Nowa fala menedżerów! [WYWIAD]

rok temu Nowa fala menedżerów! [WYWIAD]
fot. Łukasz Klenczon

- Pewne argumenty starszych menedżerów nie do końca powinny być odczytywane jako atuty, a niestety są.

Agent przyjeżdżający do klubu dobrym samochodem, ubrany w efektowny garnitur, z dobrym zegarkiem na ręce, który opowiada o wczorajszym spotkaniu z prezesem Fiorentiny albo innego wielkiego klubu, wciąż działa na wyobraźnie. A przecież większość transferów, za którymi stoją tylko i wyłącznie menedżerskie znajomości się nie sprawdza - mówi w rozmowie z Transfery.info Łukasz Klenczon z agencji New Sport Star. 

- Obecnie zajmuje się pan tylko menedżerką?
- Od jakiegoś czasu skupiam się głównie na niej. Tak naprawdę nie mam czasu na to, żeby zająć się czymś jeszcze. To pochłania bardzo dużo czasu. Praca jest wieloaspektowa, w końcu trzeba być w kontakcie z klubami, zawodnikami, obsługiwać ich...

- Pańską agencję tworzy szeroki sztab ludzi. Na polskim rynku to nie jest reguła. 
- Takie było nasze założenie. Chcieliśmy ująć management w nowy sposób. Wcześniej mało kto tak robił, choć w ostatnich latach to i tak się zmieniło. Oczywiście starsi stażem menedżerowie w przeszłości również mówili o kompleksowości swoich usług, ale w praktyce ograniczało się to do typowej agentury - wyszukiwania klubu dla zawodników i negocjowania kontraktu. Podeszliśmy do tego szerzej, bo naszą pracę powinno traktować się jako obsługę, a nie jednorazową usługę. W niej transfer jest owocem codziennej pracy. Dlatego też współpracujemy ze specjalistami z różnych dziedzin. 

- Jesteście w stanie zaoferować zawodnikowi więcej niż agent działający w pojedynkę?
- Zdecydowanie tak. Działając samemu o wiele trudniej jest zapewnić wszystkim swoim zawodnikom odpowiednie wsparcie. Oczywiście kluczowe jest też to, o jakiej liczbie piłkarzy mówimy. To jest właśnie rozumienie managementu w starym wydaniu, który powoli powinien odchodzić do lamusa. Nie dlatego, że w takim systemie pracy wszystko jest nie tak. Po prostu zmieniły się potrzeby. Uświadomiłem to sobie na początku swojej pracy. A byłem człowiekiem spoza środowiska. Musiałem poznać branżę i zbudować kontakty. 

- Nie miał pan wcześniej żadnej styczności ze środowiskiem piłkarskim?
- Nie. W samą piłkę oczywiście grałem amatorsko, współpracowałem też ze „starym” Futbol.pl, ale do pewnego momentu nie wiązałem z nią jakichś większych planów. Mój pomysł na obecną działalność zrodził się po studiach prawniczych na UW. Od razu wiedziałem, że moja przyszłość nie będzie związana stricte z prawem. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z tego, że będzie mi bardzo ciężko zacząć. Środowisko jest dość hermetyczne i komuś z zewnątrz ciężko do niego wejść. Nie jest to jednak niemożliwe. 

- Nie współpracował pan wcześniej z jakimś innym menedżerem?
- Po wyrobieniu licencji stwierdziłem, że - choć będzie o wiele trudniej - lepiej stworzyć coś swojego. Współpracując z innym menedżerem, ciężko byłoby mi w pewnym momencie od niego odejść. Tak przynajmniej sobie wtedy myślałem. Zyskałbym kontakty i doświadczenie, ale uznałem, że lepiej od razu rzucić się na głęboką wodę. Z perspektywy czasu widzę, że to była dobra decyzja. Trochę czasu się przebijałem, a w okolicach 2013 roku ubrałem to wszystko w formę agencji New Sport Star.

- Od początku plan był taki, żeby zajmować się młodszymi zawodnikami?
- Tak, bo to jest naturalne dla agencji, które dopiero wchodzą na rynek. Na takim etapie o wiele trudniej współpracować z doświadczonymi zawodnikami, którzy coś osiągnęli. Przede wszystkim, dlatego, że już z kimś współpracują. Postawiliśmy na młodszych, wychodząc dodatkowo z założenia, że warto stawiać na zawodników z mniejszych miejscowości, których niektórzy pomijają. Oczywiście patrzymy również na reprezentacje młodzieżowe, bo omijanie ich byłoby rzeczą absurdalną. Ale często zdarza się, że w mniejszych klubach grają chłopcy o podobnym albo nawet większym talencie. PZPN-owski skauting dotyczący kadr młodzieżowych jest coraz lepszy, ale cały czas nie jest doskonały. Nie mówię nawet o samych meczach, ale najzdolniejsi niekoniecznie łapią się nawet na konsultacje. 

- Czyli brak młodych legionistów w agencji można powiązać właśnie z tym? Czy po prostu zbyt trudno wgryźć się w torcik? Pytam, bo jesteście warszawską agencją. 
- Po trosze jedno i drugie. Tak jak powiedziałem, mimo że jest tu cała masa interesujących zawodników, nie chcemy ograniczać się tylko do miasta, w którym funkcjonujemy. Ale nie jest to jedyny powód. Warszawa jest dość mocno penetrowana przez konkurencję. Jest ciężej, choć nie do końca też tak, że warszawski tort jest całkowicie podzielony. Cały czas nawiązujemy współpracę z nowymi zawodnikami i rozmawiamy również z młodymi piłkarzami Legii czy Polonii. Nie działamy jednak w tempie, które mogłoby zawodników przerazić. Znowu odwołam się od tego, co było kiedyś - chcielibyśmy kompletnie odejść od starego modelu, gdy menedżer wpadał na stadion, spisywał tylko numery zawodników i kilka dni później zjawiał się z umowami. A do tego naciskał jeszcze, żeby je podpisali. Młody zawodnik musi mieć czas na zastanowienie, musimy się z nim lepiej poznać, porozmawiać z jego rodzicami. Zaufanie jest najważniejsze. 

- Wspomniał pan o konkurencji. 
- Nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce rośnie. Do branży wchodzi coraz więcej młodych ludzi, którzy pojmują management w sposób podobny do nas. Myślę jednak, że mamy atuty, których niektórzy z nich mogą nam pozazdrościć. Praca u podstaw będzie dawać efekty. Już daje.

- Wiadomo, że młodsi agenci w końcu wyprą starszych. Ale w takim razie stanie się to prędzej czy później?
- To zależy od tego, jak umiejętnie będzie budowana świadomość piłkarzy. To jest kluczowe. Pewne argumenty starszych menedżerów nie do końca powinny być odczytywane jako atuty. A są.  Agent przyjeżdżający do klubu dobrym samochodem, ubrany w efektowny garnitur, z dobrym zegarkiem na ręce, który opowiada o wczorajszym spotkaniu z prezesem Fiorentiny albo innego wielkiego klubu, wciąż działa na wyobraźnie. A przecież większość transferów, za którymi stoją tylko i wyłącznie znajomości menedżera się nie sprawdza. Nowa fala działa jednak inaczej. 

- Takie rzeczy faktycznie działają na wyobraźnie, ale sam zawsze byłem zdania, że nastolatkowie albo ich rodzice jednak jakiś rozum mają. Osoby, którym można wcisnąć dosłownie wszystko to jednostki. 
- To prawda. Tylko, że nawet, jeśli niektórzy zdają sobie sprawę z tego, że pewne słowa to tylko słowa i proste argumenty, to o wiele ciężej im zrozumieć, że osoba opowiadająca o świetlanej przyszłości może zadziałać kiedyś na ich niekorzyść. Poza tym, niektórzy zawodnicy myślą, że dzięki kontaktom agenta zyskują tak wiele, że przestają ciężko pracować. A to jest pierwszy gwóźdź do trumny. Najmłodszym chłopcom trzeba to wszystko przedstawiać inaczej. Im samo słowo menedżer czy obsługa menedżerska kojarzy się górnolotnie. Część z nich po rozpoczęciu współpracy z menedżerem zaczyna zachowywać się zupełnie inaczej. Czują się lepsi od kolegów. Patrzą na nich z góry, bo są przekonani, że ich wartość wzrosła. 

- Nie wzrosła? 
- Rozpoczęcie współpracy z menedżerem nie sprawi, że chłopak z dnia na dzień poprawi swoją technikę, wiedzę taktyczną czy sposób ustawiania się na boisku. To wszystko można wypracować na treningach. Oczywiście można w tych aspektach podpowiadać, ale nie taka jest nasza główna rola. Współpracując z dobrą agencją zawodnik ma łatwiej, ale nie staje się nagle lepszym piłkarzem. 

- Z jakimi kuriozalnymi zachowaniami zawodników albo ich rodziców już się pan spotykał? 
- Różnie bywa z samymi klubami. Ale jeśli chodzi o samych zawodników to czasami ich zachowanie naprawdę mocno dziwi. Najbardziej zaskoczyć może nieprzewidywalność, szczególnie, jeśli chodzi o kompletne niezdawanie sobie sprawy z konsekwencji własnych wyborów. Rozpoczynając rozmowy z młodymi zawodnikami, zawsze pytamy o to, czy granie w piłkę faktycznie jest tym, co chcą robić w swoim życiu. Czy futbol jest ich prawdziwą pasją, czy może jednak wyobrażają sobie życie bez niego, grając na wiolonczeli w szkole muzycznej. Większość chłopaków twierdzi, że piłka jest dla nich najważniejsza, że chcą się z niej utrzymywać, ale niekoniecznie zdają sobie sprawę z tego, co mówią. To mała grupa, ale późniejsze wybory i zachowanie niektórych z nich świadczy o tym, że myślą inaczej. Przykładowo, ciężko planować zrobienie wielkiej kariery, jeśli w pewnym momencie ktoś decyduje się na rok przerwy. Oczywiście nie chodzi mi tutaj o pauzę spowodowaną kontuzją, ale przerwę z wyboru. Coś w stylu: „Zrobię sobie małą przerwę, trochę odpocznę, a potem wrócę do grania”

- Ktoś faktycznie zamienił piłkę na wiolonczelę? 
- Wiolonczelę akurat wymyśliłem, ale sytuację z roczną przerwą już nie. Mieliśmy zawodnika, który bardzo chciał zmienić barwy klubowe. Kwota ekwiwalentu za wyszkolenie, którą zażądał jego macierzysty klub kompletnie wykluczała transfer, więc stwierdził, że zrobi sobie rok przerwy. Ekwiwalent miał wtedy wygasnąć i po tym czasie planował wrócić. Takimi decyzjami można całkowicie zamknąć sobie drzwi do prawdziwej kariery.

- Ale wszystko zaczęło się od ekwiwalentu. Nie ma co ukrywać, że wyhamował on sporo karier.
- Sama idea ekwiwalentu jest bardzo dobra i on powinien zostać. Za wyszkolenie zawodnika pieniądze jak najbardziej się należą, ale chodzi o to, jak to wszystko jest rozpisane w uchwale, a co za tym idzie, jak jest stosowane i jakich kwot niektórzy oczekują. Czasami naprawdę dochodzi do patologicznych sytuacji, a ludzie o tym decydujący chyba nie do końca zdają sobie sprawę ze skali krzywdy, jaką robią młodym zawodnikom. 

Problem z ekwiwalentem polega na tym, że on nie wyrządza największych szkód zawodnikom grającym w niższych ligach, których talenty eksplodują i nagle trafiają na najwyższy szczebel. Ekstraklasę z reguły na niego stać. Chodzi o chłopaków, którzy grają poziomie III ligi i mogliby trafić do II. Albo z II ligi na zaplecze Ekstraklasy. W niektórych przypadkach to bardzo niebezpieczne narzędzie, które potrafi bardzo mocno wyhamować karierę. Wszystko zależy od klubu. Znam przypadki chłopaków, którzy w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat stanęli w piłkarskim rozwoju właśnie z tego powodu. Gdyby nie to, graliby o wiele wyżej. 

- Co z zawodnikami, którymi się pan zajmuje - po kim spodziewa się pan najwięcej? Tylko niech pan nie mówi, że nie chce nikogo wyróżniać.
- Jeśli tak, wymieniłbym trzech chłopaków - Artura Stawikowskiego z Lechii Gdańsk, rocznik 98', Patryka Osiaka z Polonii Warszawa, który występuje w Centralnej Lidze Juniorów oraz Bartka Gromka. On jest już trochę starszy, ma 19 lat. W przeszłości miał epizod w kadrze do lat 18. Obecnie gra w niższej lidze, ale powinien błysnąć i jeszcze pokazać się szerszemu gronu. Wiadomo jednak, że czasami bywa i tak, że zawodnik do pewnego momentu wygląda świetnie, a nagle się zatrzymuje. Wtedy jednak nie można go skreślać, trzeba szukać przyczyn takiego obrotu sprawy i starać się mu pomóc. 

- Zaciekawiła mnie postać Litwina Klimasa Gusocenki, który gra w Wiśle Puławy. Chociaż on ma akurat 26 lat. 
- Współpracuję z Klimasem już od kilku dobrych lat. W sumie zrodziło się to samo z siebie. Bardzo chciał wyjechać z ligi litewskiej. Współpracowałem zresztą z jeszcze kilkoma innymi Litwinami. Z racji tego, że był to jeden z pierwszych przeprowadzonych przeze mnie transferów, jest to dla mnie zawodnik szczególny. Poza tym, to bardzo sympatyczny chłopak. Relacje między nami są trochę inne. Przyjaźnimy się. 

- Ale ogólnie skupia się pan na polskich zawodnikach? 
- Ostatnio rozpoczęliśmy współpracę z jedną z największych agencji w Czechach. Dysponują zawodnikami znanymi na rynku europejskim. Pracujemy więc na dwóch poziomach. Nie unikamy i nie będziemy unikać współpracy z zagranicą, ale jednak skupiamy się głównie na młodych polskich zawodnikach. Chcemy, żeby mieli oni w nas prawdziwe oparcie, a nie czuli się jak petenci, którzy przychodzą i muszą o coś prosić. Nie wyobrażam sobie, żebym odmówił zawodnikowi pomocy albo nawet z braku czasu powiedział, żeby zadzwonił do mnie w jakiejś sprawie jutro lub za tydzień. Czas trzeba znaleźć zawsze.

Ostatnio usłyszałem od młodego zawodnika, z którym chcemy nawiązać współpracę, że zgłaszało się do niego wielu agentów i jak to powiedział: „Wielu proponowało jakieś buty i tym podobne, a ja chcę, żeby ktoś mi po prostu pomógł”. Oczywiście buty też są ważne, to zresztą oklepany temat, ale czasami chłopcy potrzebują innej pomocy. Chcą po prostu o czymś pogadać i na to też trzeba mieć czas. Bo nie można ograniczać się do rozmów tylko o piłce. Bariery w niczym nie pomogą. 

- Wspomniał pan o butach. Najgorzej, jak agent nawet ich nie chce załatwić, a zdarza się i tak. 
- To prawda, jest to duży problem szczególnie dla zawodników z biedniejszych rodzin. Były przypadki, że chłopcy chodzili struci przez kilka dni. Nie potrafiliśmy zdiagnozować w czym tkwi problem, a chodziło właśnie o buty, które rozpadły się w czasie grania. To jednak mniejszy kłopot, bo znika zaraz po zakupie i podarowaniu takiemu chłopcu butów. Z niektórymi jest o wiele trudniej, siedzą w innej sferze. Ostatnio sporo mówi się zresztą o treningu mentalnym. Moim zdaniem potrzebuje go każdy. Jeden zawodnik w większym stopniu, drugi w mniejszym, ale każdy. Widzę zresztą po naszych zawodnikach, jak wiele daje. 

ROZMAWIAŁ MATEUSZ MICHAŁEK
ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Łukasz Klenczon Polska Wywiad
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.