Absurdalnie przesądni, czyli jak piłkarze próbują pomóc szczęściu

rok temu Absurdalnie przesądni, czyli jak piłkarze próbują pomóc szczęściu
fot. New Yrok Red Bulls

Nie każdy z nas przyznaje się do tego publicznie, ale chyba wszyscy w większym lub mniejszym stopniu jesteśmy przesądni.

Podświadomie wierzymy, że jeśli może nastąpić coś przykrego, to zapewne w piątek trzynastego i lepiej wtedy w ogóle nie opuszczać naszego miejsca zamieszkania. Piłkarze też ludzie i, tak jak zwykli śmiertelnicy, mają swoje rytuały, zwiększające ich szanse na uniknięcie pecha. 

Zapewne spora część Czytelników niniejszego artykułu  po przeczytaniu powyższych kilku zdań pomyślała sobie, że dorośli, poważni mężczyźni nie przywiązują wielkiej wagi względem swoich przedmeczowych przyzwyczajeń, gdyż zdolni są dokonywać wielkich rzeczy pod jednym tylko warunkiem: jeśli są w stu procentach sprawni. Zdrowie, owszem, jest bardzo ważne, ale komfort psychiczny również. A by go osiągnąć nasi idole muszą spełniać mniej lub więcej warunków. Krótko mówiąc, ucałowanie ślubnej obrączki, przeżegnanie się, powąchanie murawy etc. jest dla nich konieczne, by mogli później spokojnie przystąpić do meczu.

Wszyscy doskonale pamiętamy, co czynili dwaj reprezentanci Francji: Laurent Blanc oraz Fabien Barthez, kiedy na przełomie XX i XXI stulecia mieli zaszczyt występować w kadrze „Trójkolorowych”. Tuż przed początkiem danego spotkania obecny trener Paris Saint-Germain musiał obowiązkowo poczęstować swego kolegę – bramkarza soczystym całusem w jego łysą niczym kolano głowę. Rytuał ten, oczywiście w połączeniu z wielkim umiejętnościami ówczesnych filarów Francji, pozwolił „Les Blues” zdobyć pierwsze, i jak na razie ostatnie, mistrzostwo świata w 1998 r., a także trofeum Henry'ego Delaney'a przyznawane najlepszej drużynie Europy dwa lata później. Razem z nimi owe triumfy mógł święcić Thierry Henry, który również znany był z oryginalnego „dopingowania się” w szatni. Legenda Arsenalu i jego najlepszy strzelec w historii musiał obowiązkowo przed wyjściem na murawę zjeść paczkę… żelek w kształcie misia. Zawsze rozpoczynając konsumpcję od główki.

Nie każdy sympatyk charakterystycznych boiskowych zachowań może pochwalić się równie wielkimi sukcesami, co opisywany wyżej tercet znad Sekwany, ale za to większą pomysłowością w wymyślaniu niekiedy absurdalnych wręcz rytuałów, mających na celu przyciągniecie ku sobie szczęścia, już na pewno tak. Oto subiektywny spis (kolejność losowa) najciekawszych, z nich.

Gary Lineker (Anglia) 

Świetny niegdyś brytyjski napastnik, trzykrotny król strzelców angielskiej ekstraklasy, a aktualnie lubiana postać telewizyjna i miłośnik Twittera. Jego cięte riposty przysporzyły mu ponad 4 mln obserwujących na jednym z najpopularniejszych portali społecznościowych. Mało kto jednak wie, że w trakcie swojej kariery Linekera uznawano za jednego z najbardziej przesądnych zawodników na Wyspie. Trudno się jednak dziwić, skoro Gary miał w zwyczaju wstrzymywanie się od oddawania strzałów na bramkę swojego bramkarza w trakcie przedmeczowej rozgrzewki, twierdząc, iż może to przyczynić się do spadku jego skuteczności w czasie trwania pojedynku. Po prostu jego „amunicja” mogłaby ulec wyczerpaniu. Anglik „musiał” także zmienić koszulkę meczową po pierwszej połowie spotkania zakończonej z zerowym dorobkiem bramkowym. Świeży trykot miał mu przynieść nową moc i sprawić, że impotencja strzelecka zostanie zażegnana. 

Fredrik Ljungberg (Szwecja)

Jeden z najbardziej lubianych – ze względu na nieustępliwy styl gry – zawodnik Arsenalu obecnego stulecia. Za czasów „The Invincibles” wyróżniał się nie tylko czerwonym irokezem oraz paraniem się po godzinach reklamowaniem bielizny, ale także… wielką ostrożnością w sprawach łóżkowych. Szwedzki pomocnik uważał bowiem, że kilkudniowa wstrzemięźliwość przed ważnym meczem jest w jego przypadku jak najbardziej wskazana, ponieważ odbywanie stosunku źle wpływa na jego czucie w nogach, a co za tym idzie – później ma problemy z opanowaniem futbolówki. 

Coś zupełnie innego na ten temat mogliby powiedzieć obywatele południowoamerykańskich krajów, z najlepszym piłkarzem w historii dyscypliny na czele. Brazylijczyk Pele, bo o nim oczywiście mowa, twierdził, że on i jego rodacy nigdy nie odmawiali sobie specjalnie seksualnych uciech, a oddawanie się przyjemnościom w ramionach kobiet pobudzało ich do jeszcze lepszej gry. Coś w tym musiało być, skoro czarnoskóry gracz miał okazję aż trzy razy świętować zdobycie Pucharu Świata. Warto również odnotować, że podczas mundialu w Szwecji w 1958 r. dzień przed rozegraniem finałowego spotkania „Canarinhos” z gospodarzami, zaledwie 18-letni Pele uległ wdziękom dwóch blondwłosych piękności rodem ze Skandynawii. Efekt? Dwa zdobyte przez niego gole i ostateczny wynik 5:2 dla Brazylii. Ljungbergowi zaś nigdy nawet nie udało się nawet zbliżyć do finału mundialu…

Jan Tomaszewski

Stare piłkarskie porzekadło głosi, że każdy dobry bramkarz musi być odrobinę szalony. Najpewniej teoria ta powstała w wyniku obserwowania boiskowych zachowań golkiperów. I tak np. Iker Casillas do meczu przystępuje w getrach wywiniętych na lewą stronę, a po każdym golu dla jego drużyny uderza dłońmi poprzeczkę swojej bramki. Józef Młynarczyk z kolei nie rozstawał się nawet na chwile z charakterystycznym czerwonym woreczkiem, w którym miał schowaną zapasową parę rękawic. 

Bardzo przesądny był także Jan Tomaszewski. Doskonały bramkarz, szczery do bólu człowiek i – według jego kolegów – istny boiskowy świr. Podobnie, jak Casillas, „Tomek” także wywijał swoje podkolanówki na lewą stronę, a nawet bieliznę. Ponadto unikał jak ognia podnoszenia z ziemi monety zwróconej reszką do góry oraz zawracania do szatni w momencie, kiedy już znalazł się na murawie. Tylko raz polski bramkarz złamał swoją żelazną zasadę. Kiedy? 3 lipca 1974 r., przed meczem półfinałowym mistrzostw świata przeciwko drużynie RFN. Ulewa, która przeszła nad Frankfurtem zmusiła obie reprezentacje do zawrócenia w stronę szatni i cierpliwego oczekiwania, aż służby porządkowe osuszą murawę Waldstadionu. Wypompowywanie wody na nic się jednak zdało, a boisko nadal przypominało wielkie bajoro, co uniemożliwiło Polakom prowadzenie szybkiej gry skrzydłami. W „meczu na wodzie” lepiej poradzili sobie gospodarze, a zwycięstwo zapewnił im Gerd Müller, który pokonał Tomaszewskiego w 76. minucie. 

Alan Shearer (Anglia)

Dziś, kiedy w każdym profesjonalnym klubie na świecie każdy trener przykłada ogromną wagę do odpowiedniego odżywiania się swoich podopiecznych, Alan Shearer nie mógłby zapewne stosować swojej zabójczej broni – gazów jelitowych. Legendarny atakujący Newcastle United lubił niedługo przed startem meczu zjeść swoje ulubione danie, czyli kurczaka z fasolą. To nic, że później biegał po zielonym dywanie zdecydowanie wolniej, niż gdyby odmówił sobie spożycia ciężkostrawnego posiłku. Ważne było to, że kryjący go defensorzy (na pewno domyślacie się z jakiego powodu) trzymali się od Alana z daleka. 441 goli zdobytych w meczach angielskiej ekstraklasy mówi wszystko - metoda Shearera była zabójczo skuteczna. Być może któryś z obecnych piłkarzy Newcastle powinien wziąć przykład z klubowej ikony i zmienić nieco swoje preferencje kulinarne. Oczywiście, jeśli tylko trener pozwoli. 

Raymond Domenech (Francja)

Francuski szkoleniowiec (ale też były piłkarz, więc zalicza się do niniejszego rankingu), który dowodził reprezentacją swojej ojczyzny w latach 2004-2010, znany był ze swej słabości względem horoskopów. Przez całą swoją kadencję, wysyłając powołania na obozy „Trójkolorowych”, omijał zawodników spod znaku Skorpiona. Domenech uważał, że osoby urodzone między 23 października a 21 listopada są zbyt konfliktowe i mogą niekorzystnie wpływać na atmosferę w drużynie. O ile po udanym mundialu 2006, w którym Francuzi dość niespodziewanie dotarli do wielkiego finału, ulegając w nim Włochom, można było mówić o skuteczności metod siwowłosego trenera, to w kolejnych wielkich imprezach jego teoria się nie sprawdziła. Udział w Euro 2008 Francuzi zakończyli już na fazie grupowej, podobnie zresztą jak w afrykańskich mistrzostwach przed pięcioma laty. W RPA Thierry Henry i spółka skompromitowali się zupełnie, a konflikt Nicolasa Anelki i Williama Gallasa z trenerem był chwilami wręcz żenujący. Piłkarze odmawiali udziału w treningach i ubliżali selekcjonerowi. O dziwo ani Anelka, ani Gallas nie są zodiakalnymi Skorpionami…

Kolo Toure (Wybrzeże Kości Słoniowej) 

Kilka tygodni temu głównym tematem artykułów w brytyjskich gazetach było odsunięcie przez Jose Mourinho od pracy z pierwszym zespołem Chelsea urodziwej lekarki, Evy Carneiro. Zdaniem „The Special One” klubowa medyczka podjęła błędną decyzję o wbiegnięciu na murawę i udzieleniu pomocy lekko kontuzjowanemu Edenowi Hazardowi, który na kilka chwil musiał opuścić murawę Stamford Bridge, co dla jego kolegów oznaczało radzenie sobie w „dziewiątkę”, ponieważ wcześniej ukarany czerwoną kartką został Thibout Courtois. 

Urodziwa lekarka może usprawiedliwiać się, oznajmiając, że chciała natychmiast pomóc belgijskiemu piłkarzowi, ale co po meczu Arsenal - Roma w ramach 1/8 finału Ligi Mistrzów 2008/2009 miał powiedzieć obrońca „Kanonierów”, Kolo Toure? Arsene Wenger musiał być wściekły na swojego obrońcę, który opóźniał rozpoczęcie drugiej połowy meczy, gdyż miał w zwyczaju ZAWSZE wchodzić na boisko jako ostatni. Wtedy nie mógł tego zrobić, ponieważ jego klubowy kolega William Gallas – z powodu lekkiej kontuzji – w trakcie przerwy musiał poddać się opiece fizjoterapeutów i drugą część spotkania miał rozpocząć z lekkim opóźnieniem. Przesądny Toure chciał jednak koniecznie poczekać aż Francuz wybiegnie tuż przed nim, lecz arbiter Claus Bo Larsen nie był tak cierpliwy i żółtą kartką zmusił Iworyjczyka do natychmiastowego stawienia się na swojej pozycji. 

David James (Anglia) 

Tutaj nie trzeba tak obszernie komentować dziwnego zachowania Jamesa jak wyżej przedstawianych zawodników. Wystarczy jedynie opisać, jak dawniej bramkarz reprezentacji Anglii przygotowywał się do meczów. Jeżeli jego drużyna miała rozgrywać spotkanie w sobotę lub niedzielę, już od piątkowych godzin wieczornych David starał się do nikogo nie odzywać ani słowem. Milczenie przerywał dopiero po rozpoczęciu spotkania. Aha i jeszcze mała ciekawostka. Były gracz m.in. Liverpoolu i Manchesteru City przed każdym meczem z klubowej toalety (pozdrawiamy Kolo Toure) wychodził obowiązkowo jako ostatni. To jednak nie wszystko, bo po spełnieniu potrzeby fizjologicznej musiał – oczywiście dla własnego komfortu psychicznego, a nie dla tego, że był zdrowo stuknięty – napluć na jedną ze ścian łazienki. 

Johan Cruyff (Holandia) 

Kolejna legenda i wariat zarazem. „Boski Johan”, kiedy rozpoczynał swoją przygodę z Ajaksem Amsterdam miał w zwyczaju „rozgrzewać się” w bardzo specyficzny sposób. Wbiegał na płytę boiska, podchodził zdecydowanym krokiem do swojego serdecznego kolegi i golkipera Ajaksu zarazem – Gerta Balsa, uśmiechał się i… z impetem uderzał go w brzuch. Sekundę później obaj panowie byli już gotowi do rozpoczęcia spotkania. Ale, ale! Zapomnielibyśmy dodać, że Cruyff musiał jeszcze koniecznie wypluć gumę na połowę przeciwnika. Oczywiście na szczęście. 

Sergio Goycochea (Argentyna) 

Tak jak Tomaszewski, wierzył, że opuszczenie boiska i ponowne wkroczenie na nie przynosi pecha. Naszemu bohaterowi z Wembley nigdy nie zdarzyło się jednak być zmuszonym… oddać mocz obok strzeżonej przez siebie bramki, jak to na mistrzostwach świata, uczynił Sergio Goycochea. Argentyńczyk wymaga jednak usprawiedliwienia, więc nie śmiejmy się  z niego zbyt głośno. Bramkarz „Albiceleste”załatwiał swoją potrzebę bowiem po zakończeniu dogrywki, kiedy lada moment miała rozpocząć się seria rzutów karnych, co miało miejsce w ćwierćfinałowym meczu mundialu 1990 Argentyny z Jugosławią. Przecież tak przesądny facet nie chciał, ale musiał wysikać się na oczach milionów, a może nawet miliardów ludzi, oglądających mecz z perspektywy trybun i przed telewizorami. Nadmierna niechęć ku opuszczaniu murawy opłaciła się całej Argentynie, która pokonała Jugosławię 3:2 i awansowała do półfinału, gdzie także po serii jedenastek zwyciężyła Włochów. W finale szczęście opuściło jednak Sergio i jego team musiał uznać wyższość Niemców, dokładnie jak rok temu jego młodsi koledzy z Lionelem Messim na czele. 

Drużyny z Afryki

I na sam koniec naszego zestawienia najbardziej przesądnych piłkarzy zaglądamy do Afryki, gdzie każdy futbolista jest nie trochę, lecz całkowicie podatny na różnego rodzaju czary-mary. Styczniowe mistrzostwa Czarnego Lądu zawsze stanowią okazję do zaprezentowania swoich umiejętności miejscowym szamanom. Ich obecność w szatniach drużyn jest obowiązkowa. Bo niby kto miałby odpędzić złe duchy, jeśli nie oni? Chcąc opisać wszystkie rytuały Afrykańczyków, musielibyśmy poświęcić im osobny artykuł. Chętnych odsyłamy do poszukiwania informacji na własną rękę, ograniczając się jedynie do podania informacji, że ciekawscy na pewno natkną się na wzmianki o przedmeczowym paleniu kury czy wykonywaniu tradycyjnych tańców. 

ADRIAN KOWALCZYK

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Gary Lineker Jan Tomaszewski Alan Shearer Raymond Domenech Kolo Toure David James Johan Cruyff Sergio Goycochea
KOMENTARZE (
0
)
FACEBOOK:
REKLAMA:



Page generated in 0.1621 seconds.

| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.