Samuraje z Limburgii. Jak Sint-Truiden stało się japońskim mostem do Europy?

2026-04-04 10:09:43; Aktualizacja: 2 tygodnie temu
Samuraje z Limburgii. Jak Sint-Truiden stało się japońskim mostem do Europy? Fot. IMAGO / Belga
Norbert Niebudek
Norbert Niebudek Źródło: Transfery.info

W Europie nie ma klubu bardziej japońskiego. Nic dziwnego, skoro kadra Sint-Truidense VV liczy sobie aż ośmiu azjatyckich zawodników, klub wspierają dziesiątki tamtejszych sponsorów, a plakaty promujące mecze rozklejane są po restauracjach i metrach w Tokio.

Marketing belgijskiego klubu na rynku azjatyckim wykracza jednak daleko poza standardowe działania promocyjne. W ubiegłym roku plan wyjazdowy kibiców uatrakcyjniono o możliwość wzięcia udziału w ośmiodniowej wycieczce do Kraju Kwitnącej Wiśni. Koszt? Sześć tysięcy euro za osobę.

Sint-Truidense VV doczekało się w Japonii nawet własnego pubu. STVV Lounge mieści się w tokijskiej dzielnicy Shibuya. Nietrudno zgadnąć, że poza ofertą gastronomiczną przyciąga on kibiców przede wszystkim możliwością śledzenia spotkań Jupiler Pro League.

Ci często opuszczają lokal w dobrych nastrojach. Sint-Truidense VV w tym sezonie punktuje znakomicie, co z kolei stanowi zupełny kontrast do sytuacji sprzed roku, gdy w klubie przygotowywano się do walki o utrzymanie. W tamtym okresie zespół (choć trafniej byłoby rzec: „zlepek indywidualności”) błąkał się po dolnych rejonach tabeli, a przedłużenie ligowego bytu zawdzięczał nie tyle sobie, co słabości swoich bezpośrednich rywali.

Błędem numer jeden było zatrudnienie Christiana Lattanzio w miejsce odchodzącego Thorstena Finka. Postawienie na szkoleniowca, który nie miał bladego pojęcia o realiach belgijskich rozgrywek, okazało się kompletnym pudłem. Zarząd przyznał się do pomyłki po zaledwie sześciu kolejkach, natomiast Włoch stracił pracę jako pierwszy trener w ówczesnej kampanii Jupiler Pro League.

Jego stołek zajął następnie Felice Mazzù. W ten sposób władze klubu chciały pokazać, że wyciągnęły wnioski z wcześniejszych decyzji. W praktyce niewiele to jednak zmieniło, bo szkoleniowiec z doświadczeniem w ponad 300 meczach krajowej ekstraklasy również nie zdołał dotrwać do końca sezonu i został zwolniony na trzy spotkania przed metą.

Pożar ugasił dopiero Wouter Vrancken. Urodzony w Sint-Truiden trener, który w 2003 roku jako zawodnik współtworzył jeden z najlepszych sezonów w historii klubu, a później sprawdzał się na ławce KV Mechelen oraz KRC Genk, dźwignął ekipę „Kanarków” i tydzień po tygodniu zaczął nadawać jej określoną tożsamość.

Pod jego wodzą wzrosły standardy pracy, poprawiła się dyscyplina, a w zespole zaczęły obowiązywać jasne zasady. W szatni STVV przestało funkcjonować przekonanie, że sama indywidualna jakość zagwarantuje miejsce w składzie. Dość szybko przekonali się o tym Didier Lamkel Zé czy Loïc Lapoussin - zawodnicy o nieprzeciętnych umiejętnościach, lecz notorycznie sprawiający problemy wychowawcze i ignorujący ustalone reguły. Wierny zasadzie „team spirit” Vrancken szybko skreślił wspomnianą dwójkę. Zwerbowanie obu tych graczy podczas zimowego okienka, nim Vrancken przejął stery, było zresztą niczym innym, jak aktem desperacji płynącej z klubowych gabinetów.

- Po ośmiu latach pracy jako trener w najwyższej klasie rozgrywkowej myślałem, że widziałem już wszystko. Najwyraźniej byłem w błędzie. Można to nazwać brakiem profesjonalizmu czy lekkim chaosem, ale niektórym wydawało się, że wolno im absolutnie wszystko. Spóźnienie może się zdarzyć raz, ale nie notorycznie. Piłkarz, który nie pojawia się na treningu, bo rzekomo musi odebrać wizę w sobotę, gdy ambasada jest zamknięta? Nie jestem naiwny. Było tu kilka osób, które psuły atmosferę. Z drugiej strony mieliśmy dużą grupę, która to ignorowała i ciężko pracowała. Ale to wciąż sport zespołowy, prawda? - puentuje trener STVV w rozmowie z „Het Nieuwsblad”.

Efekt Vranckena zadziałał błyskawicznie. W trzech ostatnich kolejkach grupy spadkowej dowodzona przez niego drużyna zdobyła cztery punkty, co finalnie pozwoliło jej utrzymać się w lidze, zaś po trzydziestu meczach bieżącej kampanii zameldowała się na bardzo wysokiej, trzeciej lokacie, zostawiając w tyle Anderlecht, Genk czy Royal Antwerp.

Japoński skauting

Sukces STVV nie jest dziełem przypadku, lecz wynikiem przemyślanej strategii. Od 2017 roku pakiet kontrolny akcji w klubie posiada DMM.com - potężny japoński konglomerat z sektora e-commerce i usług cyfrowych. Na jego czele stoi Keishi Kameyama, postać niemal mityczna, o której w mediach próżno szukać bardziej szczegółowych informacji. Do inwestycji w belgijski klub przekonał go Takayuki Tateishi, czyli obecny dyrektor generalny. Wcześniej promował japońskie talenty w FC Tokyo.

Istotnym graczem pozostaje także firma Japanet, posiadająca blisko 20% udziałów i będąca liderem tamtejszego rynku telezakupów. Listę sponsorów uzupełnia około 300 mniejszych podmiotów, z czego niemal połowa zarejestrowała swoją działalność na kontynencie azjatyckim.

Dzięki temu STVV stało się dla zawodników z Kraju Kwitnącej Wiśni naturalnym pomostem do Europy. Od momentu zmian w strukturach właścicielskich przez klub przewinęło się aż 29 Japończyków. Tateishi, wykorzystując sieć kontaktów w ojczyźnie, skrupulatnie penetruje tamtejszy rynek w poszukiwaniu piłkarzy, którzy podniosą poziom sportowy zespołu, a w przyszłości wygenerują również spory zysk transferowy. Taką ścieżkę przeszli Takehiro Tomiyasu, Wataru Endo, Zion Suzuki, Daiki Hashioka czy Joel Chima Fujita, sprzedani odpowiednio do Bolonii, Stuttgartu, Parmy, Luton Town oraz FC St. Pauli za łącznie ponad 20 milionów euro. Dziś większość z nich regularnie otrzymuje powołania do reprezentacji.

Z czasem potencjał japońskiego rynku zaczęły dostrzegać także inne europejskie kluby, coraz częściej sięgające po zawodników bezpośrednio z miejscowej ligi, a rosnąca konkurencja utrudnia zadanie Tateishiemu. Mimo to wciąż potrafi on wyłowić niezwykle interesujące profile. Dla przykładu: jednym z objawień obecnego sezonu Jupiler Pro League jest Rihito Yamamoto. 24-letni pomocnik sprowadzony latem 2023 roku z Gamby Osaka najprawdopodobniej rozgrywa swoje ostatnie mecze w żółtej koszulce. Zainteresowanie nim wykazują Wolfsburg oraz Olympique Lyon. Dyrektor generalny STVV liczy, że może on przynieść klubowi rekord sprzedażowy.

Więcej polotu w ofensywie wnosi Ryotaro Ito. 28-latek, pozyskany z Albirexu Niigata, uzbierał już dwanaście punktów w klasyfikacji kanadyjskiej, co przyciągnęło uwagę HSV. Sytuację z perspektywy STVV komplikuje jednak fakt, że kontrakt Ito wygasa z końcem czerwca, co najpewniej skończy się jego letnim odejściem na zasadzie wolnego transferu.

Na wyróżnienie zasługuje również Keisuke Goto. Zaledwie 20-letni napastnik znakomicie wpasował się w zespół Vranckena i w tym sezonie zdobył już dwanaście bramek, dokładając do tego sześć asyst. Szkoda tylko, że przebywa w klubie na wypożyczeniu z Anderlechtu, ponieważ STVV nie będzie stać na jego wykup.

Oprócz nich japońską kolonię w Limburgii tworzą: 25-letni bramkarz Leo Kokubo, 34-letni kapitan Shogo Taniguchi, 24-letni boczny obrońca lub wahadłowy Taiga Hata, 25-letni skrzydłowy Kaito Matsuzawa, a od niedawna także 18-letni Shion Shinkawa.

Zarząd pilnuje jednak, by nie zatracić równowagi i lokalnych korzeni. Niepisana zasada stanowi, że w kadrze nie może być jednocześnie więcej niż ośmiu Japończyków, przy czym równie dużą uwagę przykłada się do rozwoju wychowanków. W erze DMM.com za rozsądne sumy sprzedano szkolonych w akademii Mathiasa Delorge’a (KAA Gent), Matte Smetsa i Jarne Steuckersa (KRC Genk) oraz Reina Van Heldena (Royal Antwerp FC), tymczasem STVV intensywnie pracuje nad tym, by w kolejnych latach szeregi seniorskiego zespołu systematycznie zasilali kolejni zdolni absolwenci grup młodzieżowych.

Europa na horyzoncie

Wypracowana przez ekipę Vranckena dwunastopunktowa zaliczka nad czwartym w tabeli KAA Gent straciła na znaczeniu wraz z podziałem ligi i dorobku punktowego w grupach „mistrzowskiej” oraz „europejskiej”. W efekcie „Kanarki” przystąpią do decydującej fazy z zapasem zaledwie sześciu „oczek” nad niżej notowanym rywalem.

Ten specyficzny system ma jednak dla STVV także pozytywną stronę. Strata drużyny z Limburgii do liderującego Royale Unionu Saint-Gilloise stopniała bowiem z dziewięciu do zaledwie czterech punktów. A mogła być jeszcze mniejsza, gdyby bezpośrednie starcie obu tych zespołów w weekend poprzedzający marcową przerwę reprezentacyjną nie zakończyło się zwycięstwem aktualnych mistrzów Belgii. Lub gdyby STVV nie przegrało dwóch z trzech ostatnich spotkań.

Mimo wszystko wielu ekspertów jest zgodnych co do tego, że walka o tytuł rozstrzygnie się między dwoma najwyżej sklasyfikowanymi drużynami - Royale Unionem Saint-Gilloise i Club Brugge. Sint-Truidense VV natomiast przyjdzie obserwować ten ekscytujący wyścig z dystansu. Zwłaszcza że kalendarz na starcie play-offów nie rozpieszcza.

- STVV prędzej czy później gdzieś te punkty pogubi. Możliwe, że stanie się to dopiero w play-offach, ale kryzys ich nie ominie. Moim zdaniem brakuje im nieco jakości, bym mógł z przekonaniem powiedzieć, że powalczą o mistrzostwo. Do tego potrzeba jednak czegoś więcej. Z drugiej strony, tworzą bardzo silny kolektyw. Każdy z zawodników gra obecnie na szczycie swoich możliwości, dlatego nie sądzę, by w tym zespole drzemały jeszcze jakieś duże rezerwy - mówił pod koniec stycznia Hein Vanhaezebrouck, wieloletni trener KAA Gent oraz KV Kortrijk, aktualnie ekspert „Het Nieuwsblad”.

Realnym celem pozostaje zatem awans do europejskich pucharów. Klub traktuje ten scenariusz bardzo poważnie i już teraz przygotowuje się na ewentualny sukces, planując modernizację stadionu pod wymogi międzynarodowe. Lista niezbędnych prac jest długa: od montażu drzwi obrotowych i rozbudowy ławek rezerwowych, przez powiększenie sali konferencyjnej i liczby stanowisk telewizyjnych, aż po zapewnienie wymaganych pięciu procent całkowitej pojemności trybun dla kibiców gości.