Życie po reprezentacji - jak potoczyły się losy naturalizowanych piłkarzy z polskiej kadry?

2 lata temu Życie po reprezentacji - jak potoczyły się losy naturalizowanych piłkarzy z polskiej kadry?
fot. Piotr Kucza - FotoPYK

Raz na wozie, raz pod wozem… Sinusoida przedstawiająca rezultaty ludzkich decyzji potrafi płatać figle. Czy decyzja o grze w reprezentacji Polski pozytywnie wpływa na dalszą karierę tak zwanych farbowanych lisów?

Kwestia powołania do reprezentacji Polski Mateusza Miazgi skłania do przyjrzenia się sytuacji wszystkich najważniejszych zawodników, którzy zdecydowali się na reprezentowanie naszych barw narodowych, mimo iż posiadają również obywatelstwo innego kraju.

Czym kierują się tacy gracze w swoich wyborach? Czy rzeczywiście chodzi o przywiązanie do kraju, z którego pochodzą rodzice piłkarza, a może piłkarze kalkulują, gdzie tak naprawdę bardziej im się opłaca występować?

Historia pokazuje, że kariera po zadebiutowaniu w koszulce z orzełkiem na piersi nie zawsze jest usłana różami.

Co więcej, w większości przypadków zawodnicy posiadający podwójne obywatelstwo po międzynarodowych wojażach w biało-czerwonych barwach chylili się raczej ku końcowi swojej kariery, aniżeli wzbijali się w niebo i niczym wytrawny lis pola karnego korzystali z okazji i rozpoczynali swoje piłkarskie życie na nowo w hiszpańskich czy angielskich ekipach z najwyższej półki.

Chcesz być lisem? Pofarbuj się!

Występ w drużynie narodowej jednego kraju nie przekreśla szans na powołanie zawodnika do kadry innej reprezentacji. Trzeba jednak spełniać pewne kryteria.

Podążając za przepisami FIFA można dowiedzieć się, że jeśli dany zawodnik rozegrał choć jeden oficjalny mecz w seniorskiej reprezentacji danego kraju, nie ma prawa w przyszłości zmienić swojej decyzji i grać w barwach innej kadry narodowej. Zasada ta dotyczy również piłkarzy, którzy wystąpili w choćby jednym oficjalnym spotkaniu o punkty w reprezentacji młodzieżowej do lat 21. 

Kim byłby jednak człowiek, gdyby nie szukał sposobu na ominięcie danego przepisu? Wyjątek stanowi, że w sytuacji, w której najpóźniej w dniu meczu drużyny młodzieżowej gracz posiadał już drugie obywatelstwo, mógł  zagrać w reprezentacji seniorskiej innego kraju.


W taki sposób w kadrze Polski debiutował między innymi Sebastian Boenisch, który po reprezentowaniu Niemiec w drużynie do lat 21 zdecydował się przyjąć powołanie do drużyny narodowej prowadzonej wówczas przez Franciszka Smudy.

Z ziemi… afrykańskiej do Polski

Podtytuł tego akapitu sugeruje, że mowa będzie o Emmanuelu Olisadebe. Jak się oczywiście okazuje, w naszej reprezentacji wystąpili zawodnicy, którzy nie posiadali nawet polskich korzeni. Nie musieli zatem odwoływać się do argumentów, że dziadek, babcia, ojciec albo matka pochodzili z Polski i los zmusił ich do wyemigrowania. Co to, to nie. Wystarczyło, że pomieszkali w kraju kilka lat, otrzymali obywatelstwo, a bramy do międzynarodowej kariery stanęły przed nimi otworem.

Być może Olisadebe nie najlepiej posługiwał się językiem polskim, być może pochodzi z Nigerii i być może ma aktualnie 36 lat. Pewne jest jednak, że poślubił Polkę oraz dał nam upragniony awans na mundial w 2002 roku. Nie oszukujmy się – bez jego bramek podopiecznym Jerzego Engela byłoby zdecydowanie trudniej osiągnąć ten cel.

„Oli” debiutował w biało-czerwonej koszulce w 2000 roku, by w następnym zamienić Polonię Warszawa na Panathinaikos Ateny. Niejako przetarł szlaki innym naturalizowanym graczom, jednakże w tym przypadku pierwszy okazał się najlepszy.

Oczywiście, z czasem jego kariera w Atenach uległa znacznemu pogorszeniu, przez co czarnoskóry napastnik rozpoczął wędrówkę po najróżniejszych zespołach na całym świecie (grał w Anglii, ponownie w Grecji, na Cyprze, w Chinach), a Polakom odwdzięczył się wysyłając za burtę Ligi Mistrzów krakowską Wisłę w ostatniej rundzie eliminacji.

Nie da się ukryć, że jego gole dały Polsce namacalny awans na Mistrzostwa świata. Karierę  klubową jednak zmarnował.

Polska samba?

Kolejnym piłkarzem z dalekiego świata, który postanowił zakotwiczyć nad Bałtykiem był Roger Guerreiro. Brazylijczyk fenomenalnie spisywał się w barwach warszawskiej Legii, a reprezentacji potrzebny był ofensywny pomocnik z nutką finezji i umiejętnością posłania prostopadłej piłki.

„Perreiro” czarował, zagrał na Mistrzostwach Europy w Austrii i Szwajcarii, gdzie zdobył nawet gola, jednakże po odejściu z drużyny „Wojskowych” w 2009 roku jego kariera to prawdziwy zjazd ze stromej góry.

Brazylijczyk z polskim paszportem trafił do AEK Ateny (znowu stolica Grecji, może to ona tak negatywnie działa na lisy z Polski). W lidze greckiej zagrał w ciągu czterech lat w 76 meczach, ale nikogo na kolana nie powalił. Z południa Europy przeprowadził się do Brazylii i do dziś grywa w niższych rodzimych ligach (Guaratinguetá, Comercial FC i Rio Branco).

Nikt już nie pamięta jego nietuzinkowych rozwiązań na boisku i południowoamerykańskiej techniki. Odchodząc do Grecji Roger podjął błędną decyzję. Ale kto wówczas mógł przypuszczać, że tak potoczą się jego losy?

Pospolite ruszenie na Euro

Nie potrafię znaleźć innego określenia na to, co stało się po tym, jak światło dzienne ujrzała informacja o tym, że w Polsce odbędą się Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Nagle zastępom zawodników przypomniało się, że w którymś pokoleniu są powiązani z naszym krajem, więc warto byłoby się pokazać szerszej publiczności. A jeszcze coś z tego będzie.

I tak do naszej kadry trafiła armia zagranicznych najemników, którzy rozsławili imię farbowanych lisów i zagościli na ustach kibiców w Polsce.

Będący wówczas selekcjonerem Franciszek Smuda postanowił powierzyć swoją przyszłość przybyszom z zachodnich krajów. Fura, skóra i komóra chciałoby się rzec. Jaka była rzeczywistość? Boenisch, Polanski, Perquis i Obraniak dostali miejsce w reprezentacji za nic. Mieli zbawić polską jedenastkę na Euro 2012, a jak się okazało ich gra była totalnym nieporozumieniem.

Naturalizowani gracze nie zadomowili się w zespole na dłużej, choć każdy miał swoje pięć minut i po turnieju finałowym o mistrzostwo Starego Kontynentu. Oczywiście, mieli przebłyski, a w klubowej piłce nie raz pokazali, że stać ich na naprawdę dobre mecze. Ale w spotkaniach drużyny narodowej wyglądali tak, jakby przyjeżdżali na zgrupowania za karę. Ale nie o tym miałem rozważać. Gdzie w tej chwili są ci zawodnicy?

Turecki jasyr Obraniaka

Spośród wszystkich naturalizowanych ad hoc zawodników miał chyba największe predyspozycje na to, by stać się gwiazdą. Dziesiątka z przeglądem pola, uderzeniem z dystansu i fantastycznie ułożoną stopą, zwłaszcza przy stałych fragmentach gry. Gra w orzełkiem na piersi sprawiła, że z Lille trafił do Bordeaux, następnie przeniósł się do Werderu Brema.

Im dalej szedł w las, tym było wokół niego coraz ciemniej. Nie dostawał szans na grę, kłócił się z kolegami z drużyny i z reprezentacji, a koniec końców znalazł się w tureckim Rizesporze.

Nie zrobił kariery na miarę umiejętności i talentu, jaki niewątpliwie posiadał. Głównie z powodu swojego ciężkiego charakteru. Jego kontrakt z Werderem kończy się za rok, nie ma już jednak szans na to, by znaleźć się w europejskim klubie z prawdziwego zdarzenia…

Niemieckie sitko

Podobnie było z Sebastianem Boenischem. Swego czasu miał szansę na powołanie do reprezentacji Niemiec, wobec perspektywy pewnej gry na lewej obronie w kadrze Polski zdecydował się wybrać występy dla kraju, w którym się urodził. Na początku robił furorę, później było tylko gorzej.

Gra w defensywie jest jego zmorą – paradoksalnie, przecież to obrońca… Nie trzyma linii, lewa strona zawsze pozostaje wolna i nawet niewidomy przeciwnik znalazłby tam drogę do bramki rywala.

W listopadzie 2012 roku na zasadzie wolnego transferu przeniósł się do Bayeru Leverkusen. Nazwa tego klubu w jego przypadku tylko nieźle brzmi – kolejni trenerzy „Aptekarzy” jak ognia wystrzegają się wystawiania Boenischa w składzie.

Jego umowa z Bayerem obowiązuje do końca przyszłego sezonu – albo ją wypełni i odejdzie na wolny transfer, albo zmieni pracodawcę już latem i trafi za grosze do niemieckiego średniaka. Ponownie ogromny spadek.

Francuski łącznik

31-letni Perquis miał być wybawieniem dla środka linii obrony reprezentacji prowadzonej przez „Franza” Smudę. Silny jak tur, waleczny, nie bał się grać kontaktowo. Technicznie jednak surowy. I mało zwrotny. W drużynie narodowej zaznaczył tylko swoją obecność, niczym szczególnym się nie wyróżnił. A powinien, bo miał ku temu pełne pole do popisu.

Co dała mu gra w polskiej reprezentacji? Z Sochaux przeniósł się do Hiszpanii, do Realu Betis. Tam miał nawet na ramieniu opaskę kapitańską, ale jego ewidentny brak predyspozycji do gry w szybszym i żywszym tempie dawał się we znaki kolegom z defensywy, którzy coraz częściej musieli godzić się z traconymi bramkami spowodowanymi niefrasobliwością „Perksińskiego”.

Z Hiszpanii przeprowadził się do Kanady, gra w Toronto FC z Sebastianem Giovinco w coraz silniejszej Major League Soccer. To jednak melodia przyszłości, w tej chwili Perquis jest bliżej emerytury, aniżeli jakiegokolwiek sportowego awansu.

Fenomen Polańskiego?

Przykład Polańskiego pokazuje, że możliwa jest gra przez kilka kolejnych lat na takim samym, przyzwoitym poziomie, zarówno w kadrze, jak i w klubie. Przed reprezentacją, w trakcie przygody z reprezentacją, a także po reprezentacji (chyba nikt nie ma złudzeń, że jeszcze w niej zagra, choć widać progres w jego grze) Polański jest niemal identycznym piłkarzem. W biało-czerwonej erze grał w Mainz i Hoffenheim, a więc zespołach z podobnej półki, odgrywając w nich taką samą rolę.

Stanął w miejscu, choć wydaje mi się, że ma jeszcze szansę na pokazanie się w silniejszym klubie niż Hoffenheim. Przede wszystkim jest stabilny, na minus jest brak jakiekolwiek zaskoczenia z jego strony.

Tworzy obraz zawodnika do bólu przewidywalnego, który kręci się ciągle w okolicach środkowej linii boiska w poszukiwaniu graczy, którym może odebrać futbolówkę. Ale poza tym nic więcej. Gra w reprezentacji Polski w jego przypadku ani nic nie pogorszyła, ani też nie poprawiła.

Niepofarbowane lisy

Aby dać Mateuszowi Miazdze pełny przegląd możliwości postanowiłem przyjrzeć się również zawodnikom, którzy mieli szansę na debiut w drużynie narodowej Polski, jednakże z różnych powodów do tego nie doszło. Skutki tych decyzji są skrajnie przeciwstawne – niektórzy z nich zrobili międzynarodowe kariery i występują w znanych europejskich zespołach, a o niektórych świat już zapomniał i nie chce pamiętać.

Kolumbijczyk z polskim sercem

Wszyscy kibice pamiętają chyba walkę Lecha Poznań w europejskich pucharach i niezapomniane emocje związane z meczami przeciwko Manchesterowi City i Juventusowi Turyn. Dyrygentem defensywy „Kolejorza” był wówczas Manuel Arboleda.

Pomysłodawcą dla jego gry z orzełkiem na piersi był Franciszek Smuda. Ostatecznie Kolumbijczyk nie otrzymał polskiego obywatelstwa na czas, co chyba wpędziło go w depresję, bo dosłownie z każdym następnym miesiącem był cieniem walecznego i pewnego siebie zawodnika sprzed kilku sezonów.

Znane kluby chciały wykupić go z Poznania, jednakże on czekał na jeszcze lepsze propozycje, by w zeszłym roku opuścić szeregi zespołu z Bułgarskiej na zasadzie wolnego transferu.Do dziś pozostaje bez pracodawcy, co tylko zwiastuje mu zakończenie piłkarskiej kariery. Kto wie, jak potoczyłyby się losy „Mańka”, gdyby udało mu się zagrać w reprezentacji „Franza” Smudy.

Czarodziej z Krakowa

Po przybyciu pod Wawel Maor Melikson porwał niemalże z miejsca wszystkim sympatyków „Białej Gwiazdy”. Wyszkolony technicznie, miał „gola”, potrafił asystować, rozgrywać piłkę kombinacyjnie, cud, miód i orzeszki. Okazało się, że mama Maora pochodzi z Polski, dlatego też Izraelczyk szybko otrzymał potwierdzenie naszego obywatelstwa. A potem zaczęła się telenowela…

Pomocnik zmieniał decyzję częściej, niż Madonna facetów. Raz chciał grać dla Polski, następnie myślał o Izraelu. Koniec końców nic z tego nie wyszło, a po podjęciu decyzji na naszą niekorzyść zdecydował się na transfer do Valenciennes. Początkowo szło mu całkiem nieźle, łącznie rozegrał ponad 50 spotkań w Lique 1.

Po nieco ponad roku spędzonym we Francji wrócił do rodzimego Hapoelu Ber Szewa. Wydaje się, że spekulacje dotyczące wyboru przez niego barw narodowych odbiły się na jego kondycji psychicznej.

Mimo kilku przebłysków, za zachodzie nie przypominał Meliksona, którego znaliśmy z występów dla krakowskiej Wisły. Jestem również zdania, że z polskiej ligi byłoby mu zdecydowanie łatwiej wybić się do lepszego zespołu, aniżeli z Ber Szewy.

Nie ma jednak wątpliwości, że był jednym z najbardziej wartościowych obcokrajowców w polskiej lidze i mógł dać wiele dobrego naszej reprezentacji.

Goleador z południa

Swego czasu gorącym nazwiskiem w polskich mediach był Robert Acquafresca. Za powołaniem go do kadry, nomen omen ponownie za czasów Franciszka Smudy, był dzisiejszy prezes PZPN Zbigniew Boniek. Snajper z Włoch szybko jednak podjął decyzję o reprezentowaniu „Squadra Azzurra”.

Mimo wielu występów w młodzieżowych reprezentacjach Italii powołanie z seniorskiej ekipy do niego nie trafiło.

A szkoda, bo gdyby postanowił przyjechać na zgrupowanie „Biało-Czerwonych” przed spotkaniem towarzyskim z Bułgarią, być może nie zmarnowałby swojego potencjału. A tak ani nie zadebiutował w upragnionej kadrze Włoch, ani nie zrobił wielkiej kariery klubowej na miarę swojego talentu.

Od 2008 roku kolejno występował w Interze, Atalancie, Genui (transfer z Mediolanu za.. 10 milionów euro), Cagliari, Bolonii i Levante. Zwiedził południe Europy, by powrócić do Bolonii, w której to występuje dziś w Serie B. Ale jak spadać, to z wysokiego konia!

I ty możesz zostać zwycięzcą!

W końcu dotarliśmy do zawodnika, któremu brak występów w polskiej kadrze z pewnością nie zaszkodził. Mowa o Laurent Kościelnym, który z uwagi na swoje pochodzenie bez problemu mógł grać z orzełkiem na piersi. Jego forma jednak eksplodowała z dnia na dzień – w 2010 roku zamienił Lorient na Arsenal i praktycznie z tamtą chwilą temat jego występów w ojczyźnie dziadków przestał istnieć.

A szkoda, bo to defensor z najwyższej półki i z powodzeniem mógłby łatać dziury naszej linii obrony przez kilkanaście lat. Gdyby oczywiście do tego czasu nie osiwiał ze stresu. Tym niemniej decyzja o grze w drużynie narodowej Francji wyszła mu na dobre – do tej pory zagrał dla niej 19 razy.

Życiowa decyzja

Nie ulega więc wątpliwości, że jeśli Mateusz (Matthew, jak jest nazywany za oceanem) zdecyduje się na reprezentowanie swojej drugiej ojczyzny, musi liczyć się z tym, że jego kariera może ostro się zahamować. Każdy zawodnik jest jednak inny, a przytoczone przykłady mogą o niczym nie świadczyć. Jeśli rzeczywiście jest klasowym obrońcą, to z pewnością poradzi sobie zarówno w Polsce, jak i USA.

Ma dopiero 19 lat i powinien przemyśleć, czy gra – nie ukrywajmy tego - trochę na siłę, w naszej reprezentacji wyjdzie mu na dobre. Niestety, ale według mnie taki jest dzisiaj sport z najwyższej półki: młody zawodnik na początku swojej wielkiej przygody z piłką nożna musi oszacować, co może przynieść mu wymierny efekt w przyszłości.

Jaki kierunek powinien obrać, by później nie żałować swojej decyzji? Młody obrońca w swoich wypowiedziach pozostaje stonowany – widać, że nie chce zamknąć sobie furtki do występów w jednej lub w drugiej drużynie.

- Czuję się Amerykaninem i Polakiem. Urodziłem się tu, ale moi rodzice pochodzą z Polski, dbamy o polskie tradycje i w domu rozmawiamy po polsku. Ale Ameryka też mi dużo dała – powiedział Miazga.

Selekcjoner Adam Nawałka poważnie rozważa możliwość wysłania mu powołania na mecze z Gruzją i Grecją w czerwcu. Piłkarz New York Red Bulls przygotowuje się jednak do występu w Mistrzostwach Świata do lat 20 z młodzieżówką USA. 19-latek znajduje się w sferze zainteresowań RB Lipsk. Niewykluczone, że jeśli latem Miazga zmieni klub, temat jego gry dla „Biało-Czerwonych” przestanie być aktualny. Tak jak w przypadku Kościelnego.

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Polska Emmanuel Olisadebe Roger Guerreiro Ludovic Obraniak Sebastian Boenisch Mateusz Miazga Eugen Polanski Damien Perquis Laurent Koscielny Robert Acquafresca
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.