Szczery wywiad Wengera. O Arsenalu, swojej filozofii i przyszłości

5 miesięcy temu Szczery wywiad Wengera. O Arsenalu, swojej filozofii i przyszłości

Arsène Wenger udzielił ciekawego wywiadu „RTL”.

Menedżer pożegnał się tego lata z Arsenalem i po wielu latach pracy z „Kanonierami” teraz korzysta z wolnego czasu. Francuz wciąż nie znalazł nowego pracodawcy, ale daje sobie czas, o czym mówi w wywiadzie udzielonym w programie „RTL”, w którym pytano go o różne wydarzenia z kariery i nie tylko.

- Co gdybym był prezydentem Francji? Wprowadziłbym obowiązek gry w piłkę, wszędzie, absolutnie w całej Francji. W każdej szkole - zaczął Wenger, odpowiadając na pierwsze pytanie.

- Co najchętniej usunąłbym ze swojego życia? Wszystkie porażki. Było ich więcej, niż można się spodziewać, każda zostawiła bliznę na moim życiu. Każda już na zawsze będzie wielkim rozczarowaniem. Co mogło być moim największym błędem? Być może pozostanie w jednym klubie przez 22 lata. Jestem osobą, która bardzo lubi się przemieszczać, ale też uwielbiam wyzwania. Czasem byłem więźniem wyznaczanych sobie zadań. Największy strach? Najbardziej boję się utraty fizycznej niezależności. Lubię się poruszać, lubię ćwiczyć. Brak takiej możliwości budzi we mnie prawdziwy strach.

- Gdyby nie futbol, zajmowałbym się czymś, gdzie trzeba rywalizować, uwielbiam to. Są dwa rodzaje rywalizacji - są tacy, którzy nienawidzą przegrywać i tacy, którzy kochają wygrywać. Wszyscy jesteśmy mieszanką tych dwóch stylów, myślę, że ja bardziej nie lubię przegrywać. Ogólnie rzecz ujmując, ci, którzy wolą wygrywać, częściej atakują. Ci, którzy nie chcą przegrać, częściej się bronią.

- Jestem wielkim fanem Boba Marleya. To klasa sama w sobie, jeśli chodzi o relaks. Jego muzyka swego czasu zaskakiwała. Jest też coś smutnego w tym, że zmarł w wieku 35 lat. Kochał sport, muzykę... Jamajka mi o tym przypomina. Sport i muzyka idą ze sobą w parze.

- Jak zacząłem trenować? Wszystko zaczęło się w małej restauracji. Lokalna drużyna wykorzystywała ją jako swoją siedzibę, to było małe miasteczko pod Strasbourgiem. Można tam było usłyszeć tylko o piłce i o religii. Z rana wszyscy mówili o religii, a później o futbolu. Brałem udział we wszystkich rozmowach organizatorów klubu. Szybko zrozumiałem, że klub nie był zbyt dobry. Zacząłem chodzić na mecze z moim przedstawicielem. Wierzyłem, że tylko Bóg może pomóc tej drużynie. W przerwach ich meczów recytowałem modlitwy. Teraz mogę powiedzieć, że lepiej mieć dobrego środkowego napastnika niż książeczkę z hymnami.

- Na początku miałem wątpliwości, czy mam wystarczające umiejętności, by trenować, nie miałem powalającej kariery piłkarskiej. Nie wiedziałem czy mam naturalny autorytet. To ludzie wokół mnie dostrzegli we mnie coś, czego ja nie widziałem. Zaczynałem od trenowania zawodników starszych od siebie. Dziwne było to, że nigdy nie miałem problemu z autorytetem, nawet ze starszymi od siebie, nigdy nie musiałem krzyczeć.

- Zatrudnienie w Arsenalu? To było zaskakujące, ponieważ w Anglii panowało przekonanie, że zagraniczny trener nie może odnieść sukcesu. Przede mną było może dwóch czy trzech takich menedżerów. Nie chcieli żadnych obcokrajowców, mieli tysiące teorii dlaczego zagraniczny trener nie może tam wygrywać. Ja przyszedłem trochę incognito, z Japonii. Którą uwielbiałem. Cieszyłem się z powrotu do Europy, ale gdyby mi nie wyszło, z chęcią bym tam wrócił.

- Mistrzostwo bez porażki? Byliśmy niepokonani przez półtora roku. 49 meczów. To interesujące, ponieważ gdy zdobyliśmy mistrzostwo w 2002 roku, powiedziałem prasie, że marzę o kolejnym, ale bez porażki. Potraktowano mnie jako aroganta. W następnym sezonie przegraliśmy walkę z Manchesterem United. Zapytałem piłkarzy, dlaczego przegraliśmy. Ich zdaniem to była moja wina. „Kładziesz na nas zbyt dużą presję”. Powiedziałem im, że mówiłem o braku porażek tylko dlatego, że w to wierzę. I udało im się. To udowadnia dwie rzeczy: czasem nie jesteś wystarczająco ambitny, nie stawiasz sobie wyzwać, bo się boisz, ale trzeba zawieszać poprzeczkę jak najwyżej. Po drugie, czasem trzeba zasiać ziarno i poczekać aż coś z tego wyrośnie.

- Moja filozofia opiera się na tym, że drużyna musi wygrywać i robić to w dobrym stylu. Zwycięstwo powinno być wynikiem jakości stylu gry, ekspresji na boisku. Całe życie ludzie mówili mi, że musimy wygrać w weekend. Jako trener to wiem, ale jak mamy to zrobić? Lubię wierzyć, że kibic wstaje w dniu meczowym i myśli: „o tak, dziś zagra moja drużyna”, transportuje się do piękniejszego świata. Chcę dać takiemu kibicowi nadzieję, tę ekscytację z możliwości zobaczenia naszej gry, nawet jeśli zdaję sobie sprawę, że czasem go zawiodę. Nie możesz trenować, jeśli nie masz ambicji. Musisz chcieć zadowolić ludzi futbolem.

- Żałuję wszystkiego, co musiałem poświęcić dla mojej kariery, ponieważ zdaję sobie sprawę, że zraniłem wiele osób. Zaniedbywałem relacje, moją rodzinę, wiele bliskich mi osób. Głęboko w środku człowiek jest jednak samolubny, robiąc to co kocha. Ignoruje inne rzeczy. Czasem jestem pytany czy Henry i Vieira będą dobrymi trenerami i odpowiadam, że tak. Mają jakoś, są inteligentni, znają się na piłce, ale muszą przy tym chcieć poświęcić co trzeba. To obsesja, która wraca cały czas. O trzeciej w nocy budzisz się i myślisz o taktyce, składzie, formacji...

- Co dalej? Również zadaję sobie to pytanie! Czy mam robić dalej to, co robiłem to co znam, czy może dzielić się swoją wiedzą zebraną przez te lata w jakiś inny sposób? W ciągu najbliższych kilku miesięcy muszę sobie na to odpowiedzieć.

- Największy talent jaki szkoliłem to prawdopodobnie Thierry Henry. Któremu graczowi najchętniej bym przyłożył? Jest takich kilku. Popełniali wielkie błędy, w ważnych meczach, ale nie powiem ich nazwisk, są silniejsi ode mnie. Największa radość po meczu? Prawdopodobnie po pokonaniu Barcelony, byli wtedy w szczytowej formie. Byli nie do pokonania. Z jakich transferów jestem dumny? Z tych, które kosztowały niewiele, a wiele wniosły. Toure, Henry, Campbell, Anelka. Najgorszy transfer? Jest ich całkiem sporo! To skomplikowana praca. Najważniejsze to zdać sobie sprawę z błędu i iść dalej. I nie bać się kolejnych pomyłek.

- Nie ma zawodnika idealnego. Na przykład Messi, on jest najbliższy perfekcji, ponieważ on potrafi sprawić, że inni grają lepiej, potrafi sam wykreować bramki, ale ma też gorsze cechy. Po analizie jego gry łatwo dostrzec, że nie jest zbyt dobry w powietrzu i w defensywie. Ale nie żyjesz dzięki swoim słabościom, a dzięki dobrym cechom. Właśnie dlatego trener musi wykorzystać jak najlepiej wszelkie atuty i wystawić ich obok kogoś, kto zakryje jego słabości.

- Wielokrotnie miałem okazję zostać selekcjonerem Francji. Nie pamiętam czy to było przed Domenechiem, czy po nim. Może i tu, i tu. Zawsze byłem jednak bardziej zainteresowany pracą z dnia na dzień. To bardziej stymulujące. Ale zastanawiałem się nad prowadzeniem reprezentacji. Selekcjoner ma to rozpracowania 10 meczów w roku, w klubie masz ich 60. Moim narkotykiem jest każde następne spotkanie, więc...



ŹRÓDŁO
RTL
TAGI: Arsène Wenger Francja Trenerzy
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT | POLITYKA PRYWATNOŚCI
© 2004-2018 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.