Agent Zachary: Dobrze, że Włosi się spóźnili [WYWIAD]

rok temu Agent Zachary: Dobrze, że Włosi się spóźnili [WYWIAD]
fot. Henan Jianye

"Polskie kluby chcą słowackich zawodników w wieku Ondreja Dudy, ale problemem są finanse".

- Polskie kluby chcą słowackich zawodników w wieku Ondreja Dudy, ale problemem są finanse. W podstawowym składzie Żiliny występuje kilku chłopaków urodzonych po 1994 roku. I grają bardzo fajną piłkę, ale polski klub ich nie wykupi - mówi w rozmowie z Transfery.info Paweł Zimończyk, były dziennikarz, a obecnie menedżer, który zajmuje się interesami m.in. Mateusza Zachary. 

***

- Jak zrodził się pomysł, żeby porzucić dziennikarstwo sportowe na rzecz menedżerki?

- Tak naprawdę myślałem o tym od zawsze. Wtedy było z tym o wiele więcej zachodu niż obecnie. Egzamin, po którym uzyskałem licencję nie należał do łatwych. Podjąłem jednak taką decyzję i z całą pewnością dzisiaj jej nie żałuję.

- Do pewnego momentu łączył pan obie profesje.

- Ale bardzo krótko. Na dłuższą metę to było nie do zrobienia. 

- Pracował pan głównie w Radio Katowice?

- W Radio Katowice, robiłem też relacje do legendarnego Studia S-13 w Programie Pierwszym Polskiego Radia, a w telewizji komentowałem, ale nie „na żywo”, w ESPN.

- Która praca jest ciekawsza?

- Wydaje mi się, że nie miałem dziennikarskiego powołania. Pewnie dlatego dosyć łatwo przyszło mi odpuszczenie tej pracy. Wielu moich kolegów otrzymuje przeróżne propozycje m.in. z klubów. Łączyłoby się to z odejściem z mediów, a oni nie wyobrażają sobie życia bez dziennikarstwa. Ja takiego problemu nie miałem. Zawsze chciałem pracować jako menedżer. Wszystko co robiłem wcześniej, wykonywałem pod tym kątem. Ale muszę przyznać, że praca w mediach bardzo mi pomogła. Jeżeli ktoś nie był wcześniej wielkim piłkarzem, to dobre źródło nawiązania kontaktów i obycia z ludźmi ze środowiska. Bez tego byłoby ciężko.

- Ale na boisku pan swoich sił próbował. Trenował pan w Odrze Wodzisław Śląski. 

- Może nie prezentowałem się nie wiadomo jak strasznie, ale obok mnie było sporo chłopaków z większym talentem. 

- Agencja Fair Sport należy tylko i wyłącznie do pana?

- Mam spółkę z moim słowackim wspólnikiem, Branislavem Jasurkiem.

- Współpracuje pan z nim od samego początku?

- Przez pierwszy rok albo dwa pracowałem sam. Branislav był jeszcze wtedy czynnym zawodnikiem. Na testach medycznych przed transferem do Rosji wykryto jednak u niego problemy ze zdrowiem i był zmuszony zakończyć karierę. Przez kilku znajomych udało nam się spotkać. Współpracę zaczęliśmy od transferu Roberta Jeża z Żiliny do Górnika Zabrze. 

- I od tego momentu pracowaliście razem już przy każdym transferze? 

- Nie od samego początku, ale bodajże po roku zdecydowaliśmy, że będziemy to kontynuować w formie spółki. Myślę, że była to najlepsza ze wszystkich decyzji. 

- Istnieje wyraźny podział na zawodników, którymi zajmuje się pan i on?

- Jasnego podziału nie ma, ale wiadomo, że z polskimi zawodnikami i częścią Słowaków, którzy grają u nas, częstszy kontakt mam ja. Ale Branio wszystkich zna, jeździ na mecze i też się z nimi spotyka. I to idzie w drugą stronę, sam mam identyczny kontakt z Norbertem Gyomberem czy Stanislavem Lobotką. Wiadomo, że jeśli nie możemy załatwić czegoś razem to sprawami bliżej Polski zajmuję się ja, a „słowackimi” on, ale o wszystkim decydujemy razem. 

- Z iloma zawodnikami obecnie współpracujecie? Ilościowo na pewno jesteście w czołówce na polskim rynku.

- Jesteśmy jesteśmy w czołówce szczególnie jeśli chodzi o rynek słowacki. Tam jest mniejsza konkurencja. Nie chcę rzucać dokładnych liczb, bo czasami współpracujemy z zawodnikami krótkofalowo, ale pracujemy z grupą około 50, 60 piłkarzy. Oczywiście mówię o zawodnikach występujących na szczeblach centralnych. 

- Działa pan głównie na Górnym Śląsku. 

- Od początku moje zadanie było takie, że działam tam, gdzie mam blisko. Do Ostrawy mam pół godziny, a wiadomo ile jest ze Śląska chociażby do Białegostoku. Choćby z tego powodu jest mi zdecydowanie łatwiej działać na południu. 

- Czuje się pan liderem wśród wszystkich agentów jeśli chodzi o te rejony? 

- Jeśli chodzi o rozeznanie na rynku słowackim - o zawodników, kluby i ludzi ze środowiska - to nieskromnie powiem, że wiedzę mam dużą. W ten sposób faktycznie można tak na to patrzeć, ale czy jestem liderem... Nie bawię się w takie rzeczy, każdy wykonuje swoją robotę jak najlepiej potrafi. 

- Ze Słowakami łatwo się dogadać?

- Jeśli chodzi o mentalność, język, kulturę i podejście do życia to Słowakom bardzo blisko do nas. Chyba nawet bliżej niż Czechom. To jeden z głównych powodów tego, dlaczego polskie kluby po nich sięgają. Bardzo szybko się aklimatyzują. 

- Z polskich zawodników twarzą pańskiej agencji jest Mateusz Zachara. Jak długo ze sobą współpracujecie?

- Od ponad czterech lat. Ale bardzo dobrą robotę wykonują teraz jeszcze Bartek Babiarz, Radek Murawski, Mateusz Kupczak, Adam Deja, Bartek Kopacz czy Mateusz Grzybek. A paru następnych jeszcze wypłynie, o to jestem spokojny. Ich czas nadejdzie i będą musieli podejmować takie decyzje, przed jaką stanął Zachara. 

- Pilotowanie transferu do Chin to największe wyzwanie w dotychczasowej karierze?

- Nie ma co ukrywać, że pod względem organizacji logistycznej to było duże wyzwanie, ale przenosiny Gyombera do Romy i Lobotki do Nordsjelland, które przeprowadziliśmy w ostatnim okienku, stały na podobnym poziomie.

- Skupmy się na Zacharze. 

- Pierwszy konkretny sygnał z Henan Jianye pojawił się pod koniec zeszłego roku. Wszystko zostało dogadane bardzo szybko. Załatwienie wizy, hotelu i wszystkiego innego to nie była prosta sprawa, a minęły może dwa, trzy tygodnie i transfer został sfinalizowany. Jeśli chodzi o przebieg negocjacji, nie różniło się to niczym od transferów do zachodniej Europy. Chińczycy wykazali się wielkim profesjonalizmem i do tej pory dotrzymują wszystkiego co zagwarantowali.

- Ile razy był pan w Chinach?

- Byłem dwukrotnie i prawdopodobnie w tym roku polecę po raz trzeci. Jestem pod wielkim wrażeniem logistyki w tym kraju. Z miejsca, w którym gra Mateusz, do Pekinu jest 750 kilometrów. Byłem w stanie pokonać taką trasę pociągiem w mniej niż dwie i pół godziny. To nie jest trzeci świat. Wiadomo, że istnieje podział na biedniejsze i bogatsze regiony, ale jeśli chodzi o duże miasta - tam prawie dziesięciomilionowe - są to świetnie zorganizowane metropolie. 

- Często jesteście ze sobą w kontakcie?

- Kilka razy w tygodniu. Jasne, że nie wydzwaniamy do siebie co chwilę, ale wiem co się u niego na bieżąco dzieje. On też otrzymuje meldunki z Polski z pierwszej ręki. 

- Mocno zastanawialiście się nad chińskim kierunkiem?

- Bardzo duże zainteresowanie Mateuszem było już rok wcześniej, gdy od początku sezonu do końca roku strzelił 10 goli. Wtedy otrzymał naprawdę solidne oferty z Primera Division i ligi belgijskiej. Wyszło jak wyszło. Gdyby zdecydował się na Celtę Vigo czy Standard Liege teraz nie rozmawialibyśmy o Chinach, ale nie ma co tego rozpamiętywać. Później Mateuszowi przytrafiła się przykra kontuzja i na transfer trzeba było czekać przez kolejne dwanaście miesięcy. Chińczycy okazali się najkonkretniejsi. Warunki finansowe odegrały istotną rolę, a oni zdecydowanie przebili wszystkie inne europejskie oferty. 

- Poprzedniego lata faktycznie zabrakło kilkudziesięciu minut, żeby Zachara w ostatnim dniu okienka transferowego związał się z Bari?

- Włosi determinowali jego pozyskanie odejściem swojego zawodnika do Palermo. Z perspektywy czasu powiem, że dobrze się stało, że Bari się wtedy spóźniło. Gdyby nie to, Mateusz nie zaliczyłby kolejnej bardzo dobrej serii w barwach Górnika i prawdopodobnie nie byłoby oferty z Chin. A Bari skończyło w tamtym sezonie dość średnio. 

- Wspomniał pan o Babiarzu. Dla wielu to niespodzianka, że tak dobrze radzi sobie w Niecieczy. 

- Już w Chorzowie wykonywał kawał dobrej roboty. Media zbyt często tego nie podkreślały, ale wielu ludzi go doceniało. Teraz ma jeden z najlepszych okresów w swojej karierze. Jego dobra forma z czasów pracy Jana Kociana w Chorzowie, a później Waldemara Fornalika poszła jeszcze w górę.

- Babiarz miał ofertę ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ale jednak został w kraju. Jaki ma pan pomysł na jego karierę?

- Na razie spokojnie podchodzimy do tego co się wokół niego dzieje. On chce się skupić na grze i życiu rodzinnym, co na każdym kroku podkreśla. O tym, co będzie dalej, pomyślimy zimą albo latem przyszłego roku. Ten drugi wariant jest zdecydowanie bardziej prawdopodobny. 

- Któryś z zawodników współpracuje z panem od początku pańskiej przygody z menedżerką?

- Jednym z moich pierwszych zawodników był Grzesiu Kasprzik, z którym cały czas współpracuję.

- Swego czasu bramkarz Lecha Poznań. 

- Mistrzowskiego Lecha. To był mój pierwszy duży transfer i wielka szansa dla niego samego.

- Nie zrobił kariery, na którą niektórzy liczyli.

- Przyczyniło się do tego wiele czynników. Grzegorz jest obecnie w Górniku, a nigdy nie ukrywał, że kibicowsko sympatyzuje z tym klubem.

- Swego czasu zarzucano panu, że „kolonia” pańskich piłkarzy w Zabrzu jest zbyt liczna. 

- Wydaje mi się, że nie jest taka duża. Te artykuły pojawiały się w momencie, gdy do Górnika przyszli Michal Gasparik, Daniel Sikorski, Jeż i kilku innych. Życie zweryfikowało to jednak pozytywnie. Gdyby nie późniejsze transfery Jeża i Sikorskiego, Górnik miałby poważne problemy z licencją.

- Czyli z Górnikiem współpracuje się panu dobrze?

- Mam nadzieję, że z wzajemnością. 

- Trzeba powiedzieć, że nie ściąga pan do Polski młodziutkich zawodników. Roman Gergel, Erik Grendel, Jan Vlasko - każdy z nich miał 25, 26 lat. Byli i starsi...

- … Kluby chcą słowackich zawodników w wieku Ondreja Dudy, ale problemem są finanse. W podstawowym składzie Żiliny występuje kilku chłopaków urodzonych po 1994 roku. I grają bardzo fajną piłkę, ale polski klub ich nie wykupi. Podobnie jest z Trencinem, bo Stanislav Lobotka miał oferty z Polski, ale nie zainteresowały one jego ówczesnego klubu. Pozyskanie starszych o kilka lat zawodników jest o wiele łatwiejsze. 

- W miarę ukształtowany słowacki zawodnik przychodzi do nas, żeby jak najszybciej wybić się dalej czy myśli bardziej o ugruntowaniu swojej pozycji w Polsce? 

- Tacy zawodnicy jak Gergel czy Vlasko mogą potraktować Polskę jako przystanek. Jeśli nie uda im się trafić do zachodniej ligi, będą mieli przynajmniej poczucie, że próbowali się tam dostać. Nikt nigdy nie traktował przenosin do Polski jako zesłania nie wiadomo gdzie. Nasza liga jest na Słowacji coraz bardziej popularna. I odwrotnie. Polskim klubom opłaca się ściągać Słowaków. Mówiliśmy już o podobnej mentalności obu narodów, w dodatku obserwacja tamtejszych zawodników nie wiąże się z wielkimi kosztami. Na meczach ligi słowackiej można dostrzec coraz więcej przedstawicieli polskich klubów. 

- Gergel faktycznie był latem bliski przenosin do Jagiellonii Białystok?

- Było spore zainteresowanie, ale teraz Roman skupia się na pomocy w wydostaniu Górnika z dolnej części tabeli. 

- Inaczej początek na polskich boiskach wyobrażał sobie pewnie Vlasko. 

- Ze zdrowiem się nie wygra, ale mam nadzieję, że Janko wszystkie problemy ma już za sobą. Jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie to potencjał ma ogromny. 

- Niedawno interesowały się nim zespoły z Segunda Division i 2. Bundesligi.

- Temat jego gry w Hiszpanii był pół roku wcześniej, zimą, ale doszło wtedy do zamieszania z przedłużeniem kontraktu w Trnavie. Z racji tego, że Janko ma zamiar wrócić na stare lata do tego miasta, nie chciał palić mostów. Hiszpanie postawili warunek, że jego umowa nie może zostać przedłużona, ale on powiedział, że nie rozejdzie się w taki sposób z klubem. Chciał zachować się fair wobec Trnavy. 

- Mocno do przenosin do Polski miał namawiać go Lubomir Guldan, który gra w Zagłębiu już od dwóch sezonów. 

- Janka nie trzeba było na Polskę namawiać. Bardziej chodziło o samo Zagłębie, bo w grze były też inne polskie kluby. Ale „Miedziowi” i tak byli najbardziej zdeterminowani. 

- Mówił pan, że 20-letnim Lobotką, który niedawno trafił do Nordsjelland, interesowały się też polskie kluby. Kiedy to było?

- Pół roku po przejściu do Legii Dudy. Ale tak jak mówiłem, z Żiliną, Trencinem czy Slovanem ciężko jest rozmawiać. Jeśli chodzi o ten ostatni, wydaje mi się, że tylko trzy kluby w Polsce są w stanie płacić większe pieniądze. A Slovan i reszta w naturalny sposób rywalizuje z naszymi klubami. Wracający z Holandii Samuel Stefanik mógł trafić do Polski, ale Slovan był szybszy i bardziej konkretny.

- Lobotka też grał w Holandii, ale do Ajaksu był chyba tylko wypożyczony?

- Dokładnie. Tutaj duże ukłony należą się Trencinowi, właścicielem tego klubu jest wieloletni zawodnik amsterdamskiego klubu, Tscheu La Ling. W dużej mierze to była jego zasługa. Później, jak to często w życiu bywa poszło o pieniądze i zawodnik musiał wrócić na Słowację. Mam nadzieję, że po pobycie w Nordsjelland za rok trafi tam gdzie jego miejsce, czyli do którejś z topowych europejskich lig. 

- Tam już jest Gyomber, który trafił do Romy. 

- Został tam wypożyczony na rok z Catanii. Jest po ciężkiej kontuzji, zobaczymy czy trener da mu szansę. Konkurencja w klubie tego pokroju jest ogromna, ale jeśli przychodzi oferta z Romy to ciężko z niej nie skorzystać. 
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Paweł Zimończyk Wywiad Polska
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.