Młodzi i zdolni - byli w Ruchu, teraz stoją w miejscu

10 miesięcy temu Młodzi i zdolni - byli w Ruchu, teraz stoją w miejscu
fot. FotoPyk

Patryk Lipski, Kamil Mazek, Jakub Arak, Łukasz Moneta, Maciej Urbańczyk. Młodzi, zdolni, świadomi, utalentowani. I chciałoby się jeszcze dodać, że dobrze prosperujący. Tak było przynajmniej jeszcze niedawno.

***
Zima 2017. W Ruchu jest ciężko. O problemach finansowych jest coraz głośniej. Zaległości przestają być tematem tabu. Również w szatni. Piłkarze zaczynają się buntować. Głównie starszyzna. Młodzi nie chcą się wychylać. Arak tłumaczy, dlaczego mniej doświadczona część szatni nie za chętnie komentowała bunt zawodników przeciw niewypłacalności klubu:

- Nie chcieliśmy brać tego na siebie. Jeśli już ktoś miałby się wypowiadać, to ktoś ze starszych chłopaków.

Inna sprawa, że na ich etapie kariery pieniądze nie były jeszcze pierwszorzędne. Ważne, ale nie niezbędne. Mogli pozwolić sobie na kilka miesięcy bez pensji. Im zależało tylko na możliwości gry. Przynajmniej do momentu, kiedy wykruszać nie zaczął się duet Mazek-Lipski. A oni scalali grupę młodych. Przyjaciele. 

Mieszkali razem w pokojach na zgrupowaniach. Grali w słynne planszówki, rywalizowali w meczach na play station i tworzyli trzon młodej ekipy. Szybko wspólny język z nimi znaleźli również młodzi legioniści Łukasz Moneta i Jakub Arak, a jakoś z boku do grupy przylegał również Maciej Urbańczyk, który na wyjazdach mieszkanie hotelowe dzielił z… najstarszym w całym towarzystwie, Łukaszem Surmą.

Łączyło ich jeszcze coś. Wszyscy byli ważnymi elementami układanki Waldemara Fornalika. Lipski rozgrywał, Mazek, choć nie notował imponujących liczb, uczestniczył w wielu bramkowych akcjach, Moneta tyrał na całej rozciągłości swojego skrzydła, Urbańczyk godnie towarzyszył swojemu starszemu koledze z pokoju w środku pola, a Arak był wartościowym zmiennikiem szalejącego Jarosława Niezgody. 

I wtedy wszystko się posypało. Ruch spadł. Kamil Mazek w atmosferze skandalu odszedł do Zagłębia, Lipski został bez klubu na całą rundę przed Euro U-21, Moneta po sezonie czmychnął do Legii, Arak już w sezonie 2017/18 zamienił Chorzów na Gdańsk, a przy Cichej został tylko Urbańczyk. W I lidze. Przy zgliszczach ekstraklasowego zespołu, z którego nie zostało nic. I tak czwórka młodych muszkieterów została w Chorzowie znienawidzona. Jak im się wiedzie?

Wielka Lipa

Nie mówiący „r” ofensywny pomocnik zapowiadał się najlepiej. Ma w sobie element geniuszu. Takiej starej dobrej „10” z czasów Riquelme. Gościa, który jednym dotknięciem potrafił całkowicie odmienić obraz gry. Jednym podaniem zmienić oblicza spotkania. Jednym strzałem doprowadzić do zwycięstwa swojego zespołu. I dlatego kibice Ruchu go pokochali. W półtora sezonu zaliczył 65 spotkań, 9 goli i dołożył 15 asyst. Solidnie. A wszystko to jako 21 i 22-letni zawodnik. 

Ale powiedział „dość”. W maju 2017 rozwiązał kontrakt z Ruchem. Nie odpowiadała mu sytuacja klubu. Ostatni pełen mecz w niebieskich barwach rozegrał 10 kwietnia. Od tamtego momentu w rundzie wiosennej już nie zagrał. I to nie przejmując się tym, że w zanadrzu miał liderować polskiej kadrze na domowych Mistrzostwach Europy U-21. Nie trafił z formą. Kilka miesięcy bez grania zrobiło swoje. Marcin Dorna nie zamierzał na niego stawiać. 

Latem podpisał kontrakt z Lechią Gdańsk. W Trójmieście miał wrócić do dawnej formy. Ale mimo tego, że dostał szansę, tak się nie stało. Rozegrał tylko jeden dobry mecz. Przeciw Sandecji Nowy Sącz (2:3) zaliczył dwie ładne asysty, ale potem było tylko gorzej. Wolny, spóźniony, rachityczny, bez pomysłu. Do tego zatracił błysk. Adam Owen nie widział go w pierwszym składzie, nie doceniał jego atutów, a pomysł z wystawianiem go na pozycji defensywnego pomocnika można nazwać tylko w jeden sposób - jedną wielką lipą. Zresztą jak całą dotychczasową przygodę Lipskiego z Lechią. 

23-latek liczy, że wszystko zmieni przyjście Piotra Stokowca. I warto na to czekać, bo Polska cierpi na brak kreatywnych rozgrywających, a Lipski w formie to dobra alternatywa dla Piotra Zielińskiego. 

Jeździec bez głowy

Lipski liczy na przyjście Stokowca, ale raczej nie dzięki temu, że o nowym szkoleniowcu Lechii w samych superlatywach wypowiadał się jego przyjaciel, Kamil Mazek, który ze wspominanym trenerem miał okazje współpracować w Zagłębiu. Dynamiczny skrzydłowy raczej nie wspomina go pozytywnie. 

Kwiecień 2017. Mazek był pierwszym uciekinierem z tonącego pokładu statku z napisem „Ruch Chorzów”. Pierwszy znienawidzony przez tamtejszych fanów. W Zagłębiu liczył na stabilizację finansową. Zapomniał jednak o czymś innym. O aspekcie sportowym. W Chorzowie miał zapewniony pierwszy skład, nawet, jeśli przez całą rundę jesienną nie strzelił ani jednego i nie zaliczył ani jednej asysty. W Lubinie zaś czekała go niemiła niespodzianka. Ławka rezerwowych.

Mazek nie pasował do taktyki Piotra Stokowca. Brakowało mu piłkarskiego IQ. Jeździec bez głowy. Dużo biegał, często dośrodkowywał, robił dużo wiatru, ale nic z tego nie wynikało. I dlatego mało grał. Do czasu, bo w końcu zaczął dostawać szanse, ale nie pokazał absolutnie nic ciekawego. Sezon skończył z zaledwie jednym trafieniem i ominęło go powołanie na Euro. Marcin Dorna nie zamierzał nagradzać go za zasługi. Bez formy to bez formy. 

Potem było jeszcze gorzej. Jesienią u Stokowca zagrał tylko 25 minut z Pogonią Szczecin. Nie pokazał nic specjalnego. I kiedy już myślał nad zmianą klubu, wyrzucono utalentowanego szkoleniowca. Na jego miejsce przyszedł niedoświadczony Mariusz Lewandowski i Mazek znów czasami podnosi się z ławki. Inna sprawa, że dalej brakuje mu liczb. Nad tym musi popracować. To jego odwieczny problem. Tylko wtedy statystyki potrzebne były mu do tego, żeby zamienić się w młodą gwiazdę w gwiazdę, a dziś raczej po to, żeby nie zniknąć ze świata polskiej piłki. 

Zaginiona Moneta

W Ruchu był skarbieniem szatni. Nie mogło być inaczej. Koledzy wybrali go dla żartów ze względu na charakterystyczne nazwisko. Rola nieco ironiczna wobec sytuacji finansowej klubu. Łukasz Moneta wytrzymał w Chorzowie całą rundę wiosenną sezonu 2016/17. Walczył, biegał, notował przyzwoite liczby (3 gole, 5 asyst w 31 spotkań) i doczekał się powołania od Marcina Dorny. Prawdopodobnie w miejsce swojego kolegi, Kamila Mazka. Sztab szkoleniowy polskiej kadry docenił jego uniwersalność. Może grać na obu skrzydłach i lewej obronie. 

23-latek nie jest i nigdy nie będzie wirtuozem. To walczak, który potrafi celnie podać i wykończyć akcję. Nie wszędzie pasuje i europejskie salony Mistrzostw Europy U-21 też wydawały się miejscem niekoniecznie stworzonym dla niego. A było inaczej. Moneta deklarował, że będzie cieszył się z każdej pojedynczej rozegranej minuty, a dał świetną zmianę ze Słowacją (1:2) i strzelił pierwszą bramkę ze Szwecją (2:2). 

Wrócił do klubu i od razu wiedział, że nie będzie musiał grać w I lidze. Przyszły dwie oferty. Z angielskiego Leeds i warszawskiej Legii. Wybrał drugą. Wcześniej już grał w Legii, ale raczej w rezerwach. Teraz był pierwszym letnim wzmocnieniem seniorskiej ekipy. Nadzieje były duże, ale też… złudne. Za wysokie progi. Dostał szanse w Pucharze Polski i eliminacjach do Ligi Mistrzów, ale generalnie pełnił w Warszawie marginalną rolę. 

Najbliższy rok spędzi w Zagłębiu Lubin. Obok Kamila Mazka. Legia Warszawa zgodziła się na wypożyczenie go na Dolny Śląsk. Miedziowi zapewnili sobie prawo pierwokupu. Wszystko pięknie, tylko Moneta na razie nie potrafi wkupić się w łaski Mariusza Lewandowskiego. Jak gra, to nie zachwyca, więc zazwyczaj nie po prostu nie gra. Oj, zaginęła chyba jego szczęśliwa moneta…

Miodu nie ma
W miejscu stoi też Jakub Arak. Dariusz Banasik powiedział o nim kiedyś, że z „gówna miód wyciska”. Miało to charakteryzować jego postawę na boisku. Był skuteczny. Po prostu. W młodych drużynach Legii trafiał raz za razem. Do tego miał poukładane w głowie. Uczył się dobrze, studiował, szybko zrobił prawo jazdy, potrafi powiedzieć dużo więcej niż jedno składne zdanie polsku, ale przy tym wszystkim coś nie gra.

Jego kariera znacznie wyhamowało. Odkąd zaliczył bardzo dobre półtora roku w Zagłębiu Sosnowiec. 17 goli w II lidze i potem 8 goli na zapleczu Ekstraklasy, ale na tym się skończyło. W Legii nieźle prezentował się na zgrupowaniach, ale skrzydła podcinali mu najpierw Henning Berg, a potem Stanisław Czerczesow, którzy nie decydowali się na danie mu poważnej szansy w pierwszej drużynie. I wiedzieli coś, czego nie wiedzieli inni, bo Arak po prostu nie nadawał się do Ekstraklasy.

W Ruchu był zmiennikiem Jarosława Niezgody. Nieco nieskutecznym. Walczył, obijał obrońców, przepychał się, skakał do pojedynków powietrznych, ale przy tym strzelił tylko 4 gole przez cały miniony sezon. Bardzo przeciętnie. 

Później miał być liderem i twarzą nowego Ruchu walczącego o powrót do Ekstraklasy. I ten o to człowiek, na którego wszyscy przy Cichej liczyli, pierwsze co zrobił to uciekł w czasie trwania sezonu do Lechii, gdzie nawet nie powąchał murawy. Nie miał szans w rywalizacji z braćmi Paixao i Grzegorzem Kuświkiem. Teraz ma odbudowywać się w Stali Mielec, ale nawet tu nie ma zagwarantowanego pierwszego składu, bo na ofensywnych pozycjach panuje spora rywalizacja. I w ten sposób podobnie jak inni, stoi w miejscu. 

***
Regularnie za to gra Maciej Urbańczyk. Ale w I lidze, w słabym Ruchu i to nie jakoś specjalnie wybitnie. Nie ma się więc czym szczególnie chwalić. Prosperował lepiej. 

***
Arak, Lipski, Mazek, Moneta. Jeszcze trochę ponad rok temu wszyscy byli razem w Ruchu. Teraz stoją w miejscu. Kiedy ruszą? 


ŹRÓDŁO
Transfery.info
TAGI: Jakub Arak Patryk Lipski Kamil Mazek Ruch Chorzów Lechia Gdańsk Zagłębie Lubin Legia Warszawa Łukasz Moneta Polska
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT | POLITYKA PRYWATNOŚCI
© 2004-2018 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.