Siedem rzeczy, które trzeba wiedzieć o sezonie zasadniczym w MLS [WIDEO]

2 lata temu
Henry opuszcza Major Soccer League | fot. MLS

Zakończyła się zasadnicza część amerykańsko-kanadyjskiej Major Soccer League: w konferencji wschodniej triumfowała drużyna DC United, a w zachodniej Seattle Sounders. W tym miejscu nasze siedem spostrzeżeń po 34 kolejkach MLS.

1) Toronto FC zbudowało przed sezonem całkiem ciekawą ekipę z tak znanymi nazwiskami, jak Jermain Defoe, Steven Caldwell  czy kupiony za dziesięć milionów dolarów Michael Bradley, ale mimo to nie udało im się awansować do play-off. Ostatnie pięć meczów w sezonie to zaledwie jeden uciułany punkt i ostatecznie siódme miejsce w konferencji wschodniej. Nie tak kibicie wyobrażali sobie ósmy sezon „Reds” w MLS, miał być pierwszy awans do fazy pucharowej, a skończyło się… jak zwykle na rozczarowaniu.

2) Ten sezon w Stanach Zjednoczonych stał pod znakiem goli, padło ich zdecydowanie więcej niż w ostatnich latach, a dokładnie 2,86 bramki na mecz. Ostatnio tak dobry wynik został zanotowany w 2005 roku, czyli już właściwie jedno pokolenie piłkarskie wstecz. Nie ma się właściwie czemu dziwić, jeśli w jednej lidze grają tacy snajperzy, jak Defoe, Keane, Henry, Martins czy Dempsey, to o grad bramek nietrudno.

3) W klasyfikacji strzelców jednak ci znani napastnicy musieli uznać wyższość  dwóch Anglików: Bradleya Wrighta-Phillipsa z New York Red Bulls, zdobywcy 27 bramek (wyrównany rekord ligi!), i Doma Dwyera ze Sporting Kansas City, który zakończył zasadniczy sezon z 22 trafieniami. Oprócz narodowości, obu panów łączy fakt, że w ostatnich latach raczej nie słynęli z popisów snajperskich, przez poprzednie dwa sezony zdobyli w sumie ledwie… dziewięć goli. Rok 2014 jednak należał zdecydowanie do nich, co ciekawe, prasa angielska zaczęła nawet łączyć Wrighta-Phllipsa z kadrą „Synów Albionu”, w której występował już jego bardziej znany brat Shaun, ale wydaje się, mimo wszystko, że to dla niego za wysokie progi.

Zabawa Wrighta-Phllipsa z obrońcami Sportingu Kansas City

4) Postać sezonu? Oczywiście, doskonałe kampanie wyżej wymienionych dwóch Anglików, świetny Robbie Keane (aż 33 punkty w klasyfikacji kanadyjskiej!), odrodzony Obafemi Martins, ale chyba największym wygranym minionych rozgrywek zasadniczych jest Lee Nguyen. 28-letni Amerykanin wietnamskiego pochodzenia, który jeszcze trzy lata temu grał w lidze kraju swoich przodków, w tym roku zaskoczył wszystkim niesamowitym progresem, mającym realne odzwierciedlenie w statystykach - 18 goli i pięć asyst – to jak na pomocnika wynik wyśmienity. Nie bez powodu zaczął być nazywany „wietnamskim Beckhamem”. Można zakładać, że jego nazwisko znajduje się na liście potencjalnych kandydatów do gry w kadrze Jürgena Klinsmanna.

Tak strzela Nguyen nad zdezorientowaną obroną Montrealu

5) Czy Amerykanie kochają piłkę nożną? Jeśli odpowiednim wyznacznikiem będzie rosnąca frekwencja na trybunach, to tak. Play-off przed nami, a średnia widzów na meczach w tym sezonie wynosi na razie 19 149, czyli więcej o ponad pół tysiąca niż w zeszłym roku (wtedy 18 608). Dla porównania, w Europie więcej kibiców przychodzi na mecze piłkarskie tyko w sześciu ligach (Niemcy, Anglia, Hiszpania, Włochy, Francja i Holandia). Prawdopodobnie progresja jest stała,  w szczególności jeśli weźmiemy pod uwagę, że za rok do MLS dołączy naszpikowane gwiazdami (m.in. Frank Lamaprd i David Villa) New York City FC, które zagra na stadionie baseballowego Mets, mieszczącego 27 tysięcy ludzi, oraz Orlando City, nowi pracodawcy słynnego Kaki, docelowo mający grać na dwudziestotysięczniku.

6) Polskie akcenty? Cóż, 12 gier dla Montreal Impact, najsłabszej drużyny ligi, zaliczył Krzysztof Król. Bramki żadnej nie strzelił, ale zaliczył jedną asystę. Może nie jest to najbardziej spektakularna wizytówka bocznego obrońcy, mimo wszystko jednak dane mu było zagrać u boku znanego z występów w Serie A Marco Di Vaio i zmierzyć się z byłymi gwiazdami europejskiej piłki. Trudno powiedzieć, jak potoczą się jego dalsze losy, ale kolejny sezon w MLS nie jest wykluczony.

Lepiej za oceanem powodzi się Marcelo Sarvasowi, Brazylijczykowi znanemu w naszym kraju z występów w Polonii Warszawa za czasów Józefa Wojciechowskiego. W naszej ekstraklasie specjalnie się nie wyróżniał, za to w Stanach Zjednoczonych zdążył już pograć u boku Davida Beckhama i Landona Donovana w LA Galaxy, zdobyć z tym zespołem tytuł mistrzów MLS w 2012 roku, a w tym sezonie dalej nie zwalnia tempa, trzema golami i 11 asystami walnie przyczynił się do awansu Kalifornijczyków do półfinału konferencji. Zaskakująca forma 33-letniego rozgrywającego.

Dobrą dyspozycję utrzymuje też Chris Wondolowski, amerykański napastnik łączony z występami w kadrze Polski za kadencji Franciszka Smudy, zdobył w tym sezonie 14 goli i pozostaje silnym punktem San Jose Eartquakes, którzy jednak nie awansowali do play-off. 31-latek, biorąc pod uwagę jego ogrom sukcesów indywidualnych (m.in. król strzelców MLS w latach 2010 i 2012) i reprezentacyjnych (zwycięstwo w Gold Cup 2013, korona króla strzelców tej imprezy), nie może odnieść spektakularnego wyniku ze swoją drużyną klubową, w której barwach zagrał do tej pory ledwie pięć meczów play-off w ciągu sześciu sezonów.

7) Thierry Henry i Landon Donovan – dwa symbole obecnej Major Soccer League. Obaj mieli niebagatelny wpływ na rozwój ligi i obaj z tą ligą się właśnie żegnają. W momencie, kiedy New York Red Bulls i LA Galaxy odpadną z play-off, to ci dwaj zawodnicy wkroczą na nową ścieżkę kariery. Donovan kończy z zawodową grą w piłkę na dobre, a przynajmniej na razie tak twierdzi, co jest w pewien sposób kontrowersyjne, bo absolutny rekordzista MLS w liczbie goli i asyst ma zaledwie 32 lata i w trwających rozgrywkach obie te statystyki poprawił dwucyfrowymi wynikami (odpowiednio 10 bramek i 19 ostatnich podań). Jest w formie, bezwzględnie stać go na kolejne cztery lub pięć lat na amerykańskich boiskach, więc kto wie, czy to na pewno ostateczna decyzja. Fani z Los Angeles chętnie widzieliby go na boisku co najmniej do czterdziestki.

Fenomenalny Landon Donovan – legenda Galaxy

Inaczej sprawa się ma z 37-letnim Francuzem, bo legendarny już napastnik wcale nie ma zamiaru wieszać butów na kołku, on również prezentuje nadal wysoki poziom (10 goli i 14 asyst w obecnym sezonie) i chciałby nadal grać w piłkę, tyle że już nie w USA. Henry postanowił, że wraz z pierwszym stycznia zakończy swoją przygodę z Red Bulls i poszuka nowego pracodawcy. Ale jaki kierunek obierze „Titi”, tego nie wiadomo, jedynie pewne jest, że nie będzie to klub amerykański. Gdziekolwiek by Henry nie trafił, to oglądanie jego bramek pozostanie nadal wielką przyjemnością. Choćby takich, jak ta poniżej z września tego roku.

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Major Soccer League Stany Zjednoczone
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.