ANALIZA El Clásico: Mistrz pobił ucznia

2 lata temu
Fot. Real Madryt

Carlo Ancelotti triumfuje w starciu z Luisem Enrique. W El Clasico Real pokonał Barcelonę 3:1.

USTAWIENIE
 
 
Carlo Ancelotti zdecydował się na ustawienie 1-4-4-2(1-1). W bramce Casillas. W linii obrony Marcelo, Ramos, Pepe i Carvajal. Przed nimi duet Modrić-Kroos. Na skrzydłach Isco ora James. Najbardziej wysuniętymi zawodnikami byli Benzema i Ronaldo, przy czym ten ostatni operowal w strefie ataku jako wolny elektron, bez ściślej przypisanej pozycji.
 
Z kolei Luis Enrique wybrał ustawienie 1-4-3-3. Między słupkami Bravo. W formacji defensywnej: Mathieu, Mascherano, Pique i Alves. Przed nimi Busquets, nieco wyżej zaś Iniesta z Xavim. Tercet ofensywny stworzyli Neymar, Messi oraz debiutujący w Barcelonie Suarez.
 
 
OFENSYWA
 
BARCELONA
 
Znaki zapytania pojawiające się w kontekście barcelońskiej defensywy – o czym dalej – miały zostać przykryte na Santiago Bernabeu przez niezwykle silną na papierze formację ofensywną. Stąd m.in. obecność w wyjściowym składzie Suareza, który stworzył tercet atakujących z Neymarem i Messim. Wsparcie dlań miało pochodzić zarówno ze strefy środkowej – Iniesta i Xavi rozprowadzali piłkę na połowie Realu, nadając kierunek i tempo atakom Barcelony, by następnie podłączyć się do ataku w drugie tempo – oraz ze skrzydeł, którymi mieli włączać się boczni obrońcy. Neymar i Suarez (choć Urugwajczyk w mniejszym stopniu) pełnili rolę tzw. odwróconych skrzydłowych, grając bardzo wąsko i wykorzystując skrzydła jako pozycję wyjściową do ścięcia i znalezienia sobie miejsca w strefie środkowej. To zaś otwierało korytarze na skrzydłach dla bocznych obrońców – Methieu i Alvesa.
 
I o ile w pierwszej połowie podopieczni Luisa Enrique mieli jeszcze momenty dobrej gry w ofensywie, to po przerwie nie stworzyli większego zagrożenia dla bramki Casillasa. Ale po kolei.
 
Otwierające trafienie Neymara pokazało, że pomimo „odwrócenia” skrzydłowych, mieli oni operować także szeroko, na skrzydłach, i w ten sposób rozciągać i – ujmując to szerzej – dezorganizować defensywę Realu. 
 
 
Ponownie barcelońska machina ofensywna dała znać o sobie dopiero między 20' a 30' minutą, kiedy to dwie znakomite sytuacje zmarnował Messi, a jeszcze parokrotnie udało się stworzyć tzw. halfchances. I właśnie osoba Argentyńczyka była kluczowa dla poczynań gości w fazie ataku.
 
Jednym z pomysłów Luis Enrique na El Clasico było przesunięcie Messiego znacznie do tyłu, głębiej – Argentyńczyk cofał się nawet w okolice linii środkowej, by tam uczestniczyć w rozegraniu i osobiście rozdzielać piłki. Manewru tego dopełniał ruch Xaviego, który zajmował miejsce Messiego w pierwszej linii. Mieliśmy więc sporą wymienność pozycji w pionie – czasami dosłownie na moment, czasami na dłuższe okresy – której celem było zapewne poluźnienie szeregów defensywnych Realu przez wyciągnięcie jednego ze środkowych obrońców i/lub dezorientację Modricia lub Kroosa, którzy wówczas jako punkt odniesienia mieli nie jednego, lecz dwóch rywali, o przewadze liczebnej 3x2 nie wspominając. Tym samym Barcelona począwszy od akcji bramkowej, konsekwentnie starała dezorganizować Real w fazie obrony – Ramos i Pepe musieli być bowiem w stałym i nieprzerwanym kontakcie wzrokowym i/lub werbalnym z Kroosem i Modriciem, by na bieżąco regulować kwestię przejmowania krycia. Ten ostatni element, na który zwracałem uwagę przy okazji derbów Madrytu (LINK), nadal nie funkcjonował tak, jak należy.
 
Analizowany manewr w praktyce. Po tym, jak Messi i Xavi zmienili się pozycjami, w szeregi Realu wkradła się odrobina chaosu dezorganizująca fazę obrony. Zauważmy, że Pepe pokazuje (zapewne Modriciowi), że należy pokryć Xaviego. Na to samo, tyle że lewą ręką, wskazuje Modrić, adresując gest prawdopodobnie do Pepe.
 
Tym razem Pepe wychodzi za Messim, ale nie „na 100%”, gdyż nie zamyka rywala, a jedynie wchodzi w strefę, w którą ten się udał, nie kryjąc go. Zostawia tym samym ogromną lukę w linii obrony – nikt nie cofa się z formacji pomocy, swej pozycji nie koryguje się Ramos – której jednak Barcelona nie wykorzystuje. Zwróćmy zarazem uwagę, że bez krycia pozostaje Xavi.
 
Co istotne, przy takim ustawieniu Messiego, tj. w głębi pola, Barcelona nie tworzyła sobie sytuacji bramkowych. Przyczyny? Po pierwsze, operujący jako fałszywy napastnik Xavi nie dostawał podań w strefie należącej nominalnie do Messiego. Barcelona w ogóle nie korzystała z obecności Xaviego w tym sektorze, często niekrytego lub krytego na radar, i nie inicjowała wówczas ataków przegrywając piłkę z drugiej do pierwszej linii. W absolutnej większości sytuacji, w których stosowany był ten manewr, futbolówka krążyła w poprzek i do tyłu. W rezultacie, z korzyści, które manewr ten miał przynieść, tj. wykreowanie miejsca na szybkie wprowadzenie piłki pomiędzy linie obrony i pomocy Realu i wejście Messiego w drugie tempo, Barcelona nie skorzystała.
 
Xavi, choć przed przerwą często wchodził za Messiego w pierwszą linię, w tym sektorze boiska otrzymał ledwie dwa podania z drugiej linii. Barcelona nie konstruowała akcji ofensywnych w tej konfiguracji, wykorzystując ustawienie Xaviego jako swego rodzaju fałszywego napastnika.
 
Po drugie, Barcelona stwarzała zagrożenie dla bramki Casillasa nie wtedy, gdy Messi atakował z głębi pola, a wówczas, gdy operował jako nieco cofnięty atakujący, za plecami Neymara i Suareza, ale w pierwszej linii. 
 
Mathieu zagrywa do Messiego. Ten jest dostatecznie blisko bramki, by jej zagrozić. Suarez absorbuje Pepe i – po części – Ramosa. Mając Isco na plecach, zdołał jednak oddać celny strzał.
 
Chwilę po powyższej sytuacji Messi zmarnował sytuację 1na1 z Casillasem. Znów z akcji wyeliminowany został Marcelo, Ramos musiał zejść do lewej strony i w rezultacie linia obrony, zamiast zwarta i kompaktowa, była rozciągnięta. Messi tym razem jako najbardziej wysunięty zawodnik doskonale znalazł sobie miejsce pomiędzy Pepe i Carvajalem.
 
Nie jest absolutnie tak, że głębiej operujący Messi jest dla drużyny bezużyteczny i jest tzw. hamulcowym. Jednak w sobotę Barca kreowała okazje bramkowe tylko wtedy, gdy Messi trzymał się pierwszej linii – czy to w pasie środkowym, czy nieco bliżej skrzydła, skąd choćby doskonale dogrywał do Neymara (blok Carvajala).
 
Po przerwie Messi już tak często nie cofał się, operując praktycznie przez cały czas w pierwszej linii. Mimo to ofensywa Barcelony wyglądała jeszcze gorzej niż w pierwszej połowie. W pewnym stopniu wynikało to z dobrej postawy defensywy Realu i wzorowej niemal współpracy obrońców i pomocników. Odległości pomiędzy odpowiednio graczami oraz formacjami były niewielkie, nieźle wyglądała asekuracja, a twarda gra w odbiorze, na wyprzedzenie i przewidywanie zagrań gości pozwoliła na skutecznie rozbijać ich ataki. 
 
 
Lecz to tylko jedna strona medalu. Bo choć zasieki obronne Realu były dosyć szczelne, gospodarzom nadal przytrafiały się błędy (np. permanentny brak asekuracji „wyciąganego” obrońcy). Bolączką Barcelony było natomiast rozegranie piłki w final third (strefa ataku).
 
Zauważmy niewielką liczbę prostopadłych podań nie tylko w pole karne, ale i w strefę przed „szesnastką”. Barcelonie zabrakło właśnie tego elementu, bowiem zawodników potrafiących wyjść do tego rodzaju podań ma znakomitych (jak choćby Suarez). Dlatego też, jeśli goście tworzyli sytuacje, to w większości z bocznych sektorów boiska. Nie można jednak nie odnotować fatalnej statystyki dośrodkowań – ledwie 4 na 27 (sic!) były udane.
 
Zabrakło przede wszystkim through balls, czyli podań przez linię obronę rywali, z których Barcelona Pepa Guardioli uczyniła jeden ze swoich znaków rozpoznawczych. W sobotę atakujący Barcelony wielokrotnie zdołali wypracować sobie niezłą sytuację w strefie pomiędzy polem karnym Realu a +/- 30 metrem boiska. Zawsze były minimum dwie opcje podania, w tym zagranie „w uliczkę”. Zawiodło wszystko z osobna: moment decyzji, precyzja podania lub zachowanie się adresata po jego otrzymaniu. Nie było zatem momentu przyspieszenia i stworzenia bezpośredniej okazji strzeleckiej.
 
Najlepiej w tym elemencie radził sobie Messi, reszta zaś z rzadka potrafiła celnie wprowadzić piłkę przez linię obrony w lub tuż przed pole karne. Ofensywny tercet nie mógł też liczyć na wsparcie najpierw Xaviego i Iniesty, niechętnie biorących na siebie ciężar rozegrania w strefie ataku już po zawiązaniu ataku pozycyjnego, a później rezerwowych Rakiticia i Roberto.
 
Na powyższym ujęciu widzimy jedną z nielicznych sytuacji, gdy tercet Neymar-Messi-Suarez zdołał „rozklepać” defensywę Realu. I tym razej się jednak nie udało, bowiem ze wślizgiem blokującym Messiego zdążył Ramos.
 
Zwrócić trzeba jeszcze uwagę na grę bocznych obrońców Barcelony. Luis Enrique niespodziewanie postawił na lewej flance na Mathieu, czyli nominalnie środkowego defensora. Co ciekawe, w przekroju całego spotkania to właśnie Francuz grał wyżej i bardziej ofensywnie niż operujący po drugiej stronie boiska Alves.
 
 
Co do Mathieu, lepsze zabezpieczenie defensywy szkoleniowiec Barcelony przypłacił istotną obniżką jakości ofensywnej w porównaniu do tego, co mógłby dać drużynie Alba. Mathieu dobrze radził sobie w destrukcji, ale należy pamiętać, że Real częściej omijał jego stronę i wyprowadzał ataki swoim lewym skrzydłem (40% do 34%). W fazie ataku zaś, Mathieu miał wykorzystywać to, że Neymar non-stop schodził do środka, otwierając lewą flankę, i oskrzydlać ataki Barcy. Produktywność i użyteczność Mathieu w ofensywie była jednak znikoma. Dochodziło nawet do sytuacji, że żaden z piłkarzy Realu doń nie doskakiwał, choć był w posiadaniu piłki na wysokości 30-35 metra. Bez celnego dośrodkowania (0/3), a na dodatek Mathieu miał problemy z timingiem przy podłączaniu się do akcji ofensywnych oraz odpowiednio szybkim dostarczeniu piłki partnerom po jej przyjęciu. Trudno było jednak oczekiwać czegoś innego po środkowym obrońcy rzuconym na pozycję niemalże wing-backa.
 
Do postawy Alvesa w ofensywie również można mieć zastrzeżenia. On też ma za sobą mecz bez celnego dośrodkowania (0/8), z ledwie jednym, do tego niegroźnym, uderzeniem na bramkę Casillasa. Oczywiście Alves wyglądał dużo lepiej na tle Mathieu w rozegraniu piłki, zwłaszcza w ataku pozycyjnym, jednak w final third nie dał zespołowi praktycznie niczego. Nie najlepiej jeszcze wyglądała jego współpraca z Suarezem. Do tego, o czym więcej w dalszej części analizy, Alves miał spore problemy w defensywie, gdzie zmuszony był stawiać czoła i Marcelo, i Isco, a czasami również Ronaldo.
 
Tym samym to, co miało stanowić siłę Barcelony, czyli współpraca skrzydłowych z bocznymi obrońcami i wykorzystanie przez tych ostatnich przestrzeni na flankach do stwarzania sytuacji bramkowych, nie funkcjonowało. Barcelona wprawdzie tworzyła okazje z bocznych sektorów boiska, ale nie był to wysiłek zespołowy, a raczej przebłyski poszczególnych graczy z tercetu Neymar-Messi-Suarez (vide gol tego pierwszego).
 
REAL
 
Real, podobnie jak Barcelona, chciał wykorzystywać w fazie ataku całą szerokość. Podopieczni Ancelottiego byli w tym o wiele bardziej efektywni niż goście z  Katalonii.
 
Zacząć wypada od kwestii najbardziej taktycznej, tj. przewagi liczebnej Realu na flankach. Na lewej operowali Marcelo i Isco, na prawej Carvajal i James, mając przeciwko sobie odpowiednio Alvesa i Mathieu. To powodowało, że bocznym obrońcom Barcelony musieli pomagać środkowi pomocnicy – Xavi, Iniesta lub Busquets. Kosztowne były zejścia do boków zwłaszcza tego ostatniego, bowiem przedpole defensywy – z niepewnym i awaryjnym tego wieczoru Pique – pozostawało bez asekuracji tego jednego z najlepszych na świecie holding midfielder. To zaś otwierało Realowi strefę środkową, w którą momentalnie było posyłane podanie (vide wczesna okazja Benzemy). Niezależnie jednak od tego, ani Xavi, ani Iniesta nie stanowili dostatecznej przeciwwagi dla skrzydeł Realu. Dlatego też gospodarze nie ograniczali się do diagonalnych podań ze skrzydeł, penetrujących linię obrony. Sporo było gry skrzydłami pod linię końcową, z dośrodkowaniem lub zejściem do środka już na wysokości 5-11 metra. Gospodarze grali sporo na jeden kontakt, wygrywali też pojedynki 1na1.
 
Na powyższej infografice widzimy, że sytuacje stworzone przez Real z lewej strony były w większości wynikiem dośrodkowań, z kolei na prawej stronie dominowała mała gra i krótkie podania wprowadzające.
 
Ze szczególną śmiałością Real poczynał sobie na lewym skrzydle.
 
James znalazł się na lewym skrzydle. Do pomocy, ze środka został „wyciągnięty” Busquets, więc Ronaldo został 1na1 z Pique. Benzema urywa się Mascherano i wchodzi w lukę, którą swym wyjściem do Ronaldo stworzył Pique, a którą doskonale zauważył i starał się wykorzystać James.
 
 
Powyższe infografiki pokazują, jak aktywni i zaangażowani w fazę ataku byli gracze Realu operujący na flankach. Z obrońców, bardziej aktywny był Marcelo, z kolei w pomocy James. Było wszystki w ich wykonaniu: dryblingi, krótkie podania z małej grze, dośrodkowania i zejścia do środka.
 
Tym razem inny sposób rozegrania. Mała gra Isco z Marcelo, który odwraca się przyjęciem piłki i gubi dwóch kryjących go zawodników – Xaviego i Busquetsa. Środek znów pozostał bez asekuracji – Pique pilnuje krótkiego słupka, zamyka Marcelo możliwość podejścia bliżej bramki, w związku z czym Real ma przewagę liczebną w polu karnym Barcelony (!).
 
Dzięki aktywnym, usposobionym ultraofensywnie skrzydłom, Ancelotii otworzył środek pola. Momentami nawet dwóch środkowych pomocników Barcelony musiało bowiem pomagać bocznemu obrońcy, co powodowało, że pozostawiali oni strefę środkową bez dostatecznego zabezpieczenia, a środkowych obrońców bez asekuracji i wsparcia w pojedynkach z atakującymi Realu. Nawet wtedy, gdy do boku schodził jeden ze środkowych pomocników, Real nadal był w niezłej sytuacji – skrzydłowi/boczni obrońcy Realu, przedostając się skrzydłem do środka, automatycznie ściągali jednego ze środkowych obrońców bliżej krótkiego słupka. To tworzyło sytuację 2na2/3na3 lub przewagi liczebnej, jak na powyższym ujęciu.
 
Real nacierał na Barcelonę skrzydłami na tyle mocno, że momentami Pique – wydaje się, w obawie przed kolejnym atakiem i penetracją linii obrony – zaczął schodzić do boku na asekurację nawet wtedy, gdy strefa to już była należycie asekurowana.
 
Xaviego i Alvesa – którzy są w sytuacji 2na2 – asekuruje Busquets, w pobliżu jest jeszcze Iniesta. Mimo to w asekuracji pomaga jeszcze Pique, który zostawia Mascherano i Mathieu w sytuacji 2na2 z Benzemą i Jamesem. Ronaldo centruje dokładnie w to miejsce, które opuścił Pique. Brak Pique jest szczególnie widoczny w dwóch momentach – po pierwsze, gdy Benzema wygrywa głowę z Mascherano, po drugie, gdy Benzema po oddaniu strzału w poprzeczkę zdołał przejąć piłkę i oddać drugi strzał, tym razem w słupek. W sytuacji 3na2 nie miało to się prawa zdarzyć. Jednak obawa Pique przed nacierającym flanką Ronaldo i Marcelo była tak duża, wręcz przesadzona, że opuścił swoją strefę, tuż przed polem bramkowym (!).
 
A to już sytuacja, po której został podyktowany rzut karny. Pique z Busquetsem dublują pozycję bliżej krótkiego słupka i Mascherano z Mathieu znów są 2na2 z Ronaldo i Benzemą. Można argumentować, że w ten sposób utworzyli „ścianę” przez którą Marcelo nie mógł dograć piłki. OK, jednak to już czterech zawodników zajmujących się skrzydłem (dwóch wcześniej wyeliminował Isco podaniem do Marcelo) i sytuacja 2na2 w polu bramkowym. W mojej ocenie, jeden zawodnik naprzeciw Marcelo byłby wystarczający, natomiast Busquets powinien przesunąć się bliżej środka, tworząc przewagę 3na2 i ewentualnie reagując w przypadku podania wstecznego do Carvajala.
 
Piłkarze Realu po odbiorze piłki na połowie Barcelony od razu dostarczali piłkę na jedno lub drugie ze skrzydeł, by stamtąd próbować tworzyć sytuacje strzeleckie. Tuż przed przerwą po takiej akcji bliski zdobycia bramki był James – najpierw przejął futbolówkę po odbiorze Carvajala, a następnie wkleił się w pierwszą linię i doszedł do pozycji strzeleckiej.
 
Tak było w pierwszej połowie. W drugiej bowiem Real realizował już inną strategię, zaordynowaną w przerwie przez Ancelottiego.
 
Zwłaszcza po bramce Benzemy na 3:1, Real na dobre przestawił się na grę z kontrataku, istotnie ograniczając czas spędzany przy piłce w ataku pozycyjnym (ogółem posiadanie piłki 38:62). Gospodarze ustawiali się w fazie obrony nieco głębiej, jednak bardzo szczelnie, blisko siebie, zachowując dwie linie za piłką. To pozwoliło wciągnąć Barcelonę jeszcze bliżej bramki Casillasa, by następnie, po odbiorze, wykorzystać kawał wolnej przestrzeni (ok. 3/5 długości boiska). Piłkarze Barcelony oczywiście podchodzili wyżej, tym samym narażając się na kontrataki. 
 
Ustawienie Realu w fazie obrony: 1-4-4-2. Bardzo wąsko, z zachowaniem niewielkich odległości pomiędzy zawodnikami oraz pomiędzy formacjami. Nie za głęboko, by nie pozwolić rywalom podejść zbyt blisko bramki, ale na też nie za wysoko – niemalże idealna pozycja wyjściowa do kontrataku, w którym centralnymi postaciami byli Ronaldo i Benzema, a także dołączający doń, ale zaangażowani w fazę obrony, Isco i James.
 
Kontratak właśnie dał Realowi bramkę na 3:1, jednak sytuacja była o tyle specyficzna, że wziął się on z rzutu rożnego gości oraz, następnie, indywidualnego błędu Iniesty. Tym niemniej, nawet pomimo – wydawało się – nie najlepszego podania wprowadzającego Isco do Ronaldo, rozegranie piłki pomiędzy Ronaldo, Jamesem i Benzemą było fenomenalne.
 
 
Zwróćmy jednak uwagę, gdzie w tym momencie akcji znajdują się Benzema, Ronaldo i James. Wszyscy trzej, momentalnie po przejęciu piłki przez Isco, popędzą do przodu (najszybszy był oczywiście Ronaldo), i za trzy sekundy będą już pod polem karnym Barcelony.
 
Kontrataki ze znakiem jakości Realu Madryt przyszły dopiero po bramce Benzemu. Od 60' minuty Real, jak wspomniano, był zorientowany na odbiór piłki na własnej połowie i wyprowadzenie błyskawicznego ataku.
 
Przykład #1 – Marcelo odbiera piłkę Busquetsowi, gdy Barcelona ma aż ośmiu zawodników (włączając SB) za linią piłki. Brazylijczyk wychodzi razem z Benzemą 2na2.
 
Przykład #2 – odbiór Modricia, Benzema radzi sobie z Busquetsem i Real wychodzi 3na2. Znów ośmiu zawodników gości za linią piłki w momencie przechwytu lub chwilę po nim.
 
Do końcowego gwizdka Barcelona bez rezultatówwymieniała podania w ataku pozycyjnym, zaś Real wyprowadzał kolejne kontry. Gdyby tylko nieco lepiej dysponowany był Ronaldo – Portugalczyk, poza rzutem karny, w decydujących momentach meczu notował nieudane zagrania – a Benzema i James uderzali nieco celniej, Barcelonę mogłaby spotkać surowsza kara.
 
Ofensywny dorobek Ronaldo w liczbach: pięć strzałów na bramkę, w tym dwa celne (w tym rzut karny), trzy zablokowane; 63% celnych podań (22/35), z czego 10/18 (56%) w final third; ledwie jedna wykreowana sytuacja bramkowa, tylko dwa (z sześciu) udane dryblingi. To El Clasico nie należało do Ronaldo.
 
DEFENSYWA – DWA ŚWIATY
 
O problemach defensywnych Barcelony było już przy okazji części analizy poświęconej fazie ataku w wykonaniu Realu. Nie powtarzając, a jedynie podsumowując: filigranowi środkowi pomocnicy Barcelony zostali zmuszeni do pomocy bocznym obrońcom na skrzydłach, gdzie i jedni, i drudzy zostali zabiegani oraz w większości przypadków dali się łatwo ogrywać. Schodzący do skrzydła Busquets natomiast pozbawiał środkowych obrońców dostatecznej asekuracji i tę lukę Real skrzętnie wykorzystywał. Nadto, błędów indywidualnych – nie tylko taktycznych, ale również technicznych – nie wystrzegał się Pique, a w paru sytuacjach lepiej mógł się też zachować Mascherano, choć i tak sporo lepszy od partnera ze środka defensywy. Po przerwie Barcelona musiała podejść wyżej i tym samym naraziła się na kontrataki Realu. Skuteczny okazał się tylko jeden – i tu trzeba barcelończykom oddać, że to nie tylko skutek rozregulowanych celowników Ronaldo czy Benzemy. W paru sytuacjach Pique i spółka umiejętnym ustawieniem potrafili spowolnić gospodarzy, wymusić na nich wybór rozegranie piłki do boku czy też wybór mniej korzystnej opcji podania.
 
Zawiódł natomiast pressing Barcelony, z którego goście korzystali zbyt rzadko w konfiguracji ofensywnej i ultraofensywnej. Gdy zaś już został odpowiednio założony - po przerwie nie było już ku temu okazji, bowiem Real zrezygnował z gry w ataku pozycyjnym - gospodarze kilkukrotnie się pogubili (wybicie Pepe w aut, problemy Casillasa czy odbiór, po którym nastąpiła sekwencja dwóch zmarnowanych „setek” przez Messiego).
 
 
Co do Realu, to od początku był w defensywie dobrze zorganizowany i mocno zdyscyplinowany. (patrz wyżej – ustawienie w defensywie). Obrońcy i pomocnicy grali twardo, choć w granicach przepisów, byli też skuteczni w odbiorze i bronili – ogólnie – z wielkim poświęceniem. Zwarte szyki obronne nie zostawiały Barcelonie zbyt dużo przestrzeni w środku pola, przez którą można by przedostać się bliżej bramki. Bardzo dobre występy mają za sobą Ramos i Pepe.
 
 
Bolączką Realu w fazie obrony pozostaje kwestie przekazywania krycia oraz przesunięć – zarówno w obrębie linii obrony, jak i pomiędzy liniami obrony i pomocy. Zbyt często zdarzało się, że pozycja „wyciąganego” środkowego obrońcy nie była asekurowana. 
 
Odrębny akapit należy się także duetowi Modrić-Kroos, o którym tak dużo mówi/pisze się w mediach od początku sezonu w kontekście niedostatecznego zabezpieczenia linii obrony. Przeciwko Barcelonie, a zatem drużynie dysponującą ogromną siłą ognia, problem ten został istotnie zniwelowany. Tym razem to Modrić, a nie Kroos operował bardziej na „6”, czyli głębiej i w większym stopniu zorientowany na defensywę. Chorwat zanotował trzy udane odbiory (na pięć), trzy przechwyty, jeden blok, wygrał też pojedynek w powietrzu – wszystko to na własnej połowie, w pobliżu własnego pola karnego. Do tego był perfekcyjny jeśli chodzi o podania (42/42, w tym spora część w fazie zawiązania akcji, tuż po przejęciu piłki). Kroos grał bardziej z i do przodu – zanotował asystę (SFG), stworzył ogółem dwie sytuacje bramkowe, podawał z celnością na poziomie 93% (56/60), w tym 92% w final third (12/13). Co jednak najważniejsze – obaj tym razem stanowili odpowiednie zabezpieczenie i asekurację dla linii obrony, nie stronili od gry w destrukcji i byli w tym elemencie naprawdę nieźli, zarazem skutecznie przeprowadzając na połowę Barcelony, przez co Real był w sobotę zespołem z odpowiednim balansem pomiędzy defensywą a ofensywą.
 
 
PODSUMOWANIE
 
Po doskonałym starcie Barcelony z La Liga pozostało niewiele – dwa, jak dotychczas, najtrudniejsze egzaminy, drużyna Luisa Enrique bowiem oblała (wcześniej porażka z PSG 3:2). Tym lepszym zespołem wydaje się na tę chwilę Real, który po turbulencjach z początku rozgrywek wychodzi na prostą. Carlo Ancelotii, w przeciwieństwie do Luisa Enrique, zdaje się być blisko odnalezienia optymalnego zestawienia swojej drużyny, wyważenia defensywy i ofensywy oraz dobrania do tego właściwych wykonawców (niektórzy muszą wszak nauczyć się grać na nowej pozycji). Szkoleniowiec Barcelony natomiast wciąż przekłada puzzle (debiutujący Suarez, pressing, balans pomiędzy tiki-taką a bardziej bezpośrednim sposobem atakowania) i choć trochę mu to jeszcze zajmie, wnioski wyciągnięte z sobotniej porażki mogą okazać się bezcenne.
 
 
MATEUSZ JAWORSKI
 
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Analiza taktyczna FC Barcelona Real Madryt CF
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.