„After w klubie? Ktoś wyciąga piłkę i zaczyna się zabawa” [WYWIAD]

11 miesięcy temu „After w klubie? Ktoś wyciąga piłkę i zaczyna się zabawa” [WYWIAD]
fot. michryc.com

Michał Rycaj jest jednym z najlepszych polskich freestylerów. Tytuły mistrza Polski, dwukrotnie (2013 i 2015) zdobyte mistrzostwo świata, ostatnio triumf na World Tour F3 w Melbourne... Z piłką potrafi niemal wszystko. Zapraszamy na rozmowę!

Jest coś, czego nie potrafisz zrobić z piłką? Słyszałem, że nie.
MICHAŁ RYCAJ:
Wiele rzeczy! Pewnie zdecydowanie więcej niż tych, które potrafię z nią zrobić.

Masz na myśli jakieś najtrudniejsze tricki?
Masa kombinacji nie została jeszcze na dobre odkryta i póki co znajduje się wyłącznie w mojej głowie. Mojej i oczywiście wielu innych freestylerów. Niektóre są dla mnie nie do zrobienia. Moją piętą achillesową jest na przykład akrobatyka. Nie mam dobrze opanowanych ruchów akrobatycznych, jak stanie na rękach czy salta. Trochę mnie to ogranicza. Zresztą, znalazłoby się tego więcej.

Pracujesz nad tym? Czy jednak głównie skupiasz się na szlifowaniu swoich najmocniejszych stron?
Staram się znajdować kompromis. Wiadomo, że trzeba szlifować to, w czym jest się najlepszym i próbować wchodzić na jak najwyższy level. Jest to jednak pewna strefa komfortu, a z niej mimo wszystko trzeba wychodzić i pracować również nad słabszymi stronami. Lub po prostu uczyć się nowych rzeczy.

Sięgasz jeszcze pamięcią do swoich freestylowych początków? To był 2006 rok, minęło więc mnóstwo czasu. Dalej siedzi w tobie ta sama zajawka?
Zajawka dalej jest silna, może nawet silniejsza. Pewne rzeczy jednak się pozmieniały i mają inne kolory. Kiedyś wszystko było o wiele bardziej idylliczne. Mówię chociażby o swoich freestylowych marzeniach, oczekiwaniach, ludzi, których nie znałem, a bardzo chciałem poznać... Na wszystko patrzyło się w różowych okularach. W momencie gdy osiągnąłem szczyt dziecięcych marzeń, przyszło pewne rozczarowanie. Wszystko dlatego, że moje oczekiwania były nieco inne. Ta pasja dalej we mnie jest, ale nieco inna. Oparta bardziej na rzeczywistości.

Co najbardziej cię rozczarowało?
Myślałem na przykład, że zdobywając tytuł mistrza świata, w moim życiu pojawią się fajerwerki. Że z w jednej chwili stanę się kimś zupełnie innym. Takie gówniarskie oczekiwanie. Oczywiście, sięgnięcie po mistrzostwo było genialnym uczuciem, ale jeśli chodzi o jakieś życiowe wartości, sama wygrana niosła ich za sobą niewiele. Dążenie do tytułu mistrza świata to taki egoistyczny akt. I na początku jest to bardzo przyjemne, gdy wszyscy mówią ci, że jesteś najlepszy. Po jakimś tygodniu czy dwóch kurz jednak opada, a ty myślisz sobie: - To już wszystko? Tyle?

Nie myślisz, że w jakimś stopniu wpływ na to ma niewielka popularność freestyle'u w naszym kraju?
Miałem na myśli bardziej psychologiczną stronę tego wszystkiego, ale ten fakt rzeczywiście może mieć na to wpływ. Jest mnóstwo gości, którzy wygrywali i dalej wygrywają najważniejsze turnieje - Łukasz Chwieduk, Szymon Skalski... Wygrywamy mistrzostwa świata, ale w porównaniu do innych sportów nie ma nas na salonach. Cały czas to bardziej underground.


Pytałem o najmłodsze lata. Podobno pierwsze „dookoła świata” zrobiłeś po godzinie trenowania.
Wiesz co, nie pamiętam. Ale to bardzo możliwe. Na pewno było tak, że wyszedłem ćwiczyć zaraz po obejrzeniu pierwszych filmików.

I tak już zostało?
Na początku traktowałem to bardzo z dystansem, bardziej jako freestyle-hobby. Treningi nie miały żadnego schematu. Po prostu wychodziłem na podwórko wtedy, kiedy chciałem. Albo kopałem w domu. Były potłuczone żyrandole, ale to raczej standard. Rodzice szybko się przyzwyczaili. Dopiero z czasem zacząłem podchodzić do tego inaczej, zdecydowanie bardziej poważnie. Wiązało się to oczywiście z pierwszymi niezłymi miejscami na zawodach.

Był jakiś aspekt, na którym zawsze zależało ci najbardziej, występując na turniejach?
Do tej pory zależy mi przede wszystkim na tym, żeby przedstawiać coś swojego. Celem moich występów na każdym turnieju było i jest pokazywanie nowych rzeczy. To właśnie możliwość kreacji jest rzeczą, która zawsze najbardziej podobała mi się w tym sporcie. Ona trzymała mnie przy nim przez tyle czasu i pewnie jeszcze długo potrzyma.

Myślałem, że wspomnisz coś o muzyce. To twoja druga pasja. Większość zawodników chyba nie zwraca na nią tak wielkiej uwagi jak ty?
Muzyka jest dla mnie szalenie ważna, ale znam wielu freestylerów, którzy pod względem muzykalności prezentują jeszcze wyższy poziom. Sam cały czas czuję się w tej kwestii amatorem. Niezwykli są Japończycy. Oni bardzo mocno stawiają na muzyczną improwizację. Jestem przy nich pryszczem. Aczkolwiek nie ukrywam, że moja pasja do niej, m.in. umiejętność gry na gitarze, pomaga w tworzeniu choreografii. Pokazy, które prezentuję na przeróżnych eventach, wykonuję na przykład do swojej muzyki.


Jakiś czas temu mówiłeś, że robisz sobie przerwę od większych zawodów. Tymczasem ostatnio wygrałeś F3 World Tour w Melbourne. Leciałeś na pewniaka?
Wygrywając mistrzostwo świata w 2015 roku, faktycznie zrobiłem sobie przerwę. W sumie trwała ponad rok. Po niej najpierw były zawody pucharowe w Calgary. Nie ma co ukrywać, kilkumiesięczna pauza zrobiła swoje, bo byłem kompletnie niezgrany ze sceną. Poszło jednak nieźle. W pierwszej rundzie pokonałem jednego z faworytów. W ósemce, bo w tych turniejach bierze udział 16 zawodników, trafiłem z kolei na Andrewa Hendersona...

...Twojego największego rywala.
Już od kilku lat mocno ze sobą rywalizujemy. Raz wygrywam ja, raz on... Wtedy obu nam jednak nie poszło. To była bardzo słaba bitwa, obaj chyba zestresowaliśmy się tym, że spotkaliśmy się po tak długim czasie (śmiech). Koniec końców, wygrał on. Miesiąc później odbyła się wspomniana impreza w Australii. I znowu spotkaliśmy się z Hendersonem w ósemce, ale tym razem ja byłem lepszy. Wcześniej pokonałem jeszcze wspomnianego Skalskiego, a później - Chwieduka. W finale udało mi się pokonać Kolumbijczyka.


Opowiedz o tej swojej rywalizacji z Hendersonem.
Można powiedzieć, że urosła już do miana legendarnej (śmiech). Nie jest tak, że za sobą nie przepadamy. Lubimy się, ale w każdym naszym kontakcie jest właśnie jakiś element walki. I dla mnie samego jest to bardzo fajne.

Sporej liczbie kibiców w pamięci zapadła szczególnie wasza walka z 2012 roku.
To był finał mistrzostw świata. Wygrał go. Pojedynek był jednak strasznie wyrównany i wynik wzbudził kontrowersje u części kibiców. Można powiedzieć, że to właśnie od bitwy na dobre rozpoczęła się nasza rywalizacja. Ale podkreślmy - to wszystko jest bardziej podkręcane przez innych niż nas samych.

To chyba w tym pojedynku po raz pierwszy zrobiłeś ten trick ze zdjęciem buta?
Trzymałem to na czarną godzinę, specjalnie na sam finał. Zdecydowałem się na niego w zasadzie w samej końcówce. No i wyszło.

Zawsze masz takie bomby na specjalne okazje?
Wszystko zależy od tego, jak układa się pojedynek. Jeśli czuję, że przegrywam, a do końca zostają sekundy, ryzykuję. Staram się robić wtedy rzeczy, których z reguły nie wykonuję za pierwszą próbą na treningach. Stawiam wszystko na jedną kartę - raz wychodzi, a raz nie.

Częściej wychodzi.
No wychodzi (śmiech). Oczywiście zdarzają się też wpadki, ale to charakterystyczne dla tego sportu. Nie zawsze jesteś w stanie wszystko kontrolować. Możesz trenować trick przez kilkanaście miesięcy, a gdy przychodzi co do czego, po prostu nie wychodzi.


Po tym co mówisz można wywnioskować, że ważna we freestyle'u jest strategia.
Bardzo ważna, szczególnie właśnie podczas pojedynków. Samo ułożenie trzyminutowego układu na każdą walkę też jest oczywiście sztuką. Zdecydowanie większą jest jednak pokazanie różnorodności i za każdym razem prezentowanie czegoś innego. Po tym można właśnie poznać klasę freestylera, że nie ma sztywnego pokazu, ale myśli i ma szeroki wachlarz tricków.

Niezapomnianą walkę już znamy. A jesteś w stanie wybrać tytuł, z sięgnięcia po który jesteś najbardziej zadowolony?
Szczerze mówiąc, wybrałbym zwycięstwo w Melbourne. Ja do tej pory nie wiem, co tam się do końca wydarzyło. Przed turniejem nie skupiałem się mocno na treningach fizycznych. Postanowiłem bowiem całkowicie zmienić swoją strategię, wyrzucić obsesyjną myśl o wygrywaniu. Zabrzmi to banalnie, ale najzwyczajniej w świecie chciałem cieszyć się freestylem. Starałem się rozwinąć wewnętrznie, zacząłem medytować... To wszystko doprowadziło mnie do takiego stanu, że w Australii poczułem, że mogę zrobić swojego maksa. Byłem nawet w szoku, co udawało mi się robić i jak wielka była moja pewność. Dodajmy, że nigdy nie miałem tak ciężkich przeciwników na przestrzeni całego turnieju, jak właśnie w Melbourne.

Skąd w ogóle taka zmiana?
Zrozumiałem, że gdy ktoś obsesyjnie skupia się na osiągnięciu danego wyniku, to paradoksalnie oddala się od celu. Trzeba cieszyć się teraźniejszością i samym dążeniem do niego. To oczywiście nie daje gwarancji wygranej, ale działa na człowieka lepiej niż wybieganie w przyszłość. W tym przypadku kompletnie gubi się frajdę, która jest paliwem napędzającym rozwój. Nie tyczy się to oczywiście wyłącznie freestyle'u, ale każdego sportu.

Ty ją w pewnym momencie zgubiłeś?
Ogólnie po 2013 roku nastąpił pewien kryzys. W pewnym momencie wygrywałem wszystkie turnieje po kolei i po prostu poczułem się przesycony wynikami. Coś wtedy uleciało. Podchodząc do kolejnych imprez, czułem ogromną presję, żeby utrzymać się na szczycie. Przebiła ona balonik i frajda uleciała. Z czasem wpływało to na mnie coraz gorzej, bo nawet czując, że mogę dalej wygrywać, przestałem to robić. Bywałem drugi, trzeci, czwarty, ale nie pierwszy. Tak było w zasadzie przez cały 2014 rok. Po zrobieniu sobie przerwy, pierwszym turniejem, na którym wystartowałem były mistrzostwa świata 2015, które wygrałem. Już wtedy podchodziłem do tego wszystkiego podobnie jak teraz w Melbourne.


Stresujesz się w ogóle jeszcze przed walkami?
Pewnie. Sztuką jest sobie z tym radzić.


Masz jakieś sposoby?
Nie mam czegoś konkretnego, bo każde zawody są inne. Ale nie jest tak, że startując już tyle lat, kompletnie przestałem się stresować. Stres występuje nawet przed walkami z teoretycznie słabszymi rywalami. Ale to chyba dobra oznaka. Oczywiście wtedy, gdy nie jest kompletnie paraliżujący.

Teraz przyszło mi do głowy. Walczyłeś kiedykolwiek, nawet na podwórku, z kimś po kilku głębszych, wypitych właśnie na odstresowanie?
Jeszcze nie (śmiech).

Ale afterparty po zawodach zawsze jest?
Oczywiście. W końcu jesteśmy tylko ludźmi. Grunt, żeby bawić się z umiarem.

Walczycie na nich?
Zdarzają się spontaniczne akcje. Jesteśmy sobie na afterze w klubie, aż tu nagle ktoś wyciągnie piłkę z plecaka i zaczyna się zabawa. Zamiast tańczyć, ludzie ustawiają się wtedy w kółeczku. Wchodzą po kolei do środka i pokazują, co potrafią.

Występy na zawodach i pokazach - twoje podejście do nich bardzo się różni?
Jasne. Na turniejach idziesz na całość i pokazujesz 100 procent swoich możliwości. Ryzykujesz - o czym już mówiłem. Pokazy, które mają wywołać określone emocje u publiczności, są bardziej zachowawcze. Trzeba dobierać stosunkowo proste, ale efektowne tricki, które sprawią, że publika zareaguje z entuzjazmem. Na turniejach idzie się na maksa.



Masz jakiś pokaz, który zapamiętasz już do końca życia?
Pewnie półfinałowy występ na żywo w „Mam Talent”. O, wtedy złamałem zasady dotyczące robienia pokazów, które wymieniłem. Postawiłem bowiem na rzeczy efektowne i zarazem bardzo trudne. Chciałem właśnie pokazać, że taki występ nie musi być oparty na prostocie. Że można robić rzeczy trudne i piękne. No i nieźle się wpakowałem...

Ale wyszło świetnie. Koniec końców byłeś zadowolony ze swoich występów w programie?

Jak najbardziej.

Nie miałeś hamulców, żeby tam pójść?
Miałem. Chciałem jednak spróbować swoich sił. Choreografia, którą opracowałem, pomogła mi wejść do wspomnianego półfinału. I wtedy... pojawiły się jeszcze większe wątpliwości. Nie chcę za bardzo wgłębiać się w ten temat. Ostatecznie byłem zadowolony, choć jakbym miał jeszcze raz wystąpić w jakimś talent show, na pewno bym się nie zdecydował.

Nie wchodząc w szczegóły, pewnie inaczej wyobrażałeś sobie pewne rzeczy?
Tak... Telewizja rządzi się swoimi prawami. Byłem przekonany, że doskonale o tym wiem, ale jednak pewne rzeczy mogą jeszcze bardziej zaskoczyć.

Byl mały żal do jurorów, którzy zdecydowali, że nie wszedłeś do wielkiego finału?
W żadnym wypadku. Szczerze mówiąc, cieszyłem się, że tak to się skończyło. Nie widziało mi się tworzenie naprawdę dobrej choreografii w dwa tygodnie, bo tyle czasu dzieliło mój odcinek półfinałowy z wielkim finałem. Scenariusz ułożył się idealnie. Zostałem doceniony przez widzów i to mi wystarczyło. Sam też byłem dumny z tego, że pokazałem freestyle od takiej, a nie innej strony.

W środowisku freestylowym od dawna jesteś wielką gwiazdą. „Mam Talent” otworzył kilka nowych drzwi? Stałeś się bardziej popularny?
Program na pewno nie ma już takiej siły jak w pierwszych edycjach. Zdawałem sobie więc sprawę z tego, że może nie być aż tak spektakularnie jak choćby z Krzyśkiem Golonką, ale coś na pewno się zmieniło i sporo zyskałem. Wykorzystałem to m.in. do założenia swojej freestylowej szkółki w Zamościu.

Nie wkurzały cię komentarze porównujące do Golonki? Kiedyś chyba nawet występowaliście ze sobą w duecie?
Tak było, do dzisiaj jesteśmy zresztą dobrymi kolegami. Wiem, że pojawiały się takie głosy, ale nie zwracałem na to uwagi.



Co do jurorów - też jesteś sędzią na zawodach. Czujesz presję, oceniając często swoich kolegów?
Pewnie, że tak. Jakiś czas temu opracowałem sobie taki własny system oceniania. To poważna sprawa. Chłopaki bardzo się starają, często przyjeżdżając na zawody z odległych zakątków świata. Jest to stres. Co prawda innego rodzaju niż ten przed własnymi występami, ale trzeba szanować wysiłek zawodników, których się ocenia.


Ponad trzy lata temu zasiadałeś w jury jednych zawodów z Marco Materazzim.
Niestety nie było możliwości, żeby dłużej porozmawiać. Na samym początku odbyło się spotkanie arbitrów, w którym nie wziąłem jednak udziału. Później sędziowaliśmy i jakoś nie było okazji. Trzeba jednak dodać, że tamte zawody - Red Bull Street Style w Tokio wygrał Szymon Skalski.

Zwracasz jeszcze uwagę na to, że większość turniejów z najwyższej półki jest organizowana w fajnych dla oka, egzotycznych miejscach?
Prawdę mówiąc to jedna z najlepszych rzeczy, jaką zawsze serwował freestyle. Cały czas można poznawać nowe miejsca. Ostatnio miałem na przykład przyjemność sędziować w kolumbijskiej Bogocie. Wiadomo, że te wyjazdy łączą się z pracą, ale zawsze można wygospodarować trochę czasu na jakąś świetną przygodę.


Kolumbia jest twoim numerem jeden?
Pewnie jest w czołówce, ale olbrzymi sentyment mam do Nowego Jorku i Los Angeles. To dwa miasta, które w pozytywny sposób zniszczyły mi mózg. Nie mogę się doczekać, gdy do nich wrócę. Kupiłem sobie zresztą już bilet do Nowego Jorku. Lecę tam w maju.

Są miejsca, których jeszcze nie odwiedziłeś, a bardzo chciałbyś to zrobić?
Na pierwszym miejscu jest obecnie chyba Rio de Janeiro. Najfajniejsze jest to, że wiele miast, które wcześniej były numerami jeden, zostały już przeze mnie odwiedzone. Choćby właśnie Nowy Jork, Los Angeles czy Tokio.

Niedawno byłeś też w Meksyku. Występ w największej stacji telewizyjnej w kraju, TV Azteca, działa na wyobraźnię.
Wszystko odbyło się przy okazji sędziowania na jednym z tamtejszych turniejów. Sam pokaz w telewizji był dość kameralny...

...Co powiesz o niej samej? Różniło się to z tym, czego doświadczyłeś przy „Mam Talent”?
Największą różnicą było chyba to, że nie przywiązują tam takiej uwagi do szczegółów jak u nas. Było bardzo przyjemnie. Generalnie trzeba podkreślić, że w Meksyku freestyle jest szalenie popularny. Najlepszych zawodników śmiało można nazwać celebrytami.

Czyli możesz im troszeczkę pozazdrościć.
W żadnym wypadku (śmiech). Super, że w jakimś kraju to się tak dobrze przyjęło. Byłem w szoku, że ludzie, którzy nie byli ściśle związani ze środowiskiem, wiedzieli, że w 2015 roku sięgnąłem po mistrzostwo. Właściwie większość freestylerów jest tam bardziej znana niż w swoich krajach.



W Polsce ludzie zaczepiają cię na ulicy?
W zasadzie tylko w moim Zamościu. Gdy gdzieś wyjeżdżam, zdarza się to bardzo rzadko.

Powiedz na koniec coś więcej o swojej szkółce. Jak to wynikło?
Generalnie pomysł kiełkował przez dłuższy czas. Ostatecznie w kwietniu zeszłego roku akademia została otwarta. Jaki jest mój cel? Chciałbym przekazać swoje 11-letnie doświadczenie młodszemu pokoleniu. W pewnym momencie stwierdziłem po prostu, że warto to zrobić. Wszystko oparłem oczywiście na pewnych strukturach. Uczniowie mogą zdobywać kolejne „stopnie wtajemniczenia”, do tego są zawody, dyplomy. Ważny jest przede wszystkim szacunek do innych, chęć rozwoju i oczywiście poziom techniczny. Na puchar akademii składa się sześć turniejów, które rozgrywane są raz w miesiącu. Chłopaki przychodzą, rywalizują, zdobywają kolejne punkty... Wielki finał rozegrany zostanie w marcu.

Widzisz w nich trochę siebie za młodu?
Mimo wszystko ciężko o podobieństwa. Freestyle się strasznie zmienił, jest naprawdę wiele ścieżek rozwoju i niektóre rzeczy robione są zupełnie inaczej niż wcześniej. Kiedyś to było bardziej magiczne, a teraz - choć dalej to piękny sport - wszystkie karty są w zasadzie odkryte.

Jesteś zadowolony z zainteresowania?
Jak najbardziej. Nie spodziewałem się, że nagle pojawi się tyle osób, chcących uczęszczać na zajęcia. Tym bardziej, że Zamość jest stosunkowo małym miastem. Obecnie mam pod opieką 25 chłopców. Ale wszystko i tak jest w etapie rozwoju. Mam jeszcze sporo asów w rękawie.

Pewnie będziesz dumny, gdy któryś z twoich podopiecznych pójdzie twoim śladem i sięgnie po mistrzostwo świata.
Już jestem z nich dumny. Wielu dokonało spektakularnych przemian, przełamując swoje fizyczne bariery. To naprawdę sprawia radość.

ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Michał Rycaj Freestyle Wywiad Krzysztof Golonka Polska
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2017 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.