Sześć stacji do sukcesu poznańskiej lokomotywy, czyli jak być drużyną

2 lata temu Sześć stacji do sukcesu poznańskiej lokomotywy, czyli jak być drużyną
fot. Aleksandra Sieczka

Senne obrazy przemijają za oknem. Dzień całkiem niedawno zamienił się miejscem z nocą, jednak słońce ani myśli zdobyć się na jakikolwiek wysiłek. Leniwie snuje się pod grubą warstwą nieustępliwych, kłębiastych chmur.

Są jak gęsta maź ograniczająca dostęp do piękna poranka. Pociąg z wolna rusza ze stacji. Rytmicznie porusza się po szynach. Nigdzie mu się nie spieszy. On też dostosował się do panujących warunków. Nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności. Jakoby znajdował się w zgoła innym wymiarze aniżeli nieubłaganie płynący czas. Wskazówki zmierzają ku godzinie roboczo nazwanej SPP: o 20:15 oczy kibicowskiej Polski miały być zwrócone w stronę jednego punktu. Obiektu przy Bułgarskiej.

Przed 19 jeszcze jest cicho. Jeszcze da się usłyszeć gruchanie gołębi. Jeszcze jastrząb nie udał się na łowy, a piłkarze nie wprowadzili popłochu w szeregach szarych towarzyszy za sprawą ciężkich korków. Kibice z wolna poczynają wypełniać obiekt. Nieliczne niebiesko-białe plamki tworzą coś na kształt impresjonistycznego obrazu. Entuzjaści warszawskiej Legii jako pierwsi podjęli decyzję o wywieszeniu transparentów. Nie zabrakło podkreślenia znaczenia stolicy, wyodrębnienia poszczególnych dzielnic miasta oraz zaakcentowania udziału w akcji "Uwolnić Maćka". Gdy już w rogu areny zrobiło się zupełnie biało, lechici zdecydowali się na kontrofensywę.

Standardowe "Imperium Poznańskie" otoczyły niebiesko-białe szeregi. Gdzieniegdzie przewijały się delikatne, ale uderzające w punkt banery upamiętniające ofiary ukraińskiego ucisku, czy zmarłego kibica. Na przeciwległych trybunach można też było odnaleźć punkt wspólny - związany z akcją wspierającą popularnego już Maćka.

Krzątaninę przygotowań przerywa zameldowanie się na murawie piłkarzy obu drużyn. Najwyższy czas na rozgrzewkę. Liczne zastępy kibiców Lecha nie szczędzą bluzgów, widząc najpierw bramkarzy rywala, a następnie zawodników z pola występujących dzisiaj w nowych, iście wojskowych strojach. Pełne umundurowanie. Legioniści próbują kontrować na trybunach, ale jest ich zbyt mało. Tylko w chwilach, gdy ich przeciwnicy są zmuszeni złapać oddech, goście z Warszawy mają przyzwolenie na przebicie.

Stojąc na wprost rozgrzewki "Kolejorza" można dostrzec ogromną radość z gry. Poznaniacy cieszą się, że mogą reprezentować tak utytułowane barwy i występować przed ogromną publicznością. Każdy dotyk z piłką sprawia im szczęście, ścisła dyscyplina nie materializuje żadnej blokady. Nawet Tetteh, który dopiero niedawno zasilił poznańskie szeregi, świetnie dogaduje się z resztą drużyny. Nie szczędzi uśmiechu, nie waha się przytknąć swoim kolegom zabawnie wyśmiewając ich problemy z przyjęciem (szczególnie zabawnie wyglądają jego utarczki z Jevticiem). Takiej czystej euforii z kontaktu z futbolówką brakuje legionistom. Wypełniają trenerskie polecenia, ale bez zbędnego entuzjazmu. Brak jest przekonania, wiary w słuszność dyspozycji. Być może w środku są zagotowani, być może w ten sposób okazują szczęście, ale pierwsze wrażenie nie jest zupełnie inne. Nie emanują satysfakcją z wykonywanego zawodu. Inną sprawą pozostaje kwestia presji.

Mogłabym w tym momencie przywołać suche statystyki i z ich pomocą ukazać, że Lech był drużyną lepszą i dojrzalszą. Piłka nożna to jednak nie matematyka. Owszem, wiele jesteśmy w stanie wyczytać z momentu meczu, w którym padł gol, odnaleźć jakąś regularność. Piękno tego sportu opiera się jednak na szczegółach, dla których odniesienia na próżno szukać w liczbach.

Po pierwsze, być drużyną

To, co zdecydowało o wyniku spotkania, jest ukryte w samym sednie piłki nożnej. Lech był drużyną, która miała jasno sprecyzowane cele i każdy był świadomy, w jaki sposób należy je realizować. Każdy, nawet najmniejszy element układanki zazębiał się z kolejnym tworząc razem całość niemożliwą do rozmontowania. Poszczególne części formacji dobrze ze sobą współgrały. Piłka przechodziła jak po sznurku od bramkarza, przez ścisłą defensywę aż do środka pola. Większość pojedynków rozgrywała się właśnie w tym sektorze. Póki co zmartwieniem dla trenera Skorży może być postawa Robaka, który choć starał się podchodzić wysoko i zawiesił bardzo wysoko poprzeczkę dla swojej kondycji, to jednak nie pojawiał się w tym miejscu co powinien. Nie, jeśli rozpatrujemy go w kwestiach typowego snajpera. Pokazywał się do gry, potrafił zabrać się z piłką, zastawić się z nią, ale nie przekładało się to na gole. Ograniczenie przeciwnika i prowokowanie chaosu w jego szeregach to zdecydowanie za mało. Trzeba pamiętać, że dopiero niedawno dołączył do drużyny i potrzebuje czasu, żeby wdrożyć się w całe mechanizmy.

"Kolejorz" od początku spotkania był nastawiony na sukces, parł mocno do przodu, agresywnie doskakiwał do przeciwnika, starał się pozostawić mu jak najmniej miejsca do swobodnego rozegrania piłki. Skorża dobrze wiedział, że jeśli Legia dostanie szansę na grę, będzie w stanie ją wykorzystać. Być może nawet w sposób zabójczy. Mimo niewielkich wzmocnień, to wciąż groźny i bardzo poukładany zespół. Wycieńczająca i konsekwentna taktyka oraz element zaskoczenia przyniosły należyte efekty. Jeszcze w pierwszym kwadransie, całkowicie osamotniony Kędziora mocnym strzałem sprzed pola karnego nie pozostawił najmniejszych szans bezradnemu Kuciakowi. Młody obrońca bardzo dobrze odnalazł się w sytuacji, nie wahał się, nie starał się marnować czasu na układanie sobie piłki na nodze. Po prostu uderzył. To okazało się być kluczowe. Potrzebował jednej jedynej klarownej sytuacji, by wyprowadzić swój zespół na zasłużone prowadzenie. Sam jednak nie stworzył sobie tej sytuacji. Odpowiedzialny był za nią cały zespół.

Po drugie, szybkość

Poznański Lech wygląda dobrze nie tylko pod względem organizacyjnym, ale i wydolnościowym. Lechici są w stanie regulować tempo spotkania. W takich sytuacjach przydaje się spokój Trałki, który nie boi się przytrzymać piłki, nawet będąc w bliskim otoczeniu przeciwnika. Dzięki kontroli nad przeważającą częścią meczu, podopieczni Skorży potrafili w odpowiednim momencie przyspieszyć, nieco przyszarżować, by w następnej chwili zwolnić, skupić się na rozegraniu, czy nawet lekkim oddaniu inicjatywy przeciwnikowi. Kilkakrotnie mogło się to skończyć tragicznie dla gospodarzy – legioniści na początku drugiej części spotkania organizowali częste wypady w pole karne Buricia sprawdzając, czy aby na pewno rozgrzał się we właściwy sposób.

Po trzecie, technika

Szybka gra na jeden kontakt jest jednym z największych atutów poznaniaków. Potrafią za sprawą 3-4 podań znaleźć się pod polem karnym przeciwnika i ostro namieszać w jego obrębie. Zwykle atak był zawiązywany w okolicach środka boiska, a następnie podejmowano wysiłek rozciągnięcia gry lub ewentualnego sforsowania centralnej części. Legia starała się możliwie jak najczęściej blokować ataki Lecha, ale brakowało jej stabilności. Na początku dobrze spisywał się Lewczuk raz za razem wdający się w pojedynki 1 na 1 i zwykle wychodzący z nich zwycięski. Nieco gorzej miała się kwestia boków. Kędziora bardzo często uwalniał się na flance (często brakowało nawet doskoku ze strony gości), Kownacki i Pawłowski równie łatwo uzyskiwali futbolówkę. Nieporadność "Wojskowych" świetnie obrazuje ruleta Douglasa, czy mocne wejście Thomalli, który chwilę po zameldowaniu się na murawie najpierw przy linii końcowej łatwo uporał się z Pazdanem, a następnie zmylił Kuciaka. Bramkarz warszawiaków doznał chwilowego zaćmienia i nie był w stanie zlokalizować piłki. Szczęśliwie dla jego drużyny, uderzyła ona w boczną siatkę.

Po czwarte, obrona

Pozytywnym zaskoczeniem okazuje się być postawa Kadara. Węgier na pozycji stopera prezentował się naprawdę dobrze. Wyciągał większość piłek posyłanych w newralgiczne sektory pola karnego, a co najważniejsze zachowywał przy tym zasady fair-play. Potrafił w czysty sposób wygarnąć futbolówkę rywalowi i oddalić zagrożenie od własnej bramki. Nawet wejście elektrycznego zwykle Ceesaya nie spowodowało chaosu w szeregach poznaniaków. Gambijczyk dobrze spisał się w roli zastępcy Kędziory równie chętnie podłączając się do ofensywy nie zaniedbując przy tym swoich nominalnych obowiązków.

Po piąte, element zaskoczenia

Lechici nie bazowali jedynie na swoim ataku konstruując akcje pod bramką rywala. To właśnie obrońcy poznaniaków zdołali udźwignąć brzemię odpowiedzialności za strzelanie goli. Zachowywali zimną krew w momentach, w których niejednokrotnie brakuje jej doświadczonym snajperom. Potrafili wyskoczyć w punkty aktualnie w żaden sposób nieobstawione przez legionistów.

Kamiński, który w sparingach podczas letniego zgrupowania obudził swoją dawną duszę snajpera, nie miał najmniejszych problemów, żeby przedrzeć się w okolice twierdzy Kuciaka. Strzelona bramka to nie wszystko – obrońca jeszcze raz stanął przed genialną okazją na dobicie przeciwnika, po której zmarnowaniu nie krył rozczarowania.

Po szóste, uśpiona Legia

Legioniści w konfrontacji ze swoim odwiecznym rywalem nie pokazali niczego, co mogłoby chociaż utrzymać ich w walce o trofeum. Kuciak nie był w stanie zareagować przy żadnym straconym golu. Uderzenia, po których piłki wtaczały się do siatki, były mocne i oddane z punktów całkowicie odsłoniętych. Niemniej jednak, słowacki bramkarz był bardzo elektryczny w swoich poczynaniach i niejednokrotnie jego wyjścia okazywały się być po prostu niepewne, co miało wpływ na grę całej drużyny. Defensywa Legii również nie była w stanie zatrzymać rozpędzonej lokomotywy. Broź nieustannie odpuszczał flankę, Lewczuk po solidnym starcie stał się bardzo nerwowy. Sfera ofensywna Wojskowych powinna zostać przemilczana. Podopieczni Berga mieli ogromny problem, żeby zawiązać atak, a co dopiero przenieść go pod pole karne Buricia. Ryczkowski ani razu nie zagroził twierdzy Bośniaka, Nikolić mimo pokazywania się do gry nie był w stanie wyłuskać piłki. Również u Dudy bez rewelacji – usiłował szarpnąć, ale nie udawało mu się uruchomić kolegów.

Gęste, białe niebo w chwili rozpoczęcia meczu było już przeszłością. Ciepłe promienie letniego słońca przedarły się przez warstwę chmur umacniając swoją dominującą pozycję i ogrzewając licznie zgromadzonych na stadionie kibiców. Tak samo, jak poznaniacy pokazali, kto zasłużył na zwycięstwo. Można mówić, że legioniści wystąpili w nieco odmienionym składzie, że Superpuchar nie jest trofeum znaczącym, na które należy poświęcać energię tak niezbędną w walce o europejskie puchary. To wszystko można włożyć między mity, jeśli weźmie się pod uwagę, że pojedynki Lecha i Legii zawsze budziły i będą budzić emocje. Kibice w całej Polsce żyją nimi, czekają na nie z utęsknieniem. W obliczu takiego nastawienia, wszelkie tłumaczenia okazują się być nieuzasadnione. Poznańska lokomotywa bez żadnych problemów staranowała umundurowaną machinę Berga i pokazała, że inne drużyny będą musiały się ostro napocić, by ją wykoleić. Tym bardziej, że najważniejsze w Poznaniu są nie kwestie sportowe, czy ilość funduszy, a serce do gry. Ono się wykształciło i z każdym dniem bije coraz mocniej.

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Lech Poznań Legia Warszawa Polska Lokomotywa Kolejorz Wojskowi Henning Berg Maciej Skorża Trenerzy
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.