Mistrz Polski w grupie spadkowej, Termalica znowu punktuje: 8. kolejka Ekstraklasy w pigułce

rok temu Mistrz Polski w grupie spadkowej, Termalica znowu punktuje: 8. kolejka Ekstraklasy w pigułce
fot. Aleksandra Sieczka

Jarek Fojut pokazuje, że ma w stopie rakietę, mistrz Polski nadal ma związane nogi, a Pogoń wciąż chlubi się mianem niepokonanej. Co jeszcze przyniosła miniona seria rozgrywek?

Przerwa na zmagania reprezentacji Polski w piłce nożnej jest jedną z najbardziej dotkliwych da kibiców Ekstraklasy. Niektórzy próbują poszukiwać innego hobby, inni znowuż pogrążają się w marazmie nie mniejszym niż ten właściwy dla krajowego mistrza. Jesienna aura wprowadza nastrój melancholii, skłania do zadumy, a brak chęci do wykonywania najmniejszego wysiłku staje się powszechny. Nic więc dziwnego, że po takiej pauzie, entuzjaści polskiej ligi są tak wyposzczeni, że z utęsknieniem czekają na pierwszy gwizdek sędziego.

ZAGRALI NA PLUS

Oko przeciętnego kibica, który musiał stoczyć potężną bitwę z uzależnieniem w czasie przerwy na kadrę, traci pierwiastek miarodajności. Nawet delikatny przejaw dobrej gry prowokował całą lawinę pozytywnych emocji, nie wspominając już o piekielnie mocnym strzale wzbudzającym rzewne uczucia (nieważne, że pomknął nad poprzeczką - wyglądał groźnie i całkiem europejsko!) Co jednak interesujące, nawet gdy sprowadzimy się na ziemię zmuszając do skrajnego racjonalizmu, jesteśmy w stanie wyodrębnić pozytywne punkty 8. kolejki Ekstraklasy.

Nowa Lechia

Zwolennicy zmian ewolucyjnych mówią, że rewolucja pożera własne dzieci. Boją się gwałtownych przemian, transformacje szybkie i agresywne kojarzą ze złem koniecznym. Przy czym czasem taki impuls wydaje się być ostatnią deską ratunku. Elementem niezbędnym w danym momencie sezonu. Bodźcem zdolnym wykrzesać iskrę z uśpionej ekipy niezdolnej do przełamania. Choć przełomu w Lechii na próżno wypatrywać, to trzeba zwrócić uwagę, że coś się w Gdańsku zadziało. I nie był to sztorm, czy nawet porywisty wiatr. Lekki podmuch zmian.

Heesen namieszał jeszcze przed meczem ujawniając wyjściową jedenastkę na mecz z Koroną. Odsunął od składu zawodzących Milę i Wawrzyniaka, postawił na tych, którzy jego zdaniem zasłużyli na grę dobrą postawą na treningach. Dla niemieckiego trenera liczy się bowiem to, co tu i teraz. W składzie znalazło się miejsce dla Markovicia, który wykazał się nie tylko stabilnością na boku defensywy, ale i fajnym, wysokim podejściem do ataku. Jego ofensywne wejścia powodowały wiele problemów Cebuli. W środku pola zameldował się Kovacević, zastępując Łukasika. Jego występ był poprawny, ale bez błysku - dobrze czyścił, podchodził wysoko do odbioru, nie miał kłopotów z pójściem na raz, ale nie nadawał tempa grze. Ofensywa zyskała Peszkę i Maka. Ten pierwszy dwoił się i troił, by tylko wywalczyć futbolówkę - raz wyskakiwał z jednej flanki, po chwili z drugiej, by również pomóc w samym centrum wydarzeń, natomiast drugi próbował spłacić kredyt zaufania dany mu od szkoleniowca. Wydaje się, że jeden z popularnych bliźniaków mocno skorzysta ze zmiany trenera.

Kwadrans gry otrzymał Krasić. Nowa gwiazda ligi początkowo skłaniała się ku podaniom do tyłu, by po chwili nieźle wejść w mecz i pokazać kilka dobrych wrzutek.

Lechia grała bardzo zachowawczo, brakowało agresji w ciągłości meczu, ale pokazała dyscyplinę na całkiem wysokim poziomie. Między zawodnikami brakuje jeszcze zrozumienia, ale jeśli uda się utrzymać taki styl gry, to jest: nastawienie na szybkość i poczynania na małej powierzchni, lechiści powinni wskoczyć na właściwe tory. Kwestia zgrania indywidualności i nieustającej wiary w słuszność sprawy.

Niepokonana Pogoń

Portowcy idą jak burza i nie ma dla nich misji niemożliwych. Podopiecznym Michniewicza nie przeszkodził nawet fakt, iż na ich drodze stanął bezsprzeczny lider Ekstraklasy, a ich trener wciąż przebywał na trybunach. Pogoń w starciu z Piastem pokazała, że gliwiczanie może i zasłużyli na pierwsze miejsce w tabeli, ale też nieprzypadkowo granatowo-bordowi jeszcze w tym sezonie nie zaznali goryczy porażki.

Na samym początku spotkania wydawało się, że to będzie kolejny, łatwy mecz Piastunek. Goście przedostawali się pod bramkę rywala, a defensywa Pogoni miała ogromny problem, żeby utrzymać koncentrację na właściwym poziomie. Mało brakło, a Danielak ofiarowałby przeciwnikowi bramkę, gdy w 3. minucie za lekko podał do własnego bramkarza, umieszczając Badię w naprawdę świetnej sytuacji. Szczęśliwie dla gospodarzy napastnik trafił tylko w słupek. Zivec nie miał jednak problemu, by umieścić futbolówkę w siatce wykorzystując świetne podanie Vacka. Portowcy długo nie mogli się odnaleźć na boisku aż w końcu...

...odpowiedzialność na swoje barki wziął Rafał Murawski. To właśnie były zawodnik Lecha pokusił się o genialną centrę, przedłużył ją Matras, a Zwolińskiemu pozostało jedynie wepchnąć piłkę do siatki. Bramka uskrzydlił gospodarzy. Zaczęli grać bardziej agresywnie, dokładnie i z pomysłem. Świetna dyspozycja Murawskiego przybrała coś na kształt motoru napędowego szczecińskiego okrętu. Środkowy pomocnik naciskał rywala, był bardzo aktywny, a za kropkę nad i można uznać indywidualną akcję, gdy minął paru rywali i posłał prostopadłą piłkę na Zwolińskiego, który po raz kolejny wpisał się na listę strzelców. Pogoń próbowała podwyższyć prowadzenie strzałami z dystansu, ale ani Małecki, ani Murawski nie potrafili zaskoczyć Szmatuły. Zrobił to ten, po którym niekoniecznie by się tego spodziewano.

Na niecałe 10 minut przed upływem regulaminowego czasu gry, Fojut oddal strzał z własnej połowy, który zmieścił pod poprzeczką bramki Piasta. Gol stadiony świata, naprawdę warto poznęcać się nad przyciskiem replay!

Do czterech razy sztuka

Piłkarze Michała Probierza przyjeżdżali do Wrocławia pewni swoich umiejętności oraz końcowego wyniku spotkania. Opiekun białostoczan podkreślał, że przyjechał po zwycięstwo, a jego słowa miały potwierdzenie w statystykach. Mieszanina faktów i liczb pokazywała, że żółto-czerwoni nie przegrali we Wrocławiu od 2012 roku, a ostatnie trzy mecze zakończyły się zwycięstwem gości z Podlasia.

W trakcie meczu białostoczanie potwierdzali swoje aspiracje, a piłkarze Śląska do 58. minuty czekali na jakiś przełomowy moment, który odmieni losy spotkania. Postawa wrocławian przypominała podchody bajkowego wilka, który w krzakach oczekiwał na przyjście czerwonego kapturka. Kiedy w końcu nadarzyła się znakomita okazja, piłkarze Tadeusza Pawłowskiego strzelili bramkę i poszli za ciosem.

Ostatnie trzydzieści minut to popisowa gra wrocławian. Stracona bramka kompletnie załamała białostoczan, którzy niczym bokser po nokaucie czekali na końcowy werdykt sędziego. Bramki Celebana, samobój Tomasika i kończący dzieło zniszczenia gol Hateley’a pokazały siłę Śląska Wrocław, który na tle silnej Jagiellonii zagrał dobre pół godziny spotkania. Teraz trenera Pawłowskiego czeka wyzwanie, aby jego podopieczni grali podobnie przez cały mecz, a nie tylko jego część.

Wieśniaki atakują Ekstraklasę

Trzy pierwsze mecze Termaliki nie zwiastowały późniejszych sukcesów zespołu. Podczas spotkania w ramach drugiej kolejki na białostockich trybunach dało się słyszeć głosy o różnicy kilku klas między drużyną Jagiellonii, a Termaliki. Od tego spotkania minął ponad miesiąc, a podopieczni Piotra Mandrysza są już wyżej w tabeli od podopiecznych Michała Probierza. Owszem, przewaga drużyny z Niecieczy wynosi tylko jeden punkt, ale istotna jest zmiana, jaką przeszedł zespół beniaminka Ekstraklasy.

Przełomowym momentem było pokonanie Zagłębia Lubin na stadionie w Mielcu. Później przyszły zwycięstwa z Górnikiem Zabrze, Lechem Poznań i teraz pierwsza wyjazdowa wygrana z Cracovią. Ekipa z malutkiej miejscowości w województwie małopolskim poprawiła swoją grę do tego stopnia, że opiekuna Termaliki nie zdziwiło zwycięstwo na stadionie świetnie spisującej się w tym sezonie Cracovii.

Oglądając mecze z udziałem beniaminka Ekstraklasy dołączamy się do stanowiska trenera Mandrysza. Po trzech porażkach z rzędu właściciele Termaliki wzmocnili najsłabsze pozycje, ograli się w Ekstraklasie i zaczęli wygrywać spotkania z najlepszymi zespołami ligi.

W meczu w Krakowie pomimo gonienia wyniku podopieczni Mandrysza nie załamali się i konsekwentnie zmierzali do celu, jakim było pokonanie krakowskiego zespołu. W drużynie Termaliki na pochwały zasłużyli: strzelec dwóch bramek Jakub Biskup oraz Bartłomiej Babiarz. Były pomocnik Ruchu Chorzów na początku sezonu był mocno krytykowany za postawę na boisku, ale w ostatnim meczu pokazał wielką klasę i umiejętności.

ZAGRALI NA MINUS

Jak w każdej serii ekstraklasowych rozgrywek nie zabrakło fatalnych kiksów, problemów ze stabilnością, marazmu i niedyspozycji, które przesądzały o losach danego spotkania. Piłkarze to tylko ludzie, a mylić się jest rzeczą normalną dla naszego gatunku. O poważnej dolegliwości można mówić, gdy w grę wchodzi powtarzalność.

Stały bywalec rubryki: Lech Poznań w strefie spadkowej

Mistrz Polski nie wyciąga wniosków, nie mówi otwarcie o tym, że w drużynie dzieje się coś złego, a do tego nie daje swoim kibicom żadnych powodów do optymizmu. Zacznijmy jednak od początku.

Lechici w spotkanie z Podbeskidziem weszli w naprawdę dobrym stylu. Podopieczni Skorży od pierwszych sekund grali agresywnie. Można było odnieść wrażenie, że w końcu uda im się zrealizować cel. Początkowa faza spotkania roznieciła iskry optymizmu w sercach kibiców.

Poznaniacy dobrze rozstawili się na szerokości pola karnego. Krótko rzecz ujmując: dokonali maksymalizacji swoich szans. I prawie się udało. Po wrzutce Kędziory piłka spadła na Linettego, którego uderzenie wybronił Zubas, a swoich sił w dobitce próbował Thomalla. Również w obliczu uderzenia napastnika, bramkarz Podbeskidzia zameldował się na posterunku. Tak samo, jak wobec strzału Gajosa. Były zawodnik Jagi fajnie zgasił sobie piłkę na klatce i oddał strzał z półobrotu. Litwin nie dał się jednak zaskoczyć.

Podopiecznym Skorży brakuje dokładności. Całe, szerokie pola koncentracji wykorzystują na dobre ustawienie, a przez to nie starcza już choćby z rezerwowego baku na wypieszczone podania. Piłki posyłane są w sposób niedbały, nie trafiają w punkt, nie docierają do adresata. Ewentualnie naznacza je ogromna czytelność, co ułatwia defensorom rywala skuteczne interwencje. Dość silnie zauważalna była ogromna przestrzeń pomiędzy częścią defensywną, a środkiem pola. Zmuszała ona lechitów do dalekich wykopów, które miałyby naprawdę spory sens i byłyby synonimem gry prostymi środkami, gdyby znajdowały adresata. Taka przestrzeń między-formacyjna stwarzała niezłe warunki do gry rywalowi, które dostrzegając takie niemrawe i bardzo czytelne podania Lecha, mógł z powodzeniem pokusić się o doskok, szybko przejąć piłkę i ruszyć z kontrą. Poznaniacy mają także problem ze zwyczajnym zrozumieniem. Gajos puszcza piłkę w uliczkę, gubi obrońców, a nikt nie jest w stanie zameldować się właśnie w tym punkcie, wykorzystać dobre ustawienie. Ściśle wiąże się z tym kłopot z regulacją tempa. Lechici piłki holują zdecydowanie za długo, akcja zwalnia, gdy tylko piłkarz znajdzie się na skrzydle. Nieskuteczność to już temat rzeka. Lech jest w stanie stwarzać sobie dogodne sytuacje, ale nie ma pomysłu, jak je wykończyć. Denis Thomalla marnuje akcje seryjnie i to nie dlatego, że piłki do niego nie docierają, a właśnie z powodu ich… posiadania. Napastnikowi Kolejorza brakuje wykończenia nie w samym strzale, ale już wcześniej – w momencie przyjęcia. Futbolówka odskakuje mu na kilka centymetrów za daleko, a właśnie ta odległość ma później zaważyć o zmarnowaniu okazji na strzelenie gola.

No i sam moment straty bramki. Podbeskidzie nie mogło wymarzyć sobie lepszej sytuacji. Jeszcze przed momentem podania, Arajuuri i Kamiński zdecydowali się podwoić, przez co Kędziora musiał zejść nieco bardziej do środka i przypilnować Adu. Na niewiele to się jednak zdało, bo piłkarz Górali i tak zdołał urwać się obrońcy Lecha, wykorzystał idealną wrzutkę Pazio i jedynie musnął piłkę w kierunku całkowicie niepilnowanego, szarżującego Szczepaniaka. Normalnie za jego krycie byłby odpowiedzialny właśnie młody defensor, ale on starał się naprawić błąd Kamińskiego, który poruszał się jak wolny elektron, odrzucając wszelkie założenia taktyczne, głowę nosząc wysoko w chmurach. Zamiast niego o rozpaczliwy zryw pokusił się Trałka – było już jednak za późno.

Warszawskie męki

Rywalizacja między Poznaniem i Warszawą trwa od dobrych kilku lat. Jeszcze trzy miesiące temu kibice Lecha dumnie wypinali piersi po zdobytym mistrzostwie Polski, a dziś kryją twarze w dłoniach po wyczynach swoich ulubieńców piłkarzy. Jednak na potknięciach Kolejorza w zasadzie nie korzysta warszawska Legia, która grając na własnym boisku z Zagłębiem Lubin odniosła szczęśliwy remis.

W piątkowym spotkaniu pierwszy raz na Łazienkowskiej zaprezentowali się Stojan Vranjes i Ivan Trickovski. Pierwszy z nich okazał się ofiarą decyzji Henninga Berga, który wystawił Bośniaka na środku obrony, na której kompletnie nie poradził sobie były pomocnik Lechii Gdańsk. Drugi z wymienionych piłkarzy wszedł na boisko w drugiej połowie i pierwszy dał sygnał do odrabiania strat.

Chociaż Legii udało się odrobić dwie bramki, to postawę legionistów w tym spotkaniu można uznać za skandaliczną. Nie chodzi tutaj o sam występ Vranjesa, przecież była to decyzja trenera, który świadomie ustawił w defensywie nominalnego pomocnika (w dodatku mającego inklinacje do gry ofensywnej!). Oglądając popisy legionistów odnieśliśmy wrażenie, że zależało im na zwycięstwie w tym meczu tak jak Lechowi na sprowadzeniu Pawła Brożka.

Dodatkowo piątkowe spotkanie pokazało słabość ławki rezerwowej Legii – szczególnie w formacji defensywnej. Z powodu kontuzji Michała Pazdana, pauzy Jakuba Rzeźniczaka warszawiacy zostali bez klasycznego środkowego obrońcy, a podopieczni Piotra Stokowca brutalnie to wykorzystali. Ciekawe, czy trenerowi Bergowi uda się zdobyć w tym sezonie mistrzostwo Polski wyłącznie z jednym nominalnym środkowym obrońcą w składzie (Rzeźniczaka i Lewczuka uważamy za bocznych obrońców). Jeśli tak, byłoby to prawdziwe mistrzostwo świata. Większe niż osiągnięcie podopiecznych Macieja Skorży w poprzednim sezonie.

Czerwona latarnia Ekstraklasy

Każdy kibic Ekstraklasy zdaje sobie sprawę z tego jak wiele dla naszej piłki zrobił Górnik Zabrze. Zapewne młodsi kibice nie pamiętają, ale to Górnik wspólnie z Ruchem Chorzów ma najwięcej zdobytych mistrzostw Polski. Jednak od wielu lat zabrzanie nie potrafią dorównać osiągnięciom sprzed kilkudziesięciu lat, a bohaterowie tamtych sukcesów ironizują, że dziś wszyscy podniecają się ósmym miejscem w sezonie, a oni co roku grali o mistrzostwo Polski.

Górnik źle rozpoczął nowy sezon, a lekarstwem na całe zło ma być przyjście Leszka Ojrzyńskiego i wzmocnienia składu. Przed przerwą na reprezentacje nowy opiekun zabrzan miał mało czasu na wpojenie swoim piłkarzom nowej taktyki, a formę szykował na niedzielne Wielkie Derby Śląska.

Jak już wiemy we wczorajszym spotkaniu górnicy również nie cieszyli się z trzech punktów i ponieśli piątą porażkę w sezonie. Chociaż piłkarze Ojrzyńskiego stworzyli sobie kilka dobrych sytuacji pod bramką Ruchu to w dalszym ciągu kulała gra w defensywie. Brak koncentracji przy rzucie rożnym okazał się kluczowy dla rezultatu spotkania, ale w dalszym ciągu przeciwnicy zbyt łatwo dochodzili do stuprocentowych sytuacji. Górników czeka ciężka robota do wykonania, aby wyleźć końca ligowej stawki.

NAJWIĘKSZY WYGRANY KOLEJKI

Kandydatów było sporo, bo przecież pogrążone w marazmie Podbeskidzie Bielsko – Biała pokonało (na wyjeździe!) Lecha Poznań. Jednak naszym zdaniem na miano największego wygranego ósmej kolejki zasłużył Jakub Biskup. Trzydziestodwuletni kapitan Termaliki zaznał smaku gry w Ekstraklasie w barwach Odry Wodzisław, ŁKS Łódź i Piasta Gliwice, ale na swoją kolejną bramkę w tych rozgrywkach musiał czekać aż sześć lat. W przypadku Biskupa warto było czekać, bo pomocnik w spotkaniu z Cracovią strzelił aż dwa gole i poprowadził swoją drużynę do pierwszego wyjazdowego zwycięstwa Termaliki w Ekstraklasie w całej historii klubu.

NAJWIĘKSZY PRZEGRANY KOLEJKI

Internet huczy, kibice pokrzykują, sam zainteresowany mówi, że nie jest w stanie grać na stoperze, a Berg i tak wie swoje... Trener warszawskiej Legii odsunął na bok zdrowy rozsądek i poszedł za głosem intuicji. No i się przejechał. Stojan Vranjes nie ma predyspozycji do gry w środku obrony (może czas zainteresować się jego bratem, skoro uparcie chce się mieć kogoś z tym nazwiskiem na właśnie tej pozycji?) i nigdy nie będzie miał. Skoro nie wystarczyły słowa, były lechista udowodnił swoje zdolności na murawie w meczu z Zagłębiem.

Już 15. minuta mogła skończyć się dla Legii w sposób tragiczny, gdy przed Vranjesa wyskoczył Piątek. Wówczas jednak, nominalny pomocnik był w stanie naprawić swój błąd w ustawieniu. Tyle szczęścia nie miał w kolejnej sytuacji, gdy padł pierwszy gol.

Vranjes już w trakcie wznowienia gry przez Forenca znajdował się za daleko od Piątka, a wraz z chwilą zgrania przez Papadopulosa było już za późno na poprawki. Winą za stratę bramki należy także obarczyć Bereszyńskiego, który niefrasobliwie, we własnym polu karnym zgrywał piłkę Vranjesowi. Były lechista pogubił się i nie zdołał jej przejąć co wykorzystał Piątek.

INTERWENCJA KOLEJKI

Jest 59. minuta Wielkich Derbów Śląska, w natarciu piłkarze Górnika Zabrze, którzy mają jeszcze ponad pół godziny na odrobienie jednej bramki. Piłkę na lewym skrzydle ma Łukasz Madej, podaje ją do ustawionego w polu karnym Macieja Korzyma. Napastnik zabrzan oddaje strzał z woleja, ale świetną interwencją popisuje się Matus Putnocky, który odbija silny strzał. Jednak napastnik Górnika nie daje za wygraną i dobiega do piłki i ponownie uderza na bramkę Ruchu, którą ponownie z powodzeniem strzeże słowacki golkiper. Przy dobitce strzału Korzyma, Putnocky zatrzymał uderzenie własną głową, ale dla bramkarzy nie ma rzeczy niemożliwych. Ważne, aby piłka nie wpadła do siatki.

BABOL KOLEJKI

Podopieczni Michała Probierza szli jak burza do 58. minuty, a wraz ze stratą gola posypała się cała gra zespołu. Najlepszego dnia nie miał też Bartek Drągowski, który podenerwowany wpuszczoną bramką już sześćdziesiąt sekund później uchronił swój zespół przed stratą gola po błędzie, który… sam popełnił. Bramkarz Jagi wyprowadzał piłkę z własnego pola karnego, ale tak nieudolnie skierował ją w kierunku Piotra Tomasika, że ta trafiła pod nogi Grajciara, który ostatecznie nie zdołał pokonać młodego goalkeepera.

KOZAK KOLEJKI

Jarosław Fojut pokazał, że nie miałby najmniejszych problemów z rozwaleniem jednej z konkurencji turbokozaka, w której trzeba trafić do bramki posyłając piłkę z własnej połowy tak, by nigdzie po drodze się nie odbiła. Tak też uczynił Fojut w 82. minucie meczu z Piastem ustalając wynik gry. Obrońca może spokojnie powalczyć o miano strzelca gola sezonu!

JEDENASTKA KOLEJKI WEDŁUG TRANSFERY.INFO

Zubas (Podbeskidzie) - Celeban (Śląsk), Oleksy (Ruch), Fojut (Pogoń) – Babiarz (Termalica), Murawski (Pogoń) - Biskup (Termalica), Piątek (Zagłębie), Kapustka (Cracovia) - Zwoliński (Pogoń), Stępiński (Ruch).

MARCIN ŁOPIENSKI, ALEKSANDRA SIECZKA

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Lech Poznań Legia Warszawa Piast Gliwice Śląsk Wrocław Jagiellonia Białystok Ekstraklasa Lechia Gdańsk Polska
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.