Prawdziwa Fabryka Futbolu [WYWIAD]

rok temu Prawdziwa Fabryka Futbolu [WYWIAD]
fot. Aleksandra Sieczka

Fabryka Futbolu jest jedną z największych agencji menedżerskich działających w naszym kraju. Linetty, Janicki, Mączyński, Trałka, Bereszyński, Sadlok, Pawłowski, Gostomski, Cierzniak… - nimi zajmuje się Szymon Pacanowski.

Porozmawialiśmy sobie z nim nie tylko o przyszłości najgorętszych obecnie nazwisk w agencji, ale również o jej powstaniu i sposobie działania. Czytajcie, bo warto.

***

Mateusz Michałek: - Fabryka Futbolu to na polskim rynku uznana marka. Wszyscy was znają, chcą z wami współpracować. Doszliście do momentu, w którym sami możecie wybierać, z kim pracujecie.
Szymon Pacanowski: - Sukces nie rodzi się od razu. Funkcjonujemy od sześciu lat i może najlepsi piłkarze nie walą do nas drzwiami i oknami, bo tak stawiać sprawy nie można, ale przez ten czas udowodniliśmy, na co nas stać. Udało się to zrobić dzięki pełnemu zaangażowaniu i znalezieniu sposobu na prowadzenie firmy. Bo cały czas realizujemy filozofię, którą założyliśmy sobie na początku. Nasza marka faktycznie została na polskim rynku doceniona i nie pozostaje nic innego tylko się z tego powodu cieszyć. Cieszyć się i starać, żeby było jeszcze lepiej.

- Nie musieliście się zbyt długo przebijać.
- Fabryka Futbolu została założona przez Tomka Magdziarza i Przemka Erdmana, który już wcześniej funkcjonował jako agent. Ja dołączyłem do nich trochę później, również mając doświadczenie na rynku menedżerskim. Byłem na nim już od sześciu lat. Dzięki temu nasza pozycja startowa była zupełnie inna niż ludzi, którzy zaczynają i są kompletnie z zewnątrz. Każdy funkcjonował już w piłce, więc ciężko mówić, że startowaliśmy od zera. Łatwiej było nam wdrożyć pewne pomysły.

- Współpracował pan wcześniej z Radosławem Osuchem. Oddziela pan wyraźnie kreską to co robił przed Fabryką i już po?
- W momencie tworzenia firmy z Radkiem byłem jeszcze bardzo młody. Miałem bodajże 25 lat. I wtedy zaczynaliśmy właśnie od zera. Ciężko to porównywać. Powiedziałbym, że w pewnym momencie zacząłem po prostu nowy etap. Zupełnie inny. Inaczej współpracujemy i mamy inny sposób funkcjonowania. Ale nie stawiałbym między tym jakiejś wyraźnej kreski. To doświadczenie, którego nabrałem przez pierwsze lata pozwoliło mi znaleźć się w Fabryce.

- Podobno spędzał pan z Osuchem po 20 godzin dziennie. A zdarzało się, że i więcej.
- Do tego akurat nie ma co wracać. Były super momenty, gdy odnosiliśmy naprawdę wielkie sukcesy, ale zdarzały się też słabsze. Jedno jest pewne, bardzo dużo się w tamtym czasie nauczyłem. Zaczynaliśmy nie mając niczego, a staliśmy się bodaj największą firmą na rynku. Reprezentowaliśmy większość czołowych polskich zawodników. W tym momencie obaj zajmujemy się czymś innym, ale wspomnienia zostaną do końca życia.

- Co było jeszcze wcześniej?
- Piłką interesowałem się od dziecka, ale, że brakowało talentu, skupiłem się na nauce. Ukończyłem prawo. Zajmowałem się innymi biznesami, ale cały czas chciałem robić coś przy piłce. Gdy zacząłem działać z Radkiem, od razu wiedziałem, że to jest właśnie to.

- Aż tak słabo szło panu na boisku?
- W wieku juniora grałem w Olimpii Poznań, chociaż chyba lepiej powiedzieć, że trenowałem, a nie grałem. Na studiach też się ruszałem. Zresztą staram się grać do dzisiaj, oczywiście jeśli tylko pozwala na to czas. Szczególnie w okresie zimowym mam możliwość pokopania z niezłymi zawodnikami. To czysta przyjemność.

- Jak poznał pan Erdmana i Magdziarza?
- W momencie zakończenia współpracy z Radkiem, Przemek do mnie zadzwonił. Spotkaliśmy się, chłopaki przedstawili mi cały projekt, wizję funkcjonowania i oczekiwania względem mojej osoby. Bardzo mi się to spodobało, było zbieżne z moim myśleniem o funkcjonowaniu firmy menedżerskiej. Szybko doszliśmy do porozumienia.

- Nie zastanawiał się pan nigdy nad tym, żeby działać w pojedynkę?
- Każdy powinien dokładnie oceniać swoje możliwości. Rynek menedżerski jest specyficzny, wymaga określonych cech. Ja od zawsze wiedziałem, że aby robić to na najwyższym poziomie, potrzebny jest zespół ludzi. W nim każdy jest odpowiedzialny za określone rzeczy. Pomysł Tomka i Przemka zakładał właśnie coś takiego. Nie miałem żadnych wątpliwości.

- Od samego początku był pomysł, żeby działać na tak szeroką skalę? Jakby tak spojrzeć na liczbę zawodników, którymi się zajmujecie, słowo „fabryka” pasuje idealnie.
- Taki był zamysł. Trzeba powiedzieć, że jako Fabryka już na samym początku współpracowaliśmy z zawodnikami, którymi wcześniej zajmował się sam Przemek. Tomek, który powoli kończył zawodowe granie też miał spore możliwości. Zawodnicy, którzy wzmocnili szeregi Fabryki już później, byli efektem naszej konsekwentnej pracy. Wykonywało ją i wykonuje nadal jednak nieco więcej osób, nie tylko nasza trójka. Każdy wie, o co chodzi w piłce.

- Ile osób pracuje obecnie w Fabryce?
- Są jeszcze Darek Wojciechowski, Darek Cudny, Radosław Ogiela, Przemysław Bereszyński, ojciec Bartka… W sumie jest to dziewięć osób. Do tego mamy ludzi, którzy działają w różnych regionach Polski, są odpowiedzialni za skauting, wyszukiwanie i przekazywanie nam informacji o kolejnych perspektywicznych zawodnikach.

- Jak dzielicie się pracą? Zdarza się, że każdy z was ma „swoich” zawodników, których interesami się zajmuje?
- Każdy piłkarz jest zawodnikiem Fabryki. Oczywiście, mamy jakiś podział, którymi zawodnikami i w jaki sposób zajmuje się dana osoba. Działamy tak głównie dlatego, żeby żaden z zawodników nie poczuł się zaniedbany. Wszyscy wiedzą, do kogo mogą zadzwonić, jeśli tylko mają jakieś problemy albo czegoś potrzebują. To ułatwia funkcjonowanie.

- Na dobrą sprawę prowadzicie tylu zawodników na podobnym poziomie, że ciężko wybrać kogoś, kogo można nazwać twarzą waszej agencji.
- Myślę, że na dzień dzisiejszy kimś takim jest Karol Linetty, jeden z najlepszych polskich piłkarzy. Jest też przecież Bartosz Bereszyński.

- Zgoda, ale nie jest to jednak tak wyraźne jak u innych.
- Wiadomo, Robert Lewandowski jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie i dlatego w tym wypadku żadnej dyskusji w tym względzie nie ma. Ale pan Czarek Kucharski kojarzony jest też na przykład z tym, że był posłem... Myślę, że jeżeli kariery naszych młodych zawodników potoczą się tak jak sobie tego życzymy, ich twarze będą jeszcze bardziej znane. Innym polskim piłkarzom ciężko rywalizować z Lewandowskim, ale ludzie, którzy śledzą polską piłkę już teraz dobrze kojarzą naszych zawodników.

- To jasne. Jakby tak spojrzeć, w Ekstraklasie macie najwięcej klasowych zawodników ze wszystkich agencji działających na rynku.
- Polskich piłkarzy, którzy wyjechali i dobrze radzą sobie za granicą, jest niewielu. Można wymienić ich na palcach dwóch dłoni. Dlatego sami staramy się kierować karierami w sposób bardzo odpowiedzialny. Jeśli już pojawia się temat transferu zagranicznego, chcemy, żeby nasz zawodnik grał tam jak najdłużej i jak najlepiej. Jeśli chodzi o Ekstraklasę to faktycznie mamy dużą liczbę graczy. Nie wiem czy najwięcej ze wszystkich agencji, czy nie, ale jesteśmy polską firmą, która skupia się na pracy z rodzimymi piłkarzami właśnie w Polsce. Myślę, że w najbliższych latach to się zmieni. Z tego względu, że współpracujemy z zawodnikami, którzy osiągnęli już pewien poziom na polskich boiskach i są brani pod uwagę w kontekście transferu za granicę. Przemyślanego transferu. Dzisiaj mamy mocną pozycję w Ekstraklasie, ale za dwa, trzy lata możemy być dużą siłą również za granicą.

- Czyli owoce dopiero będziecie zbierać?
- Nie podchodzimy do tego w ten sposób. Taka jest po prostu kolej rzeczy, że po ugruntowaniu sobie pozycji w Ekstraklasie, przychodzi czas na transfer zagraniczny. Są różne przypadki, chociażby Bartka Pawłowskiego, który wyjechał do Malagi. Tak na marginesie, nikt nie wierzył w to, że taki transfer jest możliwy. Życie pokazało, że niełatwo jest grać na zachodzie. Chcemy, aby potencjalna szansa na granie naszych zawodników, którzy wyjeżdżają była jak największa.

- O konkretnych zawodnikach za chwilę. Co pan powie o konkurencji, która jest obecnie na rynku?
- Konkurencja jest jak w każdej branży. I bardzo dobrze, bo jednak często dodatkowo mobilizuje do pracy. Czy trzeba rozpychać się łokciami? Moim zdaniem, jeśli ktoś jest naprawdę przygotowany do wykonywania tego zawodu, na pewno sobie poradzi.

- Często stosowane są nieczyste zagrywki?
- W każdym zawodzie są dobrzy i źli ludzie. Wśród menedżerów też znajdziemy przykłady niewłaściwego działania. Z jednej strony to margines, ale z drugiej element tego biznesu.

- Część środowiska dość mocno odcina się choćby od osoby Przemysława Pańtaka.
- Nie chcę się na ten temat wypowiadać.

- Dobrze. Byłby pan w stanie zliczyć wszystkie transfery, przy których maczał pan do tej pory palce?
- Nie ma szans... I nie chcę wyjść na osobę, która ma o sobie gigantyczne mniemanie, ale było ich jednak bardzo dużo. Minęło 12 lat. Mnożąc to razy dwa, bo tyle jest przecież okienek, można się pogubić.

- Któryś z nich zapadł panu szczególnie w pamięć?
- Transferem, który zawsze będę pamiętał są przenosiny Artura Boruca do Glasgow. To była pierwsza taka naprawdę duża transakcja. A pierwszy transfer w ogóle? Nie wiem czy nie był to Paweł Woźniak, który podpisał kontrakt z Podbeskidziem Bielsko-Biała. Nie ma jednak co ukrywać, że największe emocje budzą transfery, które cieszą się dużym zainteresowaniem mediów.

- To bez wątpienia wzbudza wspomniany już Linetty.
- Przyszłość Karola rysuje się w bardzo fajnych barwach. Nie udało się dopiąć transferu, który był już praktycznie pewny, ale właśnie taka jest piłka. Do ostatniej minuty może się coś zdarzyć. Taki jest urok albo i nie, tego zawodu. Trzeba być na to uodpornionym. Dopóki nawet najmniejsze formalności nie są załatwione, dealu nie ma. W przypadku Karola nic dramatycznego jednak się nie stało. Wciąż jest częścią wielkiego klubu, a jego priorytetem cały czas jest przyszłoroczne Euro. Karol swoje najlepsze mecze w kadrze rozegrał jako zawodnik Lecha, do tego grał z nim w Lidze Europy. Kolejne pół roku w Ekstraklasie nie wpłynęło negatywnie na jego rozwój, a powiedziałbym, że te miesiące pozwolą mu na jeszcze lepsze funkcjonowanie w zagranicznym klubie.

- Jak pan przyjął to, że latem Linetty nie odszedł do Club Brugge?
- To nie są miłe momenty. Tym bardziej, że z punktu widzenia rozwoju Karola, belgijski klub wydawał się świetnym rozwiązaniem. Sama wizyta, podejście do niego - wszystko było na najwyższym poziomie. Byliśmy jednak świadomi, że do porozumienia muszą dojść wszystkie strony. Wydawało się, że wszystko było załatwione, ale do transferu nie doszło. Karol bardzo szybko się po tym zrestartował, bo nie ma co ukrywać, że liczył na to, iż potoczy się to inaczej. Szybko złapał formę i zanotował świetne pół roku.

- Mówi pan, że Euro to priorytet.
- Będzie bardzo istotne. Karol jest bardzo blisko podstawowej jedenastki.

- Ale transferu zimą pan nie wyklucza?
- Nie.

- Jak wygląda sprawa z Maciejem Gostomskim, który kilka dni temu był na testach w Rangers FC?
- Testy to dużo powiedziane. Chodziło bardziej o to, żeby zaprezentował się ludziom z klubu i z nimi porozmawiał. Byli ciekawi, jaką ma osobowość, jak radzi sobie z językiem. To było najważniejsze. „Gostek” właśnie wraca (wywiad przeprowadzony 15.12.2015 – red.) i myślę, że decyzja zapadnie w ciągu najbliższych kilkunastu dni. To nie jest jedyna opcja, którą bierzemy pod uwagę.

- Pańskim zdaniem to byłby dla niego dobry ruch?
- Rangersi to wielki klub. Obecnie się odbudowują, ale na ich spotkania przychodzi 50 tysięcy ludzi. Wszystko funkcjonuje na najwyższym poziomie, a w samym Glasgow futbol jest religią. Wielu piłkarzy chciałoby się tam znaleźć.

- Ale oferta nowego kontraktu dla Gostomskiego w Poznaniu też jest.
- Prowadzimy rozmowy.

- Mówi się, że miejsce Gostomskiego w Lechu może zająć wasz inny zawodnik, który zresztą występował w Szkocji. Radosław Cierzniak z Wisły Kraków.
- Kontrakt Gostomskiego jest ważny do końca grudnia, a Jasmin Burić jest związany z klubem do czerwca, więc w Lechu muszą myśleć nad ściągnięciem nowego bramkarza. Nawet jeśli Maciek zostanie, Lech pewnie będzie szukał bramkarza.

- Bo Krzysztof Kotorowski też ma kontrakt do czerwca.
- Tak, ale Krzysiu od czerwca chciałby się chyba zająć czymś innym. Lech zawsze mógł na niego liczyć, wchodził do bramki w ważnych momentach i spisywał się znakomicie. Nawet jeśli on też jeszcze zostanie, będzie szukany ktoś nowy.

- Lada moment wygasa też umowa Mateusza Machaja ze Śląskiem Wrocław. Jaki scenariusz jest najbardziej prawdopodobny?
- Bardziej prawdopodobne jest to, że odejdzie ze Śląska. Teraz zmienił się trener i wszystko może się jeszcze wydarzyć. Ale patrząc na to co było wcześniej, można powiedzieć, że Mateusz raczej nie będzie występował w Śląsku.

- Jeszcze odnośnie Lecha, jest pan jego wielkim kibicem?
- Na pewno. Urodziłem się w Poznaniu i chodzę na jego mecze od czwartego roku życia. Wszystko zaszczepił we mnie ojciec. Pod względem czysto kibicowskim, Lech jest dla mnie bardzo ważny.

- Przeszkodziło to panu kiedyś w pracy?
- Nie jestem fanatykiem. Ten zawód wymaga zresztą innego podejścia do piłki. Myślę, że dla zawodników to, komu kibicuję, nie ma największego znaczenia.

- Transferem, który wzbudził największy szok, i przy którym pan pracował była bez wątpienia przeprowadzka Bereszyńskiego właśnie z Poznania do Warszawy.
- Ale ten transfer dowodzi właśnie temu, że jesteśmy agencją, która patrzy przede wszystkim na dobro piłkarza. Dobry kontakt z klubami jest istotny, ale jednak to zawodnik jest najważniejszy. Decyzja o transferze Bartka nie przyszła ot tak, została okupiona długimi rozmowami z nim samym, jego ojcem i ludźmi z Lecha. Uznaliśmy, że dla jego rozwoju najlepsze będzie odejście do innego klubu. Tym okazała się Legia, która zaproponowała najlepszą wizję. Zrobił to trener Urban, który teraz jest zresztą w Poznaniu. Decyzja i sam transfer nie był łatwy zarówno dla Bartka, jak i dla nas. Kierowaliśmy się jego dobrem. Jak się okazało, był to strzał w dziesiątkę.

- Bereszyński właśnie podpisał nowy kontrakt przy Łazienkowskiej. Duże jest obecnie zainteresowanie jego osobą?
- Bartek zaczął w Legii rewelacyjnie. Po półtora roku mieliśmy dla niego świetną ofertę. Było jednak mało czasu, do tego Bartek miał wtedy mecze w kadrze do lat 21. Nie zdecydował się na nią. Później przytrafiły się kontuzję, grał mniej. Cały czas jest jednak świetnym zawodnikiem. Podpisując z nim nową umowę, Legia pokazała, że bardzo na niego liczy.

- Długo negocjowaliście?
- Dość długo, ale kontrakt satysfakcjonuje obie strony. To było najlepsze rozwiązanie, bo Bartek bardzo dobrze czuje się w Warszawie. On ma 23 lata, więc jeszcze sporo przed nim. Oczywiście włącznie z transferem do zagranicznego klubu. Zarówno on na boisku, jak i my, będziemy robić wszystko, żeby jego następnym przystankiem był właśnie taki zespół. Czy to się stanie latem, czy następnej zimy - zobaczymy. Kluczowe będę regularne występy w Ekstraklasie i europejskich pucharach, Lidze Europy lub Lidze Mistrzów. W końcu nie wiadomo, kto zostanie mistrzem Polski i jak to się dalej potoczy. A z tyłu głowy Bartka jest jeszcze reprezentacja Polski. Drzwi nie są zamknięte. Wiadomo, że na prawej obronie jest Łukasz Piszczek, ale pamiętajmy, że jest to zawodnik sporo starszy od Bartka. Cień nadziei na wyjazd na mistrzostwa zostaje.

- Maciej Sadlok faktycznie był blisko przejścia do Legii? W Warszawie mówią, że tak, ale są też głosy mówiące o ogromnych rozbieżnościach między oczekiwaniami Wisły i Legii.
- Jeśli w Legii mówią, że był bardzo blisko to coś jest na rzeczy. Na pewno były prowadzone rozmowy między oboma klubami.

- Idźmy dalej. Jakie są plany względem wspomnianego już Janickiego z Lechii?
- Rafał też jest na etapie, w którym kolejnym krokiem powinien być transfer za granicę. Z Lechią wiąże go wieloletnia umowa, więc może skupić się tylko i wyłącznie na grze. A występuje w każdym spotkaniu gdańskiej Lechii. Odejdzie, gdy zgłosi się po niego zespół, którym się zainteresuje i który dogada się z włodarzami gdańskiego klubu.

- Jakiś czas temu Ekstraklasę opuścił Daniel Dziwniel. Trafił do Sankt Gallen, ale we wrześniu zerwał więzadła krzyżowe. Co u niego słychać?
- Przenosiny do Chorzowa były dla niego świetnym rozwiązaniem. Szybko się zaaklimatyzował i pokazał na co go stać. Wszystko przebiegało idealnie. Mieliśmy dla niego kilka propozycji, ale stwierdziliśmy że Sankt Gallen będzie idealnym miejscem. W końcu wychował się na niemieckiej szkole, a tam podchodzi się do futbolu w podobny sposób. Rozegrał kilka spotkań i wyglądał w nich przyzwoicie. Kontuzja przyszła w momencie, gdy wracał do pierwszego składu i był bardzo blisko grania. Obecnie Daniel rehabilituje się w Niemczech. Ciężko pracuje, bo chce jechać na styczniowe zgrupowanie swojej drużyny. Jeśli się uda, pewnie nie będzie jeszcze trenował z pełnym obciążeniem, ale chce być przy zespole. Do normalnych zajęć powinien wrócić pod koniec stycznia. Jestem przekonany, że powróci do wysokiej formy. W karierze piłkarza nie zawsze jest różowo, ale w tych mniej szczęśliwych momentach też trzeba przy nim być.

- To chyba można podpiąć pod Bartłomieja Pawłowskiego.
- Kariera piłkarska czasami układa się tak, że trzeba szukać różnych rozwiązań. Dla niego najważniejsza jest teraz regularna gra. Chłopak cały czas ma ogromny potencjał. Szukaliśmy dla niego odpowiedniego miejsca i trzeba powiedzieć, że w barwach Korony powoli wraca do formy. Momentami przypomina Pawłowskiego, który dał się poznać szerszej publiczności jeszcze w Łodzi.

- W Kielcach macie jeszcze Marcina Cebulę. Wszyscy czekają aż odpali. Nie ma pan wrażenia, że chłopak jest zbyt skromny?
- Każdy ma inny charakter, inne podejście, a co za tym idzie, z każdym trzeba rozmawiać inaczej. A w naszej pracy podejście do człowieka jest bardzo ważne. Marcin też jest w istotnym momencie kariery. Jest to przeutalentowany chłopak, który zapracował już na odpowiednią pozycję w Ekstraklasie. Mimo młodego wieku, uzbierał sporo spotkań na najwyższym szczeblu. Na bardzo trudnej pozycji - trzeba dodać. Z taktycznego punktu widzenia, kluczowej dla każdej drużyny. Czy jest skromny? Faktycznie, bije to od niego, ale to bardzo dobrze. Na boisku tego nie pokazuje, jest pewny siebie. Trzeba bowiem odróżniać postawę na murawie i tą poza nią. Tutaj doskonałym przykładem jest też Linetty, który na co dzień jest bardzo spokojny, a po pierwszym gwizdku nabiera zupełnie innych cech.

- Dobry rok ma za sobą Krzysztof Mączyński, który wrócił do Krakowa z Chin. Niech pan powie, pilotowanie jego transferu do Guizhou Renhe mocno różniło się od pracy przy krajowych i europejskich transferach? Paweł Zimończyk, agent Mateusza Zachary mówił nam, że wielkiej różnicy nie ma, a może i nawet jest bardziej profesjonalnie.
- No to albo jedno, albo drugie. Chińska kultura czy też sam sposób negocjacji jest inny. Ci ludzie zwracają uwagę na zupełnie inne rzeczy. To było bardzo ciekawe doświadczenie. Właścicielka klubu przyleciała do Zabrza, żeby spotkać się z Krzysztofem i jego żoną. W Europie to nie jest normalną rzeczą. Oczywiście sami też spędziliśmy dużo czasu w Chinach. Badania medyczne i ostateczne podpisanie umowy nie różniło się niczym od innych transferów, ale wcześniejsza otoczka była dość orientalna. Po ogłoszeniu transferu Krzysztofa wszyscy mówili, że zostanie zapomniany. A on grał bardzo dobrze zarówno w Chinach, jak i reprezentacji. Ten wyjazd w żaden sposób nie zastopował jego kariery.

- Polskim klubom brakuje podobnego profesjonalizmu? Nie ma go?
- Nie powiedziałbym tak. Nie odczuwam braku profesjonalizmu przy robieniu interesów z polskimi klubami. Czasami są różne problemy, chociażby z płatnościami, ale przecież za granicą jest podobnie. Z roku na rok jest zresztą coraz lepiej.

- Cofamy się w czasie o 12 lat. Zostałby pan jeszcze raz menedżerem czy postawiłby pan na coś innego?
- Tutaj mogę odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością. Niczego bym nie zmienił.

ROZMAWIAŁ MATEUSZ MICHAŁEK

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Szymon Pacanowski Polska Wywiad
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.