Czy to aby na pewno Ekstraklasa?! – 5. kolejka pełna goli!

rok temu Czy to aby na pewno Ekstraklasa?! – 5. kolejka pełna goli!
fot. Aleksandra Sieczka

Lato nie odpuszcza, niemiłosierny żar leje się z nieba, a na rodzimych podwórkach goli co niemiara. Cracovia zmasakrowała Koronę, Lech znowu zawiódł, a co najciekawsze – mamy nowego lidera!

Wyglądając za okno można odnieść wrażenie, że ekstraklasowe drużyny czerpią inspirację ze ścierających się frontów atmosferycznych. Gdy wydaje się, że w końcu zza ciemnych chmur wyjdzie słońce, pojawia się prawdziwa zawierucha, która niszczy wszelkie marzenia i brutalnie sprowadza na ziemię. Po czym ustaje. A wraz z nią niepokojąca cisza, która pozwala odnieść wrażenie, że nasz kraj został zassany i rzucony w otchłań czasoprzestrzenną. No bo kto by pomyślał, że trzy drużyny roztrwonią dwubramkowe prowadzenie, że walka będzie toczyć się box-to-box. Nie wspominając już o golu Łukasika i zaskakującej batalii w Gliwicach, gdzie Piast wywalczył lidera. I niech mi ktoś powie, że rzeczywistość wcale nie uległa zmianie.

ZAGRALI NA PLUS

W 5. kolejce Ekstraklasy moje serce aż chciało wyrwać się z organizmu i zacząć żyć własnym życiem. Podejrzewam, że większością kibiców szargały skrajne emocje. Z jednej strony miłość do klubu, z drugiej rozczarowanie jego postawą. Ewentualnie marazm raz za razem rozpalany delikatnym płomieniem nadziei nieustannie gaszonym przez porywisty wiatr. Sinusoidalne odczucia pozwalają jednak wyodrębnić kilka pozytywnych aspektów meczów, które przeszły już do historii.

Skuteczna Cracovia

Pasy są prawdziwą rewelacją tego sezonu. Odkąd stanowisko szkoleniowca przejął Jacek Zieliński, nie ma na nie mocnych w meczach wyjazdowych. I choć przed tygodniem Cracovia przegrała na własnym obiekcie po raz pierwszy od kwietnia, to inna statystyka robi wrażenie: w Kielcach zwyciężyła po raz siódmy z rzędu nie tracąc gola. Siódemka to mistyczna liczba, która wyróżnia się bogatą symboliką, więc można już w tym momencie powiedzieć: Pasy są na fali i mogą osiągnąć naprawdę wiele, jeśli nie spuszczą z tonu. Co więcej, starcie z Koroną należało do wyjątkowych. Choć z perspektywy trybun wydawało się, że to Scyzory prowadzą mecz i są bliżej strzelenia gola, to Cracovia okazała się być zabójczo skuteczna. Oddała zaledwie 4 celne strzały i aż 3 z nich znalazły się w bramce Treli. Inna sprawa, że obrona Korony rozegrała jeden z najbardziej biernych meczów, ale i takie sytuacje trzeba wykorzystywać. Najbardziej imponującym okazał się być rajd Kapustki, który przebiegł niemalże całą długość boiska i jeszcze (!) zdołał wpakować piłkę do siatki. Żeby tego było mało, podopieczni Zielińskiego prezentują prawdziwą, czystą radość z futbolu. Każde dotknięcie piłki ma znaczenie, a że większość takich odbywa się na jeden kontakt… można mieć wątpliwości, czy to nadal Ekstraklasa!

Beniaminki na fali

W zeszłym tygodniu nieśmiało mówiono o przebudzeniu się podopiecznych Mandrysza, którzy w starciu z Miedziowymi pokazali, że w piłkę chcą grać i Ekstraklasa im niestraszna. To był dopiero wstęp. Konfrontacja z Górnikiem udowodniła, że Termalica potrafi odsłaniać niedoskonałości defensywne przeciwnika i wykorzystywać je w sposób zabójczy. 50-procentowa skuteczność w starciu z jednym z najbardziej rozpoznawalnych klubów Polski robi wrażenie.

Strzelaninę już w 5. minucie rozpoczął Drozdowicz, a po akcji można było odnieść wrażenie, że tak właściwie… Termalica zdołała zaaklimatyzować się na najwyższym poziomie rozgrywkowym. Podanie ze środka boiska Babiarza, lekkie muśnięcie Kędziory i fenomenalny rajd Drozdowicza zakończony naprawdę imponującym strzałem. Czego chcieć więcej? Ano gola Plizgi. Prawie-30-latek na raty dobił swoich byłych kolegów. Takie gole smakują najlepiej.

Ale nie tylko podopieczni Mandrysza wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności. Również Zagłębie pokazało, że trzeba się z nim liczyć i, że wcale nie ma zamiaru powiedzieć ostatniego słowa. Miedziowi wyznaczyli beniaminkową ścieżkę, bo również okazali się zabójczo skuteczni wobec karygodnych błędów mistrzów Polski.

Nowy lider prosto… z Gliwic

Coś czuję, że dla Nespora Polska będzie jedynie państwem buforowym, istną trampoliną, z której skieruje się na Zachód. Nowy nabytek gliwiczan strzela jak na zawołanie i nie miał żadnych problemów z upokorzeniem warszawskiej Legii. Wojskowi doznali pierwszej porażki w obecnym sezonie, a tym samym Piast Gliwice stał się nowym liderem Ekstraklasy. Jesteście zaskoczeni? Kto by pomyślał, że takie niepozorne Piastunki sprowadzą na ziemię machinę Berga!

Podopieczni Latala zagrali jak jeden, zdrowy organizm. Fakt jest faktem, że zachowali się po frajersku umożliwiając Nikoliciowi wyjście na czystą pozycję, ale już w kolejnych akcjach ich koncentracja była na naprawdę wysokim poziomie. Nawet Pietrowski, który łatwego życia w gdańskiej Lechii nie miał, nawet mimo statusu wychowanka, pokazał się od tej wspaniałej strony, wybijając strzał Nikolicia z linii bramkowej. Klasowa interwencja – dobrze przeczytał grę, poszedł do końca, nie zabrakło mu pewności siebie.

Warto również przypomnieć sytuację na 1-1, gdy jedynym zawodnikiem w polu karnym był Nespor i żaden z defensorów Legii nie był w stanie go powstrzymać. Świetna wrzutka Mraza wystarczyła, żeby czeski piłkarz wpakował piłkę do siatki. Co za skuteczność! Jego uderzenie było tak zaskakujące, że Lewczuka wyglądał jak spetryfikowany.

Zagrali na minus

Nie jestem pewna, czy dobrze robię przemieszczając się już do sfery minusów. Pozostało jeszcze tyle do wyróżnienia. Wydaje mi się, że jednak warto tonować nastroje, bo Ekstraklasa jest tak nieprzewidywalna, że następna kolejka może prezentować B-klasy.

Knock, knock on Skorżas door

Mistrzu Polski, gdzie jesteś? Poznaniacy fatalnie rozpoczęli ten sezon. I już nie mówię tutaj o kardynalnych błędach w defensywie, które nie powinny zdarzać się na tym poziomie rozgrywkowym. Lechici są całkowicie pozbawieni chęci do gry. Poruszają się wolno, nie mają pomysłu na przeniesienie piłki w newralgiczne strefy boiska, ich zagrania są banalnie proste do rozszyfrowania, a całość drużyny porusza się jak w sennej mgle. Nie wiem, może podopiecznym Skorży po prostu brakuje witamin? Są tak strasznie anemiczni… aż przykro patrzeć na ich poczynania. Poniżej załączam kilka grafik ze starcia z Zagłębiem. (*tylko dla ludzi o mocnych nerwach)

Pytanie za 100 punktów. Nawet 1000. Co w tej sytuacji robił Kadar? Na pewno nie bronił. Podobnie Tetteh, pozorując sztuczny tłum we własnym polu karnym. Już nie wspomnę o tym, że lechici zwyczajnie pozwolili Cotrze na taki rajd bokiem boiska.

W tej sytuacji co prawda gol nie padł, ale samo zachowanie defensywy Lecha woła o pomstę do nieba. Nie dość, że Tetteh nie miał najmniejszych chęci, żeby zablokować dośrodkowanie Janusa, to jeszcze nikt nawet nie pomyślał, że Janoszka może wyrwać tym martwym sektorem. Nie wspomnę już o tym, że Zagłębie miało przewagę w polu karnym Lecha, bo obecność Kadara była tylko umowna.

W 38. minucie książkowy przykład: jak nie kryć w polu karnym, pokazali Kędziora z Kamińskim, którzy dali się ograć jak zagubione we mgle dzieci duetowi Piątek-Papadopulos.

Jeśli taki stan wstrzymania będzie utrzymywał się na pokładzie poznańskiej lokomotywy, sytuacja może stać się dramatyczna. A za tydzień mecz z liderem…

Obrona Górnika

Sytuacja sprzed tygodnia. Zabranie nie potrafią poukładać własnych szeregów obronnych dzięki czemu przeciwnik nie ma najmniejszych problemów z ich rozmontowaniem. Po raz kolejny Kopacz poruszał się zbyt wolno i nie nadążał za akcjami Termalici, a Kosznik powoli zapomina jak gra się w piłkę. Z meczu na mecz, jego występy są coraz gorsze (zawalony gol, sprokurowany karny, pozorowanie obecności na boisku). Wcale nie lepiej prezentuje się gra Gergela, który również powoli traci cierpliwość i po spotkaniu nie omieszkał zapytać w sposób retoryczny, czy cała drużyna nie powinna ustawiać się w obronie. Może to będzie wskazówka dla Ojrzyńskiego? Przed trenerem arcytrudne zadanie i tylko czas może mu pomóc (nic więc dziwnego, że zdecydował się na takie ustawienie).

Kuświku, gdzie jesteś?

Może występ napastnika biało-zielonych nie może zostać w pełni uznany za tragiczny, ale przez większą część spotkania Kuświk był po prostu niewidoczny. Sprowadzony z Chorzowa, by wypełnić lukę po Colaku i Friesenbichlerze, 28-latek nie potrafi znaleźć sobie na boisku miejsca, porusza się wolno i zdecydowanie zbyt biernie. Zwykle przebywał w polu karnym Wisły oczekując, że piłka cudownie spadnie mu na którąś kończynę. Bardzo rzadko zdarzały się jego wypady w niższe sektory boiska w celu zebrania piłki i wzięcia spraw we własne… nogi.

Co więcej, jeśli już któryś z kolegów zdecydował się uruchomić Kuświka, to ten nie był w stanie odnaleźć się w sytuacji. I tak, w 51. minucie miał szansę zaliczyć wejście smoka, gdy po rzucie rożnym piłka spadła mu prosto na nogę, a on sam był zupełnie niekryty. Nie zdołał umieścić futbolówki w siatce tylko fatalnie przestrzelił. Warto wspomnieć, że miał naprawdę dużo miejsca, żeby odnaleźć się w sytuacji i pokonać Cierzniaka. Zabrakło instynktu mordercy. Chwilę później otrzymał piłkę na samym skraju pola karnego, ale nie dość, że uderzył prosto w bramkarza, to jego strzał był zdecydowanie zbyt lekki i nieprzygotowany.

95. minuta spotkania zasługuje na osobny akapit. Lechia mogła przeciągnąć szalę zwycięstwa na swoją korzyść, ale zabrakło… podania Kuświka. Ustawiony na około 16. metrze, nie dał rady odnaleźć się w sytuacji i nieczysto uderzył w piłkę – gdyby mu się chociaż udało poprawnie ją musnąć, umożliwiłby czysty strzał któremuś ze swoich drużynowych kolegów. Zabrakło zimnej krwi. Już nie wspomnę o statystyce trzech strzałów, z których dwa były mocno niecelne.

Największy wygrany kolejki

Śląsk Wrocław pokazał, że walka do końca ma znaczenie i czasem opłaca się wypluć płuca gdzieś w narożniku boiska. Podopieczni Pawłowskiego konsekwentnie dążyli do celu i ich wysiłki zostały wynagrodzone – nie dość, że potrafili się podnieść po dwóch szybkich i zaskakujących ciosach Górnika, to jeszcze następnie prowadzili grę pod własne dyktando. Gol Paixao z ostatniej akcji starcia był prawdziwą wisienką na torcie, która może zostać uznana za metaforę sprawiedliwego futbolu. Bo wrocławianie w pełni zasłużyli na zwycięstwo. Oby więcej spotkań na takim poziomie.

…teoretycznie powinnam umieścić tutaj tylko jeden zespół/zawodnika/aspekt (niepotrzebne skreślić), ale wydaje mi się, że w tej kategorii swoje miejsce powinna znaleźć gdańska Lechia.

Podopieczni Brzęczka po raz pierwszy w tym sezonie udowodnili, że odczuwają radość z futbolu. Choć w początkowej fazie meczu zdecydowanie im nie szło, a dodatkowo pokazali jak nie należy zachowywać się w obronie, to potrafili się podnieść i pokrzyżować plany swoim znajomym z Krakowa. Usilnie zdobywali teren, chcieli wpakować piłkę do siatki i nawet w chwilach kompletnego załamania z powodu własnej niemocy, nie poddawali się. Na szczególne wyróżnienie zasłużył Daniel Łukasik, który strzelił swojego pierwszego gola w Ekstraklasie i którego ta bramka niesamowicie uskrzydliła. Zachowywał się po niej tak, jakby dostał darmowe turbodoładowanie. Po boisku przemieszczał się szybko, pokazywał się do gry, pchał do rzutu wolnych. Także Piotr Wiśniewski, który na murawie zameldował się dopiero w 59. minucie, pokazał się od tej dobrej strony. Weteran gdańszczan udowodnił, że nieważne, kto przychodzi do Lechii – i tak jemu będzie chciało się grać i strzelać gole. Tak jak to zrobił w Pucharze Polski. Nie zapominajmy także o udanym debiucie Haraslina. Słowak zaliczył wejście smoka, strzelając gola 3 minuty po tym, jak pojawił się na boisku. 19-latek był bardzo aktywny nie tylko w sferze stricte ofensywnej, ale i obronnej. Potrafił wrócić do defensywy i wspomóc swoją drużynę asekuracją.

A, no i nie zapominajmy o poniedziałkowym hicie kolejki, który zapowiadał się sennie, a podniósł ciśnienie wszystkim, którzy jednak zdecydowali się odpalić Eurosport. Zaczęło się niemrawie, Pogoń nieśmiało przeważała, by w końcu wznieść się na wyżyny swoich umiejętności i dobić całkowicie uśpione Podbeskidzie, które nie potrafiło wymienić dwóch podań w okolicy szesnastki rywala. Ale w drugiej połowie gospodarze rozpętali przeciwnikowi piekło – dwa szybkie ciosy Górali całkowicie wyprowadziły z równowagi szeregi Portowców, którzy przez długi czas nie mogli odnaleźć się w sytuacji. Nie chcę myśleć, jaka burza musiała przetoczyć się przez szatnię Podbeskidzia! Ostatecznie Pogoń przeciągnęła szalę zwycięstwa na swoją korzyść.

Największy przegrany kolejki

Może niekoniecznie przegrany pod względem boiskowym, ale zdrowotnym.

Siergiej Pilipczuk plac gry musiał opuścić już w 19. minucie po tym, jak został zablokowany przez Rakelsa. Spora strata dla Korony, której był zdecydowanie jasnym punktem.

Hiszpański także miło nie będzie wspominał swojego ekstraklasowego debiutu w barwach Podbeskidzia. Trener Kubicki zdjął 21-letniego pomocnika w 38. minucie, wpuszczając za niego Chmiela. Co ciekawe, debiutant nie rozegrał aż tak tragicznego spotkania. Miał problemy z pojedynkami 1 na 1 (dwukrotnie próbował przejść przeciwnika, po obu stronach boiska i dwukrotnie został zatrzymany), w powietrzu zwykle górą byli jego rywale (w dużej mierze ze względu na wzrost Hiszpańskiego, 172 cm), ale starał się iść za grą. Zmieniał strony, wracał do defensywy, szedł za akcją. Inna sprawa, że piłkarze Podbeskidzia nie byli w stanie wymienić dwóch podań w okolicy szesnastki przeciwnika.

Kontrowersja kolejki                             


Przy stanie 1-0 ruszyła kontra Górnika Zabrze, po której na boku boiska znalazł się Kosznik. Obrońca gości usiłował dośrodkować w pole karne Termalici, ale jego wrzutka została zablokowana przez Fryca. 22-letni defensor gospodarzy nieco wystawił rękę, pomagając sobie nią przy interwencji. Na tyle, by sędzia podyktował rzut karny?

Jedenastka piątej kolejki wg Transfery.info:

Szmatuła (Piast) - Wójcicki (Cracovia), Madera (Jagiellonia), Cotra (Zagłębie) - Vassiljev (Jagiellonia), Cetnarski (Cracovia), Guerrier (Wisła), Zivec (Piast), Plizga (Termalica) - Jankowski (Wisła), Szczepaniak (Podbeskidzie)

Na wyróżnienie zasłużył również Hołota, który pomimo niepewnej gry na samym początku spotkania, zdołał się podnieść i udowodnić, że potrafi walnie przyczynić się do zwycięstwa drużyny. To właśnie on asystował przy bramce Bilińskiego (jego uderzenie wybronił Prusak, ale wobec dobitki Bilińskiego nie miał szans) i Paixao.

Nie sposób nie wspomnieć również o Adu, którego ofensywne wejścia na samym początku drugiej części spotkania napędzały grę Podbeskidzia. Ghański piłkarz szarpnął lewą flanką, a następnie dośrodkował wprost na wbiegającego w pole karne Chmiela, który dopełnił formalności. To nie był jedyny rajd Adu w tym meczu – w drugiej części spotkania zachowywał się tak, jakby w przerwie sięgnął po cięższą artylerię!

Warto także zaakcentować występ Małeckiego, który odblokował się strzelecko po 44 meczach (ostatni raz strzelił 9 sierpnia 2013 r., za @EkstraStats). Wielka ochota do gry wystarczyła, by były zawodnik Wisły wykorzystał chaos w polu karnym gospodarzy, przejął piłkę po dośrodkowaniu przez Adu Kwame, a następnie bez większych problemów pokonał Zubasa. Poza trafieniem wykazywał sporą aktywność.

Plusik wypada postawić przy nazwisku Kapustki, który nie dość, że zaliczył świetne trafienie po indywidualnej akcji w meczu z Koroną (przebiegł przez niemalże całe boisko i jeszcze pokonał Trelę). Ten młody chłopak ma zdecydowanie papiery na granie.

*nie zapominajmy, że w minionej kolejce Ekstraklasy padło 31 (!) goli.

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Legia Warszawa Piast Gliwice Ekstraklasa Lech Poznań Polska
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.