Wezwanie z „krańca świata”: Sisinio González Martínez

12 miesięcy temu Wezwanie z „krańca świata”: Sisinio González Martínez
fot. @sisinio/ instagram.com

W Korei był uwielbiany, bije od niego naturalny optymizm, nie stroni od literatury i mimo ciężkiej kontuzji nie stracił lekkości w grze. ¡Bienvenido a Polonia!

Niewątpliwie posiadł moc czarowania piłką. Nie jest istotne, czy wyssał ją z mlekiem matki, czy kartka z tym darem została mu przydzielona jeszcze przed narodzinami. Najważniejsze, że gdy pojawia się na boisku, zamienia się w prawdziwy generator energii. Bierność nie istnieje w jego słowniku, sam wypracowuje sytuacje: bierze sobie rywala na plecy, lekko się pochyla, przytrzymuje futbolówkę i w odpowiednim momencie wrzuca wyższy bieg. Wtedy jest w stanie kontrolować czas. Na ten krótki ułamek sekundy. Może czasem niezauważalny, ale niewątpliwie niezbędny do poprawnej oceny sytuacji i w efekcie wyrwania spod kontroli przeciwnika. Jest bez szans, a trauma na długo będzie unosić się wokół jego umysłu.

Z egzotyką za pan brat

Lekka konsternacja. W końcu Korea to zupełnie inny świat, całkowity przeskok kulturowy. Dookoła niezrozumiałe dźwięki. Szum. Chaos. Nic więc dziwnego, że nawet Sisi stracił uśmiech z twarzy. Ale tylko na moment. Władze Suwonu zapewniły mu niesamowicie ciepłe przyjęcie, chcąc by od samego początku czuł się dobrze w nowym otoczeniu.

Już na lotnisku czekała na niego antyrama z napisem „¡Bienvenido a Corea!”, która natychmiast rozjaśniła twarz Hiszpana. Mógł poczuć się pewniej. Ba, musiał. Sam zdecydował się na egzotyczną zmianę w swoim życiu i teraz już nie było najmniejszych szans na odwrót. Czas niewątpliwie biegł swoim rytmem, ale tak bywa, gdy wszystko, absolutnie wszystko dookoła jest nowe, a gdzieś w środku pali myśl, że należy się z tym zmierzyć. Szybko okazało się jednak, że Sisi nie ma zbyt wielkich problemów z zaaklimatyzowaniem się w nowej drużynie. Spójna myśl ze szkoleniowcem na pewno miała tu ogromne znaczenie (chciał wykorzystać nowego zawodnika w działaniach ofensywnych), a pozostali piłkarze również powitali go z uśmiechem. Pomocnik otrzymał nawet numer 8, choć jeszcze na treningu nosił go inny gracz.

Trzeba otwarcie przyznać, że na takiego piłkarza jak Sisi zawsze czeka się niecierpliwie. Nieważne, czy jest świeżo po kontuzji, czy bierze na celownik przedziwną destynację. Strona klubowa prezentując pomocnika wypowiadała się o nim w samych superlatywach, wymieniając m. in. doskonałą umiejętność dryblingu, świetne rozwinięcie techniczne, zwinność, szybkość, dużą zwrotność dzięki gabarytom i jego boiskowy uniwersalizm, nie zapominając przy tym o potężnym zaangażowaniu. Kibice Suwonu odetchnęli z ulgą, gdy klub w końcu zakontraktował Hiszpana. Na fanpage’u pojawiły się pełne wiary komentarze informujące, że taki piłkarz może jedynie pomóc drużynie i walnie przyczynić się do jej sukcesów. Część osób nie kryła irytacji związanej z długim okresem oczekiwania, jaki klub zafundował przed oficjalnym sprowadzeniem zawodnika do Korei (no, ewentualnie niektórzy zastanawiali się, czemu herb w holu zmienił miejsce). Co równie istotne, hiszpańscy kibice nie zapomnieli o swoim ulubieńcu i również nie kryli słów wsparcia, życzeń jak najlepszej gry w jego kierunku. Niektórzy wysłali nawet zdjęcia ekranów, na których widniał skład Suwonu prezentując najwyższe przywiązanie i zrozumienie.

Lekkość zgrana z zaangażowaniem

Po wstępie można odnieść wrażenie, że Lech odnalazł żyłę złota pod poznańskim Ostrowem Tumskim i pławi się teraz w dostatku, co pozwoliło mu sprowadzić  prawdziwego wirtuoza futbolu, który wykazuje autentyczną chęć gry pod skrzydłami Urbana. Wracając już na ziemię, Sisi (a może lepiej byłoby się posłużyć koreańskim "시시" oczywiście ma swoje wady, ale potrafi wszystko nadrobić zaangażowaniem i taką boiskową zadziornością – tego zdecydowanie nie można mu odmówić.

Tytułem wstępu, warto rzucić okiem na statystyki Hiszpana, który od 1.08 do 22.11 rozegrał 1242 minuty (16 meczów – 2 z ławki, 8 całych, 6-krotnie zmieniony). Dwukrotnie nie pojawił się w kadrze zespołu, jedno spotkanie w całości spędził na ławce rezerwowych. W tym czasie zarobił aż 5 żółtych kartek. Zwykle zmieniali go zawodnicy, którzy potrzebowali ogrania i powolnego wdrożenia do drużyny, trudno o jakąkolwiek powtarzalność (jedynie dwukrotnie był to Sin-Young). Swoją pierwszą asystę zanotował 12.08 w wyjazdowym starciu przeciwko Hummel, które Suwon wygrał 3:1 – było to długie podanie do Kima, wykończone ze stuprocentową skutecznością. Mecz wcześniej Sisi pomógł w wywalczeniu rzutu karnego, gdy wraz z Kwonem wyszedł na czystą pozycję, a bramkarz Seoulu dopuścił się przewinienia na jego klubowym koledze.

Hiszpański pomocnik w swoich dwóch pierwszych, debiutanckich spotkaniach rozegrał łącznie 49 minut i ta próbka umiejętności wystarczyła, by przekonać do siebie szkoleniowca Suwonu. Sisi świetnie czuje się z rywalem na plecach, można nawet wyróżnić taki charakterystyczny ruch (opisany we wstępie), gdy zastawia się z futbolówką i uruchamia turbodoładowanie w najmniej oczekiwanym momencie. Wtedy nieważne, czy na plecach ma 2-metrowego kolosa, czy dręczącą "pchłę" – potrafi się urwać i ruszyć z piłką w wyższe sektory boiska. W środkowej strefie boiska jest bardzo ruchliwy. Przyjmuje futbolówkę i od razu jego balans ciała wskazuje na ruch do przodu, to też charakterystyczne, jak jego przekładanka. Nie zwleka, nie waha się, nie potrzebuje zbyt dużo czasu na ocenę sytuacji. Właśnie w Suwonie widoczna była ogromna wymienność pozycji po przyjęciu.

Choć to był zaledwie pierwszy kontakt z koreańskim futbolem, Sisi bardzo dobrze czytał grę: wiedział, gdzie w danym momencie mogą zameldować się koledzy i korzystał ze swoich dokładnych podań, by napędzić ich poczynania.

Nie można zapominać o niesamowitej szybkości pomocnika, która sprawia ogromne problemy przeciwnikom. Jego niewątpliwym atutem w Korei były także długie podania, które pozwalały drużynie szybko i bezboleśnie zdobywać teren. Nieco gorzej prezentował się na wykończeniu: zresztą, wolał oddać piłkę niż decydować się na strzał. Trener Suwonu nie zapomniał jednak o zaletach Hiszpana w ataku i polecił mu „wklejanie się” w linię ofensywną. Sisi bardzo dobrze pilnował spalonego, balansem ciała zwodził rywala i po raz kolejny, od razu, gdy tylko piłka dokleiła mu się do nogi, ruszał z nią, uruchamiał wyższy bieg.

Sisi wnosi nową jakość do ofensywy. Potrafi w zastraszającym tempie zmienić flankę, znaleźć się na domknięciu, urwać defensywie przeciwnika. Na boisku jest bardzo inteligentny: podąża za grą, gdy widzi, że koledzy majstrują atak i nie boi się zameldować na boku boiska, gdzie jest bardzo groźny. Jak widać… niestraszne mu także indywidualne wejścia w sam rój defensywny rywala.

Z wiarą w przyszłość

Sisi świetnie zaaklimatyzował się w Korei i podbił serca kibiców. Nie potrzebował zbyt wiele, by zasłużenie stać się prawdziwą gwiazdą drużyny. Nigdy nie można mu było odmówić zaangażowania, w grę wkładał całe serce, a i poza boiskiem był bardzo życzliwy i wiecznie radosny. Trudno się dziwić, że entuzjaści Suwonu obdarzyli go takim ciepłem i szczerą, nieudawaną sympatią. Klubowy fanpage ma w zwyczaju podawać składy, a kibice widząc nowy nabytek po raz pierwszy w wyjściowym składzie nie kryli radości wierząc, że ich nie zawiedzie.

Hiszpański pomocnik bardzo szybko, bo już pod koniec sierpnia, zaczął pojawiać się na plakatach zapowiadający mecze Suwonu. Był kojarzony z tą drużyną. Był jej częścią. I chyba trzeba przyznać, że nieźle odnalazł się w zupełnie nowym, może trochę dla Europejczyka egzotycznym, otoczeniu. Sisi nie omieszkał w liście otwartym podziękować wszystkim (kibicom, zarządowi, piłkarzom), że dali mu szansę przeżyć coś zupełnie innego i dzięki temu na zawsze pozostaną w jego sercu. Zresztą, trudno zapomnieć  kawę w centrum Korei przy wtórze „los peses en el rio”. Być może sam proces aklimatyzacji nie przebiegałby tak sprawnie, gdyby nie wsparcie potężnej grupy osób i… sam charakter piłkarza. Dość już o potędze nastawienia, Sisi oprócz tego wykazuje spore zainteresowanie literaturą, nie stroni od kryminałów i powieści osadzonych w dawnych realiach. Na jego twitterowym profilu raz za razem pojawiają się wpisy powieściopisarza Arturo Perez-Reverte, chwalił się także  męczarniami ze „Światem Zofii” i ogromnym wrażeniem, jaki zrobiło na nim „Światło, którego nie było” Doerra.

Mimo tych wszystkich ciepłych wspomnień, Sisi już 3 miesiące temu odnowił kontakt z Janem Urbanem, którego zna z czasów Osasuny. Tak jak na boisku - zbyt długo nie zwlekał, szybko zdecydował się na powrót do Europy, wykazując szczerą chęć gry pod dowództwem szkoleniowca, właśnie dla Lecha. Z pewnością pomocny w podjęciu decyzji okazał się być także Kibu, z którym pomocnik pozostawał w ścisłym kontakcie – to właśnie dzięki niemu od 2 lat miał kontakt z Ekstraklasą (poza przypadkowymi meczami, oglądał nawet finał Pucharu Polski, będąc pod wrażeniem atmosfery). Biorąc to wszystko pod uwagę można odnieść wrażenie, że przeprowadzka do Polski była jedynie kwestia czasu. Trudno na chwilę obecną powiedzieć, jak Sisi odnajdzie się w realiach naszej ligi, ale niewątpliwie nie można mu odmówić zaangażowania i umiejętności. Pomocnik powinien wyglądać bardzo dobrze pod względem fizycznym (nie każdy jest w stanie ścigać się z koreańskimi zawodnikami i jeszcze te pojedynki wygrywać), a wiele wskazuje na to, że raczej nie zgubił swojej unikalnej lekkości, którą czarował na hiszpańskich boiskach. Pozostaje jedynie kwestia tego, jak dogada się z resztą drużyny: kibice poznańskiego Lecha mogą odetchnąć jednak z ulgą, Sisi jest pozytywnie zmotywowany do gry i bije od niego prawdziwa radość.

ŹRÓDŁO
transfery.info/ suwonfc.com
TAGI: Lech Poznań Suwon City Korea Południowa K-league Challenge Ekstraklasa Sisinio Gonzalez Martinez Jan Urban Polska
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2016 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.