Gea'nialny Hiszpan

2 lata temu Gea'nialny Hiszpan
fot. PAP/EPAfot. PAP/EPA

Bosnich, van der Gouw, Barthez, Howard, Carroll… sir Alex Ferguson sześć lat szukał godnego następcy legendarnego Petera Schmeichela.

W końcu znalazł takiego w osobie doświadczonego Edwina van der Sara. Kiedy Holender zawiesił buty na kołku, naturalnie nasuwały się obawy o to, czy szkocki menedżer znowu nie zanotuje kilku chybionych strzałów transferowych, zanim trafi w środek tarczy z zakupem nowego golkipera. Z perspektywy czasu wiemy, że te obawy były płonne. To nie była do trzech czy siedmiu razy sztuka. Tym razem słynny czerwony nos nie zawiódł Fergusona już przy pierwszej próbie. David de Gea okazał się doskonałym wyborem.

Szerszej publiczności Hiszpan objawił się w sezonie 2009/2010, kiedy obchodził raptem 19. urodziny. Wtedy otrzymał szansę zaistnienia w macierzystym Atletico Madryt, gdzie trenował od dziecka. Szkoleniowiec Los Colchoneros, Quique Flores, w pewnym momencie zdecydował się postawić na Davida po serii błędów bramkarza numer jeden, Sergio Asenjo. Młody wychowanek nie oddał miejsca między słupkami już do końca tego, a także następnego sezonu. Swoimi występami robił ogromne wrażenie i zyskał rozgłos w całej Europie, znajdując się na liście życzeń klubów z zasobniejszym budżetem niż Atletico. Ferguson uznał, że nie można czekać za długo, aby ktoś nie sprzątnął mu sprzed nosa utalentowanego golkipera, i latem 2011 roku wyłożył na stół 18 milionów funtów. Zarząd z Vicente Calderon przystał na taką ofertę i de Gea mógł pakować manatki oraz kupować bilet na samolot do Anglii.

Jak wiadomo, początki w nowym otoczeniu bywają trudne. Gdy ktoś w młodym wieku przenosi się do innego kraju, nie znając tamtejszego języka, może spodziewać się ciężkiej aklimatyzacji. Tak właśnie było w przypadku de Gei. Pierwsze miesiące na Wyspach były dla niego twardym zderzeniem z rzeczywistością i w jakimś sensie prawdziwą szkołą życia. Zdarzały mu się klopsy przy strzałach, z którymi powinien sobie radzić. Kiepsko wyglądała jego gra na przedpolu. Wyjścia do dośrodkowań często były bardzo niepewne, po części dlatego, że nie dawał rady w fizycznych starciach z mocno zbudowanymi rywalami. Notabene Ferguson stosował w bramce politykę rotacji, raz wystawiając Davida, a raz Andersa Lindegaarda, choć wielu dziwiło takie podejście. Abstrahując od generalnie przyjmowanej zasady, że na pozycji bramkarza powinna panować niezachwiana stabilizacja i jasny podział na zawodnika podstawowego oraz rezerwowego, wydawało się, że Hiszpan najbardziej potrzebował zaufania w postaci przyznanego miejsca w pierwszym składzie. Tymczasem to, że siadał na ławce po jednym czy dwóch słabszych występach, raczej nie dodawało mu pewności siebie. Być może sir Alex postępował w ten sposób, bo widząc słabszą formę de Gei, nie chciał go narażać na kolejne wpadki, co tylko pogłębiłoby wątpliwości kibiców i zwiększyło krytykę bezlitosnej prasy, a co za tym idzie... jeszcze mocniej podkopałoby pewność siebie Davida. A może Szkot myślał długoterminowo i chciał zahartować młodego bramkarza?

Cały artykuł możecie znaleźć w najnowszym numerze magazynu Red Zone. Czasopismo jest do kupienia w salonach sieci Empik na terenie całego kraju oraz w naszym sklepie internetowym: http://sklep.transfery.info/glowna/99-red-zone-stycze.html.



ŹRÓDŁO
Red Zone
TAGI: Manchester United FC Red Zone Anglia
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.