiózł z Anfield cenny remis | AP Photo/Clint Hughes

Derby miasta Beatlesów ponownie na remis. Na Anfield Liverpool zremisował z Evertonem 1:1 po pięknych trafieniach Gerrarda i Jagielki.

***
 
Przypominamy o nowym, taktycznym cyklu na Transfery.info. Co tydzień będziemy publikować analizę najciekawszego, naszym zdaniem, meczu czołowych lig europejskich. W przypadku weekendów obfitujących w hity, Wasze sugestie co do wyboru będą mile widziane. W poprzednich tygodniach pisalismy o:
 
 
***
 
 
USTAWIENIE
 
Na przedmeczowych grafikach ustawienie Liverpoolu prezentowane było jako 1-4-3-3. W praktyce Brendan Rodgers zestawił swój zespół nieco inaczej. W bramce Mignolet. Formację obroną tworzyli: Moreno, Lovren, Skrtel oraz Manquillo. Przed nimi, w roli głęboko ustawionego reżysera gry (ang. deep lying playmaker, hiszp. regista), Gerrard. Dalej, operującego w środkowym pasie boiska pomiędzy jednym a drugim polem karnym (box to box), Henderson. Reprezentant Anglii w fazie obrony zajmował miejsce obok Gerrarda lub tuż przed nim, natomiast w fazie ataku  uruchamiał partnerów dokładnymi podaniami z głębi pola oraz aktywnie uczestniczył w dalszej części poczynań ofensywnych gospodarzy. Na skrzydłach Rodgers postawił na Sterling i Markovicia. Pomiędzy nimi Lallana, którego pozycję można ogólnie określić jako ofensywnego pomocnika. Były zawodnik Southamptonu odpowiadał za strefę środkową w fazie obrony, jednak w fazie ataku dysponował sporą swobodą – schodził do obu skrzydeł, gdzie tworzył przewagę, zajmował miejsce w pierwsze linii, a także szukał gry bardziej w głębi pola. Jedyny nominalny napastnik, Balotelli, nie trzymał się kurczowo pierwszej linii, ale również cofał się po piłkę, by próbować strzałów z dystansu. Na boisku Liverpool funkcjonował zatem w ustawieniu 1-4-2(1-1)-3-1.
 
Roberto Martinez, pomny ostatniej druzgocącej porażki na Anfield, zadbał przede wszystkim o tyły i zamiast najczęściej stosowanego ustawienia 1-4-2-3-1 zdecydował się na 1-4-3-3. Między słupkami Howard. W obronie Baines, Jagielka, Stones i, niespodziewanie, Hibbert. Przed defensorami operowało trzech defensywnie usposobionych pomocników: Besić, Barry oraz McCarthy. Nie było to zatem klasyczne 1-4-3-3, w którym tylko jeden z tej trójki jest zorientowany wyłącznie defensywnie – wszyscy trzej bowiem najlepiej czują się w destrukcji i gdy mają przed sobą kogoś, kto będzie w stanie przekazaną mu od obrońców piłkę rozegrać dalej i wprowadzić do strefy ataku. Ofensywne trio tworzyli Mirallas – po dwóch kwadransach zmieniony z powodu kontuzji mięśnia dwugłowego uda przez McGeady'egoNaismith oraz Lukaku
 
 
 
JAKI BYŁ TAK NAPRAWDĘ PLAN MARTINEZA
 
Ustawienie, które Martinez zastosował w derbach – 1-4-3-3 – kojarzy się przede wszystkim z wiosenną potyczką pomiędzy Evertonem a Arsenalem, zakończoną zwycięstwem liverpoolczyków 3:0. Mecz ten pamiętamy w szczególności z tego, jak hiszpański menadżer taktycznie przechytrzył Arsene'a Wengera. Przypomnijmy: na prawym skrzydle Lukaku zdemolował Monreala, Naismith w roli fałszywej „9” sprawiał problemy środkowym obrońców rywali, a współpraca obu układała się znakomicie. Ścinający do środka Lukaku i operujący za jego plecami Naismith wyprowadzili gospodarzy na prowadzenie 2:0. Duet Barry-McCarthy miał obok siebie – a raczej przed sobą – Osmana, który umiejętnie wprowadzał piłkę do strefy ataku. Martinez próbował powtórzyć ten manewr przy okazji niedawnego starcia obu drużyn – tym razem sukces był jedynie połowiczny, bowiem po znakomitej pierwszej połowie (2:0) Everton przespał drugą i dał sobie wbić dwa gole w końcówce i ostatecznie zremisował 2:2.
 
Tamto 1-4-3-3 zakłada, że (i) ścinających skrzydłowych-napastników obiegają grający bardzo ofensywnie boczni obrońcy, dzięki czemu szczególnie groźne są prostopadłe podania posyłane ze skrzydeł to ścinających atakujących, (ii) fałszywa „9” ma za plecami wyżej ustawionego środkowego pomocnika, który nie tylko potrafi rozegrać, ale także zebrać piłkę wybitą przed pole karne. Na Anfield oglądaliśmy jednak coś innego.
 
Po pierwsze, Everton pomimo że rozgrywał akcje z wykorzystaniem skrzydeł (39% i 41% ataków było prowadzonych odpowiednio lewą i prawą flanką), nie tworzył sytuacji bramkowych z bocznych sektorów boiska. Owszem, piłka wędrowała po skrzydłach, lecz w fazie ataku trafiała, najczęściej niecelnie, do środka. Jedną z przyczyn była z pewnością nieobecność Colemana. Na prawej obronie niespodziewanie wystąpił Hibbert – od kilku sezonów żelazny rezerwowy – który nigdy nie był graczem uzdolnionym ofensywnie, a skupiającym się na defensywie i niezbyt chętnie angażującym się w ataki. Baines także, choć operował wysoko, nie przeprowadzał charakterystycznych dla siebie rajdów w pole karne, nienajlepiej współpracował i z Mirallasem, i McGeadym, nie oglądaliśmy także jego markowego rozegrania w okolicach narożnika i groźnych zejść stamtąd w kierunku osi boiska. Tak, jakby obaj boczni obrońcy mieli zaciągnięty hamulec ręczny (w przypadku Hibberta to zrozumiałe). Inna przyczyną były z pewnością silne skrzydła Liverpoolu. Odsłaniając flanki, zostawiając tam zbyt wiele wolnej przestrzeni, goście narażali się na niebezpieczeństwo zwłaszcza ze strony Sterlinga. Młody Anglik najgroźniejszy jest bowiem wówczas, gdy ma miejsce na to, by się rozpędzić.
 
Po drugie, jak wspomniano, wśród środkowych pomocników zabrakło gracza o charakterystyce Osmana lub Barkley'a. Everton miał przewagę w posiadaniu piłki, potrafił utrzymać się przy niej także na połowie Liverpoolu, jednak zawodziło rozegranie w strefie ataku. Goście nie wykorzystywali atutów w osobach Naismitha i Lukaku, ich umiejętności znalezienia miejsca pomiędzy obrońcami i wyjścia do prostopadłego podania przez linię defensywną rywali. Statystyka tychże prostopadłych podań, za pomocą których Everton próbował rozmontować defensywę gospodarzy, jest wymowna – tylko dwie próby były udane. Tylko jedną zanotował środkowy pomocnik (Besić). W pierwszej połowie był nawet moment, gdy Barry – ku swemu zaskoczeniu – nieatakowany przedostał się okolice 20 metra od bramki Mignoleta i widać było, że nie wie, co ma zrobić z piłką. Strzał? Podanie? W końcu zagrał bardzo źle to dobrze urywającego się Lovrenowi Naismitha. 
 
Po trzecie, co poniekąd wynika z dwóch powyższych, Naismith nie dostawał piłek tam, gdzie powinien jako fałszywa „9”.
 
 
Powyższa infografika prezentuje podania, jakie Naismith otrzymał w spotkaniach z Arsenalem i Liverpoolem. Warto zauważyć, że w derbach Szkot dostawał mniej piłek tuż przed lub w samym pou karnym, w szczególności z bocznych sektorów boiska. Przeciwko Arsenalowi Naismith częściej brał udział w krótkim rozegraniu bliżej skrzydła, skąd następnie był obsługiwany podaniem w pole karne.
 
I wreszcie, po czwarte, kontuzja Mirallasa i wejście McGeady'ego, czyli klasycznego skrzydłowego, niejako tylko potwierdziło, że to 1-4-3-3 istotnie różni się od tamtego z meczów z Arsenalem. 
 
„The Toffees” zatem nie tworzyli zagrożenia dla bramki Mignoleta ze skrzydeł – na dwanaście prób dośrodkowań, żadna nie była udana (sic!) – z kolei prostopadłe podania, które preferowali, były w większości przypadków również niecelne i nie przełożyły się ona na okazje bramkowe.
 
Z tego wszystkiego wyszła niezbyt udana mieszanka - Everton, choć zestawiony defensywnie i nastawiany na szybkie ataki z wykorzystaniem operującego na prawym skrzydle Lukaku, nie grał aż tak defensywnie i długimi fragmentami przejmował inicjatywę, utrzymując się przy piłce także na połowie Liverpoolu. Jednocześnie w tej possession game brakowało gościom i operującego wyżej rozgrywającego, i klasycznej "9", i większego zaangażowania skrzydeł. Z kolei w kontratakach - na zwracał uwagę sam Martinez -zawowdziło rozegranie piłki, co w odniesieniu do właśnie tej drużyny musi nieco dziwić. 
 
 
LUKAKU
 
Na czym polegał tenże plan Martineza, skoro ani na zdecydowanej grze skrzydłami, ani na prostopadłych podaniach za linię obrony Liverpoolu? Kluczowy dla Evertonu miał być ustawiony na prawym skrzydle Lukaku.
 
Belg, nominalny napastnik i typowa „9”, jest zawodnikiem znakomicie dającym sobie radę w poszukiwaniu miejsca pomiędzy obrońcami rywali i wychodzeniu do prostopadłych podań. Jego warunki fizyczne i umiejętność gry głową również pozostaje nieoceniona w charakterystycznej dla Evertonu grze skrzydłami. W sobotę Martinez obu tych atatuów się pozbawił, rzecz jasna w pełni świadomie. 
 
W zamyśle, ustawiony na prawym skrzydle Lukaku miał momentalnie po odbiorze piłki Liverpoolowi – stąd m.in. aż trzech defensywnych pomocników – dostawać długie, górne podanie za plecy ofensywnie grającego Moreno i mniej zwrotnego asekurującego go Lovrena. To pierwszy wariant. Wedle drugiego, gdy piłkarze Evertonu – najczęściej był to Naismith – zdołali szybko wyprowadzić atak i przedostać się w okolice 40 metra od bramki Mignoleta, Lukaku miał otrzymać dokładne podanie i, stopniowo nabierając prędkości, ściąć z nią do do środka, by tam zakończyć akcję strzałem lub wypracować sytuację strzelecką kolegom. O tym, jak groźny może być rozpędzający się Lukaku – choć nie jestem wirtuozem dryblingu – dobitnie przekonali się Wenger i David Moyes w swym ostatnim meczu jako menadżer Manchesteru United. 
 
Koncepcja ta – niewykluczone, że słuszna – jednak nie wypaliła. Sam Lukaku ma zaś za sobą frustrujące popołudnie. Nie tylko grał nie na swojej pozycji, ale również nie dostawał dość odpowiednich i dokładnych podań, które pozwoliłby mu stwarzać sytuacje strzeleckie. Podania doń były bowiem najczęściej niedokładne lub w nie w tempo. Lukaku dostawał też sporo piłek pod samą linią boczną i najpierw musiał je opanować – np. klatką piersiową – a następnie „z miejsca”, a nie w biegu, przedzierać się z piłką przez obronę Liverpoolu. W takich zaś sytuacjach rosły Belg nie czuje się dobrze.
 
 
Po pierwsze, zdecydowaną większość długich podań Everton posyłał na prawe skrzydło, gdzie operował Lukaku. Najwięcej udanych zagrań było skierowanych pod linię boczną lub pod linię końcowĄ. W żadnym z tych miejsc Lukaku nie stanowi zagrożenia. Natomiast podania na prawą flankę, ale pola karnego i osi boiska zarazem, były z większości niecelne. Po drugie, właśnie w tę strefę Lukaku otrzymywał najmniej podań w ogóle. Istotnie więcej z kolei pod linie boczną oraz końcową.
 
Jedna z sytuacji meczowych. Everton wychodzi, wydaje się, z modelową kontrą. Naismith jednak zbyt długo prowadzi piłkę, a zamiast posłać podanie na dobieg do Lukaku, za plecy Moreno, podaje za Belga, który musi się zatrzymać, opanować piłkę i rozegrać piłkę spod linii bocznej, oddalony od bramki o jakieś 50 metrów.
 
 
Na powyższej infografice widzimy ofensywny dorobek Lukaku. Dwa niegroźnie uderzenia zza pola karnego i muśnięcie górnego podania Besicia, także bez problemu wyłapane przez Mignoleta. Zauważmy, w jakich sektorach Belg próbował dryblingów – aż trzy z czterech (w tym jedyny udany) miały miejsce w okolicach 40 metra. Ledwie jedna, także nieudana (choć można dyskutować, czy Moreno nie faulował) w rejonie pola karnego. Tak, to było dla Lukaku frustrujące popołudnie.
 
SKRZYDŁA LIVERPOOLU
 
Taktyka obrana przez Rodgersa zakładała, że Liverpool będzie konstruował swoje akcje skrzydłami i po zagraniach z bocznych sektorów boiska – najczęściej poprzez dośrodkowania – tworzył sytuacje strzeleckie. Gospodarze chcieli wykorzystać najsłabsze punkty rywali defensywy rywali znajdujące się na flankach – Bainesa z prawej strony oraz Hibberta z lewej. Pierwszy, pomimo niewątpliwych walorów ofensywnych, słabiej radzi sobie w destrukcji, zwłaszcza z graczami szybkimi o niezłym dryblingu. Ponadto, angażujący się w fazę ataku Baines miał odkrywać prawe skrzydło Liverpoolu. Co do wspominanego wcześniej Hibberta, którym w tygodniu mocno kręcił Montero ze Swansea, sprawa jest oczywista – nie te lata, nie ta szybkość, nie te umiejętności. Dlatego też Rodgers postawił na Sterlinga oraz Markovicia, zaś „wolny elektron” Lallana operował nie w środku, lecz raczej na obu skrzydłach.
 
Everton z kolei starał się unikać strat grożących kontratakami, gdyż wtedy Sterling, Marković i Lallana byli najgroźniejsi. Jedyną stuprocentowa kontrę gospodarze wyprowadzili w końcówce pierwszej połowy, gdy w środku pola niedokładnie podawał słaby tego dnia Barry, a Henderson precyzyjnie dograł do rozpędzającego się Sterlinga, który przegrał pojedynek z Howardem.
 
 
Liverpool atakował skrzydłami odpowiednio w 41% oraz 26% akcji ofensywnych. W szczególności „The Reds” upodobali sobie lewe skrzydło, gdzie Sterling do przerwy jeszcze oszczędzał Hibberta, by na dobre zakręcić nim w drugiej połowie (ostatecznie zmienił go debiutant Browning). Widzimy to na powyższej infografice – Liverpool wykorzystał obecność Hibberta i to, że Lukaku nie angażował się w defensywę. Do pomocy Hibbertowi oddelogowany był McCarthy, grający momentami jako drugi prawy obrońca, co pozwoliło też w pewnym stopniu otworzyć nieco strefę środkową (31% ataków).
 
Niemal wszystkie sytuacje bramkowe zostały stworzone po akcji lewą flanką; inna sprawa, że słaby mecz rozegrał Marković. Niezleżenie od tego, gospodarze wykonali dwa razy więcej dośrodkowań niż goście (24), jednak ledwie sześć prób było udane.
 
Niezwykle istotny dla koncepcji realizowanej przez Liverpool był Lallana. Nie tylko bowiem stwarzał przewagę na skrzydłach – gospodarze mieli tam w niektórych akcjach nawet czterech zawodników – ale także zajmował ich miejsce, by ci mogli przesunąć się bliżej osi boiska, pomiędzy bocznego a środkowego obrońcę Evertonu. 
 
 
Co ciekawe, po przerwie Sterling początkowo zamienił się stronami z Markoviciem. Serb mógł nieco bardziej skupić się na ofensywie – Hibbert nie stanowił zagrożenia w ataku – natomiast Sterling miał więcej miejsca na prawej flance, za którą w Evertonie odpowiadał Baines. Po pięciu minutach jednak obaj wrócili na swe nominalne pozycje i Sterling zaczął wykorzystywać niedostatki Hibberta, dla którego był to już drugi mecz w ostatnich czterech dniach. I choć ogólnie prawy obrońca Evertonu zanotował poprawny występ, to ani razu nie zdołał skutecznie odebrać piłki. Całą robotę odwalał za niego McCarthy.
 
 
 
STRZAŁY Z DYSTANSU
 
Poza wykorzystywaniem skrzydeł, Liverpool starał się zaskoczyć Howarda uderzeniami z dystansu.  Aż 13 z 24 strzałów zostało oddanych zza pola karnego. 
 
 
Tłumaczyć można to następująco. Po pierwsze, Howard ma tendencję do wychodzenia mocno przed linię bramkową przy uderzeniach z dystansu. Tego jednak Liverpool nie wykorzystał. Poza bramką Gerrarda żaden ze strzałów zza pola karnego nie został posłany pod poprzeczkę, a gdy już udało się trafić nieco wyżej, to wprost w Howarda. Po drugie, szczelna i głęboko ustawiona defensywa Evertonu zachęcała do takich prób.
 
 
LIVERPOOL W ODBIORZE
 
Martinez po meczu stwierdził, że jest zadowolony z tego, jak jego piłkarze radzili sobie w rozegraniu piłki. Everton był częściej w posiadaniu piłki – niespełna 54% czasu gry – i podawał ją z celnością na poziomie 87% (423/489). Rzeczywiście goście, do czego zdążyli przyzwyczaić pod wodzą Hiszpana, mogli się podobać z futbolówką przy nodze, utrzymując się przy niej długimi fragmentami także na połowie Liverpoolu.
 
 
Niemniej jednak, zbyt często dawali sobie odebrać w strefach obrony oraz środkowej, w tym na własnej połowie. Nie zawsze jednak gospodarze potrafili zorganizować się na tyle szybko po odbiorze, by momentalnie szturmować bramkę Evertonu.
 
 
 
UDANE ZMIANY OBU MENADŻERÓW
 
Po przerwie tempo i intensywność ataków Liverpoolu spadła. Everton zaś nadal i nie kwapił się z grą do przodu, i nie miał tam zbyt wielu argumentów, częściej rozgrywając piłkę na własnej połowie. Zmiany były nieuniknione.
 
Rodgers na pierwszą z nich zdecydował się po godzinie – Markovicia zastąpił Coutinho. Ustawienie Liverpoolu nie uległo zmianie, nadal było to 4-2-3-1, przy czym Brazylijczyk zajął miejsce w środku, natomiast Lallana przeniósł się na prawe skrzydło. Największa wymienność pozycji następowała pomiędzy wspomnianą dwójką, Sterling natomiast wciąż trzymał się bardziej lewego skrzydła. Po bramce Gerrarda, która dodał drużynie animuszu, Liverpool atakował w tym nowym zestawieniu jeszcze groźniej. W szczególności mógł się podobać aktywny Coutinho, ustawiony za plecami Balotelliego, szukający piłki i krótkiego, szybkiego rozegrania na jeden kontakt.
 
 
Ponadto Rodgers wprowadził Lamberta za Balotelliego. Była to typowa zmiana napastnik za napastnika.
 
Martinez ze zmianami czekał, nieco zaskakująco, aż do 73' minuty (wyłączając zastąpienie Mirallasa McGeadym). Nękanego przez Sterlinga Hibberta zmienił Browning. Młody Anglik odciążył nieco McCarthy'ego, który w większym zakresie mógł skupić się na strefie środkowej. Trzeba też wspomnieć, że w końcowych 15 minutach zmęczony Sterling nie stanowił już dla Evertonu tak wielkiego zagrożenia, jak wcześniej. 
 
W 80' minucie Eto'o zastąpił Besicia i Everton przeszedł na ustawienie 1-4-2-1-3.  Lukaku – i znów musimy wyrazić pewne zdziwienie – pozostał na prawym skrzydle, Eto'o zajął miejsce w środku ataku, zaś Naismith pełnił rolę łącznika pomiędzy duetem Barry-McCarthy a ofensywnym trio Everotnu, chętnie doń dołączając i tworząc 1-4-2-4. 
 
 
W defensywie ustawienie Naismitha nie różniło się do Besicia – goście wciąż stawiali przed bramką Howarda dwie linie i bronili minimum siedmioma graczami (1-4-3).
 
W tym wariancie ustawienia Everton wywierał dużo większą presję na defensywę rywali, zmuszając Gerrarda i Hendersona do skupienia się na asekuracji formacji obronnej, by nie dochodziło tam do sytuacji 1na1. Ofensywnie gracze musieli cofnąć się, by na przedpolu defensywy nie było zbyt wiele wolnej przestrzeni. W ten właśnie sposób Everton zdołał zepchnąć gospodarzy do defensywy i mimo że zawodnicy Martineza nadal nie byli zbyt skuteczni w kreowaniu sytuacji bramkowych, właśnie przejście na czterech atakujących, wspieranych przez wyżej ustawionych Barry'ego i McCarthy'ego dało cenny gościom punkt. 
 
McGeady dośrodkowuje. Atakujący Evertonu, a także dołączający doń Barry, wciągają Gerrarda i Hendersona bardzo głęboko, niemal w linie obrony. W rezultacie odległość między nimi a ofensywnymi graczami Liverpoolu jest zbyt duża. Do tego Lallana i Coutinho skupiają się na piłce, nie zaś na tym, jak ustawieni są rywale, w dodatku we dwóch „kryją” McCarthy'ego. Jeden z nich powinien zaś być w strefie, gdzie piłka trafiła piłka po wybiciu głową Lovrena. Nieatakowany Jagielka oddaje strzał życia. Remis. Przyczyna? Z jednej strony Lallana słusznie cofa się, gdyż dzięki obecności Barry'ego mamy sytuację 3na3, wymagającą asekuracji jednego z zawodników ofensywnych. Z drugiej zaś strony, Lambert i Moreno we dwóch „zamykają” Browninga, podczas gdy jeden z nich mógłby albo przejść do środka (raczej Lambert), albo przesunąć tak, by strefę, z której uderzał Jagielka, zebezpieczał Coutinho.
 
 
WNIOSKI
 
Derby na Anfield nie zakończyły się tym razem pogromem. Z jednej strony przyczyniła się do tego defensywna taktyka Martineza – na marginesie trzeba dodać, że Everton był na absolutnym musiku jeśli idzie o uniknięcie ponownej straty dwóch lub więcej bramek – z drugiej zaś siła ognia Liverpoolu nie była tak potężna jak pod koniec stycznia.
 
Liverpool pozbawiony był swego najlepszego napastnika (Sturridge). Balotelli wciąż jest w trakcie okresu adaptacyjnego i – na co ta kwestia już wpływu nie ma – nadal bezowocnie szuka skuteczności. „Super Mario” stara się, jest coraz bardziej aktywny, znajduje się w sytuacjach strzeleckich, jednak pudłuje. I tak od debiutu na White Hart Lane... Do tego nieco słabszy dzień miał Sterling (Marković nie miał go w ogóle) i Liverpool nie zdołał przez ponad 90 minut zdobyć bramki z gry.
 
Jednakże, w czym rację trzeba przyznać Rodgersowi, Liverpool nawet w tych okolicznościach powinien tę bramkę zdobyć, podwyższając prowadzenie. Decydujący okazał się kwadrans po golu Gerrarda, kiedy to gospodarze przycisnęli Everton – „setkę” zmarnował Balotelli, niezłe pozycje strzeleckie mieli poza tym Sterling, Coutinho i Henderson. Goście napór ten przetrwali, wymienili prawego obrońcę, który wszedł na podmęczonego Sterlinga, i powoli przejmowali inicjatywę, a wszystko zwieńczył fenomenalnym uderzeniem Jagielka.
 
Everton zaprezentował się całkiem nieźle w defensywie. Dobrze funkcjonowała cała formacja, piłkarze wystrzegali się tak drogo kosztujących w tym sezonie błędów indywidualnych (choć Jagielce przydarzyły się dwa „klopsy”). Zastrzeżenia można mieć jedynie Barry'ego, który notował straty w newralgicznych sektorach boiska (jak przy wspomnianym 1na1 Sterlinga oraz akcji, po której z rzutu wolnego Gerrard pokonał Howarda). Z kolei w ofensywie goście niemal nie istnieli. W tym elemencie Liverpool, ze swoimi szybkimi atakami skrzydłami oraz świetną dystrybucją z głębi w wykonaniu Hendersona. Wydaje się, że Martinez nie za bardzo wiedział, o co i jak grać. Bo niby przyjechał na Anfield nastawiony defensywnie, lecz wciąż chcąc długo utrzymywać się przy piłce, przy czym główne źródło zagrożenia miały stanowić szybkie kontry wyprowadzane z wykorzystaniem ustawionego na prawym skrzydle Lukaku. I wyszedł taki trochę miszmasz, z którego nie wynikało zbyt wielkie zagrożenie dla bramki Mignoleta. Ostatecznie łut szczęścia dopisał jednak Martinezowi i zamiast bronić się przed pytaniami o kryzys, może mówić o "zwycięskiej mentalności" swoich graczy.
 
 
MATEUSZ JAWORSKI
 
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Analiza taktyczna Liverpool FC Everton FC
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.