Czasami raz komuś coś wyjdzie i na tym koniec. Pokora - to przede wszystkim! [WYWIAD]

rok temu Czasami raz komuś coś wyjdzie i na tym koniec. Pokora - to przede wszystkim! [WYWIAD]
fot. FotoPyk

Sezon 2014/2015, przepiękna przygoda Błękitnych Stargard Szczeciński w Pucharze Polski. Do półfinału tych rozgrywek doprowadził drugoligowca nasz rozmówca - trener Krzysztof Kapuściński.

Szkoleniowiec pracuje w klubie dziś, a my porozmawialiśmy sobie m.in. o tym, co dały Błękitnym piękne pucharowe występy, z jakimi problemami się po nich zmagał, pracy młodych polskich szkoleniowców w niższych ligach oraz jego ambicjach. Zapraszamy!

Ponoć w Stargardzie co chwilę ktoś wspomina waszą piękną przygodę w Pucharze Polski.
Nie... Raczej rzadko już się o tym mówi. Temat zanikł. No może przed naszymi spotkaniami pucharowymi w tym sezonie faktycznie pojawiło się trochę więcej wspomnień, ale generalnie było - minęło.

Ile razy oglądał pan rewanż z Lechem?
Wielokrotnie. I za każdym razem go przeżywałem. Ale to też było bardziej bezpośrednio po meczu. Nasza przygoda zakończyła się na Stadionie Narodowym. Niestety w charakterze widzów.

Były łzy? Bo wiem, że u zawodników tak.
Łez może nie, ale emocje były gigantyczne. Pamiętam moment, gdy wyszedłem na murawę po odprawie przy Bułgarskiej. Na trybunach były cztery tysiące naszych kibiców! Wśród nich dojrzałem w szaliku mojego syna. To był niesamowity moment. Serce zabiło mocniej.

Czerwona kartka o wszystkim zadecydowała?
Podkreślmy to, że my mogliśmy bardzo szybko stracić bramkę. Do 28. minuty Lech miał sporą przewagę i równie dobrze mógł trafić do siatki szybciej. Jeśli chodzi o czerwoną kartkę, myślę, że gdyby nie ona, mielibyśmy szansę na grę w finale. Ale nie ma co mówić. Osiągnęliśmy sukces, a wspomnienia zostaną na zawsze. Pamiętam opowieści kibiców czy nawet znajomych. Mówili, że gdziekolwiek by w tamtym momencie nie pojechali i mówili, że są ze Stargardu, wszyscy kojarzyli ich z naszą przygodą. Z Błękitnymi.

Tak chyba zostanie. Dla wielu osób Błękitni już zawsze będą synonimem pięknej pucharowej niespodzianki.
Być może. Nie bez znaczenia był sposób, w jaki nasza przygoda została przedstawiona. Choćby prawdziwe emocje, jakie wychodziły od Wojtka Kowalczyka. Rozmawiałem z nim kiedyś na ten temat. Legię, której barwy reprezentował też wszyscy skazywali na pożarcie przed meczami z Sampdorią czy Manchesterem United. Z nami było podobnie. Wszyscy byli przekonani, że nie poradzimy sobie z wyżej notowanymi rywalami i pewnie stąd się to wzięło. Wyszła fajna historia. Romantyczna - jak to opisywali dziennikarze. Najpiękniejsze jest to, że stworzyli ją w głównej mierze ludzie stąd. To było takie nasze, osiągnięte wyłącznie ciężką pracą.

Podsumował pan dokładniej tamten dwumecz z trenerem Skorżą?
Niedawno widzieliśmy się w Szkole Trenerów w Białej Podlaskiej. Porozmawialiśmy, powspominaliśmy... To dla mnie wielki autorytet, świetny fachowiec. Fajnie, że na tej mojej drodze już teraz mogłem rywalizować z kimś takim.

Po raz pierwszy spotkaliście się dużo wcześniej.
Przez kilka lat przebywałem w szkółce Amiki Wronki. Likwidowano mój rocznik i trener ze mnie zrezygnował...

...Pamiętam jak przed tymi meczami z Lechem każdy powtarzał, że chce mu pan utrzeć nosa.
Tamta decyzja była naturalną koleją rzeczy. Nie ma co ukrywać, nie zapowiadałem się na wielkiego zawodnika i nigdy nie miałem do trenera Skorży o to pretensji. Szkoleniowiec co jakiś czas musi dokonywać podobnych wyborów, sam robię to co kilka miesięcy. Nie jest to miła sprawa, ale przecież nie da się grać na boisku w dwudziestu. Kadra też musi mieć określone rozmiary. Normalne.



Konkretnie - co dał Błękitnym Puchar Polski?
Przede wszystkim ogromną promocję. Zarówno miasta, które jest naszym głównym sponsorem, jak i samego klubu. Myślę, że Błękitni większości osób kojarzą się teraz z pracą u podstaw oraz stawianiem na wychowanków i chłopaków z regionu. Mogliśmy pokazać to wszystko szerszej publiczności. Byliśmy czymś nowym. Magnesem.

Od tamtej pory doszło u nas do kilku zmian. Sztab zasilili Grzegorz Flas, trener bramkarzy Sławomir Szczeciński... Działamy o wiele bardziej profesjonalnie. Cały czas próbujemy zresztą pewne rzeczy ulepszać. Patrząc na funkcjonowanie, nie różnimy się niczym od klubów z I ligi. Takie jest przynajmniej moje zdanie. Mamy przedmeczowe zgrupowania, śpimy w niezłych hotelach, zawodnicy dobrze się odżywiają. Jest przyzwoicie.

Nie myślał pan, że większa liczba pańskich podopiecznych pójdzie grać wyżej po pucharze?
Najmocniej w tym kontekście stawiałem na Wojtka Fadeckiego. Wspomnijmy choćby jego fantastyczne uderzenie przeciwko Tychom. Jak to określili komentatorzy - „spadający liść” w stylu Cristiano Ronaldo. Ale nie chodzi tylko o tego gola. Po prostu miał i dalej ma ogromny potencjał. Kto jeszcze? Na pewno Piotrek Wojtasiak, a więc strzelec gola na Lechu. Niestety dopadły go problemy zdrowotne. Nie grał przez rok, teraz dopiero wraca do pełni sił. Gdyby nie to, w niektórych ekstraklasowych klubach mogliby zaczynać teraz od niego ustalanie składu. Oczywiście oni cały czas mają szanse, żeby grać wyżej. Trzeba tylko dalej pracować.

A Ariel Wawszczyk? Co prawda teraz jest w Podbeskidziu, ale zeszłego lata mógł trafić do Cracovii.
I po powrocie z Cracovii przyplątała mu się kontuzja, która wyłączyła go z gry na kilka miesięcy. Miał złapaną kość śródstopia i nie chciało mu się to zrosnąć. On również ma bardzo duży potencjał. Musi się tylko dobrze zaaklimatyzować w Podbeskidziu. Sam staram się promować wychowanków, ale przecież w innych klubach nie ma żadnych sentymentów.

Podobno chcieliście za niego zbyt dużo pieniędzy.
W mediach pojawiło się sporo przekłamań. Z tego co wiem, Cracovia odezwała się po niego w ostatniej chwili. Nie wiem, jak było wcześniej. Najlepiej zapytać prezesa.

Wspomina pan o wychowankach. Nie ma co ukrywać, że stawia pan na nich, bo jest stąd. Minął już szmat czasu odkąd zaczął pan pracę w klubie.
Dokładnie 11 lat. Pracować zacząłem z rocznikiem 95'... To z niego jest m.in. Grzegorz Rogala, który poszedł potem na kilka lat do Lecha, następnie przeniósł się do Rakowa Częstochowa i niedawno do nas wrócił. Ale są i tacy chłopcy, z którymi współpracuję w zasadzie bez przerwy.

Sama trenerka - jak zrodził się pomysł, żeby spróbować swoich sił?
Papierów na granie nie było. Szybko zerwałem więzadła krzyżowe i ciężko było dojść do siebie. Po Amice zdecydowałem się pójść na studia sportowe do Szczecina. Granie traktowałem już rekreacyjnie, ale o trenerce myślałem bardzo poważnie. W Błękitnych zaczęło się od pracy z maluszkami. W klubie dość szybko dostrzeżono, że mogę się przydać i po pół roku dostałem juniorów młodszych. Liśkiewicz, Inczewski... Pracujemy ze sobą do teraz. Zresztą, w tych juniorach też mieliśmy świetną drużynę. Potrafiliśmy wygrywać z trzecioligowcami, a przecież w III lidze grał wtedy pierwszy zespół Błękitnych... Mocna, fajna grupa.

Zawsze największą frajdę miałem, gdy widziałem, że drużyna się buduje. Że ciężka praca przynosi wymierne efekty. Pamiętam jak byłem dumny, gdy któryś z moich juniorów był zapraszany przez trenerów do pierwszego zespołu. Radość przynosił każdy pojedynczy chłopak.

Sam objął pan pierwszą drużynę w 2012 roku. W dość niemiłych okolicznościach.
Nie wiem czy w niemiłych. Pracowałem z trenerem, który sam biegał jeszcze po murawie. W pewnym momencie nie dogadał się z zarządem i zaproponowano posadę mojej osobie. Oferta spadła znienacka, bo trzy dni przed meczem ligowym. Ale zarząd nie ma chyba czego żałować. W pierwszym roku awansowaliśmy do II ligi.

Szybko.
Każdego trenera rozlicza się z wyników, a tych na początku nie było. Po czterech kolejkach tamtego sezonu zajmowaliśmy ostatnie miejsce. Zaczęły się oczywiście pojawiać różne głosy, ale w klubie wytrzymali ciśnienie. Pamiętam zresztą przełomowe spotkanie w Dębnie. Skończyło się szczęśliwie. W końcu udało się wywalczyć upragniony awans.



Mówi pan, że teraz funkcjonujecie jak pierwszoligowcy, więc rozumiem, że celujecie w kolejny?

Przede wszystkim twardo stąpamy po ziemi. Wiemy, jakim dysponujemy budżetem i którą drogą musimy podążać. Na razie trzeba skupić się na II lidze, bo rozgrywki w tym roku są bardzo mocne. Tak mocne jeszcze nie były.

Trzeba podkreślić, że w tym „pucharowym” sezonie byliście bardzo blisko awansu. Chyba jeszcze bliżej niż finału na Narodowym.
W barażach byliśmy do 70. minuty spotkania ostatniej kolejki ze Stalą Stalowa Wola. Szalony mecz, bo oni też walczyli o awans. Na trybunach było mnóstwo ludzi. Ostatecznie wygraliśmy 2:0, ale wyniki innych spotkań niestety nie ułożyły się po naszej myśli. Zabrakło dwóch punktów.

Żal jeszcze większy niż po Poznaniu?
W głębi duszy już wcześniej wiedziałem, że może być ciężko. Zbyt wiele rzeczy musiało ułożyć się po naszej myśli.

A jak to było pod koniec zeszłego roku, gdy zrezygnował pan z pracy w Błękitnych?
Piekielnie ciężki moment. Jak to często bywa, gdy wygrywasz - wszyscy są w euforii, a w razie porażek dostaje się tylko trenerowi. Sporo rozmawiałem wtedy z prezesem. Mówiłem, że chcę podać się do dymisji. Sugerował, żebym mocno się zastanowił, ale w końcu zrobiłem to po porażce w Częstochowie. Tamten sezon był trudny. Wszyscy liczyli na to, że w cuglach awansujemy, a kompletnie zawodziliśmy.

Stracił pan wiarę w to, że można cokolwiek zmienić?
W klubie próbowano wtedy wszystkiego. I motywować większymi premiami, i karać zawodników łącznie ze sztabem... Ostatnim ogniwem zawsze jest jednak trener. Ja dalej wierzyłem w chłopaków, ale podjąłem taką decyzję. Nie było tak, że ja zwątpiłem w drużynę. Nigdy w życiu. Po prostu po wspaniałej przygodzie w pucharze wiele rzeczy zrobiliśmy na wariata. Nie przepracowaliśmy normalnie okresu przygotowawczego, bo strasznie mocno nastawiliśmy się na kolejną edycję tych rozgrywek. Wygraliśmy z Gwardią Koszalin, potem Termalicą... To było mniej więcej w połowie przygotowań, które zaburzył jeszcze mecz z Zagłębiem Lubin. Do 60. minuty prowadziliśmy z „Miedziowymi”, ale ostatecznie nas wypunktowali. Chwilę po tym w zasadzie zgasło światło. Niektórzy byli chyba trochę zawiedzeni - czy to brakiem transferów, czy to tym, że nie było już błysków fleszy... Ostatecznie jednak pozostałem w klubie. Prezes znowu miał nosa, bo później zanotowaliśmy niezłą rundę.

Porozmawiajmy jeszcze trochę o pracy młodych trenerów w niższych ligach. Ciężki kawałek chleba.
Umówmy się, żeby trener mógł się temu naprawdę poświęcić, trzeba mu po prostu zapłacić. I nie tylko jemu. Teraz mam do dyspozycji stosunkowo szeroki sztab, o którym już wspomniałem, ale kilka sezonów wstecz tego nie było. Brakowało asystenta, trenera od bramkarzy, masażysty... A nie mówimy przecież o najniższej lidze. Na szczęście doszło do zmian. Gdzieś obok tego szalenie ważna jest jednak jeszcze jedna rzecz. Bez względu na to czy trener jest młody, czy nie, musi czuć wsparcie ze strony osób rządzących klubem. Ja czuję je tutaj od samego początku.

Pamietam scenkę z tamtego „pucharowego” sezonu. Po kolejnej ligowej porażce, bodajże trzeciej z rzędu, podszedł do mnie prezes i mówi: „Słuchaj, nie martw się. Zaraz odpalicie i wszystko będzie dobrze”. Niby nic, ale to był wielki gest. Równie dobrze już wtedy mógł podziękować mi za współpracę.

O dymisji już było. Takich chwil zwątpienia jest dużo? Nie chodzi mi nawet o wiarę w drużynę tylko sens dalszego pięcia się po szczeblach kariery.
Zwycięstwa uskrzydlają. Noszą. Porażki z kolei często działają destrukcyjnie. Nie ukrywam, że w pewnym momencie, właśnie po naszej pucharowej przygodzie i słabszych wynikach w lidze, miałem wszystkiego dosyć. Być może nawet sam czekałem na przerwę. Chciałem złapać oddech, zresetować się. Ale takie momenty przytrafiają się chyba każdemu.

Miał pan w ogóle oferty z wyżej notowanych klubów po przygodzie w pucharze?
Nie. Nie miałem żadnej propozycji. Uważam zresztą, że jeszcze dużo muszę się nauczyć. Właśnie byłem na kursie w Szkole Trenerów. Poznałem wielu fajnych kolegów, powymienialiśmy się spostrzeżeniami... Nauka, nauka, nauka i zbieranie doświadczenia - to się dla mnie liczy. Szczerze mówiąc, nawet przez moment nie myślałem o odejściu do innego klubu. W Stargardzie czuję się znakomicie. Oprócz trenowania Błękitnych dalej pracuję zawodowo w szkole. Jestem szczęśliwym człowiekiem, co jest dla mnie szalenie istotną sprawą.



Nie korci pana, żeby w najbliższym czasie zmienić otoczenie i spróbować sił gdzieś indziej?
Podchodzę do tego na spokojnie. Na wszystko trzeba zapracować. Czasami komuś raz coś wyjdzie i na tym koniec. Ja nigdy nie uważałem się za Alfę i Omegę. Oczywiście, jestem pewny siebie, ale w tym zawodzie trzeba być bardzo pokornym. Wtedy możesz osiągnąć prawdziwy sukces. W II lidze od jakiegoś czasu pracuje znakomity szkoleniowiec. Chodzi mi o Ryszarda Wieczorka. Wielkie doświadczenie. Rozmowy z nim, a dyskutujemy dość często, bardzo dużo mi dają. Widać, że zjadł na tym zawodzie zęby. To tylko pokazuje mi, że przede mną jeszcze dużo pracy. I wiem, że po drodze będą zarówno sukcesy, jak i porażki.

Będzie dla pana porażką, jeśli nigdy nie trafi do Ekstraklasy?
Nie. Wiem, że to brzmi banalnie i może nie każdy mnie do końca zrozumie, ale ja przede wszystkim chcę być szczęśliwym człowiekiem. Żyć zgodnie ze swoimi zasadami i przychodzić do swojej pracy z uśmiechem. W Błękitnych mam grono wspaniałych ludzi i to jest dla mnie kluczowe. Oczywiście to się może zmienić, ale w tym momencie nie chciałbym pracować w miejscu, gdzie ktoś rozgrywa jakieś gierki. Ekstraklasa? Idę w dobrym kierunku, ale na to jeszcze za wcześnie.

Pamiętam jak raz oburzył się pan, gdy jeden z dziennikarzy podkreślił, że bardzo chce pan pracować w Pogoni Szczecin.
Mądry dziennikarz zadał inteligentne pytanie i taki wymyślił tytuł (śmiech). Liczy się kontekst. Mogę tylko powtórzyć - w województwie nie ma trenera, który nie chciałby pracować w największym klubie. Każdy powinien mieć ambicje i marzenia. Jeśli ktoś ich nie ma, nie powinien zabierać się za trenerkę. Szkoleniowiec z B-klasy chce kiedyś trafić do okręgówki. Ten z okręgówki - do IV ligi i tak dalej.


Było już o Skorży i Wieczorku. Ceni pan jeszcze czyjś warsztat?
Bardzo cenię umiejętności trenera Probierza. Lubię takich charyzmatycznych, pewnych siebie szkoleniowców. Ma świetny kontakt z drużyną, jest przywódcą. Oczywiście ma zupełnie inny charakter niż choćby trener Skorża, który z reguły jest ostoją spokoju, ale to się nie wyklucza. Od każdego można coś wyciągnąć.

Ma pan również na myśli to medialne show u Probierza?
Tak. On po prostu jest bardzo wyrazistą osobą. Oczywiście koniec końców i tak najważniejsze jest to, jakim jest się w stosunku do samych zawodników, ale to może się podobać. Patrząc na całokształt - wyniki, zawodników, których wychował - dla mnie jest kolejnym autorytetem.

Drugoligowy zespół, wspomniana praca - jest czas na coś jeszcze?
Rozmawiałem kiedyś na ten temat z doświadczonymi trenerami z Ekstraklasy. Podkreślili, że młodzi szkoleniowcy dosłownie przez cały czas myślą. O zajęciach, wynikach, porażkach, tym co robią źle, co dobrze... A oni potrafią się trochę bardziej wyłączyć. Odpocząć. Nie ukrywam, futbol pochłania mnie całkowicie. W klubie spędzam bardzo dużo czasu. Po swoim treningu zawsze zostaję na zajęciach syna. Po prostu lubię być przy piłce. Do pewnych spraw podchodzę na spokojnie, ale w gruncie rzeczy nie wyobrażam sobie, żeby jej nie było.

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Krzysztof Kapuściński Błękitni Stargard Szczeciński Wywiad Polska Puchar Polski Lech Poznań Maciej Skorża
KOMENTARZE (
0
)
NAJNOWSZE INFORMACJE
FACEBOOK:
REKLAMA:

Page generated in 0.004 seconds.

| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2017 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.