Dariusz Adamczuk dla Transfery.info: Agenci rozmawiają już z dziećmi. To chore!

rok temu Dariusz Adamczuk dla Transfery.info: Agenci rozmawiają już z dziećmi. To chore!
fot. Piotr Kucza - FotoPYK

Po dłuższym czasie wracamy z "Wywiadami czwartkowymi" na Transfery.info.

- Obecnie menedżerowie polują na 14-latków, a czasami i jeszcze młodszych zawodników. Nie każdy z tych młodych chłopaków potrafi sobie z tym poradzić. Pamiętam jak sam w wieku 22 lat podpisałem umowę menedżerską i nie mogłem spać w nocy, a co dopiero musi czuć taki dzieciak - mówi w rozmowie z Transfery.info Dariusz Adamczuk, wicemistrz olimpijski z Barcelony, były piłkarz Udinese, Dundee i Rangers FC, a obecnie prezes Akademii Piłkarskiej Pogoni Szczecin. Tak rozpoczynamy nowy cykl, w którym będziemy rozmawiać z agentami działającymi na polskim rynku, ale nie tylko! 

***

- Nie myślał pan kiedyś o tym, żeby zostać agentem piłkarskim?

- Nie. 

- Dlaczego? 

- Wbrew pozorom to nie jest łatwy kawałek chleba. Oczywiście tylko wtedy, jeśli chcesz być w tym naprawdę dobry. Trzeba jeździć, obserwować i wyszukiwać nowych zawodników, a później solidnie się nimi opiekować. Praca całkowicie poza domem.

- Menedżer jak piłkarz. 

- Tak to wygląda. Wszystko kręci się wokół weekendów, ale i w środku tygodnia jest mnóstwo spraw do załatwienia. Chociaż... U mnie jest przecież podobnie. Różnica taka, że faktycznie mniej podróżuję. 

- Najwięksi na polskim rynku mają pod sobą wielu ludzi, więc pewnie wygląda to trochę inaczej.

- Mają swoich ludzi, ale mimo wszystko ostateczna ocena przydatności nowego zawodnika należy do nich. Sami muszą wszystko obserwować, do tego dochodzą negocjacje, które zazwyczaj nie należą do najprostszych spraw. 

- Agenci ciężko pracują, ale według wielu są największym złem polskiej i nie tylko polskiej piłki. 

- Obecnie menedżerowie polują na 14-latków, a czasami i jeszcze młodszych zawodników. Nie każdy z tych młodych chłopaków potrafi sobie z tym poradzić. Pamiętam jak sam w wieku 22 lat podpisałem umowę menedżerską i nie mogłem spać w nocy, a co dopiero musi czuć taki dzieciak. Wielokrotnie rozmawiałem z rodzicami zawodników będących w naszej Akademii i opowiadali, jak urywały im się telefony. Chłopiec myśli sobie wtedy, że skoro wszyscy dzwonią to znaczy, że jest świetny i nie musi dalej pracować. Wiadomo do czego to prowadzi. 

- Przebywając ostatnio nad morzem, rozmawiałem o młodym chłopaku z Rewala, który do was trafił. Marcin Gałkowski, rocznik 97', olbrzymi talent...

- …Jego między innymi miałem na myśli.

- Podobno to idealny przykład młodego zawodnika, który na samym starcie został zepsuty przez menedżerów. 

- Podpisaliśmy z nim umowę i bardzo na niego liczyliśmy, w końcu rozegrał kilkadziesiąt spotkań w reprezentacjach młodzieżowych. Lewy obrońca, świetne warunki. Nie chcę skłamać, ale obecnie gra chyba w Hutniku Szczecin. Rzeczywistość okazała się więc okrutna - grał w kadrze, a teraz jest w IV lidze. Myślę, że menedżerowie w jego wypadku to nie jedyny problem, chociaż to prawda, otrzymywał mnóstwo telefonów. I każdy mówił tylko: „Podpisz ze mną, podpisz ze mną!”. A tacy ludzie potrafią wiele obiecać. 

- Przekonać młodego chłopaka i jego rodziców, przedstawiając wizję wielkiej kariery i pieniędzy jest bardzo łatwo. 

- To akurat zależy od rodzica. Znam takich, którzy od razu dziękują za możliwą współpracę, bo sami są w stanie poprowadzić karierę syna. Ja na przykład nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko miało menedżera. Sam mogę spokojnie wytłumaczyć mu na czym to wszystko polega. W młodym wieku ingerencja agenta nie jest niezbędna. 

- Niektórzy rodzice są mniej obeznani w piłkarskich tematach.

- I takim menedżerowie obiecują gruszki na wierzbie. Mądry rodzic jednak o wszystko najpierw wypyta, będzie dążył do tego, żeby wiedzieć jak najwięcej.

- Wydaje się, że głównym problemem jest działalność mniejszych menedżerów, o których próżno czytać na pierwszych stronach gazet. 

- Tym bardziej, że po rewolucji w przepisach menedżerem, a dokładniej pośrednikiem przy transferze może zostać każdy. I tych ludzi jest naprawdę dużo. Nie miałbym do nich pretensji, gdyby rozmawiali z chłopakami, którzy mają 19, 20 lat, ale oni robią to z dziećmi. To są chore sytuacje. Podpisują umowy z 20 zawodnikami naraz, liczą na to, że zarobią porządnie na jednym, a nie martwią się co będzie z pozostałymi. Nie każdy tak działa, ale na pewno takich agentów jest więcej niż mniej.

- Czyli według pana optymalny wiek do rozpoczęcia współpracy z menedżerem to 18, 19 lat?

- Trudno mówić o optymalnym wieku. Pełnoletni chłopak może mieć móżdżek 15-latka i odwrotnie - 17-latek może być świetnie poukładany i mieć w głowie o wiele więcej niż wskazywałby na to wiek. Różnie z tym bywa. Menedżerowie wyłapują jednak młodych, bo można na nich szybko zarobić. 

- Wokół waszej akademii jest chmara agentów, którzy chcą wyłapać największe talenty i jak najszybciej wytransferować dalej? 

- Szybko uświadamiamy chłopców o co w tym wszystkim chodzi. Prawdziwych perełek raczej nie tracimy. Oczywiście można przywołać przykład Kamila Wojtkowskiego, który nie chciał podpisać nowego kontraktu z Pogonią i poszedł do RB Lipsk. Odszedł jednak za fajne pieniądze. Wcześniej pozyskaliśmy go za siedem tysięcy. Chłopcy wiedzą, że jako akademia, a potem jako klub nie chcemy ich oszukać. Przede wszystkim nie stawiamy na masowość. Odpowiedzialność jest spora. Zdarzają się bowiem zawodnicy z Rzeszowa czy Tarnobrzegu, dla których przyjazd do Szczecina, to jak wyjazd na zachód. Trzeba ich uczyć nie tylko gry w piłkę. 

- Mówimy o złych menedżerach, ale postawmy sprawę inaczej. Co pan na to, że gdyby nie Kucharski i jego plan na karierę Lewandowskiego, „Lewy” nie byłby w tym miejscu, w którym się znajduje? 

- Nie przesadzajmy. Mądry menedżer potrafi doradzić i w pewnym momencie pomóc, ale przecież nie zakłada butów i nie wchodzi na boisku za swojego zawodnika. Robert na wszystko zapracował sam i prędzej czy później zgłosiłby się po niego inny wielki zespół - Barcelona, Real albo któryś z Manchesterów. O to czy pierwszy zagraniczny transfer do Dortmundu był autorskim pomysłem Czarka trzeba zapytać ich samych, ale nie sądzę, żeby mówił on Robertowi: „Masz iść tam na trzy lata, potem załatwię coś innego”.

- To inny przykład - Glik i Kołakowski, który wytransferował obrońcę spadającego z Ekstraklasy Piasta Gliwice do Włoch.

- Można wymienić też Pańtaka, który prowadzi Milika. Nie powiodło mu się w Niemczech, więc trafił do Holandii. Nie twierdzę, że uczciwy menedżer z dobrymi kontaktami nie jest w stanie pomóc w karierze, ale Lewandowski był królem strzelców Ekstraklasy. Sam wybronił się na boisku. Glik zrobił to trochę później, już po wyjeździe za granicę. Ale jest też cała masa zawodników, którzy dzięki agentom wyjechali i do tej pory nie pokazali na co ich stać. 

- A są i tacy, którzy tylko dzięki umowie z menedżerem przez wiele lat utrzymują się na ekstraklasowym poziomie, mimo że przez cały czas kopią się po czole. 

- Tak jest w każdym zawodzie. Wszędzie da się przemycić swoich, a w piłce jest to akurat bardzo widoczne. Jeszcze inna sprawa - ja cenię menedżerów, którzy na pierwszym miejscu stawiają dobro zawodnika, a dopiero potem patrzą na własne wynagrodzenie. Wiele transferów pada tylko dlatego, że agent stawia zbyt wygórowane żądania, bo sam chce zgarnąć więcej pieniędzy. Tacy są najgorsi. 

- I dlatego część wyróżniających się zawodników z niższych lig boi się z nimi współpracować. Tak zamykają przed sobą przynajmniej jedną z furtek do Ekstraklasy. 

- U nas panuje chory układ. To menedżer jest dla zawodnika, a nie odwrotnie. On jest jego pracownikiem. 

- Jak było z panem? Z iloma menedżerami współpracował pan podczas swojej kariery?

- 20 lat temu to wyglądało zupełnie inaczej. Menedżerów było zdecydowanie mniej. Ja współpracowałem z dwoma. 

- Przy pierwszym zagranicznym transferze do Niemiec?

- Ludzie z Eintrachtu Frankfurt akurat sami przyjeżdżali do Szczecina i nikogo nie potrzebowałem. Jedna osoba pomagała mi przy negocjacjach, ale to nie był menedżer. Przy przeprowadzce do Włoch współpracowałem z mieszkającym na stałe we Włoszech, Wacławem Palikiem. W Szkocji z kolei był John Viola. Bardzo znany na Wyspach menedżer. 

- Palik do Włoch ściągnął nie tylko pana. 

- Zajmował się interesami Marka Koźmińskiego, Piotra Czachowskiego i paru innych. Pamiętam, że pracował jeszcze przy przeprowadzce Władka Żmudy do Cremonense. Nakręcał koniunkturę na Włochy, kiedy naprawdę ciężko było się tam dostać. Wtedy to była najlepsza liga na świecie. 

- Mocno pana wspierał?

- Pomagał. To nie był typ człowieka, po którym nie było śladu zaraz po podpisaniu kontraktu. Załatwił mi umowę sponsorską z Diadorą, do tego nauczyciela od języka włoskiego. Życzliwy człowiek. 

- A Viola?

- Było w tym trochę przypadku. Zgłosił się do mnie dopiero, gdy dowiedział się o zainteresowaniu moją osobą Celtiku i Rangersów. Stwierdziłem, że skoro już się mną interesują, to nie jest mi do niczego potrzebny. Nie chciałem płacić komuś dodatkowych pieniędzy. Powiedział jednak, że jego wynagrodzeniem zajmie się klub. Wcześniej we Włoszech opłacałem menedżera ze swojego kontaktu.

- Myśli pan, że osiągnąłby więcej, gdyby pańską karierą od początku modelowo sterował jeden menedżer?

- Póki co, w dalszym ciągu najważniejsza jest forma prezentowana przez piłkarza na boisku. Ważna jest też jego świadomość. Zawodnik nie może dać agentowi pełnej kontroli nad swoim życiem. Sam wahałem się czy iść wtedy do Włoch, ale uległem podpowiedziom, w tym menedżera i się skusiłem. Podjąłem złą decyzję i do Szkocji wróciłem już sam. Teraz pokierowałbym swoją karierą trochę inaczej, zostałbym na Wyspach, gdzie piłkarsko czułem się najlepiej.
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Dariusz Adamczuk Pogoń Szczecin Polska Wywiad
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.