Agent piłkarski jak DJ! [WYWIAD]

rok temu Agent piłkarski jak DJ! [WYWIAD]
fot. Facebook

W tym tygodniu porozmawialiśmy z Piotrem Jóźwiakiem.

- Obiecałem sobie, że nigdy nikogo celowo nie oszukam. Oczywiście, można pomylić się przez przypadek, jesteśmy tylko ludźmi. Wtedy trzeba się do tego przyznać i przeprosić, ale zagrywek części ludzi z branży nie można pod to podpiąć. Niektóre są naprawdę przebiegłe. Zdarzają się i takie przypadki, że agent spotyka na meczu zawodnika i nawet nie wie, że zajmuje się jego interesami - opowiada w rozmowie z Transfery.info Piotr Jóźwiak z agencji box2box.

***

- Znudziło ci się bycie dziennikarzem?

- Ja od samego początku chciałem być agentem. Agentem albo trenerem. Szkoleniowcy jednak cały czas są zwalniani. Jeżdżą po kraju i szukają roboty. Porządny menedżer zawsze będzie sobie dobrze radził. To zdecydowanie bardziej wygodny zawód.

- Opowiedz coś więcej o swojej przygodzie z pisaniem.

- Zaczęło się od wagarów, to było na początku liceum. Poszedłem do kolegi, otworzyliśmy stronę legia.net i znaleźliśmy informację o naborze. W ramach zabawy postanowiliśmy się zgłosić. Chodziłem do klasy humanistycznej i byłem przekonany, że piszę doskonale. Myliłem się. W ogóle nie umiałem pisać, chociaż zrozumiałem to trochę później, już na Weszło. Na stronę Legii początkowo nie chcieli mnie przyjąć, ale ostatecznie się tam znalazłem. Pisanie o piłce młodzieżowej zaczęło się trochę przypadkowo. Po prostu brakowało chętnych, a wolałem jednak pisać swoje teksty niż przeklejać kolejne newsy. Pamiętam jeszcze jak na spotkania Młodej Ekstraklasy przychodziło po pięć osób. Wiadomo, że zainteresowanych z czasem przybyło. Takiego Rafała Makowskiego, który był naszym pierwszym klientem, widziałem po raz pierwszy w akcji, gdy miał 11 albo 12 lat. Fajnie, że historia tak zatoczyła koło.

- Na polskim rynku znajdzie się kilku menedżerów, dla których dziennikarstwo było pierwszym spotkaniem z piłką. Niektórzy od razu traktowali je jako źródło złapania kontaktów.

- U mnie to wyszło samo z siebie. Jakby chodziło mi tylko o poszerzenie kontaktów, poszedłbym do Piotra Świerczewskiego (śmiech). Nie to było moim celem, zresztą ja w ogóle niczego nie planowałem. Za młodu nie przypuszczałbym nawet, że zostanę dziennikarzem sportowym. Na pierwszej stronie pisałem dla czystej przyjemności. Potem poznałem Tomka Ćwiąkałę, który zaproponował mi przejście do Weszło. Na współpracy skorzystały obie strony. Oni zyskali kogoś, kto zajmował się piłką młodzieżową, a ja sporo z tego wyciągnąłem. Nauczyłem się choć trochę pisać. Odszedłem w optymalnym momencie, a przynajmniej tak uważam. W kwietniu doszło przecież do deregulacji zawodu.

- Od początku chciałeś działać samodzielnie?

- Miałem propozycje z największych agencji, chcieli, żebym był kimś w rodzaju „naganiacza”. Nie było i nie jest żadną tajemnicą, że świetnie znam się z wieloma chłopakami z Legii i młodzieżowych reprezentacji. Pewni ludzie chcieli to wykorzystać, ale za każdym razem grzecznie dziękowałem. Chciałem założyć coś swojego. Któregoś pięknego dnia nasz wspólny znajomy skontaktował mnie z Rafałem Szczypczykiem. Na początku wypytywałem, kto to dokładnie jest. „Agent Łukasza Brozia. Spotkajcie się. Na pewno cię nie oszuka”. To ostatnie powiedziało kilku moich znajomych. Pracujemy już od roku i faktycznie mogę to potwierdzić (śmiech). Super nam się współpracuje.

- Czyli za agencją box2box stoisz tylko ty i Szczypczyk?

- Tak, jest nas dwóch. Agencja powstała w maju, wcześniej poczyniliśmy szeroko rozumiany skauting. Tak, żeby w momencie rozpoczęcia działalności być już w pełni gotowym. Oczywiście z kilkoma zawodnikami Rafał współpracował już wcześniej. Z paroma innymi, za moją namową, zakończył współpracę. Nie rokowali dobrze. Paradoksalnie nie chcemy mieć u siebie jak największej liczby zawodników. Ale jeśli już decydujemy się na współpracę, podopieczni mogą liczyć na nas w stu procentach.

- Z tym zwykle bywa różnie. Wiadomo, że im większą grupę zawodników ma na głowie menedżer, tym mniej czasu może poświęcić każdemu z osobna.

- Przeczytałem swego czasu sporo wywiadów z topowymi polskimi menedżerami. Niektórzy mówili: „Ja to zawodnikowi butów załatwiać nie będę”. A ja załatwię zarówno buty, jak i zeszyt do szkoły, jeśli tylko będzie tego potrzebował. U nas relacje są trochę inne. Często znamy się i przyjaźnimy.

- Ale z tym też nie można przesadzić w drugą stronę.

- Wcześniej miałem opory przed pozyskiwaniem do agencji znajomych, ale teraz wiem, że to było niepotrzebne. Zresztą, nie jesteśmy zwykłą agencją. Ja mam 25 lat i negocjując z większością klubów nie byłbym traktowany poważnie. Co innego Rafał, który jest starszy i ma zdecydowanie większe doświadczenie. Fajnie się uzupełniamy. Nie będę mówił, że jest dla młodych zawodników mentorem, ale oni wiedzą, że ocenia ich postępy z drugiego szeregu i w razie czego potrafi postawić do pionu. Ja żyję z nimi na co dzień. Mam z tego kupę śmiechu i masę satysfakcji. Jeszcze przed rozpoczęciem współpracy z danym zawodnikiem przez kilka miesięcy pozyskujemy informacje na jego temat. U nas każdy każdego zna i wszyscy się lubią. Nikt nie powie na drugiego, że jest frajerem. Jesteśmy drużyną. Zdarza się, że gdzieś razem wychodzimy. Oczywiście mówię głównie o zawodnikach z Warszawy, ale takich mamy najwięcej.

- Przypuśćmy, że pojawiają się jakieś niesnaski. Co wtedy?

- Obróciłbym to wszystko w taki sposób, że po chwili by zniknęły. Każdy z naszych zawodników wie co to jest szydera. Mało tego, wiedzą co to autoszydera. Nie wiem co musiałoby się stać.

- Czym jeszcze się wyróżniacie?

- Niczego nie obiecujemy, bo to zawsze najprostsze. Nie uczestniczymy też w szaleńczym wyścigu szczurów po podpis zawodnika czy jego rodziców. Rok temu marzyłem o tym, żeby zawodnicy sami do nas przychodzili. I powoli tak jest. Wiem, że nie możemy popaść w samozachwyt, ale jak na kilka miesięcy działalności jest bardzo dobrze. Obecnie współpracujemy z grupą około 20 zawodników. Wiadomo - Broź czy Dudka mają występy w pierwszej kadrze, ale kilkunastu innych zawodników to aktualni młodzieżowi reprezentanci Polski.

- Nie wykluczasz, że w końcu powiecie: „Stop, taka grupa zawodników nam wystarczy”? Czy może w takim momencie zwiększycie po prostu liczbę pracowników agencji?

- Mój wspólnik mówi, że agent jest jak DJ – na imprezie nie gra swojej ulubionej muzyki, tylko taką, przy której ludzie dobrze się bawią. Trzeba znajdować zawodników, na których może być lub już jest zapotrzebowanie. Jasne, że można prowadzić większą liczbę piłkarzy. Kluczowe jest to, że współpraca z młodymi i starszymi zawodnikami się różni. Ten drugi z reguły ma już na utrzymaniu rodzinę, bardziej zależy mu na sprawach kontraktowych i przepływie pieniędzy. U młodego osobowość dopiero się kształtuje. Wprowadzamy właśnie coś takiego jak praca nad wizerunkiem. Bo piłkarz może powiedzieć wszystko, tylko musi wiedzieć, w jaki sposób, żeby się nie zbłaźnić. A w naszym kraju piłkarzy zbłaźniło się już wielu. Nie chciałbym, żeby coś takiego dotyczyło kiedykolwiek mojego zawodnika.

- Co wcześniej raziło cię najbardziej w pracy menedżera?

- Obietnice bez pokrycia, o których mówiłem. Piłkarze zawsze z tego szydzili. Dzięki dobrej znajomości z kilkoma młodymi zawodnikami szybko doszło do mnie, w jaki sposób odbywa się ich „wyławianie”. To była moja przewaga - wiedziałem, w jaki sposób niektórzy próbują ich przekonywać, a jednocześnie, co im się podoba, a co nie. Ja samemu obiecałem sobie, że nigdy nikogo celowo nie oszukam. Oczywiście, można pomylić się przez przypadek, jesteśmy tylko ludźmi. Wtedy trzeba się do tego przyznać i przeprosić, ale zagrywek części ludzi z branży nie można pod to podpiąć. Niektóre są naprawdę przebiegłe. Zdarzają się i takie przypadki, że agent spotyka na meczu zawodnika i nawet nie wie, że zajmuje się jego interesami.

- Zdecydowanie najłatwiej zaszkodzić, a przy tym zrazić do dalszej współpracy młodszych piłkarzy.

- Są u nas zawodnicy, którzy współpracowali wcześniej z innymi agentami i czasami są zachwyceni naprawdę niewielkimi rzeczami. To o czymś świadczy. Popatrzmy na to czysto biznesowo - agencje nie są wielkimi korporacjami, z reguły pracuje w nich do kilku osób. Jeżeli ktoś ma pod sobą 100 zawodników, siłą rzeczy najmniej czasu poświęca tym, którzy znaczą niewielu finansowo, czyli najmłodszym. Wielu traktuje ich po macoszemu. My odwróciliśmy piramidę.

- Któryś z podopiecznych skarżył się na niemiłe doświadczenia z menedżerami?

- Wielu z nich współpracowało z największymi agencjami w kraju. Nie mówią o nich tylko i wyłącznie źle, ale podkreślają jedną rzecz - czuli, że są dla nich mało ważni. My nie rzucamy się na najlepszych juniorów jak na padlinę. Zawodnik musi nas czymś zaintrygować. Moglibyśmy współpracować z jeszcze większą liczbą reprezentantów młodzieżówki, ale uznaliśmy, że dla niektórych za rok, dwa nie będzie miejsca w poważnej piłce. Ale nie baliśmy się na przykład wziąć Sebastiana Szerszenia. Był w łódzkim SMS-ie oraz Legii. Poprzedniej jesieni rozegrał dwa spotkania w Centralnej Lidze Juniorów, spędził na boisku tylko 35 minut. Z różnych względów w Legii na niego nie postawiono, ale dla mnie to jeden z ciekawszych napastników młodego pokolenia w Polsce. Jego debiut wśród seniorów przypadł na wypożyczenie do Otwocka. W sparingach wyglądał tragicznie, nie wiedział w którą stronę ma biec i jak się zastawić, a to przecież kawał chłopa. W lidze jednak odpalił. W drużynie, która głównie wykopywała piłkę i przegrywała strzelił sześć goli. Latem wzięła go Arka Gdynia, gdzie co prawda ma problemy z graniem, ale wiem, że wygląda dobrze. Zimą znajdziemy mu odpowiednie miejsce i będzie zdobywać bramki. To chłopak o profilu Łukasza Zwolińskiego, podobnie się porusza, a przecież jest parę lat młodszy. Jeśli połączy wszystkie swoje umiejętności w całość, będzie z niego kawał piłkarza. A nigdy nie był jakoś szczególnie doceniany.

- Szerszeń był, a Makowski cały czas jest w Legii. Sam zresztą wspomniałeś, że większość waszych młodych zawodników jest z Warszawy. Na polskim rynku da się zauważyć podział wpływów. Wiadomo, że w stolicy od zawsze rządzili Kucharski z Piekarskim.

- To nie wzięło się stąd, że paru panów kiedyś się ze sobą napiło i doszło do wniosku, że będą współpracować. To efekt ciężkiej pracy tych ludzi. Warszawski torcik był podzielony i jeszcze do niedawna wydawało się, że ciężko załapać się na jakąś cząstkę. Tymczasem kilka kawałków należy już do nas. Ciężką pracą można wszystko wywalczyć.

- Mówiłeś o zmianach na rynku, które nastąpiły w kwietniu. Bodajże Rafał Żurowski powiedział wtedy, że kilku z dziennikarzy może odetchnąć z ulgą. Że teraz nie będą działać w ukryciu.

- Sam nigdy nie zrobiłem niczego nieoficjalnie. Rafałowi chodziło o paru topowych dziennikarzy, ale w to wszystko nie byli wplątani znaczący zawodnicy, na których mogliby się oni wzbogacić. Chodziło raczej o przysługi, ktoś był czyjąś rodziną i tak dalej. Tak jest wszędzie.

- Po deregulacji zawodu agentem może być praktycznie każdy. Ale umówmy się, zwykły Kowalski z ulicy nie zacznie nagle zarabiać na menedżerce wielkich pieniędzy. Sam wcześniej też wypracowałeś sobie jakąś bazę.

- No faktycznie nie można powiedzieć, że zacząłem działać od zera. Odziedziczyłem kilku zawodników, którymi wcześniej zajmował się sam Rafał Szczypczyk. I chodzi o znane twarze. Brozia, Dudkę czy Pawełka rozpozna przecież każdy. Cała trójka ma ugruntowaną pozycję. Mając takich piłkarzy dużo łatwiej rozmawiać z następnymi. Wspomnianego już Makowskiego akurat nie interesowało z kim jeszcze współpracujemy, ale to dlatego, że wcześniej znaliśmy się osobiście. W momencie podpisania umowy Rafał wyróżniał się w drugiej drużynie. Po roku trafił do młodzieżówki i uzbierał kilkanaście spotkań w pierwszym zespole Legii. Wcześniej nawet z nim nie trenował. Nie przypisuję sobie tego, bo to Rafał z rodzicami wykonali masę pracy, ale jako agencja dołożyliśmy do tego jakąś cegiełkę.

Wracając, miałem o wiele bardziej komfortową sytuację od innych, dopiero zaczynających w zawodzie. Menedżerka to trudny zawód. Osobie z ulicy, kompletnie nie związanej ze środowiskiem, bardzo ciężko w niego wejść. Ktoś taki musi mieć przede wszystkim inne źródło dochodów. Jestem wielkim szczęściarzem, że mam takiego partnera. Jesteśmy parę lat do przodu. Gdybym miał zaczynać samemu, byłoby o wiele ciężej.

- Osoba prosto z ulicy w tym momencie nie miałaby żadnych szans, żeby się przebić.

- Były piłkarz na pewno by sobie poradził, dziennikarz również. Ale jeśli faktycznie byłby to ktoś, kto wcześniej nie miał z piłką nic wspólnego i ograniczał się tylko do chodzenia na mecze, byłoby cholernie ciężko. Moim zdaniem to mogłoby być nie do zrobienia. Taka osoba musiałaby poświęcić cztery, pięć lat na syzyfową pracę i ciągłe pchanie kamienia, bez większych efektów finansowych. No i nie miałaby gwarancji, że kiedyś będzie lepiej.

- Jesteś w stanie wymienić największe plusy swojego przebranżowienia i podjęcia nowej pracy?

- Według mnie zawód dziennikarza się kończy. To jest tonący Titanic. Nie chcę przesadzać, ale za parę lat będzie ciężko utrzymać rodzinę z pisania. A ja zawsze byłem przyzwyczajony do życia na odpowiednim poziomie. Niczego mi nie brakowało. Wyobrażam sobie, że w przyszłości może być tylko lepiej. Dziennikarstwo od początku było dla mnie tylko przystankiem przed podjęciem innej pracy w piłce. W międzyczasie mogłem zacząć pracę w klubach z Ekstraklasy - czy to w skautingu, czy w marketingu. Zastanawiałem się nad tym, ale zdecydowałem się na inny krok. Wcześniej wystarczyło, że napisałem jakiś tekst, zrobiłem wywiad, którego nikt nie spieprzył w autoryzacji i to był mój owoc, nagroda za wysiłek. Menedżerka uczy pokory, bo możesz poświęcić na coś masę czasu, wykonać wiele pracy, a koniec końców i tak coś nie wyjdzie. Czynników, od których zależy przeprowadzenie transferu jest bez liku. Pracując nad jakąś transakcją, śmiejemy się nawet i zastanawiamy, kiedy coś się wypieprzy. Powiem jeszcze o największej zalecie, jaka wiąże się z wcześniejszą pracą w dziennikarstwie. Dzięki niej mam świadomość tego jak słabo przygotowani do obcowania z mediami są piłkarze. Nie chcę mówić, że nasi zawodnicy są czy będą medialnymi zwierzakami, ale większość z nim nie ma z tym problemu. Piłkarz musi być interesujący również poza boiskiem.

- Czyli za dziennikarstwem nie tęsknisz i pewnie nie zatęsknisz?

- Zaraz ktoś powie, że przecież gdyby nie dziennikarstwo, nie byłbym teraz w tym miejscu i ja zdaję sobie z tego sprawę. Ale za samym pisaniem nie tęsknię. Dziennikarze z różnych względów nie są zresztą w większości przypadków zbyt szanowaną grupą wśród piłkarzy, ale zdarzają się wyjątki.

- Agenci są?

- Agent często jest kolegą albo nawet przyjacielem zawodnika, należy do jego teamu. Dziennikarz nie, z nich piłkarze namiętnie szydzą. Czy szydzą z menedżerów? Pewnie też, bo szydery w piłce jest strasznie dużo. Ale jeśli robi to ze swojego agenta i nie jest zadowolony ze współpracy to poszydzić może też z siebie, bo dokonał głupiego wyboru.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ MICHAŁEK

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Piotr Jóźwiak Polska Wywiad
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.