Dwie twarze West Hamu

rok temu Dwie twarze West Hamu
fot. twitter.com

Mówi się, że atrakcyjność angielskiej ekstraklasy polega przede wszystkim na tym, że zespoły w niej grające mogą pokonać każdego, ale też i ze wszystkimi przegrać. Najlepszym tego przykładem jest postawa West Hamu United.

Drużyna Slavena Bilicia to jedna z rewelacji trwającego sezonu Premier League i postrach jej hegemonów zarazem. W ośmiu dotychczasowych spotkaniach „Młoty” odniosły cztery zwycięstwa, dwa spotkania pozostały nierozstrzygnięte i tyle samo zakończyło się ich przegraną. W sumie nic w tym dziwnego, gdyż ekipa z Londynu nie uchodzi za faworyta rozgrywek, a zatem liczba ich porażek nie powinna nikogo dziwić. Sęk w tym, że „The Hammers” schodzą pokonani wtedy, gdy teoretycznie nie powinni, a zwyciężają w meczach z drużynami silniejszymi od siebie. Przynajmniej na papierze. 


Już pierwsze starcie West Hamu w tym sezonie zakończyło się nie lada sensacją, gdyż za zdecydowanego faworyta małych derbów Londynu uchodził Arsenal. Mecz z 9 sierpnia podopiecznym Wengera nie wyszedł jednak kompletnie i jak najbardziej zasłużenie po końcowym gwizdku zeszli z boiska pokonani. Wtedy jeszcze nikt nie upatrywał w pogromcach „Kanonierów” kandydata do zajęcia czołowej lokaty na finiszu rozgrywek, ale późniejsze zwycięstwa nad Liverpoolem oraz Manchesterem City pokazały, że chłopcy Bilicia naprawdę nie żartują i mają wielką ochotę na utarcie nosa wszystkim ligowym rywalom. Warto dodać, że trzy sensacyjne wygrane z wyżej notowanymi od stołecznego teamu przeciwnikami nie były dziełem przypadku, lecz efektem świetnej gry zawodników w bordowo-niebieskich strojach. Dimitri Payet i jego kompania nie zdobywali bramek po rykoszetach, czy z pozycji spalonych, których nie wychwycił sędzia, ale po składnych, efektownych akcjach. 


Twarz bezwzględnego zabójcy, pragnącego ze wszystkich sił pokarać tych, którzy lekceważyli go przed bezpośrednim starciem, jest pierwszą z twarzy, jakie do tej pory prezentowali kibicom Premiership piłkarze stołecznego zespołu. Można śmiało powiedzieć, iż w meczach z lepszymi od siebie na papierze drużynami West Ham jest okrutnym Mr Hyde'em. Kiedy zaś przyjdzie mierzyć się mu z rywalem o klasie niższej od Arsenalu, Liverpoolu, czy Manchesteru City, przemienia się w dobrodusznego Doktora Jekylla. I to jest druga – paradoksalnie gorsza – twarz londyńczyków. 


O ile porażkę 1:2 z Leicester City w drugiej kolejce Premier League, zaledwie tydzień po upokorzeniu „Kanonierów”, można wytłumaczyć równie niespodziewanie dobrą formą „Lisów”, już kolejną przegraną z Bournemouth trudno zrozumieć. Straty trzech punktów przez „The Hammers” nie można tłumaczyć nawet hat-trickiem napastnika „Wisienek”, Calluma Wilsona. Trudno dziwić się skuteczności Anglika, a także zdobywcy czwartej bramki jego rodaka Marca Pugha, skoro właściwie swoje gole zdobywali oni po karygodnych błędach defensorów West Hamu. A to któryś z nich dał się ograć niczym dziecko na skrzydle, pozwalając przeciwnikowi na dokładne dośrodkowanie, a to drugi wystawił jak na tacy piłkę Wilsonowi, z czego ten skrzętnie skorzystał. 


Postawa linii obrony „Młotów” w meczu z Bournemouth była zaskoczeniem, ale równie słabo wyglądała także w trakcie pojedynków przeciwko Norwich City oraz Sunderlandowi, czyli drużynom, które podobnie jak zespół Artura Boruca, trudno zaliczyć do wąskiego grona potęg. Wydaje się, że wygrane teamu Bilicia z faworytami do mistrzostwa kraju wpływają na jego podopiecznych zbyt rozluźniająco. Dwunasta ekipa poprzedniego sezonu na spotkania z wielkimi firmami wychodzi maksymalnie skoncentrowana i nie popełnia żadnych błędów, w pozostałych starciach jej członkowie bujają gdzieś w obłokach, podobnie zresztą jak gracze Manchesteru United tuż po rozpoczęciu niedzielnego meczu przeciwko Arsenalowi. 


Remis z Sunderlandem, choć pozostawił wielki niedosyt wśród fanów West Hamu, i tak powinien ich cieszyć, gdyż po pierwszych 45 minutach na tablicy wyników widniał rezultat 2:1 na korzyść „Czarnych Kotów”. W drugiej połowie zdołał wyrównać niezawodny Payet, ale na nic więcej Francuza i jego kolegów tamtego dnia już nie było stać. Szkoda, gdyż w przypadku wygranej zamiast 14 „oczek”, „Młoty” miałyby ich na koncie 16, a gdyby jeszcze zdołali pokonać tydzień temu Norwich, zrównaliby się punktami z liderującymi „Obywatelami”.  


Miejmy nadzieję, że kolejne mecze tej drużyny zakończą się jej zwycięstwami i kopciuszek ze stolicy zdoła zamieszać nieco w czubie tabeli. Właściwie co roku w pierwszej części sezonu Premier League wyłania się zespół, prezentujący doskonałą formę, ale gdzieś w okolicy świąt zaczyna brakować mu sił i spada o kilka miejsc. W rozgrywkach 2014/2015 „The Hammers” także weszli w sezon nadspodziewanie dobrze, ale później nie było tak różowo. Czy tym razem unikną dawnych błędów i zdołają zaskoczyć całą Europę, zajmując miejsce na podium? 


Patrząc na „popisy” drużyn, które na mecie ubiegłego sezonu zajęły miejsca premiowane awansem do Ligi Mistrzów (lub jej kwalifikacji), warto kibicować West Hamowi. Być może jego chorwacki trener zdoła przekonać swoją gwardię, że występ w tych elitarnych rozgrywkach to dla piłkarzy zaszczyt, a nie jedynie przykry obowiązek, co można było wywnioskować po dwóch kolejkach fazy grupowej bieżącej edycji, w których cztery angielskie zespoły zdołały ugrać zaledwie 9 punktów na 24 możliwe. 

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: West Ham United FC premier league Arsenal FC Liverpool FC Manchester City FC Dimitri Payet slaven bilić
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.