Udane życie po Barcelonie, czyli jak być gwiazdą po opuszczeniu Camp Nou

rok temu Udane życie po Barcelonie, czyli jak być gwiazdą po opuszczeniu Camp Nou

Coś więcej niż klub” – to hasło bardzo często wykrzykują piłkarze Barcelony, by podkreślić swoje przywiązanie do bordowo-granatowych barw hiszpańskiego klubu.

Istnieją jednak zawodnicy, którym po opuszczeniu Camp Nou wiedzie się zdecydowanie lepiej niż za czasów gry w drużynie zeszłorocznego triumfatora Champions League.

Wystarczy tylko wspomnieć nazwiska takie jak: Zlatan Ibrahimović, Alexis Sanchez bądź Yaya Toure. Wszyscy trzej byli w pewnym czasie bardzo ważnymi postaciami „Dumy Katalonii”, lecz z różnych powodów musieli opuścić jej szeregi i poszukać swego szczęścia gdzie indziej. Trudno ukryć, iż inspiracją do powstania niniejszego artykułu były doskonałe występy wspomnianego nieco wyżej Chilijczyka, który przed startem sezonu 2014/2015 przywędrował do deszczowej Anglii, by wzmocnić rywalizację wśród pomocników Arsenalu.

Zamknął usta sceptykom

Wielu z fanów „Kanonierów” kręciło nosem, słysząc o zamiarach Arsene'a Wengera, zamierzającego pozyskać filigranowego pomocnika (może grać także w ataku), ale dziś żaden z owych dawnych sceptyków nie wyobraża sobie ekipy 13-krotnych mistrzów Anglii bez niego. Sanchez jest płucami, sercem i duszą zespołu. Nie boi się pojedynków bark w bark z większymi od siebie o głowę wyspiarskimi obrońcami. Ubiegły sezon ligowy Alexis zakończył z szesnastoma bramkami na koncie, do których dołożył osiem asyst, potwierdzając, że świetny gracz jest w stanie poradzić sobie w każdej lidze.

Kibice powątpiewający jeszcze nie tak dawno w przydatność członka zwycięskiego teamu tegorocznego Copa America w Arsenalu, dziś śmieją się z włodarzy jego poprzedniego klubu – Barcelony. Co prawda Katalończycy otrzymali w zamian aż 42,5 mln euro, ale stracili doskonałego zmiennika Lionela Messiego, który właśnie teraz – w obliczu kontuzji geniusza z Argentyny – miałby okazję do zaprezentowania swoich ponadprzeciętnych możliwości. Obecnie ciężar prowadzenia gry ofensywnej „Barcy” spoczywa głównie na barkach Neymara oraz Luisa Suareza, gdyż biegający w ostatnim meczu z Sevillą po prawej flance młody Munir El Haddadi na pewno nie prezentuje takiej formy, jaką Wyspiarzy zachwyca Sanchez.

Ktoś mógłby zatem zapytać, dlaczego latem 2014 r. Barcelona tak łatwo podziękowała graczowi za współpracę, którego sprowadziła na Półwysep Iberyjski trzy lata wcześniej z włoskiego Udinese Odpowiedź, a w zasadzie odpowiedzi na to pytanie, ponieważ przyczyn było kilka, są bardzo proste. Po pierwsze, grając w Barcelonie, Sanchez był ciągle porównywany do Leo Messiego. Kiedy zdobywał bramki, wszyscy mówili, że mógł trafić więcej. Gdy kończył mecz bez gola na koncie, dało się słyszeć głosy, że „Atomowa Pchła” potrzebuje bardziej klasowego partnera, takiego jak Luis Suarez, czy Neymar, którzy zostali wytransferowani do Barcelony mniej więcej w tym samym czasie, co Alexis na Wyspy Brytyjskie. Chilijczyk chciał wreszcie poczuć się doceniony, a także sprawdzić się w roli lidera drużyny, co w Hiszpanii skutecznie uniemożliwiał mu Messi (drugi powód). Trudno się jednak dziwić kolejnym trenerom „Blaugrany”, że taktykę swego zespołu zawsze podporządkowywali Lionelowi, ponieważ taki piłkarz trafia się raz na sto lat. To on ma błyszczeć, a inni tylko od czasu do czasu mogą wyjść z jego cienia.

Trzecią przyczyną odejścia Sancheza było na pewno również jego lekkie przesycenie sukcesami, a tych w Barcelonie zdobył przecież wiele. Właściwie w jego bogatej kolekcji brakuje tylko jednego, jakże cennego, skalpu, jakim jest Puchar Ligi Mistrzów. W Arsenalu trudno będzie mu zdobyć upragnione trofeum, ale jeśli za jakiś czas na Emirates Stadium przybędzie kilku nowych graczy pokroju Petra Cecha czy Mesuta Oezila, to kto wie… Na razie do gry skrzydłowego „The Gunners” nie można mieć żadnych zastrzeżeń, Może jedynie w początkowych meczach bieżącej edycji Premiership, skrzydłowy nie potrafił odnaleźć swojej formy, co było spowodowane w głównej mierze ultrakrótkimi wakacjami po zakończeniu południowoamerykańskiego czempionatu, ale od meczu z Leicester gwiazda londyńczyków zachwyca. Trzy bramki wbite „Lisom”, gol w spotkaniu przeciwko Olympiakosowi Pireus w Champions League, a także dublet w ostatnim spotkaniu ligowym przeciwko Manchesterowi United mówią wszystko – Alexis wraca do gry, a „Barca” niech żałuje pozbycia się takiego diamentu.

Riquelme musi odejść

Nie tylko jednak transfer uczestnika ubiegłorocznego mundialu może budzić pewne zdziwienie. Od momentu, kiedy za sterami „Dumy Katalonii” zasiadł Holender Frank Rijkaard (2003 r.), po pewnym czasie przełamując rządy absolutne Realu Madryt w Primiera Division, na Camp Nou trafiło mnóstwo świetnych graczy, ale też spora liczba równie zdolnych opuściła Hiszpanię. Nie wszyscy bowiem potrafili cieszyć się z sukcesów Barcelony, kiedy ich udział w zdobywaniu owych trofeów nie był tak znaczący, jakby tego oczekiwali. Sanchez nie chciał pozostawać dłużej w cieniu Messiego, podobnie jak kilku innych nie zamierzało pracować tylko i wyłącznie na chwałę Ronaldinho, który, podobnie jak Rijkaard, trafił do „Dumy Katalonii” latem 2003 r. To głównie ci dwaj panowie mieli przywrócić Barcelonie dawny blask, rozpoczynając nowy, wspaniały etap w historii klubu.

I tak też się stało, ale nie od razu, i nie bez ofiar wśród dotychczasowych graczy katalońskiego zespołu. Znalezienie się Ronaldinho za Pirenejami oznaczało problemy zwłaszcza dla Juana Romana Riquelme, który to w sezonie 2002/2003 rozegrał dla Barcy 30 spotkań w Primera Division, pełniąc funkcję playmakera – zarezerwowaną później dla wirtuoza z Brazylii. Tym samym kariera Argentyńczyka na Camp Nou trwała zaledwie rok, ale też odsprzedanie go za 10 mln euro Villarealowi było zarówno dla „Żółtej Łodzi Podwodnej”, jak i samego zawodnika, strzałem w dziesiątkę. Na El Madrigal rozgrywający spędził cztery lata (z krótkim wypożyczeniem do Boca Juniors), stając się jednym z najbardziej cenionych futbolistów na swojej pozycji w Europie.

Choć wielu tak zwanych ekspertów zarzucało Riquelme, że nie pasuje do futbolu XXI w., ponieważ nie posiadł umiejętności szybkiego pozbywania się piłki, lubując się w jej nieskończonym holowaniu, Argentyńczyk dotarł ze swoją drużyną aż do półfinału Ligi Mistrzów w 2006 r. Tam Hiszpanie musieli uznać wyższość Arsenalu (Riquelme nie wykorzystał rzutu karnego w jednym ze spotkań), ale dzięki swojej świetnej postawie Juan został powołany do kadry Argentyny na niemiecki mundial, gdzie we wszystkich pięciu meczach „Alibceleste” odgrywał rolę jej podstawowego rozgrywającego.

Na podobny ruch – opuszczenie Barcelony i zasilenie szeregów innego klubu z Hiszpanii – niemalże dokładnie dziesięć lat po transferze Riquelme do Villarealu, zdecydował się świetny napastnik David Villa. On, w odróżnieniu od argentyńskiego pomocnika, w pasiastej koszulce „Dumy Katalonii” występował nieco dłużej, a dokładnie rzecz ujmując – trzy sezony. W tym czasie mistrz Europy i świata z reprezentacją Hiszpanii rozegrał dla Barcy prawie 120 spotkań, w których 48 razy wpisywał się na listę strzelców. W drużynie Pepa Guardioli miał zastąpić odsprzedanego Milanowi Zlatana Ibrahimovicia i katalońscy kibice oraz sam trener na skuteczność swojej nowej gwiazdy nie mieli prawa narzekać. Grający obecnie w MLS atakujący stanowił jedną trzecią wspaniałego tercetu ofensywnego „Balugrany”, nazywanego MVP. Tym skrótem zazwyczaj legitymuje się najbardziej wartościowego zawodnika danych rozgrywek (z ang. Most Valuable Player), jednak hiszpańscy dziennikarze te trzy litery odnosili względem nazwisk członków zabójczo skutecznego ataku Barcelony  – Messiego, Villi właśnie oraz Pedro.

W barwach 23-krotnych mistrzów kraju David czuł się doskonale, wygrał wszystko, co było tylko możliwe i w 2013 r. odszedł do Atletico Madryt. Pod batutą Diego Simeone „Los Colchoneros” sprawili ogromną sensację, zdobywając mistrzowski tytuł (2014) po osiemnastu latach dominacji innych klubów. Jednym z architektów sukcesu odwiecznego rywala Realu był oczywiście Villa.

Guardiola bez jaj

A skoro wcześniej wspomnieliśmy o Zlatanie Ibrahimoviciu jako tym, którego w ataku Barcelony miał zastąpić Villa, warto do niego powrócić, ponieważ Szwed akurat tak miło, jak Hiszpan wspominać Pepa Guardioli na pewno nie będzie. Dwa lata spędzone w słonecznej krainie stanowią chyba najbardziej pesymistyczny okres w jego karierze, nawet mimo sukcesów, jakie tam osiągał. Gwiazdor skandynawskiego futbolu od samego początku swojej przygody z „Barcą” pasował do niej jak pięść do nosa. Rosły napastnik wyglądał wśród pozostałych – niegrzeszących wzrostem – chłopców Guardioli niczym wielkolud. I niby na boisku wszystko wyglądało dość ciekawie, ponieważ Zlatan grał dużo, zdobywał bramki, ale w szatni nie potrafił dogadać się ze swoim przełożonym.

Znany z trudnego charakteru piłkarz przyznał po latach w jednym z wywiadów, że obecnie prowadzący Bayern Monachium Pep nie był z nim do końca szczery. Dziennikarzowi tygodnika „Der Spiegel” powiedział: – Guardiola poświęcił mnie na rzecz Messiego i nawet nie miał odwagi, żeby mi to powiedzieć wprost. On nie ma jaj. Oczywiście Messi jest świetnym graczem, ale ja strzelałem więcej goli niż on. Później Szwed dodał jeszcze, że Guardiola unikał nawet przebywania z nim w jednym pomieszczeniu. Bagatelizowany napastnik postanowił zatem zamienić Hiszpanię na Włochy i chyba dziś nie ma prawa żałować swego posunięcia. Bo gdyby nie jego dobra gra w Milanie, nie trafiłby potem do Paris-Saint Germain, gdzie jest gwiazdą największego formatu i atrakcją stolicy Francji na miarę wieży Eiffla.

Strata Ibrahimovicia pięć lat temu nie była dla Barcelony zbyt bolesna, bo nie dość, że w jego miejsce sprowadzono równie skutecznego Davida Villę, to na dodatek Hiszpan nie był z nikim skonfliktowany, a co za tym idzie – mocno oczyścił atmosferę w szatni, którą zdążył zepsuć Zlatan. Zdecydowanie bardziej działacze „Dumy Katalonii” żałowali zapewne odejścia w tym samym czasie Yaya Toure, który dał się skutecznie skusić milionom petrodolarów arabskich szejków, zarządzających Manchesterem City. Reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej i jeden z najlepszych defensywnych pomocników świata także nie przepadał za stylem prowadzenia drużyny przez Guardiolę.

Iworyjczyk przyznał, że początkowo nie chciał opuszczać Barcelony, ale kiedy stracił miejsce w podstawowej jedenastce na rzecz Sergio Busquetsa, postanowił dołączyć do „Obywateli”, gdzie razem z bratem Kolo miał stanowić w głównej mierze o ich sile. 32-latek na pewno nie żałuje przenosin do Anglii, gdzie czuje się znakomicie w siłowej, szybkiej Premier League. Szczyt swoich umiejętności ukazał w sezonie 2013/2014, kiedy w 35 meczach ligowych zdobył aż 20 bramek. Wynik jak na defensywnego pomocnika był to zatem wybitny. W Barcelonie, u boku Messiego, na pewno nie zdołałby osiągnąć czegoś podobnego.

Klub dla wybranych

Rok 2010 był zdecydowanie jednym z najciekawszych w historii Barcy, jeśli chodzi o transferowanie zawodników. Oprócz straty Ibrahimovicia (to akurat można jeszcze przeboleć) i Toure (obok tego trudno już przejść obojętnie) Katalończycy pozbyli się także uniwersalnego obrońcy, Martina Caceresa. Urugwajczyk do zespołu z Katalonii trafił w 2008 r. z Villarealu, a opuścił ją definitywnie trzy lata później. „Definitywnie”, ponieważ w tym czasie był dwukrotnie wypożyczany – do Juventusu Turyn oraz Sevilli. Andaluzyjczycy odkupili Caceresa od Barcelony za 3 mln euro w 2011 r., po czym wysłali go na na pół roku do „Juve”. Znający się na defensywie jak mało kto Włosi dostrzegli u Martina talent i przed sezonem 2012/2013 wreszcie dopięli swego, za 8 mln euro pozyskując piłkarza na stałe.

W Serie A trudno znaleźć drugiego tak uniwersalnego obrońcę, jak Caceres. Nie jest mu obca gra ani na lewej stronie defensywy, ani na prawej. Bardzo solidnie wygląda także jako stoper. Dlaczego więc tak świetny gracz nie przebił się kilka lat temu na Camp Nou? Przede wszystkim dlatego, że był wówczas zbyt młody i nieokrzesany, by nawiązać równorzędną walkę z innymi obrońcami Barcelony – Carlesem Puyolem, Erikiem Abidalem, Gabrielem Milito czy Rafaelem Marquezem. Dziś żadnego z nich nie ma już w Hiszpanii, a futbolista z Ameryki Południowej całkiem udanie wciąż poczynia sobie w Juventusie. Bardziej doświadczony niż w 2008 r., obyty w Europie Caceres miałby duże szanse zdetronizować dziś Javiera Mascherano oraz Gerarda Pique. Ale o tym, pozbywając się Urugwajczyka, działacze katalońskiego teamu w przeszłości nie pomyśleli.

A może wręcz przeciwnie? Transfery wszystkich wcześniej opisywanych piłkarzy były perfekcyjnie zaplanowane, a pieniądze z ich sprzedaży miały podreperować nieco budżet najlepszego obecnie zespołu na świecie? Barca uwielbia przecież kupować, a pozyskanie Luisa Suareza, Neymara i jeszcze paru innych musiało słono kosztować. Poza tym w drużynie Luisa Enrique oraz jego poprzedników mogli występować tylko najlepsi, natomiast ci jedynie młodzi, zdolni musieli udowodnić swoją wartość na wypożyczeniach albo definitywnie opuścić miejsce, gdzie chyba każdy kopacz chciałby znaleźć się chociaż przez chwilę.

Wszyscy członkowie tego wspaniałego klubu muszą także pójść w ogień za swoim przywódcą, czyli trenerem. Jeżeli któryś zacznie zbyt głośno mówić o swoim niezadowoleniu lub – nie daj Boże – porwie się na krytykowanie stylu prowadzenia zespołu przez szkoleniowca, lada moment może rozglądać się za nowym miejscem pracy. Ostatnimi czasy z powodu popełnienia któregoś z wymienionych powyżej „przewinień” Barcę musieli opuścić m.in. Luiz Garcia, Mark van Bommel, Thiago Motta, Maxwell, Cesc Fabregas, Pedro czy Adama Traore – piłkarze, którzy radzili lub wciąż radzą sobie bardzo dobrze w nowych zespołach. Ale „Blaugrana” może sobie na to pozwolić. Bo to coś więcej niż klub i jej barwy może reprezentować tylko ktoś więcej, niż piłkarz. Pozostali muszą szukać swego szczęścia gdzie indziej. I oby wiodło im się przynajmniej tak samo udanie, jak przedstawionym tutaj bohaterom. 

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: FC Barcelona Hiszpania Juan Roman Riquelme Alexis Alejandro Sánchez Sánchez
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.