Roman "Yoda" Szczepaniak: Ten klub kształtuje człowieka

rok temu Roman
fot. Roman Szczepaniak

Za klubem zjeździł całą Europę, widział jego wzloty i upadki. Opowiada o tym, o czym wielu kibicujących zagranicznym klubom może tylko pomarzyć. Posłuchajcie tego, co o kibicowaniu „The Reds” ma do powiedzenia „Yoda”.

Polski Kopites [kibic z najbardziej fanatycznej trybuny na Anfield, The Kop - przyp. red.], a może powinienem Cię przedstawić jako komentatora Polsatu? Jak to wspominasz?

Fajna przygoda i zarazem mega spięcie. Po raz pierwszy pojawiłem się w wyjazdowym  meczu Ligi Mistrzów z Lille, gdzie miałem łączność "live". To był okres, kiedy we francuskim klubie grał Ludo Obraniak. Marcin Feddek pytał o niego, jak i o Liverpool, który był po świeżej ligowej porażce. Drugi raz komentowałem ze studia wygrany 3-1 mecz z Benfiką. W miarę dawałem sobie radę. Trzeci to memoriał na 25-lecie Hillsborough. Kluchy stały mi w gardle i ledwo cokolwiek wypowiadałem. Miałem to wszystko przed oczami.  Zresztą wiesz, jaką mam traumę na tym punkcie. Polski Kopites? Chyba za dużo powiedziane, choć trochę tych meczów było.

Jak zrodziła się Twoja miłość do Liverpoolu?

Czysty przypadek, a raczej moja przewrotna natura. Pamiętny finał 85’ na Heysel.  Byłem w trzeciej klasie technikum. W Finale grał Juventus z Bońkiem i Liverpool. Jeśli chodzi o reprezentantów Polski, to za tym panem nigdy nie przepadałem i poza tym, skoro wszyscy byli za Juve, to ja musiałem być przeciw. Tak się złożyło, że akurat ci przeciw to był Liverpool z Hansenem, Dalglishem i Rushem.

To, co się wydarzyło wówczas na trybunach, nie zniechęciło Cię do Liverpoolu?

Propaganda komunistyczna mówiła o rozwydrzonej dziczy z Wysp. Ja nie twierdzę, że to były aniołki, ale wiesz dobrze, że tak naprawdę do tragedii doszło, bo jeden z drugim baranem nie przewidział, że może dojść do starć, a mecz był rozgrywany na mega przestarzałym stadionie, który pozostawał wiele do życzenia.

Dzisiaj po takim meczu odpaliłbyś kilka stron internetowych, czytał o klubie, o zawodnikach, historii, i tak dalej. Wtedy nie miałeś takiej możliwości. Jak to się stało, że Twoje zainteresowanie tym klubem przeistoczyło się w miłość?

To były czasy dwóch programów TV i obowiązkowego dziennika o 20.00. Człowiek nie miał dostępu do takich mediów jak dziś. Nie mogę powiedzieć, że już wtedy była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale pamiętam, że na słomiance w pokoju miałem stary proporczyk Liverpoolu, który przywiózł mi wujek z RFN-u. Tak naprawdę wszystko powróciło w momencie, kiedy Polska otworzyła się na świat. Weszły pierwsze satelity. To był czas młodego Fowlera, Spice Boys, chłopaków którzy bawili się graniem - w sobotę impreza, a w niedzielę mecz.

Pamiętasz swój debiutancki mecz LFC z wysokości trybun? Który to był rok?

Miałem zadebiutować na meczu z Manchesterem City w 2006 roku dzięki Jurkowi Dudkowi od którego dostałem bilety, ale zatrzymały mnie sprawy zawodowe, więc do debiutu doszło 9 stycznia 2007 roku. Też przypadek, bo mecz miał się odbyć w grudniu, ale mgła uniemożliwiła jego rozegranie. Dostałem bilet od koleżki, który zjechał z Anglii. To był Puchar Ligi z Arsenalem, sektor 304 na The Kop -  "debiut marzenie". 3-6 w plecy, dzień konia Baptisty, co na nodze to w sieci. Strzelił trzy bramki, a mógł cztery, bo Jurek wyciągnął mu karnego. Pamiętam, że mieliśmy ich już na 3-4 i poprzeczkę Gerrarda. Ależ wtedy był doping - miazga.

Masz na swoim koncie również finał LM. Jak udało Ci się zdobyć bilet na ten mecz?

Jak już wspominałem wyżej, dzięki Jurkowi Dudkowi, z którym kontakt mam do dziś. Poznałem go na zgrupowaniu kadry w 2004 roku we Wronkach, gdzie robiliśmy z kolegą wywiad na stronę Liverpoolfc.pl.  Każdy z zawodników miał dziewięć sztuk do dyspozycji na finał. Napisał mi: Yoda, dla ciebie są dwa. Nie da się opisać, co wtedy czułem.  To było niesamowite przeżycie, 80 tysięcy  Kopites w Atenach.  Plac przed parlamentem na Syntagma zalany czerwonym morzem. Niestety wynik zniweczył święto. Po meczu ryczałem jak dziecko. Naprawdę graliśmy dobrze, ale przypadkowy rykoszet po strzale Inzaghiego  pokrzyżował cały misterny plan.

Dudek wciąż czuje więź z Liverpoolem?

Pomaga nam podczas zbiórek charytatywnych. Ten klub kształtuje osobowość człowieka. Jurek po takim czasie ciągle czuje się jego częścią i nigdy nie odmawia pomocy.

Jak w tej chwili wygląda status polskiego fanklubu status względem klubu?

Z fanklubem coś poszło nie tak. Zresztą nie bardzo byłem w to zaangażowany. Na dzień dzisiejszy działamy jako "Official Branch". Jesteśmy zapraszani na turnieje jako polski OLSC oraz mamy dostęp do pewnej puli biletów. Choć z roku na rok jest coraz gorzej.  Kiedyś można było aplikować wszystko, a dziś tylko jeden mecz kategorii A i chyba dwa kategorii B.  Nie ma w tym pucharów, ani krajowych, ani europejskich. Tyle, że my sobie i tak z tym radzimy.

A no właśnie, ciężko w tej chwili kupić bilet na Anfield?

Stadion nie jest duży. Biorąc pod uwagę, że około 13 tysięcy to posiadacze karnetów, zostaje koło 30 do sprzedaży. Liverpool FC to globalny klub. Jest ciężko, szczególnie jeśli nie masz zakupowej historii z zeszłego sezonu.  Zresztą, klubowi nie zależy na priorytetowaniu. Jest sprzedaż dla kibiców, którzy mają na swoim koncie 15+ meczów  z poprzedniego sezonu, a potem wszystko do jednego worka. Kiedyś było inaczej... Priorytety spadały tak, że najpierw było dla tych co mieli 10 ,potem 7, 5, 3 i cała reszta. Teraz klub woli sprzedać bilety wycieczce kibiców z Chin czy Tajlandii niż tym, którzy chodzą w miarę systematycznie na mecze. Wiesz… ile kupisz koszulek będąc pięć razy w sezonie? A ile taki Chińczyk, który wpadnie raz na sezon?  Cóż, pieniądz rządzi.

Taki wyjazd wymaga dużych nakładów finansowych? Stać na niego np. polskiego studenta?

Teraz w dobie tanich linii lotniczych raczej tak. Parę złotych odłożysz i myślę że w 1000 zł zmieścisz się bez problemu.

W Anglii nie ma typowych wodzirejów jak w Polsce. W jaki sposób tworzy się w takim razie doping na wyspiarskich stadionach?

No tak. W Polsce dopingiem steruje gniazdo, w Anglii jest to spontan. Ktoś rzuci nutę i jedzie cały stadion. Niestety jest z tym coraz gorzej. Pamiętam doping na półfinale Ligi Mistrzów z Chelsea, kiedy przy karnych wydawało mi się, że lądują na stadionie trzy Jumbojety. Stadion aż się trząsł. Teraz już tego nie ma. Dlatego wolę mecze wyjazdowe. Tam nie ma przypadkowych turystów, którzy przyjechali na zakupy do klubowego sklepu i porobić zdjęcia The Kop w momencie śpiewania YNWA.

Na pewno wszystko można zgonić na turystów?

To już nie te czasy co kiedyś, nawet The Kop. Anegdota z mojego debiutu -  jakiś koleś jedzie po Jurku, że ty taki i taki. Nagle starszy pan siedzący z boku:  „synku, a po co tu przyszedłeś? Wyzywać go możesz po meczu z kolegami w barze, a tu masz obowiązek przez 90 minut ich wspierać”. Dziś jest inaczej, brak sukcesów to jedno, a jak na dodatek nie idzie to drugie. Na 12,5 tysiąca The Kop połowa to jednorazowi bądź parorazowi kibice. Zresztą myślę, że my jesteśmy zbyt ambitni. Śpiewamy o Scousers Tommym, którego zabito z nazistowskiej broni, o polach wokół Anfield Road itp. To trudne piosenki. Lepiej pomachać plastikowymi flagami i dopingować monotematycznie  jak np. "Chelsea… Chelsea… Chelsea...".

Wiesz, że za to porównanie przybędzie Ci internetowych niebieskich hejterów?

(śmiech) Jakoś sobie poradzę. Mówię prawdę, tak przecież jest.

Najlepsza ekipa wyjazdowa, jaką widziałeś na Anfield to?

Bez dwóch zdań Atletico Madryt. Po meczu my z Kop, oni z Annie Road, chyba z 20 minut dziękowaliśmy sobie za mecz.

Największym rywalem/wrogiem Liverpoolu wcale nie jest lokalny Everton, a Manchester United. Dlaczego?

To dwa najbardziej utytułowane angielskie kluby, miasta dzieli 60 mil. Granderbi Europy to będzie zawsze mecz Realu z Barcą. Derby Londynu to mecz Arsenalu z Tottenhamem, a derby Anglii to Liverpool versus Manchester United, niezależnie od aktualnie zajmowanych pozycji z w lidze.

W większości miast derbowych, kibice obu klubów się nienawidzą. W Liverpoolu jest nieco inaczej...

Incydenty się zdarzają, ale mają charakter marginalny. Trochę inna kultura kibicowania. W rodzinie ojciec i starszy syn Evertonian, a młodszy Reds  i wiele tam jest takich rodzin. Zresztą bardzo wszystkich zbliżyło niestety Hillsborough. Poginęły dzieciaki, które miały rodziny po obu stronach Merseyside. Jak już jesteśmy przy tym, to warto wspomnieć, że my jako polscy kibice Liverpoolu mamy swój znicz na pomniku 96 ofiar, w którym zawsze pali się czerwona lampka.

Był taki wyjazd na mecz „The Reds”, który wspominasz zdecydowanie najlepiej?

70 meczów domowych, 30 wyjazdowych, od Lizbony do Petersburga wszerz i od Liverpoolu po Neapol wzdłuż. Ciężko powiedzieć. Na pewno finał w Atenach, bardzo fajne były też madryckie wyjazdy. Kibicowsko na pewno FA Cup na Old Trafford i półfinał Ligi Mistrzów w 2007 roku z Chelsea.

Podczas Twoich wojaży za klubem po Europie zdarzyła Ci się jakaś nieciekawa sytuacja?

Mawiają, że na południe od Rzymu zaczyna się dzicz. Niestety doświadczyłem tego osobiście. Polowanie na kibiców, petardy w autokarze… Po meczu wozili nas godzinę wokół miasta, żeby pogubić miejscowych fanatyków. Kolegę uratował polski dowód. Zresztą kibice Tottenhamu też mogliby co nieco powiedzieć na ten temat.

Masz na myśli zapewne Napoli. Podczas ich wizyty na Anfield był również mały rewanż kibicowski…

Tak, ale to nie my zaczęliśmy.  To oni polowali na nas jak na króliki. Na Anfield był rewanż, chłopaki nie popuścili.

Masz kiedyś zamiar przestać jeździć/latać na mecze Liverpoolu?

A czy możesz przestać oddychać?


Rozmawiał Mateusz Ostrowski

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Liverpool FC Anglia Roman Szczepaniak
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.