Zgrzyt już na starcie: Legia i Lech rozczarowały w Europie

rok temu Zgrzyt już na starcie: Legia i Lech rozczarowały w Europie
fot. UEFA

Polskie drużyny nie będą dobrze wspominać swojego startu w fazie grupowej LE. Legia nie dała rady Midtjylland, ostatecznie ulegając 1-0, natomiast Lech bezbramkowo zremisował z Belenenses na własnym terenie.

Czwartkowy wieczór z polską piłką na europejskich salonach rozpoczęliśmy w Herning. Warszawiacy wyprawili się do Danii i to właśnie tam mieli rozpocząć swoją wielką przygodę. Przed dzisiejszym meczem z duńskim Midtjylland, sympatycy Legii Warszawa z niepokojem czekali na godzinę zero. Ostatnie popisy legionistów w lidze nie zapowiadały miłego wieczoru, a nastroje pogorszyły prezentacje dzisiejszego przeciwnika wicemistrzów Polski. Mistrz Danii sukcesy odnosił głównie dzięki żelaznej defensywie i do perfekcji opanowanych stałych fragmentów gry. Futbol prymitywny? Możliwe, ale o jego skuteczności przekonali się już w tym sezonie piłkarze Southampton, a dziś właśnie Wojskowych.

Zanim jednak przeniesiemy się na bardziej skonkretyzowane pole działań, warto rzucić okiem na to, co zaplanowane było na godzinę 21. Lechici również wznowili swoje europejskie zmagania, a na pierwszy ogień wyznaczone zostało portugalskie Belenenses. Choć wydawało się, że portugalski klub jest spokojnie do ugryzienia, to jego dobra organizacja w defensywie i kąśliwe kontry udowodniły prawdziwość starego porzekadła: nie ma już słabych drużyn.

PIERWSZY RZUT OKA

Nieźle z tyłu

Zawodnicy Berga, szczególnie w pierwszej połowie, zdominowali przeciwnika. To właśnie legioniści szybciej doskakiwali do rywali, co skutkowało wysokimi przechwytami przed polem karnym Kuciaka. Ponadto, to Wojskowi dłużej utrzymywali się przy piłce, starannie konstruowali akcje, dzięki czemu w znacznej mierze byli w stanie oddalić zagrożenie od własnej bramki.

Dużo biegania, mało konkretów

Pierwsza połowa meczu Kolejorza z Belenenses należała do tych, które powszechnie określa się enigmatycznym mianem na remis. Lech zostawiał z tyłu dwóch stoperów, między którymi często pojawiał się ciężko pracujący w każdym sektorze boiska Trałka, natomiast boki obrony podłączały się do ataku. Choć, może warto powiedzieć, że flanka Ceesaya była poniekąd wyłączona z gry - defensor częściej wycofywał futbolówkę, aniżeli napędzał akcje. Obie strony skłaniały się ku pressingowi, przy czym Kolejorz naciskał przeciwnika trójką zawężającą pole gry. Gorzej wyglądał sam odbiór, któremu brakowało dokładności. Piłka wznosiła się ponad ziemię, przelatywała między poszczególnymi częściami formacji i trudno było wyłuskać z niej coś ambitnego. Krótko mówiąc - Lech miał problem z wykrzesaniem z siebie jakiejś iskry, nie wspominając o uzewnętrznieniu pomysłu. 

KONCEPCJA RYWALI

Matematyka, statystyka i sukcesy

Właścicielem duńskiego klubu jest matematyk, który fortuny dorobił się na obstawianiu meczów piłkarskich. W swojej wizji prowadzenia zespołu piłkarskiego Matthew Benham kieruje się właśnie matematyką, statystyką, a patrząc na grę Midtjylland nie sposób odnieść wrażenia, że taktyka jest również oparta na tych dziedzinach nauki.

Duńczycy najwięcej goli strzelają właśnie po stałych fragmentach gry (Atletico pokazuje, że ma to sens), a ich mecze mogą obrzydzić futbol każdemu kibicowi. Tak wyglądał dzisiejszy mecz w Herning, ale to gospodarze perfekcyjnie zrealizowali przedmeczowe cele. Zdobyli trzy punkty, chociaż po pierwszej połowie niewiele na to wskazywało.

Piłkarze Midtjylland odżyli w drugiej części spotkania, ale najwięcej Ulvene oddali sami legioniści, którzy najpierw sami strzelili sobie bramkę, a następnie nie potrafili wykorzystać swoich okazji. Gospodarze szczególnie dobrze zagrali po gwizdku sędziego otwierającym kolejne 45 minut. Wówczas zdominowali Legię, a strzelona bramka tylko dodała im więcej ochoty

Inicjatywa po stronie Belenenses

Widząc niemrawe podejście lechitów, rywal zagrał bardziej odważnie. W pewnym momencie Portugalczycy utrzymywali się długo przy piłce i stwarzali zagrożenie w okolicy szesnastki Lecha. Próby ataku były jednak naznaczone sporą niedokładnością. Szybkie straty dopełnił przeciągły moment autów usypiający nawet najbardziej zagorzałych kibiców.

Zdecydowanie najgroźniej było w 36. minucie, gdy po zgraniu Tonela piłka spadła w okolice Rosy i tylko spojenie ocaliło Lecha przed stratą gola. Chwilę później, asystent akcji minionej urwał się w strefie Kadara, ale ostatecznie nie zdołał przejąć piłki.

Drugą połowę lepiej rozpoczęli goście. Geraldes uciekł Ceesayowi, przekazał piłkę Gomesowi, a ten piekielnie mocno uderzył w kierunku bramki Buricia. Niefrasobliwe zachowanie Kadara i Kamińskiego w samym centrum pola karnego, mogłoby doprowadzić do szybkiego gonga, ale Fortuna była po stronie Lecha. W tym momencie grał w 12 – słupek ocalił podopiecznych Skorży.

W okolicy pola karnego Lecha zakotłowało się także w samej końcówce meczu, gdy swoich sił próbował Kuca. Zmiennik Sturgeona strzelił tuż obok spojenia. Malo brakło, a piłka zatrzepotałaby w okolicy okienka. Wcześniej próbował jeszcze Rosa, ale futbolówka przemknęła niedaleko słupka - gorzej, że w tej sytuacji krzywdę mógł sobie zrobić Burić, wpadając w bramkę i omal nie rozbijając sobie głowy o słupek. Opatrzność czuwała jednak nad poznaniakami.

NAJJAŚNIEJSZE GWIAZDY

Stabilny Słowak

Jeżeli mielibyśmy doszukiwać się plusów w grze warszawiaków, to na wyróżnienie zasłużył Dusan Kuciak i cały blok defensywny legionistów. Wymienieni piłkarze na pochwały zasłużyli szczególnie po pierwszej połowie, w której gospodarze raz zagrozili bramce Legii po dalekim wyrzucie z autu i świetnej interwencji golkipera polskiej drużyny.

Aktywny el capitano

Jeszcze przed rozpoczęciem meczu wszyscy entuzjaści polskiej piłki kopanej mogli popaść w lekką konsternację, bowiem skład był odzwierciedleniem szumnych haseł o odpuszczaniu LE. Na próżno było wypatrywać Kędziory czy Douglasa, a miejsce obok kapitana Lecha zajął Dudka, którego jedyna obecność na boisku była akcentowaną za sprawą bezsensownych fauli i głupich strat, czy problemów z przyjęciem. W tym całym chaosie odnajdywali się tylko Trałka, standardowo aktywny na całym boisku (począwszy od defensywy, przez rozgrywanie, aż przez indywidualne wejścia w strefę ofensywną) i Lovrencsics. Ten drugi pokazał się z dobrej strony dzięki naprawdę niezłym dośrodkowaniom. Gąszcz niedokładności pochłonął także Thomallę, który próbował strzelać na bramkę Ventury. Uderzenia napastnika były jednak za lekkie i zwykle posyłane wprost w bramkarza.

Trałka na drugą połowę już nie wyszedł, ale dobre zmiany Skorży pokazały, że lechici potrafią zachowywać się jak prawdziwa drużyna.

SINUSOIDALNA POSTAWA

Dwa oblicza drużyny

Wszyscy oglądający mecz Legii po pierwszej połowie nie spodziewali się końcowego wyniku spotkania. Piłkarze Henninga Berga od początku spotkania zdominowali przeciwnika, dłużej rozgrywali piłkę i na przerwę powinni schodzić do szatni z prowadzeniem.

Norweski opiekun polskiej drużyny wiedząc o świetnych stałych fragmentach gry w wykonaniu Midtjylland wolał oddalić grę od swojego pola karnego, co jego podopieczni przez pierwsze trzy kwadranse realizowali doskonale. Legioniści spokojnie rozgrywali piłkę, stwarzając sobie sytuacje, ale brakowało im jakości, ostatniego podania, które pomogłoby umieścić futbolówkę w siatce. Zresztą, pisząc o spokojnym rozgrywaniu nie mam tutaj na myśli gry przypominającej tiki-takę wzorem FC Barcelony. Legioniści wymieniali piłkę między sobą, ale im było bliżej pola karnego Duńczyków, tym częściej futbolówka lądowała wszędzie, tylko nie w siatce rywala.

Druga połowa to już obraz nędzy i rozpaczy. Tym razem od początku zaatakowali gospodarze, a ich starania o strzelenie bramki spełnił Michał Kucharczyk, który pokonał Kuciaka przecinając dośrodkowanie z … rzutu wolnego. W dodatku pomimo straty gola w grze Legii nie widać było ani pomysłu, ani chęci na odrobienie wyniku, co tylko napędzało grę gospodarzy, a bramkarza wicemistrzów Polski zmusiło do sporego wysiłku.

Odmieniony Lech

Na linii zarząd-trener/drużyna panuje bardzo napięta atmosfera. Ostatnie wydarzenia doprowadziły nawet do tego, że faza grupowa LE nie była wielkim, piłkarskim, poznańskim świętem, a zwykłym meczem przez niektórych określonym niechlubnym mianem sparingu. Włodarze Kolejorza zmienili zdanie i uważają teraz, że należy się skoncentrować na lidze, w której jednak sytuacja prezentuje się dramatycznie. Burzowe chmury unosiły się ponad głowami piłkarzy, a także szkoleniowca, którego zafrasowana mina była obrazkiem przeważającym przez ciągłość spotkania z Belenenses. Skorża zdecydował się jednak postawić górze i ostatecznie wpuścił na boisko Hamalainena, Linettego i Pawłowskiego, którzy ożywili konfrontację. Trzeba przyznać, że na grę Lecha po dokonanych zmianach patrzyło się naprawdę miło. Oczywiście, nadal widoczna była rażąca niedokładność, ale już tym razem lechici podchodzili wysoko i naprawdę w ich poczynaniach była widoczna chęć zdobywania terenu, punktowania i ogromna agresja. Nie bali się pressingu, nie były im straszne liczebne wypady w pole karne Ventury. Krótko mówiąc: zależało im na tym meczu. W każdym ruchu było widoczne zaangażowanie, którego tak bardzo brakowało w minionych meczach.

Właśnie po zameldowaniu się na murawie tych zawodników, Lech wypracował kilka naprawdę klarownych sytuacji. Najpierw, w 65. minucie Kamiński idealnie przeniósł ciężar gry do Lovrencsicsa, który minął rywala i uruchomił Ceesay. Defensor aktywował mode: pewność siebie, poradził sobie z Rosą i wrzucił piłkę głęboko w pole karne Ventury. Gdyby nie potworna nieskuteczność Thomalli, który nie trafił w futbolówkę będąc metr od bramki, Lech wyszedłby na prowadzenie. Właściwie, powinien. Kolejna świetna okazja została zapoczątkowana przez Buricia, którego daleki wykop odnalazł Pawłowskiego. Skrzydłowy wyrzucił się na bok, uporał się z Amorimem, zszedł do środka, przełożył sobie Geraldesa i uderzył w kierunku bramki. Być może gdyby Thomalla zdołał pokusić się o regulację tempa akcji i tym samym wyszedł na jej domknięcie, lechici we dwójkę rozklepaliby defensywę Belenenses. Tak się jednak nie stało.

QUO VADIS POLSKA PIŁKO?

To nie jest ani czas, ani miejsce, by wyciągać jakiekolwiek długofalowe wnioski z gry Lecha i Legii w europejskich pucharach. Mimo wszystko, entuzjaści polskiej piłki kopanej mogą czuć spory niedosyt (żeby nie powiedzieć rozczarowanie). Pierwsze mecze miały być swego rodzaju przystawką: okazało się jednak, że zarówno Midtjylland, jak i Belenenses postawiły twarde warunki gry. Może gdyby nie senna mgła unosząca się ponad szeregami rodzimych drużyn, wszystko wyglądałoby inaczej? Każdy może pokusić się o własną ocenę.


MARCIN ŁOPIENSKI, ALEKSANDRA SIECZKA

ŹRÓDŁO
transfery.info
TAGI: Legia Warszawa Lech Poznań CF Os Belenenses FC Midtjylland Liga Europy Polska Portugalia Dania
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.