Brązowe fatum, czyli klątwa trzeciego miejsca na wielkiej imprezie

rok temu Brązowe fatum, czyli klątwa trzeciego miejsca na wielkiej imprezie
fot. Twitter

Blamaż Holandii w postaci zajęcia dopiero czwartego miejsca w grupie A to zdecydowanie największa sensacja kwalifikacji do Euro 2016. Przed ich rozpoczęciem nikt chyba nie przypuszczał, że „Oranje” może zabraknąć we Francji.

Tym bardziej że reprezentacja jednego z trzech krajów Beneluksu w zeszłym roku świętowała zdobycie brązowego medalu mistrzostw świata. Brazylijski mundial był jednym z najlepszych w wykonaniu Holendrów, jeśli chodzi o ich wszystkie występy podczas czempionatu globu, którzy dopiero w półfinale znaleźli swoich pogromców – Argentyńczyków. „Albicelestes” zdołali pokonać rywali z Europy w serii rzutów karnych, co również świadczyło o klasie zespołu Louisa van Gaala. Podobnie zresztą jak rozbicie przez niego gospodarzy turnieju – Brazylijczyków 3:0 w meczu o trzecie miejsce. Tym samym piłkarze „Oranje” w ciągu czterech lat dwukrotnie stawali na podium najważniejszej futbolowej imprezy świata, gdyż w 2010 r. zdobyli srebro, w finale ulegając (po dogrywce) fenomenalnej Hiszpanii.

Hiddink drugi raz w tej samej rzece

Po ostatnim gwizdku sędziego Djamela Haimoudiego, który prowadził spotkanie Brazylijczyków z Holendrami o brąz, jasne było, ze z reprezentacją Kraju Tulipanów pożegna się ojciec jej sukcesu w Ameryce Południowej, trener Van Gaal. Na byłego opiekuna m.in. Bayernu Monachium czekała już posada menadżera Manchesteru United, gdzie miał zastąpić jego tymczasowego opiekuna, Ryana Giggsa. Walijczyk prędzej czy później i tak zostanie szkoleniowcem „Czerwonych Diabłów”, ale zarządzający nimi klan Glazerów, po perypetiach z Davida Moyesem, chciał oddać stery klubu w ręce kogoś bardziej doświadczonego. Negocjacje z Holendrem nie trwały zbyt długo, a zostały podjęte jeszcze przed rozpoczęciem ubiegłorocznych mistrzostw świata. Zatem i władze KNVB (Holenderska Federacja Piłkarska) miały sporo czasu, by znaleźć godnego następce LVG. Wybór padł na doświadczonego Guusa Hiddinka, który już raz – od 1 stycznia 1995 do 12 lipca 1998 r. – prowadził kadrę narodową Holandii.

Co prawda w trakcie jego pierwszej kadencji nic wielkiego z reprezentacją nie ugrał, poprzestając jedynie na ćwierćfinale Euro 1996 oraz półfinale mistrzostw świata 1998 (w meczu o brąz lepsi od Holendrów okazali się Chorwaci), ale przynajmniej potrafił wprowadzić swój zespół do wyżej wymienionych turniejów. Tak samo łatwo i przyjemnie miało pójść również z awansem do najbliższych finałów Euro, ale teoria swoje, a praktyka swoje. Po zakończeniu World Cup 2014 wydawało się, że rozpędzeni i świetnie zgrani Holendrzy z łatwością zdołają osiągnąć swój cel, lecz los spłatał im okrutnego figla i Arjen Robben wraz z kolegami będzie mógł jedynie z perspektywy trybun lub w zaciszu własnego domostwa pooglądać popisy Polaków oraz 23 innych zespołów – uczestników turnieju.

O tym, że Hiddink i jego podopieczni będą mieli ogromne problemy z wywalczeniem biletów nad Sekwanę było wiadomo już od pierwszego spotkania eliminacyjnego. Porażki 1:2 z Czechami nie przysłoniło późniejsze pokonanie Kazachstanu 3:1, tym bardziej że kolejny mecz przyniósł kolejne rozczarowanie w postaci przegranej z Islandią. Zdarzały się także zwycięstwa, ale jedynie ze słabą Łotwą. O meczach towarzyskich, w których Holendrzy pokonali m.in. Hiszpanię nie ma większego sensu wspominać.

Chłopcy Hiddinka grali po prostu źle. Wygrywali jedynie ze słabeuszami grupy A i w sparingach. Po wyjazdowym meczu z Łotyszami, wygranym 2:0, lecz w bardzo kiepskim stylu, włodarze KNVB wraz ze szkoleniowcem podjęli decyzję o rozstaniu. W kolejnych meczach eliminacji drużynę „Oranje” prowadził już Danny Blind, ale on także nie zdołał tchnąć w zawodników nowego ducha i sensacja stał się faktem – Holandia nie zdołała zakwalifikować się choćby do baraży, ustępując miejsca Turcji, Islandii oraz Czechom.

Trudno jednoznacznie ocenić, dlaczego po udanym mundialu Holendrzy tak szybko zatracili swoją formę. Jedni uważają, że niektórzy zawodnicy, jak choćby Robben, Robin van Persie czy Wesley Sneijder powinni ustąpić miejsca młodszym, bardziej spragnionym sukcesu graczom. Inni zaś twierdzą, że fatalnej dyspozycji piłkarzy winny był ten, który doprowadził ich do trzeciego miejsca na świecie, czyli Louis van Gaal, który słynie z katorżniczych treningów. A może piłkarze z zachodniej części kontynentu padli ofiarą… fatum?

Zaczęło się od Polski…

Brzmi to nieprawdopodobnie, ale jeśli prześledzimy losy drużyn, które w przeszłości zajmowały na mistrzostwach świata ostatnie miejsce na podium, przekonamy się, że niektóre z nich miały później ogromne problemy z wywalczeniem awansu na Euro. W historii futbolu aż siedem razy, nie licząc przypadku z bieżącego roku, zdarzało się, że trzecia drużyna globu nie zdołała zapewnić sobie miejsca wśród drużyn, które miały zaprezentować swoje możliwość na następnym czempionacie Starego Kontynentu.

Jako pierwsi w ten niechlubny sposób w annałach historii piłki nożnej zapisali się… Polacy. Starsi kibice do dziś wspominają wspaniały dla naszego kraju mundial '74 w Republice Federalnej Niemiec, kiedy „Orły” Kazimierza Górskiego otarły się o występ w decydującym meczu turnieju. Niestety, w półfinale Polska musiała uznać wyższość gospodarzy, ale niektórzy do dziś zastanawiają się, czy słynący z szybkiej gry „Biało-czerwoni” zdołaliby pokonać RFN, gdyby nie szalejąca kilka godzin przed rozpoczęciem meczu we Frankfurcie burza. Po latach spotkanie z 3 lipca okrzyknięto „meczem na wodzie”. Mimo porażki 0:1 mistrzostwa świata z 1974 r. do dziś pozostają najpiękniejszymi pośród wszystkich z udziałem naszej reprezentacji. W drodze do półfinału zespół „Trenera Tysiąclecia” pokonał m.in. Argentynę oraz Włochów, a w meczu o trzecie miejsce nie potrafili znaleźć na niego recepty Brazylijczycy. Piękny rajd Grzegorza Laty przez pół boiska zakończony precyzyjny strzałem wprawił w zdumienie piłkarzy „Canarinhos”, a jego strzelcowi zapewnił piłkarską nieśmiertelność.

Po pięknych latach 1972, kiedy Polska została mistrzem olimpijskim oraz 1974 nadszedł jednak rok 1975, którego nie możemy zbyt miło wspominać, ponieważ nasza najlepsza drużyna w historii nie zdołała przebrnąć pomyślnie kwalifikacji do Euro '76, które miały odbyć się w Jugosławii. Gwoli ścisłości należy dodać, że walkę o przepustki na ów turniej nasi rodacy rozpoczęli jeszcze w roku 1974 dwukrotnie pokonując reprezentację Finlandii. Kilka miesięcy później przyszło nam się mierzyć z dwoma pozostałymi, o wiele silniejszymi do Skandynawów, drużynami grupy 5. – Włochami oraz Holandią. Z Italią oba spotkania zakończyły się bezbramkowym remisem, z „Pomarańczowymi” natomiast wygraliśmy u siebie i przegraliśmy na wyjeździe. Ostatecznie Polska zgromadziła na swoim koncie tyle samo punktów, co Holendrzy, jednak o awansie naszych przeciwników na Euro zadecydował ich lepszy bilans bramkowy.

Piechniczek też nie dał rady

W 1982 r. nasza reprezentacja już w nieco innym składzie personalnym, a także pod wodzą nowego selekcjonera – Antoniego Piechniczka – powtórzyła swoje osiągnięcie sprzed ośmiu lat, zostając trzecią drużyną świata. Gwiazdą zespołu był wówczas obecny sternik Polskiego Związku Piłki Nożnej, Zbigniew Boniek, który wsławił się zdobyciem trzech bramek w meczu grupowym przeciwko Belgii. Nowy gwiazdor Juventusu Turyn miał do pomocy kilku innych wybitnych zawodników, jak choćby: nieżyjącego już Włodzimierza Smolarka, Andrzeja Szarmacha, Janusza Kupcewicza, Stefana Majewskiego czy Pawła Janasa. Pozostali także nie schodzili poniżej pewnego poziomu, dzięki czemu po raz drugi w historii Polacy wywalczyli brązowe medale mistrzostw świata, które zdobyli po zwycięskim meczu z Francuzami (3:2).

Z tymi samymi Francuzami, którzy dwa lata później mieli być gospodarzami Euro '84. „Trójkolorowi” o udział w turnieju organizowanym na własnej ziemi nie musieli się zatem martwić, w odróżnieniu od m.in Polaków, mających nadzieję na to, że to właśnie pod wieżą Eiffla po raz pierwszy dane będzie im wystąpić w mistrzostwach Starego Kontynentu. Kibice reprezentacji mieli nadzieję, że Antoni Piechniczek zdoła dokonać tego, z czym nie poradził sobie Kazimierz Górski, jednak rok 1983, gdy eliminacje dobiegły końca, przyniósł kolejne rozczarowanie. We francuskim czempionacie mogło wziąć udział tylko osiem zespołów, z których siedem (Francuzi jako gospodarze mieli zagwarantowany udział) miały wyłonić eliminacyjne. Grupy składały się z czterech zespołów, a na mistrzostwa awansowali jedynie ich zwycięzcy. Polska rywalizowała z Finlandią, Portugalią oraz ZSRR. Nietrudno się domyślić, że mecze zwłaszcza z tym ostatnim przeciwnikiem wywoływały wśród polskiej publiczności ogromne poruszenie. Chęć upokorzenia odwiecznego rywala nie przełożyła się jednak na wynik, gdyż na Stadionie Śląskim w Chorzowie padł remis 1:1, a w rewanżu na moskiewskich Łużnikach lepsi okazali się gospodarze, którzy zwyciężyli 2:0.

Ogółem w kwalifikacjach do Euro '84 Polacy potrafili wygrać zaledwie jedno spotkanie – wyjazdowe z Finlandią. Poza nim zanotowali trzy porażki i dwa remisy. Najbardziej pamiętnym spotkaniem z 1983 r. był ostatni mecz reprezentacji przeciwko Portugalii, która musiała zwyciężyć we Wrocławiu, by awansować do finałów kosztem ZSRR. „Orły” Piechniczka nie miały już szans na awans, ale nie zamierzały składać broni, chcąc z honorem zakończyć eliminacje. Kibice zgromadzeni na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu chcieli jednak za wszelką cenę pokrzyżować szyki wschodnim sąsiadom, dlatego też zamiast swoich idoli, dopingowali drużynę z Półwyspu Iberyjskiego. Ich okrzyki okazały się na tyle skuteczne, że goście pokonali gospodarzy 1:0 po bramce Carlosa Manuela, odbierając Związkowi Radzickiemu ostatnią nadzieję na awans.

Platini jak Boniek

Jeszcze większą sensacją od braku awansu polskiej reprezentacji do finałów Euro 1976 i 1984 był brak Francuzów na turnieju w 1988 r. Nie dość, że cztery lata wcześniej, na własnych boiskach, okazali się najlepszą drużyną mistrzostw Europy, to na dodatek w 1986 r. zajęli trzecie miejsce podczas World Cup w Meksyku. Powód takiego stanu rzeczy był właściwie ten sam, co w przypadku Polaków, kiedy nie potrafili przebrnąć przez eliminacje po udanych mundialach – dawniej o awans na Euro było zdecydowanie trudniej, niż w dzisiejszych czasach. UEFA przewidywała zaledwie ośmiu uczestników czempionatu po to, by rzeczywiście w turnieju mogły zaprezentować się najlepsze europejskie teamy. Jeżeli któraś z drużyn przebrnęła przez sito kwalifikacyjne wiadomym było, że w finałach czempionatu nie będzie pełniła funkcji dostarczyciela punktów. 

W 1992 r. „Trójkolorowi”, już pod wodzą Michela Platiniego, mogli zaprezentować się podczas Euro w Szwecji, odbijając sobie tym samym niepowodzenie sprzed czterech lat. Ale żeby nie było tak miło, do Skandynawii nie mogli polecieć oczywiście zdobywcy brązowych medali na ostatnich mistrzostwach świata. Tym razem padło na Włochów, a awans (a jakże!) przeszedł im koło nosa dosłownie o włos, podobnie jak poprzednio Francji. Reprezentacja Italii zajęła drugie miejsce w grupie eliminacyjnej, tuż za plecami ZSRR (w czasie trwania kwalifikacji Związek Radziecki wciąż pozostawał na mapie świata, jednak na Euro '92 – już po jego rozpadzie – wystąpiła reprezentacja Wspólnoty Niepodległych Państw). Piłkarze znad Adriatyku w dwumeczu z ZSRR odnieśli dwa remisy, jednak w pozostałych meczach zdarzyło im się potknąć z niżej notowanymi rywalami (Norwegia, Węgry), co skutkowało brakiem możliwości wzięcia udziału w turnieju organizowanym przez Szwedów. 

A skoro już drużyna „Trzech Koron” została wywołana do tablicy, trzeba odnotować, iż to właśnie ona – jako czwarta z kolei po Polsce, Francji oraz Włoszech – nie potrafiła zagrać w ciągu czterech lat zarówno na mistrzostwach świata zakończonych zdobyciem ostatniego miejsca na „pudle”, jak i w rozgrywkach o prymat wśród zespołów europejskich. W 1994 r., po 36 latach przerwy, zespół z północnej części kontynentu mógł ponownie świętować znalezienie się wśród trzech najlepszych drużyn globu. W 1950 r., przed własną publicznością, Szwedzi dotarli aż do finału, gdzie ulegli Brazylii z genialnym Pele w składzie. W Stanach Zjednoczonych nie zdołali dotrzeć do decydującego spotkania, gdyż w półfinale zostali zatrzymani także przez „Canarinhos”. W meczu o brąz Henrik Larsson oraz Tomas Brolin poprowadzili swoją drużynę do triumfu nad Bułgarią aż 4:0. Pierwszy z nich wyróżniał się nie tylko charakterystyczną fryzurą, ale przede wszystkim skutecznością strzelecką, drugi zaś słynął z szybkich rajdów i precyzyjnego dogrywania piłek kolegom. O klasie Brolina może świadczyć choćby fakt, że został wybrany do jedenastki mistrzostw z takimi asami, jak m.in. Paolo Maldini, Romario czy Christo Stoiczkow. 

Dlaczego zatem znakomity duet Larsson – Brolin nie zdołał wprowadzić swojej reprezentacji do kolejnych finałów Euro, które miały odbyć się w ojczyźnie futbolu – Anglii? Szwedzi, w przeciwieństwie do wcześniej opisywanych drużyn, mieli ułatwione zadanie, gdyż w brytyjskim turnieju – po raz pierwszy w historii – mogło zaprezentować się 16 drużyn. Z ośmiu grup eliminacyjnych wszyscy jej zwycięzcy plus sześć zespołów z drugich miejsc miało dołączyć do gospodarzy. Ostatni finalista miał zostać wyłoniony w wyniku meczu barażowego. Zmierzyły się w nim ekipy Holandii i Irlandii, które w swoich grupach zajęły drugie miejsca, lecz miały najgorszy dorobek punktowy. Próżno jednak szukać wśród 16 uczestników Euro 1996 Szwedów, którzy nie przebrnęli przez eliminacje, zajmując trzecie miejsce w grupie C, za Turcją i Szwajcarią z dorobkiem zaledwie dziewięciu punktów.  

Holandia wskrzesza tradycję? 

Po Szwedach kontynuatorami niechlubnej tradycji okazali się Chorwaci i Turkowie. Piłkarze szachownicą na koszulkach Euro 2000 obejrzeli w domu, zazdroszcząc zdobycia trofeum Henriego Delaunaya Francji, z którą dwa lata wcześniej przegrali mecz półfinałowy podczas mistrzostw świata. Turcy z kolei okazali się największą niespodzianką koreańsko-japońskiego mundialu z 2002 r. Zdobycie przez nich brązowego medalu do dziś pozostaje największym osiągnięciem w historii reprezentacji, obok dotarcia do półfinału Euro 2008. Na poprzedzającym austriacko-szwajcarskim czempionacie Europy w Portugalii jednak nie wystąpili, przegrywając dwumecz barażowy z Łotwą. 

Zespół znad Bosforu był ostatnim aż do 2015 r., kiedy tradycję postanowili wskrzesić Holendrzy, który nie potrafił wywalczyć miejsca w gronie uczestników finałów Euro po zdobyciu dwa lata wcześniej trzeciego miejsca podczas mistrzostw świata. „Brązowego fatum” ostatnio zdołali uniknąć Niemcy, którzy zajmowali trzecie miejsce na podium na organizowanych przez siebie (2006) oraz Republikę Południowej Afryki (2010) mundialach, po czym bez większych problemów zdobywali bilety na Euro 2008 i 2012. Miejmy nadzieję, że wpadka Holandii z tego roku nie zapoczątkuje kolejnej fatalnej serii…

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Polska Holandia Francja
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.