Skuteczni „Miedziowi” powstrzymali kieleckie „Scyzory”

rok temu Skuteczni „Miedziowi” powstrzymali kieleckie „Scyzory”
fot. Aleksandra Sieczka

Cierpliwość Zagłębie się opłaciła: wystarczyło pozwolić Koronie pograć i… dostrzec kilka dziur w defensywie.

Rozwaga taktyczna

Pierwsze minuty starcia w Kielcach wcale nie wskazywały na miażdżącą przewagę Korony (przynajmniej w posiadaniu). Zimny listopadowy wieczór nie przyciągnął na stadion szczególnie licznej grupy kibiców, ale serca najwytrwalszych zostały rozpalone szybkim początkiem w wykonaniu obu drużyn. Najpierw swoich sił próbowali gospodarze, gdy Cabrera dostał świetną piłkę w pole karne, ale nie zdołał umieścić futbolówki w siatce mimo sporego chaosu, jaki zapanował w szeregach Zagłębia, a następnie odgryźli się goście. Przed Piątkiem otworzyła się prawdziwa autostrada na prawej stronie boiska, ale dośrodkowania młodego zawodnika nie zdołał wykorzystać żaden z towarzyszy. Można powiedzieć, że… na tym emocje na pewien czas dobiegły końca. Nadzieja okazała się być złudna. Mrok znowu miał zagościć w serca kibiców. Choć, całość pierwszej połowy oglądało się naprawdę dobrze, a mecz był płynny i bogaty w całkiem ciekawe zagrania, to obeszło się bez większych wybuchów emocji.

Kielczanie bardzo mądrze utrzymywali się przy piłce, długo i mozolnie budując swój atak pozycyjny i przenosząc się w okolice „szesnastki” przeciwnika. Podopieczni Brosza sporą część czasu spędzali w środkowej strefie boiska, gdzie skłaniali się do odbioru i od razu po przyjęciu przenosili się do przodu. Stosowali krótkie, bardzo dokładne podania, nie bali się gry bark w bark i starali się utrzymywać futbolówkę blisko przy nodze, by nie padła ona łupem bacznie oceniających sytuację „Miedziowych”. Grę „Scyzorów” dopełniała spora ruchliwość i wymienność pozycji. Bardzo aktywny był Sierpina, którego nie dość, że szukała piłka, to jeszcze pomocnik starał się bombardować pole karne Polacka naprawdę groźnymi i dobrze wyglądającymi centrami. Inna sprawa, że kielczanom jak zwykle brakowało wykończenia – atakowali zbyt małą ilością zawodników, a jeśli nawet starali się pomknąć większym liczebnie oddziałem, to wrzutki padały łupem bardzo dobrze dysponowanego Jacha. Gospodarze za wszelką cenę nie zdobywali piłki, zachowywali stosowny spokój, realnie oceniali sytuację i z wyczuciem przesuwali się po murawie. Trzeba jednak przyznać, że wynikało z tego naprawdę niewiele. Najlepszą sytuację Korona stworzyła 2 minuty przed stratą gola, gdy po centrze Gabovsa, przed szansą stanął Cabrera. Strzał głową minął bramkę Polacka, a sam napastnik wcześniej zmylił Guldana.

Wytrwali „Miedziowi”

W tym samym czasie Zagłębie… czekało na swoją szansę. Czekało. I czekało. Zapuszczało korzenie. Rozważało kwestię rozbudowy swojej Akademii. Ewentualnie zastanawiało się nad trybem „zabijaka” u Papadopulosa. Jeszcze na samym początku meczu, lubinianie zaliczali naprawdę dużo odbiorów w środkowej strefie boiska i starali się natychmiastowo przenosić piłkę na flankę. Taki schemat wykorzystujący bardzo aktywnego dzisiaj Piątka sprawdzał się do momentu strzału. Wówczas goście wpadali w popłoch, nie radzili sobie z przyjęciem, tracili futbolówkę i w końcu przeszli do głębokiej defensywy wyczekując na pojawienie się jakiejś dziury w zwartych szeregach Korony.

Całkiem nieźle prezentowała się współpraca Piątka z Papadopulosem, tyle że ten pierwszy przyjął postawę wolnego elektronu i poruszał się po całej szerokości boiska, a drugi znowu zapomniał jak to jest umieszczać piłkę w siatce. Trzeba jednak pochwalić „Miedziowych” za ogólnie pojętą organizację boiskową:

Zagłębie wobec ataku.

Zagłębie kilka sekund później w obronie.

Goście zachowywali niewielkie odległości pomiędzy poszczególnymi częściami swojej formacji, do ataku zmierzali większą częścią drużyny, a następnie, rozpaczliwie wracali na z góry ustalone pozycje, bo w przeważającej większości sytuacji, piłki tracili w środkowej strefie. Cierpliwa gra i pełna kontrola nad nieporadnymi atakami kielczan okazały się być opłacalne. W 36. minucie w końcu udało się wykończyć dośrodkowanie Cotry za sprawą naprawdę dobrej postawy Janoszki. Wyrwał pod niebo, nic sobie nie zrobił z bliskiej obecności Sylwestrzaka, który nawet nie oderwał się od gruntu i głową, precyzyjnie, jakby to było coś normalnego, co czyni co mecz, wpakował piłkę do siatki.

Listopadowy minimalizm

Obraz gry wcale nie miał zamiaru ulec zmianie. Wciąż to gospodarze dłużej utrzymywali się przy piłce, ale zaczęli popełniać znacznie więcej, prostych błędów. Pojawiły się problemy z kryciem, formacje znacznie się rozluźniły, co umożliwiło „Miedziowym” rozwinięcie skrzydeł i… zmarnowanie kilku naprawdę dogodnych sytuacji na strzelenie gola i ustawienie meczu.

Trzeba powiedzieć otwarcie. Zagłębie z akcji nie miało praktycznie nic. Swojej mocy upatrywało w stałych fragmentach gry, które stały się ich zabójczą siłą. W 56. minucie podopieczni Stokowca podwyższyli prowadzenie wykorzystując „stary, dobry” schemat. Piłkę z narożnika boiska posłał Janus, Guldan przedłużył zagranie na długi słupek, a całkowicie niekryty Jach dopełnił dzieła zniszczenia. Młody obrońca ma potężny patent na bramki głową – dobrze odnajduje się w polu karnym przeciwnika, wie jak urwać się defensywie, a jedyne nad czym musi popracować to… gra na nominalnej pozycji. Drugie trafienie dla Zagłębia nieco podcięło skrzydła koroniarzom. Odległości pomiędzy poszczególnymi częściami formacji się rozluźniły umożliwiając „Miedziowym” coraz to odważniejsze kontry. Pięknym kontratakiem popisali się w 71. minucie, wychodząc 3 na 2 w ostatniej fazie akcji i koncertowo partoląc stuprocentową sytuację. Winą należy obciążyć Papadopulosa, który nawet nie trafił w światło bramki, będąc w idealnej sytuacji na podwyższenie prowadzenia.

Korona jeszcze do końca spotkania usiłowała forsować „miedziowe” szeregi, ale nie potrafiła nawet posłać futbolówki w światło bramki. Prowokowała masę chaosu w polu karnym Polacka, skłaniała go do największego wysiłku, ale za nic w świecie nie mogła przerwać złej passy. Sporo ożywienia wnieśli Zając i Przybyła, ale ich ofensywne wejścia w bocznych sektorach boiska okazały się być niewystarczające wobec braku wykończenia ze strony pozostałych koroniarzy. Świetną sytuację po nieustępliwym rajdzie tego drugiego miał Gabovs, ale fatalnie przestrzelił. Samo posiadanie to nie wszystko: pomimo, że na grę "Scyzorów" patrzy się całkiem nieźle, to trudno im o punktowanie, gdy z każdym, kolejnym krokiem w kierunku bramki, pojawia się coraz więcej niedokładności.

ŹRÓDŁO
transfery.info
TAGI: Zagłębie Lubin Korona Kielce Polska Ekstraklasa Piotr Stokowiec Marcin Brosz Łukasz Janoszka Jarosław Jach
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.