ROMANtyczna wędrówka po świecie pustości

2 lata temu ROMANtyczna wędrówka po świecie pustości

Wieczór 25 października roku 1997.

Na jednej z warszawskich dzielnic trwa spotkanie kilku rodzin. Zabawie tradycyjnie przewodzi gospodarz domu, człowiek majętny, wiele widzący, światowy, można rzec mężczyzna z klasą. Opowiada, jak zwykle, swe liczne historie z życia, jakie zaznał zwiedzając świat, posypując to lekką nutą abstrakcyjnego humoru. Sygnałem kończącym jedną czy drugą z opowieści był śmiech wszystkich obecnych, przy akompaniamencie rozbijanych kieliszków. Fakt, że jedzenie i alkohol kończyły się równie szybko co czas, jaki umilały te tradycyjne spotkania w rodzinnym gronie. Jako że impreza się przedłużyła do późnych godzin nocnych, powstał plan, by przenocować u gospodarza, na co zresztą on sam nalegał. W końcu to apartament, miejsca wystarczyłoby dla wszystkich. W całej tej zabawie nie uczestniczyła tylko jedna osoba. Niekoniecznie mały wzrostem, ale jednak mały w linii życia, która dopiero co się rozciągała. Była nicią, której kłębek dopiero zaczął się powiększać. Był na pierwszym piętrze apartamentu, w małym pokoju swojego kuzyna, gdzie oglądał telewizję. Kanałów było całe multum, bo wszak telewizja satelitarna to było coś. Wybór padł na piłkę nożną, sport dla tego młodego człowieka w istocie ciekawy, ale który nie był jeszcze podstawowym składnikiem do jego uprawiania czy przeżywania. 

Destino

Była godzina 1. w nocy. Ośmioletni chłopiec nawet nie myśli o tym, by pójść spać, bo w końcu jak to miał uczynić, gdy w salonie impreza trwała w najlepsze? Tu mały pokój był oazą, która przeistoczyła się w gorącą lawę namiętności do nowego doświadczenia, jakim była piłka nożna. Ot sport, gdzie 22 spoconych facetów ugania się za świńskim pęcherzem. To w sumie nawet dziwne, że o tej porze jeszcze ktoś chce za nią biegać. Ale ten mały chłopiec stref czasowych nie ogarniał. Z telewizora leciał głos w języku hiszpańskim, co stanowiło przeszkodę nie do pokonania. Ale czy tak naprawdę się tym przejmował? W żadnym wypadku, bo między źdźbłami trawy przemieszczali się panowie w bieli z czerwonym pasem oraz w niebieskim ze złotym pasem. Nawet dość często słyszał nazwisko Maradona, które komentator wypowiadał tak, jakby relacjonował koniec świata. Był załamany, zdruzgotany jakby stał obok plutonu egzekucyjnego, wydającego wyrok ostateczny. Zwłaszcza mowa ta wzmocniła się, gdy po pierwszej połowie wspomniany El Dios pozostał w szatni, a na jego miejsce wszedł inny piłkarz. Dużo młodszy, nieco wyższy, chudszy i z numerem 20 na plecach. Komentatorzy chłopaka nie oszczędzali w ilości pochwał. Tyle było w tym słodyczy, że można było zostać cukrzykiem. Ciągle podkreślali to jego nazwisko - „Roman”. Dla tego małego chłopca z Polski wydawało się to dość dziwne, by nazwisko mieć takie jak imię. Ale jego gra, jakby toczona w slow motion, w odróżnieniu od reszty, była w pewnym sensie magiczna. Zagrania od wspomnianego Maradony były precyzyjniejsze, bardziej przemyślane, choć czasem koledzy z drużyny nie rozumieli jego intencji. Nie było może w tym wszystkim zadziorności, większej agresji czy ruchliwości człowieka z ADHD, ale to było coś bardziej przemyślanego i wysublimowanego. To przypominało pracę ogrodnika, który spokojnym krokiem przechadzał się po swoim ogródku, spoglądając na swe kwiaty. Czasem je obwąchiwał, czasem sekatorem coś przy nich przycinał. To była dbałość o detale, ale jednocześnie tyle w niej lekkości, czynionej jakby od niechcenia. 

Koniec meczu obwieścił mi wynik 2-1 dla panów w niebieskich koszulkach ze złotym poziomym pasem. Mały chłopiec szykował się już do snu, zmęczony tym co zobaczył. Zadowolony, że wytrwał, choć czy zasnąłby mając na parterze rodzinną sielankę pełnej śmiechu? W niedzielę droga powrotna do własnego domu, lecz to co odczuł w nocy, zrozumie dopiero po latach.

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Tym małym chłopcem byłem ja. Ten mecz, który widziałem i wbił się w moją pamięć to Superclasico Argentina, pomiędzy Boca Juniors a River Plate na El Monumental, wspomnianego 25 października 1997 roku. Zaś tym piłkarzem z numerem 20 na plecach, który czarował, był Juan Roman Riquelme. Tak oto urodził się we mnie romanista – zadeklarowany fanatycznie wyznawca Romana.

Opisując Riquelme, od razu muszę was ostrzec. To będzie tekst, w którym oddaje Romanowi tyle ile mogę, nawet jeśli to dla niego niewiele. Wszystko to będzie subiektywnym przekazem, gdyż dla mnie obiektywizm nie istnieje. Każdy z nas doświadczył czegoś, co potem rzutowało na to, jak oceniamy lub dyskutujemy na poszczególne zagadnienia. Dla mnie to, co przeżyłem w wieku 7 lat, odbiło swoje piętno tak, że mnie po prostu zmiażdżyło. Bo, gdy po latach zrozumiałem, że byłem świadkiem ostatniego meczu Maradony w barwach Boca, a zmianę pokoleniową zapoczątkował Roman, to sami przyznacie, jak duże emocje wywołuje we mnie napisanie tego tekstu. Dlatego początek trochę was zaskoczy, bo zajmę się tym co było największą esencją jego osoby – ocena charakteru i stylu, którego już nigdy u nikogo nie zobaczymy.

Tango romantico

Jeden z najrzadziej stosowanych w konkursach tanecznych odmian tanga. Oprócz charakterystycznej dla tego tańca absolutnej dominacji mężczyzny, tu kobieta jeszcze mocniej traci nad sobą kontrolę. Każde dotknięcie, każdy ruch, każdy oddech przyjmuje do siebie, stając się tym samym niewolnicą, oddającą serce i ciało swojemu partnerowi. Właśnie to oddanie często stawiało znak równości między zwykłymi podskokami a brutalnym gwałtem. To tu dziewczyna traciła swoją cnotę, a jej krew tryskała hektolitrami, szczytując w swej orgazmicznej ekstazie. Mężczyzn nigdy to jednak nie wzruszało, traktując tę chwilę jako przelot z jednego utworu do drugiego. Zmieniali je jak płytę w gramofonie. Choć byli i też tacy, o których mówiono per Salomony. To nieumiejący podzielić się swym nektarem, albowiem ograniczało ich słowo - „Pustka”.

I tak było też na boisku, kiedy piłka zaczęła się toczyć u stóp Romana. Była ona krucha i delikatna, ale nigdy nie okazywał względem niej głębokich uczuć. Choć szanował jej ruchy i kierunki w jakich podążała, to nigdy nie krępował się, by publicznie ją kopać z dużą regularnością. Nadając temu wszystkiemu pewien rytm. Czasem to lekko szczypiąc, czasem solidnie kropiąc. Kręciło ją to, miewała zawroty głowy, ale szeptała mu nieustannie, by dawał jej „Więcej”. To była brutalność pomieszana z nonszalancją, ale im dłużej trwała, tym chętniej pragnęła być u jego stóp. Juan lubił z nią spacerować, ale nie poganiał jej z zapędem znalezienia się w siatce, by mogła finalnie zatrzepotać z wrażenia. Jej, wbrew pozorom, nigdzie się nie spieszyło. Lubiła jak się z nią kręcił, tworząc koła, których nawet cyrkiel równiej by nie wykonał. Dla niej widok Riquelme kojarzył się z widokiem arystokratki. Gustownej, wypełnionej wdziękiem, która chadzała po swym dworze dostojnym i godnym krokiem. Jej atutem była synchroniczność, funkcjonująca tak jak szwajcarski zegarek z diamentów. 

To wprost odwrotnie do jego katalońskich dzieci, będących jedynie plebsem, których największym sukcesem było skraść kołpaki od Seata Cordoby. Brudne i małe te dzieci. Jedno łyse Fuente lub Albilla – czasem bez różnicy, bez nazewnictwa, bo niczyje. Czasem bywał miły, potem zgorzkniał, mówiąc o sobie per legenda. Nicpoń jeden sądzi, że okręcając koło od Malucha, będzie dzielnicy strachem. Naiwny on, naiwny. A drugie dziecię, jakieś takie nietypowe. Do asysty lub podania, taki kelner, podrzędny. Mówił, że pochodzi z Ziemi, ale jakoś nikt nie przykładał uwagi do łacińskiej jego nazwy. Sądził jednak często, że wszystko co winne to zieloność trawy. Taki to oskarżyciel posiłkowy, bo wciąż na diecie – jakieś 10 mln euro sobie ona liczy. Z czym do ludzi, nędzny plebsie? Co plebiscytu rok w rok żądnego, który odciąć sobie nogę zechciał. Kto ci uzna tę odnogę? Kosowo, Krym i Mikronezja? Ech jaki głupi ten plebs... Te ich DNA wirusem zarażone, bo  uważają się za magnatów. Ile to bogactw posiadają, ile pucharów czy medali gabloty zdobią. Szaty złote-purpurowe. One z ciulu uszyte i tak samo was ciule pozdrawiam.

Piłce na ich względach jednak nie zależało. Była ona nieufna, ale mimo to kokietowała co niektórych 10-tkowców. Nie kręciły jej aż tak łatwo karciane hazardy, oscarowe statuetki czy dzieci o końskim uśmiechu. Nie kręcili jej długowłosi degustatorzy wina czy francuskie bagietki lepione z piasku Oranu. Dla niej maderska dynamika była jeszcze jednym z powodów, by odpuścić ich przywoławcze gwizdy czy zaloty. Choć czasami z nimi bywało jej dobrze, to były tylko krótkie i puste chwile. Ona oczekiwała, by te trwały jak najdłużej. To dopiero pomyślne wiatry z dorzecza La Platy wyzwalały tą dzikość serca, którego bicia były coraz szybsze z każdą jego obecnością. Nawet gdy chłopiec z San Fernando żegnał z soczystym zamachem nogi, to zawsze było w tym więcej „do następnego widzenia” niż „żegnaj na zawsze”. Lubiła być jego zabawką. Bo ten kicking sprawiał jej większą podnietę niż fisting. To było tango zarezerwowane tylko dla niego. Choć przed nim, wspominała z rozrzewnieniem lata 70-te z Bochinim, którego taniec był najbliższy Romanowi. Lecz odmienny, bo szacunek i dobre maniery był jej największą zaletą. To także były lata 80-te z Maradoną, choć były one chwilami bez odpoczynku. Napięte i nieustannie męczące. Riquelme dawał jej jedno i drugie jednocześnie. Lecz tylko wtedy, kiedy miał na to ochotę.

Ale kobiety, tak jak i piłka lubiły być tymi puszczalskimi szmatami przed bramką. Tak zwaną ostatnią instancją, strzeżoną przez strażnika o imieniu moralność. Nawet jak nakładały na siebie warstwy białoczarnych kwadratów czy różnokolorowych wstawek, makijaż był zawsze tylko dodatkiem do ich całości. One bez względu na strój, chciały być jego. Czy będąc świńskim pęcherzem pełnym płatów czy panelami wypełnionymi tapetami, kierowały się ku riquelmowskim stopom z ogromną ochotą. A on przyjmował je bez szczególnej selekcji. Każdej dając ułomną szansę, bycia u jego boku dłużej niż przez 5 sekund. Nie wszystkim było dane pozostać dłużej. Taka kolei rzeczy. Taka sytuacja. Takie okoliczności.

Podobno owe 5 sekund twarzą w twarz wystarcza, by ocenić czy daną osobą warto się dłużej zainteresować. Takie to ludzkie, w tym piłkarskim języku. A takie okrutne dla tych, których chirurg skalpelem ciachał aż nazbyt, bo dyżur mu wypadł w dzień Martina.

Tango romantico zatańczone po raz pierwszy przez jedną z par w 1978 roku wygrało międzynarodowy konkurs tanga w Buenos Aires. Ze względów proceduralnych, zakazano jednak stosowania go podczas innych konkursów, ze względu na mocny podtekst seksualny, o który głośno oskarżały feministki. Argument był dość banalny... nikt z nimi nie chciał tego tańczyć... ani czegokolwiek innego.

Revancha

Juan Roman Riquelme będąc dzieckiem nauczył się, że aby zostać KIMŚ, należy się CZYMŚ wyróżniać. Nie precyzowano tego słowem talent, bo ten jest tylko pustym wyrazem bez pokrycia. Oczywiście z definicji można było np. być zdolnym malarzem, świetnym pianistą lub wybitnym aktorem (w łóżku wg rosyjskich naukowców aż 127% kobiet udaje swój orgazm). Ale można było też i pójść drogą sportowca, co dla Argentyny było naturalne, gdyż jej obywatele oddawali swą największą cześć piłce nożnej. Tym zamierzał się wyróżnić mały Roman, który już wtedy musiał zaznawać goryczy samotności. Koledzy czy koleżanki ze szkolnych ław traktowali go jak najgorszego odmieńca, nie człowieka. Z brudnymi ubraniami, bez kolorowego tornistra czy z rozchodzonymi butami. Mając aż 10 rodzeństwa państwo Riquelme żyli na skraju nędzy, ale nie kierowali swoich pretensji do wszystkich. Robili wszystko, by ich dzieci mogły uzyskać przyzwoite wykształcenie, chcieli wprowadzić ich do świata ludzi z klasą. Lecz ta klasa wyższa, gardziła taką biedotą, ich smrodem, nawet kiedy oni sami podcierali się tylko mydłem Dove. Roman nie chciał się z tą nierównością społeczną pogodzić, ale czy będąc odrzucanym, bitym i poniżanym w szkole, mógł on nauczyć się czegoś takiego jak dobroć czy miłość? W żadnym k#%^a jego mać wypadku. 

Jeśli oczekujecie, że jak dobry samarytanin raz dostanie w policzek, to nastawi potem drugi, to jesteście w jeszcze większym błędzie. Roman według nauczycieli w tamtym okresie, choć „Należał do grzecznych dzieci, to jednak można było odczuć wrażenie, że z nikim się nie kolegował. O przyjaźni nawet nie wspominając”. Jako, że w relacjach międzyludzkich mały Romek stał na straconej pozycji, jego głosem stała się piłka sprezentowana na 5 urodziny przez wujka. Czy to aby nie za dużo tych nawiązań do Maradony? Nie, bo Diego był popularny wśród rówieśników nawet nie będąc znany ze swoich umiejętności piłkarskich. Gdy na Romana żadna dziewczyna nie chciała nawet spojrzeć.

Człowiek to jednak potrafi być hieną, bestią i sępem jednocześnie w świecie tych, co się CZYMŚ wyróżniają. I kiedy Riquelme grą w piłkę dystansował swoich przeciwników, to szkolni koledzy obrali już inną optykę na jego osobę. Również i dziewczyny, chętniejszym okiem spoglądały na pobrudzone spodenki Juanka. Ale główny bohater tej historii, postąpił motywem Hrabiego Monte Christo. Mścił się za to jak go upokarzano. A nigdy nie wspominaną nigdzie historią z motywem zemsty była pewna dziewczyna, która chciała by Roman pomógł jej bratu dostać angaż w dniu testów w Argentinos Juniors. W zamian obiecała z nim chodzić. Mający wówczas 10 lat Roman naiwnie w to uwierzył i pomógł jej bratu Leo (zmiana imienia na wzgląd życzeniowy), który jako napastnik z podań Romana zdobywał bramki hurtem. Kiedy skauci ze szkółki Los Cebollitas zgarnęli go do siebie wraz z Riquelme, owa dziewczyna z obietnicy się wycofała. Pokrzywdzony Roman zaplanował zemstę podwójną. W dniu ostatecznego naboru do wyższej kategorii wiekowej, Riquelme nie zagrał ani jednej piłki do Leonowego smarkacza, samemu strzelając gole lub podając piłki innym. Ale jeszcze wcześniej podstawił perfidną świnię, w postaci stosu pinesek rozsypanych na łóżku głównego trenera. Dodatkowo... nasikał do jego ulubionych, drogich pantofli. Winnego odnaleziono we wspominanym chłopaku, przy którego łóżku znaleziono pudełka po pinezkach. Leo wyrzucony, Roman awansowany. Życie. Eh, wyrachowany życiu. Ty to jednak, jesteś ze skur z wielu.

Wiele lat później jako dorosły człowiek, nie zatracił instynktu gardzenia innymi. Za zniszczenie i obrzydzenie mu dzieciństwa, jestem gotowy przyznać mu słuszność. I pomimo nieczystych metod jakie stosował, to miał rację. Ludzie bezinteresowni istnieją, gdy orkiestrowy chórek krzyczy o pomocy, jak na złość tylko w święta. Ale czy miał prawo, by jednak krzywdzić tych, którzy mu niczego nie zrobili? Miał prawo, do którego nie musiał się stosować, ale prędzej czy później i tak zostałby zdradzony... o północy, pod wieczór, przy śniadaniu czy o świcie. To była dla niego profilaktyka a jego perypetie mnożyły się po wielokroć. Przykłady? Ależ proszę bardzo:

Jeden z pierwszych treningów sezonowych w Villarreal. Pierwszy tydzień lipca. Manuel Pellegrini przedstawia się zawodnikom, wraz z oczekiwaniami na sezon 2004/2005. Na zajęciach zarządza z dyktatorskim, ale dobrotliwym głosem co piłkarze mają robić. Podczas wyznaczania wykonawców rzutów wolnych czy rożnych, przed szereg wystąpił Riquelme. Pierwszy sygnał: strzał płaski po ziemi pod murem. Roman uderza w lewy górny róg bramki. Drugi strzał, komenda: Prawy górny róg z lewego narożnika pola karnego. Roman uderza i trafia... ale w prawy górny róg bramki. Podirytowany trener wzywa Juana do siebie, rugając go za to, że się go nie słucha. Ten zaś z duża dozą lenistwa w głosie odpowiada: „Nie lubię, jak ktoś mi rozkazuje, że mam coś ćwiczyć do poprawy, więc mam propozycję. Jeśli trafię 10 razy pod rząd do bramki na 10 prób, to trener pozwoli, że sam zdecyduję, gdzie piłka poleci”. Irytacja Manuela sięgała zenitu, ale zgodził się, licząc na dość szybkie pogrążenie piłkarza w oczach innych. Dziesięć strzałów i... dziesięć celnych. Roman już nigdy w Villarreal, nie musiał ani zostawać po treningach ćwicząc rzuty wolne, ani nikt nie odebrał mu pierwszeństwa na ich wykonywanie. On nawet wcale nie trenował.

Reprezentacja Argentyny, rok 2006. Przygotowania do mundialu na niemieckiej ziemi, trwają w najlepsze. Choć po przegranym meczu z Chorwacją 1-2, nastroje są nietęgie. Mimo to na jednej z licznych konferencji prasowych pojawiają się Ayala jako kapitan, Riquelme jako vice oraz Messi jako wschodząca dopiero gwiazdka z mlecznej drogi. Pytania co rusz uderzają w Lionela, przy dość nietęgich minach kapitanów zespołu. Młody chłopak kradnie show, zbierając pochwały za swoją skromność i dążenie do bycia wielkim. Wszystkie pytania praktycznie lecą w jego kierunku. Siedząc na samym środku, między dwójką starszych panów, tamci co rusz szczypali jego pośladki, by podskoczył z wrażenia. Ten jednak cierpliwie starał się nie wyprowadzić z równowagi. Ale co to, to nic. Po mimice obu panów, można było dostrzec, że planowali... puścić jeszcze parę bąków pod stołem konferencyjnym. Ayala nawet pochwycił sprytnie jeden z mikrofonów, lecz zanim wydał się z nich jakiś dźwięk, spotkanie z prasą dobiegło już końca. Na treningu zaś okazja do zemsty. Messi od Romana nie dostawał ani jednej piłki, zaś Ayala dyskretnie uderzał małego chłopca w splot słoneczny. Po jednym z takich ciosów, w końcu nie wytrzymał i rzucił się na Roberto, lecz drogę zagrodził mu Roman, który powie słowa, które skądś już my znamy: „Twoją wielkość liczą w milimetrach, moją w kilometrach. Twój czas jeszcze nadejdzie”.

Afera rozporkowa. Argentyna rok 2012. Aktorka Flavia Palmiero (8,5 na 10 w skali Borowego), była sobie dziewczyną różnych panów. A to aktor Gonzalo Heredia a to taki Fernando Gago. Od tego ostatniego zresztą uciekła, wpadając w ramiona Pablo Mouche. Piłkarza znanego z tego, że gra w Boca i całkiem nieźle mu to wychodziło. Odbijanie panny nie jest jednak mimo wszystko takie fajne, ale Pablo zastosował metodę Touche'a i po prostu ją sobie podebrał. Gago co prawda znalazł sobie inną, tenisistkę Giselę Dulko (aktualnie jego żona), ale wówczas przechodził on dość trudny okres piłkarski (zmiana klubów, ławkowanie), który zakończył się depresją. Na pomoc ruszył więc jego bliski kumpel z kadry i ten, który go oprowadzał za dzieciaka po szatni Bombonery – Riquelme. Rommy jako, że już wcześniej rozwiódł się z żoną, nie krępował się z demonstrowaniem swojego tango romantico. Zatem przystąpił do czynów, kiedy na jednym z treningów Mouche zostawił w szatni telefon, a Roman pod pretekstem urazu zszedł do szatni jako pierwszy. Tą metodą sprytnie zgarnął numer Flavii i zaczął pisać esemesy o dość jednoznacznej treści (uwaga, to są autentyki): „Wiem, że lubisz się bawić jajkami. A lubisz może strusie?”, „Dupczyć czy nie dupczyć i tak cię wydupczę. Obiad sam się nie zrobi. Czekam”. No sami przyznacie, że było ostro, kiedy media ujawniły owe treści. Mimo iż panna Palmiero zapierała się więcej razy niż Piotr przed Jezusem, że to nieprawda. Jakoś dziwnie to wyglądało, gdy świat dowiedział się też o jej spotkaniu z Riquelme w Miami w hotelu „W” w lipcu 2012. Roman bogaty to rzucił mamoną a nabzdryngolona milf enty raz temu publicznie, tym razem na Twitterze zaprzeczała. Juan jednak mówił coś zupełnie odmiennego, ba nawet sam przyznał, że „Pokazywała mi swoje ananasy”. Wokół afery powstał syf, który zakończył się tym, że Mouche stracił nie tylko pannę, ale także i pozycję w Boca, skąd odszedł do Turcji. Roman dalej się cieszył z tego co miał. Był w końcu legendą. Jemu było wolno. A zemstą chciał odkupić ból swojego przyjaciela.

Liga argentyńska, 30 listopada 2008 roku. Roman na szczycie swej wielkości, bije się o majstra w meczu z Racingiem. Przez całe spotkanie można było odnieść wrażenie, że ktoś z trybuny nad ławką Boca go obrażał. Roman ignorował ten stan do momentu, w którym strzelił wyrównującego gola. Celebrując podbiegł do wspomnianej trybuny i palcem wskazywał na tego, który miał go rzekomo obrażać. Sam zresztą wulgarnie instruował pozostałych kibiców do tego, co mają z nim zrobić. Nie minęła chwila, kiedy owego mężczyznę dopadło kilku krewkich kibiców. Jeszcze w trakcie meczu wyciągnęli go siłą ze stadionu i pobili do nieprzytomności. Tym mężczyzną okazał się Agustin Pozzetti, który rzekomo był kibicem Boca, ale przebranym bo w kibicował Gimnasii La Plata. On sam wylądował w szpitalu, zawiadamiając policję o tym zdarzeniu, opisując ze szczegółami całe wydarzenie... Dwa dni później prokurator wezwał Riquelme w charakterze oskarżonego z zamiarem „podżegania do publicznego linczu”. Co ciekawe Roman stawił się grzecznie u prokuratora, lecz po... 3 minutach opuścił on gmach budynku. Następnego dnia Pozzetti... został oskarżony o podżeganie do przemocy, publiczne zniesławienie i odpalanie rac! Pozzetti kajał się, zaprzeczał, by kiedykolwiek obrażał Riquelme podczas meczu. Także w mediach, prosił o litość i wybaczenie a Roman, jak na El Reya przystało odpuścił... dopiero po dwóch miesiącach, kiedy chłopak spędził jeszcze miesiąc w areszcie. Niecały rok później w Polsce, zainspirowany tym wydarzeniem Rychu Peja, postanowił we wrześniu 2009 roku uczynić to samo co Roman. Nakazał publicznie pewnemu chłopakowi, który go obrażał spuścić się z krzyża... przy asyście innych.


OOR czyli Juliusz Słowacki = Roman Argentyński

A teraz coś piłkarskiego mości panowie. Czy wiecie co oznacza skrót OOR? To nic innego jak „Osobisty Ochroniarz Romana”. Piłkarz dostępujący tego zaszczytu, automatycznie uchodził za postać wybitną i ważną w taktyce trenera, który wystawiał. Ale jaki to typ piłkarza? Romantyczny, który szczypie po policzku swoją damę? Czy może taki brutal co pięścią ją okłada jak worek treningowy? Bez różnicy, kobieta lubi jedno i drugie (bardziej nawet to drugie). Zaś jeśli chodzi o stricte terminologię piłkarską, najczęściej był nim pivot lub skrzydłowy często schodzący do środka. Solą jego obecności był fakt, że najczęściej pojawiał się w momentach krytycznych, gdy do Romana podbiega więcej niż trzech rywali. Wiadomo, że uzależnianie wszystkich podań napędzających ofensywę, w kierunku jednego piłkarza, jest banalne do rozszyfrowania przez trenera rywali. Ba tak samo, jak pojawianie dodatkowego gracza do gry z klepki (Roman był w tym nagminnym mistrzem). Lecz nawet Van Gaal, sir Alex czy Mourinho zapominali o jednym... Riquelme jest nieobliczalny. To, że umie zagrać passa na dystansie 50 metrów i to w miejsce, gdzie już będzie nadbiegał kolega, wiedzą wszyscy. Ale nie mieli pojęcia, kiedy to uczyni i w jaki sposób to zrobi. Bo wszystko było zależne od tego... czy mu się zechce. Humor Romana to właśnie był duży problem, kiedy przeciwnik grał blisko jego, ale co istotne bardzo brutalnie. Częstsze, nawet mało znaczące kopnięcia w kostkę czy nadepnięcia na piętę, dość łatwo wyprowadzały Romana z rytmu pędzla malarza, siedzącego nad swoim płótnem, próbując coś stworzyć. Najczęściej w takiej sytuacji przechodził obok meczu, dogrywając piłkę do kolegi tuż obok przebiegającego, częstokroć na jeden kontakt. Zaskakującym był fakt, że nawet samymi takimi podaniami, stwarzał jeszcze więcej zagrożenia przeciwnikowi. Za czasów Boca takimi ochroniarzami byli Sebastian Battaglia, Mauricio Serna, Ever Banega czy Fernando Gago. W Villarreal Marcos Senna, Juan Pablo Sorin czy przez pewne momenty Alessandro Tacchinardi lub Santi Cazorla. W kadrze Albicelestes to Lucho Gonzalez, Esteban Cambiasso oraz Leo Messi. O Barcelonie zaś nie wspominam, bo ten prymityw o twarzy chama ustawiał Romana na skrzydle, by jego pupil Marc Overmars mógł grać na rozegraniu.

Esencją gry Romana była niezależność. I to taka w rodzaju „Dajcie mi piłkę i biegajcie koło mnie lub wcale. Podziwiajcie”. Nie lubił, jak ktoś do niego krzyczał lub machał łapami, by mu podał. Nie preferował trybu rozkazującego. To holowanie piłki - nieodzowny element sentencji gry JRR, którą zagrywał tylko wtedy, kiedy był tego pewien. W dobie futbolu szybkiego i kreatywnego, nie było miejsca na jednoosobową orkiestrę. Zaprzestano wpajać piłkarzom regułek o miłości do futbolu, zastępując go wyścigiem szczurów. Im szybciej tym lepiej, bez pieprzenia i spowolnień, o ile sobie pan trener czegoś innego nie zażyczy. Riquelme w tym względzie był traktowany jak nieporozumienie, które stawiało na zapomniane już przez większość wartości. Jeszcze z czasów jego gry, wspominano co prawda, o dość podobnej charakterystyce gry w wykonaniu Zidane'a czy Pirlo, ale była ona i tak odmienna. Bo Rommy nie był aż tak agresywny jak Francuz, ani też nie pracował mocno w defensywnie jak Włoch. Dla Argentyńczyka, piłka była czymś do czego podchodził protekcjonalnie. Była wyższością, o którą należało zadbać.  Tym samym Riquelme sądził, że to co na podwórku, istnieje także w świecie dorosłych. I to rozminięcie się z tym faktem sprawiło, że choćby okiwał wszystkich rywali a potem strzelił gola, to i tak byłby za to zrugany. Bo nie gra zespołowo, bo liczba atakujących  piłkarzy to nie 1+1 lub 1+0. Zrozumienie jego filozofii miało sens tylko przy ustawieniach 4-2-3-1 oraz tym najukochańszym 4-3-1-2. Z tej magii korzystali jednak nieliczni. Jose Pekerman znał go od małego i to z nim zdobył MŚ do lat w Malezji w 1997 roku. To na niego stawiał w Boca Juniors także Carlos Bianchi, który pozwalał mu być samodzielnym w podejmowaniu decyzji. Odrzucił go Passarella, bo odrzucał każdego kto był z Boca. Odrzucił go Bielsa, ale przynajmniej powiedział mu dlaczego stawiał na Aimara, Ortegę czy Gallardo. Basile ufał mu na zabój, bo chciał stworzyć trójkąt miłości z Tevezem i Messim. Maradonie zaś biała dama przysłoniła wszystko, także i sylwetkę Riquelme. 

W kadrze zaistniał tylko wtedy, kiedy jego sympatyczny taksówkarz, wziął go na mundial do Niemiec. To u niego zaznał szacunku, do tego co miłował. Bo kochał improwizować i wyobrażać sobie przeszkody nie do pokonania. On nie widział tylko nadbiegającego rywala. On dostrzegał jeszcze dziesięciu innych, wielkiego zmutowanego potwora siedzącego z trybun, który ciskał w niego pomarańczami. To widział też zapadnie, które płonęły ogniem nienawiści, żeby Roman w nie wpadł. Wszystko co widział to chciał ominąć, nie spiesząc się o dziwo. Ten tajemniczy świat, którego inni nie chcieli poznać, będąc za bardzo zagonieni albo zbyt głupi. To tak jak z poczuciem humoru, gdzie dziś oczekiwania względem niego są takie, by wszystko zostało im podane jak na tacy. Każde, nawet banalne wytłumaczenie wypowiedzianego zdania. Nie chcą szukać aluzji, podtekstów zakopanych gdzieś głęboko w jednym czy drugim zdaniu. Wolą prostą treść, nawet jeśli zapach ten dochodzi z klozetu. To gównożercy, raczący się gównem, biegający z miesiączką każdego dnia i sądzący przy tym, że są lepsi od innych.

Tego najwidoczniej Juan nie rozumiał. Tego wyścigu, tego ciągłego biegu za czymś. On wcale nie był leniwy, bo inaczej nie wygrałby trzy razy Copa Libertadores, pięć razy ligi argentyńskiej, złoto olimpijskie czy nie był MVP Ameryki Południowej. Chciał czerpać radość. Uśmiech, który jednak interpretowano jako ośmieszenie. Ale czy to jego wina, że okiwał ich wszystkich? Zapada cisza, pomimo zgiełku pełnym ludzi. Niemożliwym dla zero-jedynkowców. Realny tylko dla tych, co używają jeszcze narzędzia zwanym wyobraźnią. 

Na wzgórzu melancholii
Jest plastikowe drzewko

Roman podziwiał ten widok i stwierdził, że wystarczy już tego dobrego. A i tak, kiedy ogłaszał swój koniec kariery, to i tak z obserwacji wysnuwał wnioski. Tych, którzy go kochali i nie widzieli w nim tego złego. Bronili go, kiedy go krytykowano. Pękały ich struny głosowe, krzycząc z dumą „R-I-Q-U-E-L-M-E”. Byli oni wiernymi czytelnikami, oddanymi, czasem ślepymi ale jednak oddanymi. Jego woli. Prawej oraz Lewej. Czasem także i środkowej. Wychodzili z siebie, dostrzegali coś więcej niż każdy chciał zobaczyć. Oby nie zawiedli także i dziś, przekazując z pokolenia na pokolenie: „Widziałem Romana cień. Twardy niczym pień. Wzbił się ku górze. Przy tańcu na rurze. Dochodzę i opadam. A potem spodnie zakładam”. 

Jesteś tu ze mną?
Właśnie spoglądam na dzień
Z kolejnego snu

Dupczyciel – słowo złożone z 10 liter. Przeznaczenie, które powiedziało mi jaki mu pseudonim 
nadać.

Errata es romana

To zupełnie tak jak ze mną. Nikt nigdy nie potrafił zrozumieć mojej miłości do Riquelme, bo po pierwsze wcale nie pozwalano mi jej przedstawić. A po drugie, może czasem swoich oponentów niepotrzebnie przy tym traktowałem stekiem wyzwisk, obrzucaniem talerzy oraz kłuciem ich plastikowym widelcem po oczach. Nawet Stevie Wonder widział więcej od nich. Chcąc powiedzieć coś o Riquelme, moi znajomi zmieniali szybko temat. Bo dla nich liczy się coś innego. Stawiają na wartości, które przysparzają im znajomych na fejsie, obserwujących na ćwierku. Wszystko dziś jest biznesem, na którym należy zbić jak największy kapitał. Nawet jeśli tego nie zrozumiecie (a 99,99% nie zrozumie), to mam szczerze to w dupie. Maskę owi niewdzięcznicy przywdziewamy każdego dnia. Jest ona zmienna od dnia, pogody i wydarzeń. Ale kobiet nie liczę, bo tą kupują w sklepie sądząc, że to coś im da. I fakt daje całkiem sporo. Albowiem mężczyzna, zgodnie z naturą fauny i flory, podzielił kobiety na damy i nie damy. Oraz może damy ale nie teraz, bo boli nas głowa.

O, Gotan Project znowu grają w pubie... Gardel byłby dumny z ich pierwszej płyty...

MICHAŁ BOROWY
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Juan Roman Riquelme Argentyna
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.