Statystycznie? Bez zarzutów! – tryumf Ekstraklasy

rok temu Statystycznie? Bez zarzutów! – tryumf Ekstraklasy
fot. Aleksandra Sieczka

Piąta kolejka Ekstraklasy pokazała, że choć żar leje się z nieba, choć warunki atmosferyczne kompletnie nie sprzyjają normalnemu życiu to… piłkarze odczuwają nieposkromiony głód bramek!

Okres wakacji nie sprzyja pełnemu odbieraniu wrażeń boiskowych. Kibice udają się na zasłużony odpoczynek, porzucają wszelkie odbiorniki, usiłują choć trochę naładować akumulatory tak mocno nadwyrężone ciągłym ślęczeniem przed Ekstraklasą. Bezskutecznie. Czasem porzucenie meczu ukochanej drużyny jest znacznie gorsze od oglądania jej porażki: nerwy rozgrzewają się do czerwoności z powodu wszechogarniającej niemocy. A przecież wystarczyło zostać w domu…

Niech żałuje każdy, kto zdecydował się na odwyk od rodzimych boisk akurat w czasie 5. kolejki. Takie emocje mogą się już nie powtórzyć. Kto wie, czy za tydzień znowu nie będziemy świadkami fali bezbramkowych remisów, fatalnych kiksów. Równie dobrze można już w tej chwili rozpocząć rytualne modły o bramkowe spotkania – skuteczność zaklęć będzie na takim samym poziomie, co wywoływanie deszczu w czasie 35-stopniowego upału (z góry przepraszam pozaziemskie siły za tak śmiałe porównanie). Pomijając wszelkie dygresje: Ekstraklasa wzniosła się na wyżyny swoich umiejętności i pokazała, że zmierza ku dobremu.

Box-to-box i zwroty akcji jak w filmach Finchera

Gdy wydawało się, że dwubramkowe prowadzenie pozwoli na ustabilizowanie szeregów i spuszczenie z tonu… wszelkie marzenia rozpływały się w sennej jak gra Lecha mgle. Aż trzykrotnie w minionej kolejce wynik 2-0 był niewystarczający i drużynie przeciwnej udawało się doprowadzić do remisu i podnieść ciśnienie wszystkim zgromadzonym na stadionie czy przed odbiornikami. Ekstraklasowi piłkarze pokazali ogromne serce do gry i nieposkromiony głód bramek. Nic więc dziwnego, że w minionej kolejce zobaczyliśmy aż 31 goli. Przypomina mi to sinusoidę pogodową jaką prezentuje obecne, polskie lato, bowiem w 4. kolejce bramkarze jedynie 12 razy zostali zmuszeni do wyciągania piłek z siatki. Od takich skoków można dostać zawrotów głowy! Mało tego, aż 74% goli padło z gry. Na próżno wypatrywać rzutów karnych, które mogłyby nabić statystyki (sędzia wskazał na wapno tylko w konfrontacji Termalici z zabrzańskim Górnikiem). Można więc sobie wyobrazić, jak imponująco musiały wyglądać kontry kończone celnymi, pewnymi uderzeniami. I to nie byle czym: nikt nie strzelał karkiem, plecami, czy udem. 19 piłek uderzonych prawą nogą zatrzepotało w siatce, kolejne 7 to zasługa zwykle słabszej nogi. Głowa (nie ten z Wisły) miała udział głównie w planowaniu akcji ofensywnych, czy szybkim kalkulowaniu, gdyż jedynie 16% bramek padło po właśnie takim uderzeniu. Z tego miejsca należy pozdrowić Guerriera, który wepchnął się przed Brożka i zaspokoił swój głód strzelecki takim właśnie wjazdem.

Kolejka debiutantów!

Oprócz tego, że zobaczyliśmy naprawdę masę goli pięknej urody, to na listę strzelców z powodzeniem wpisywali się debiutanci. Trener Brzęczek miał potężnego nosa do wpuszczenia na murawę Haraslina, bowiem Słowak potrzebował zaledwie 6 minut, żeby umieścić piłkę w siatce i ożywić kibiców swojej drużyny. Premierowego trafienia w Ekstraklasie pozazdrościł mu kolejny nowy-lechista. Maloca najlepiej odnalazł się w polu karnym po uderzeniu z rzutu wolnego i również, po raz kolejny doprowadził do remisu. Nie można również zapominać o Łukasiku i Małeckim. Lechista strzelił swoją premierową bramkę w naszej lidze i… w tej chwili możemy już stwierdzić, że apokalipsa jest blisko. Trafienie tak napędziło Łukasika, że można było odnieść wrażenie, że wraz z golem pochwycił bonus jak z gry na konsolę. 27-letni pomocnik Pogoni pozazdrościł mu bramki i pomyślał: Czemu właściwie ja mam się nie przełamać? No i się udało! Małecki nie tylko ustalił wynik gry, ale i wpakował futbolówkę do siatki po ponad 2 latach. Czekał na nią 44 (!) mecze.

Jubileuszowe kontakty z piłką

5. kolejka była wyjątkowa również ze względu na okrągłe cyfry, jakie trzasnęły w Ekstraklasie. Być może setka dobrze wpłynie na Malocę i nie będzie się tak karygodnie mijał z piłkę, a 500 porażka w lidze podziała motywująco na podopiecznych Skorży, których zimowy sen dotknął wcześniej niż powinien. Jeśli liczba tego nie zrobi, to strefa spadkowa z pewnością pomoże. W tym sezonie zobaczyliśmy już 1000 strzałów na bramkę – ten jubileuszowy oddał Demjan.

Jak na święto przystało, przełamali się nie tylko zawodnicy, ale i… dni tygodnia. Rzadko kiedy zdarzają się tak emocjonujące poniedziałki jak ten, gdy w szranki stanęło Podbeskidzie z Pogonią. Szalony mecz, piękne bramki, niesamowite zwroty akcji. Te wybuchy, te pościgi! Niektórych euforia może trzymać do tej pory.

Wzrost i doświadczenie nie idą w parze z punktami

Choć trener Skorża może pochwalić się wysokim składem, to jakoś nie może się uplasować wysoko w tabeli. Lechici mają łącznie ponad 185 cm wzrostu, a i tak nie potrafią zatrzymać dośrodkowania/strzału Janusa, który jest o 10 centymetrów niższy. Panowie, coś tu jest nie tak! Defensywa, której średnia wzrostu wynosi 185 centymetrów, nie miała najmniejszego zamiaru, by wystartować do piłki i uniemożliwić Miedziowym zwycięstwo.

Podobnie ma się kwestia doświadczenia. Choć średnia wieku piłkarzy z Łęcznej wynosiła ponad 31 lat, to i tak nie potrafili utrzymać dwubramkowego doświadczenia. Ogromna odpowiedzialność spada tutaj na Prusaka, ale cały zespół nie był w stanie utrzymać ciężkich warunków postawionych na początku konfrontacji. No cóż, kryzys wieku średniego. Już większe wnioski można wyciągnąć z młodego Podbeskidzia, które zrobiło swoim kibicom prawdziwy rollercoaster. Od niemożności wymiany dwóch celnych podań w okolicach szesnastki rywala, przez silne wejście w drugą połowę doprowadzenie do remisu, aż po ponowne oddanie inicjatywy. Ciężko o stabilizację w tym wieku…

Wisienka na torcie

Skoro mieliśmy Barcelonę (i to nie tę wczorajszą!) w wykonaniu Lechii, gdy tak rozklepała defensywę Wisły, że aż Łukasik strzelił gola, to jak nazwać akcję Śląska na 2:2? Zalecam odpalić skrót, bo to co zrobili podopieczni Pawłowskiego można określić jako prawdziwy majstersztyk. 18 celnych podań, zaangażowanie niemalże całego składu, prawie minuta akcji i jeszcze gol. Żeby tego było mało, ostatnie podania odbywały się na jeden kontakt. Takie rzeczy normalnie nie dzieją się w Ekstraklasie.

ŹRÓDŁO
transfery.info/ EkstraStats
TAGI: Ekstraklasa Lech Poznań Legia Warszawa Piast Gliwice Transfery.info Polska EkstraStats
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.