Śląsk cofa się ze strefy ataku do strefy komfortu. Bezproduktywny remis z Górnikiem Łęczna

2 tygodnie temu Śląsk cofa się ze strefy ataku do strefy komfortu. Bezproduktywny remis z Górnikiem Łęczna
fot. Wikipedia

Bęben maszyny losującej jest pusty, następuje zwolnienie blokady… Można odnieść wrażenie, że wiosenna forma Śląska Wrocław pozostaje uzależniona głównie od przypadku, dyspozycji dnia, fazy księżyca i tym podobnych.

Podopieczni Jana Urbana wyglądali trochę jakby chcieli, ale nie mogli. W pierwszej połowie może nie dominowali – statystyki strzałów, wypracowanych okazji oraz posiadania były bardzo wyrównane – jednakże efektywnością ewidentnie przewyższali swoich rywali. Nie zakładali wysokiego pressingu, nie narzucali zbyt szybkiego tempa, lecz kiedy łęcznianie popełniali większy błąd (niezdecydowanie Pitrego przy akcji na 1:0) to Śląsk od razu go wykorzystywał.

Różnicę zrobiła więc skuteczność, a jej twarzą został Kamil Biliński, który strzelił gola oraz zaliczył asystę. Trudno więc mieć pretensje do napastnika, że jego ekipa nie zgarnęła w tym spotkaniu trzech punktów. To samo można powiedzieć o Sito Rierze. Hiszpan był aktywny w rozegraniu, a prawdziwą truskawką wisienką na torcie z jego strony okazała się „no look assist” wykonana piętą, do wcześniej wspomnianego Bilińskiego.

Skoro zatem było tak dobrze, to dlaczego wyszło tak źle? Nie, tym razem nie zabrakło szczęścia, a raczej ciągłości. W drugiej połowie wrocławianie cofnęli się ze strefy ataku do strefy komfortu, co perfidnie się na nich zemściło, bo Górnik ostatecznie odrobił straty. To paradoks, ponieważ właśnie na psychologiczny aspekt zwracał uwagę Łukasz Madej jeszcze przed spotkaniem. – Jesteśmy w takiej sytuacji, że trzeba walczyć i podnieść mentalnie zespół – podkreślał wychowanek ŁKSu w rozmowie z Przeglądem Sportowym. Słowa te wypowiedział w kontekście czerwonej kartki, jaką otrzymał w meczu z Piastem. Jednocześnie pomocnik prosto ale trafnie zobrazował problem ekipy prowadzonej przez Jana Urbana. No i poniekąd przepowiedział jej przyszłość.

– Przynajmniej po tej sytuacji pomeczowej z Piastem znowu poczuliśmy, że jesteśmy drużyną – dodawał Madej. Jedności, o której wspominał pomocnik, nie było widać też w organizacji gry Śląska. Jego druga linia, choć prezentowała się lepiej niż vis-a-vis, nie potrafiła utrzymać odpowiedniego poziomu kontroli nad meczem. Ba, były momenty, kiedy w środku pola dało się znaleźć więcej wolnej przestrzeni niż na trybunach wrocławskiego stadionu, a to już wyczyn.

Tego samego musiał szukać Robert Pich, gdy w drugiej połowie mógł ostatecznie przekreślić szanse łęcznian na wywalczenie choćby remisu, ale zamiast tego, w sytuacji sam na sam, uderzył prosto w Prusaka. Bramkarz Górnika co prawda dostał wcześniej dwie siaty między nogami, ale Panie Robercie, co za dużo, to nie zdrowo! Słowak bowiem rzeczywiście strzela sporo goli (sześć w dziewięciu meczach to wynik co najmniej przyzwoity) lecz ich wartość jest do podważenia. Na zdobycze punktowe Śląska mają one bardzo słabe przełożenie – dały wrocławianom jedynie pięć na piętnaście możliwych do zdobycia punktów. Na upartego można tu znaleźć „Pichodependencję”. Z drugiej strony trudno winić skrzydłowego za błędy, których nie popełnia. Często to co wypracowują wrocławscy atakujący, to defensywni zawodnicy trwonią. A może raczej głównie Mariusz Pawełek? Nie da się wygrywać, gdy na bramce stoi – z całym szacunkiem – sabotażysta. 

Przed tym spotkaniem Śląsk miał jeszcze mityczne matematyczne szanse na awans do grupy mistrzowskiej, ale Franciszek Smuda i jego górnicy sprowadzili go z Excela na ziemię. Z drugiej strony sami nie osiągnęli celu – wciąż zamykają tabelę ekstraklasy, a dziś wywalczyli de facto tylko pół punktu. Kolejny raz więc otrzymujemy także dowód, iż Franz odmienił Górnika jedynie kosmetycznie. Choć lepiej się go ogląda, to wyniki pozostają niemal identyczne – przed jego przyjściem Łęcznianie zdobywali średnio 0,94 oczka na mecz, teraz statystyka ta wynosi dokładnie 0,9. 

W ostateczności wychodzi na to, iż remis Śląska z Górnikiem jedynie uwypuklił przywary obu ekip. Co z tego, że Sergiusz Prusak rozłożył nogi przy obu golach, skoro potem Wrocławianie otworzyli się równie szeroko? Co z tego, że Zielono-Czarni grają mniej topornie, skoro nadal popełniają sporo błędów, za jakie potem płacą straconymi golami? Obie ekipy zasłużenie zagrają w grupie spadkowej.

ŹRÓDŁO
Przegląd Sportowy | Transfery.info
TAGI: Górnik Łęczna Śląsk Wrocław Robert Pich Sergiusz Prusak Ekstraklasa Kamil Biliński
KOMENTARZE (
0
)
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT
© 2004-2017 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.