Awansował do II ligi i ćwierćfinału Pucharu Polski jako trener przed trzydziestką. Wojciech Szacoń o swojej drodze i celach

2026-09-10 14:52:49; Aktualizacja: 3 tygodnie temu
Awansował do II ligi i ćwierćfinału Pucharu Polski jako trener przed trzydziestką. Wojciech Szacoń o swojej drodze i celach Fot. Ireneusz Wnuk / PressFocus
Mateusz Michałek
Mateusz Michałek Źródło: Transfery.info

Jednym z beniaminków sezonu 2026/2027 II ligi jest Avia Świdnik, którą prowadzi 29-letni Wojciech Szacoń. Szkoleniowiec w rozmowie z Transfery.info opowiedział o budowie klubu, niedawnych sukcesach oraz planach na przyszłość.

W poprzednim sezonie Avia Świdnik zwyciężyła rywalizację w czwartej grupie III ligi, sięgając po 77 punktów. Oprócz tego doszła do ćwierćfinału Pucharu Polski, w którym lepszy dopiero po dogrywce okazał się Raków Częstochowa. W jego nowej edycji niedawno wyeliminowała z kolei Wieczystą Kraków.

29-letni trener zespołu Wojciech Szacoń na łamach Transfery.info opowiedział o tych wydarzeniach, a także o rozwoju klubu. Z czego jest najbardziej zadowolony i jakie ma dalsze cele? Ile konkretnych ofert otrzymał w ostatnim czasie? Dlaczego sam nie gra już w piłkę? Skąd wybór prawa jako kierunku, w którym się kształcił? Nie zabrakło również wątku błyszczącego w barwach Avii Andrija Remeniuka.

Mateusz Michałek, Transfery.info: W pierwszej części roku Avia Świdnik zanotowała tylko jedną porażkę - z Rakowem Częstochowa w Pucharze Polski i to po dogrywce. Takie wyliczenia są bardziej domeną mediów, ale miałeś może do niedawna wewnętrzny cel, aby była to wasza jedyna przegrana w całym 2026 roku?

Wojciech Szacoń (trener Avii Świdnik): Po trzech pierwszych zwycięstwach w II lidze pojawiła się w głowie myśl, że to realne. Może nie do końca roku kalendarzowego - bardziej liczyłem na to, żeby minęło 12 miesięcy od ostatniej porażki, która miała miejsce w październiku. Liczyłem, że uda się to zamknąć bez przegranej, ale potoczyło się inaczej. Jak widać, II liga ma wobec nas dużo wyższe wymagania i musimy się jej szybko uczyć.

Stal Stalowa Wola, Zawisza Bydgoszcz, Lechia Zielona Góra - jak przyjąłeś te świeże przegrane? Wiadomo, że nie ma drużyn niepokonanych, ale zakładam, że to dla ciebie nowa sytuacja?

To nowa sytuacja zarówno dla mnie, jak i dla zawodników, bo długo żyliśmy... Nie chcę mówić, że w bańce mydlanej, ponieważ na to zapracowaliśmy, ale funkcjonowaliśmy w szeroko rozumianej radości. Było w tym dużo uśmiechu, szczęśliwych chwil i pozytywnej energii. Teraz pojawiły się trzy porażki i jako zespół zbieramy nowe doświadczenia. Inaczej reagowali na to zawodnicy, którzy dołączyli do nas przed sezonem - dawali do zrozumienia, że to nie wielki kryzys, lecz po prostu specyfika piłki nożnej. My, będąc w tak długiej serii bez porażki, narzuciliśmy sobie bardzo wysokie standardy, jeżeli chodzi o wygrywanie, i zrobiliśmy z tego większy problem, niż jest w rzeczywistości. Oczywiście nie zamierzamy obniżać poprzeczki ze względu na wyższy poziom przeciwników. Wprost przeciwnie - chcemy podnosić jakość naszego funkcjonowania na tyle, żeby móc osiągać wyniki zbliżone do tych z ubiegłego sezonu.

W większości nawet trudnych momentów zachowuję względny spokój. Za każdym razem koncentruję się na tym, żeby jak najlepiej przygotować zespół, trafić ze składem i wyciągać trafne wnioski w oparciu o fakty, a nie opinie. Mimo że jeszcze nie przełamaliśmy się w lidze - zrobiliśmy to jednak zwycięstwem w Pucharze Polski - nie mam w głowie myśli, żeby cokolwiek zmieniać w procesie treningowym. Wiem, że robiąc to, co robimy, jesteśmy w stanie punktować tak, jak w trzech pierwszych meczach. Nie ma na świecie drużyny, która nie miałaby gorszego momentu, i po takim czasie musiał on nam się przytrafić. Mam nadzieję, że zwycięski mecz z Wieczystą będzie założycielski i wróci do nas ta dobra energia.

To, że triumf przyszedł właśnie z Wieczystą Kraków, która wiadomo, jakie ma możliwości i jak jest budowana, dało tym większą satysfakcję?

Jestem neutralny, jeżeli chodzi o takie zespoły. Zawsze maksymalnie koncentruję się na swojej drużynie. Wiedziałem, że jeśli uda nam się osiągnąć dobry rezultat, będzie to budujące. Bez względu na to, jaki to dokładnie przeciwnik - dla mnie ważne, że jest z Ekstraklasy. Samo to już generuje rangę sukcesu. Wieczysta Kraków ma bardzo dużą jakość, przede wszystkim indywidualną. Być może dla zawodników jest to tym bardziej budujące i dodające radości, że wygrali z piłkarzami, którzy zarabiają duże pieniądze, mają bogatą przeszłość w Ekstraklasie i mocne nazwiska, jak chociażby Koulouris. Ja podchodzę do tego inaczej - przyjeżdża zespół ekstraklasowy, a my mamy udowodnić, że to, co robimy na co dzień, wystarczy na rywalizację z drużynami najwyższego poziomu w Polsce. Dla mnie to wyzwanie i możliwość weryfikacji naszego procesu przygotowania zespołu do meczu. Lubię rywalizację, lubię wygrywać.

Daliśmy sygnał, że zespół wraca na właściwą ścieżkę. Potrafiliśmy się skonsolidować, co w trudnym momencie jest kluczowe. Nie da się wygrać takiego meczu z drużyną z Ekstraklasy, jeżeli nie bronisz dobrze. Często ta faza jest kluczem do wyjścia z dołka. Jeśli utrzymamy takie nastawienie w kolejnych meczach i wrócimy do „ustawień fabrycznych” z trzech pierwszych kolejek, jesteśmy w stanie osiągać dobre wyniki. A do takich rywali naprawdę podchodzę neutralnie.

W poprzednim sezonie zajęliście pierwsze miejsce w swojej grupie III ligi, do czego doszedł świetny rezultat w Pucharze Polski. Każdy wypowiadał się na wasz temat w samych superlatywach. A co z perspektywy trenera było w tym czasie najtrudniejsze?

Na przestrzeni sezonu pojawiały się małe potknięcia, jak chociażby przegrany mecz derbowy. To była dziewiąta kolejka i na moment wypadliśmy z pierwszego miejsca - przeskoczył nas wtedy KSZO Ostrowiec Świętokrzyski. Wiązało się to z dużą presją ze strony kibiców, mimo że patrząc na liczbę meczów pozostałych do rozegrania, w kontekście układu tabeli nie działo się nic istotnego. Były trzy takie momenty. Osobiście spotkałem się z bardzo dużą krytyką. Ludzie domagali się zmiany na stanowisku trenera. Wytykano mi, że jestem zbyt młody i brakuje mi doświadczenia. Wymyślano nieprawdziwe historie o moich złych relacjach z doświadczonymi zawodnikami. Momentami nie wierzyłem w to, co czytam w mediach społecznościowych. Śledzę je, bo lubię wiedzieć, co się tam dzieje. Nigdy nie biorę do siebie ani dobrych, ani złych opinii - po prostu lubię być na bieżąco, lubię wiedzieć. Przyswajam tylko oceny oparte na faktach lub te pochodzące od ludzi merytorycznych, w których widzę pewien autorytet w konkretnym aspekcie. W tamtych momentach kluczowe było rozsądne podejście zarządu i właściciela, którzy wierzyli w to, co robimy.

Staram się dużo z nimi rozmawiać. Chcę, żeby byli świadomi tego, jak pracujemy. Być może również dzięki temu, że widzieli, jaką drogę przechodzi zespół oraz jak wygląda mój sposób zarządzania grupą i nasz proces treningowy, nie ulegali presji ze strony środowiska. Ta relacja jest bardzo ważna. Opłaciło się. Nie mogę powiedzieć, że było łatwo, ale wiem na pewno, że było warto.

W gorszym momencie wszystko zawsze spada na trenera. To ciekawe, lecz nieprzyjemne doświadczenie. Myślę, że niejeden młody szkoleniowiec na moim miejscu mógłby stracić pewność siebie, zrezygnować lub zacząć panikować. Mam do siebie duży szacunek za to, że w trudnym czasie wytrwałem i nic nie zmieniłem. Ważne były też warunki do pracy stworzone przez zarząd i właściciela. Obserwując środowisko piłkarskie, uważam, że możemy służyć przykładem, jak powinien funkcjonować klub oparty o zdrową relacyjność i jasno sprecyzowane wartości - zaufanie, szczerość, pracowitość. Żeby osiągać sukcesy, najważniejsi są ludzie i relacje, które ich łączą.

Kamil Sabiłło, obecnie napastnik już pierwszoligowej Unii Skierniewice, powiedział, że III liga jest jedną z trudniejszych pod względem wydostania się. Baraże dały jeszcze dodatkową szansę, ale trudno jest stamtąd wyjść, nawet mając niezły skład. Zgodzisz się?

Jest to specyficzna liga. Kluby, chcąc awansu „na już”, poszukują nazwisk, które mają go zagwarantować. To zwykle zawodnicy, którzy rozgrywali wcześniej mecze na dobrych stadionach, przy świetle i przy dużej liczbie kibiców. W III lidze czasami musisz jednak pojechać na mecz, gdzie obiekt i boisko wyglądają dużo gorzej. Atmosfera spotkania jest totalnie inna, a ty musisz być tak samo skoncentrowany. Niekiedy ciężej wpłynąć na takich zawodników, żeby chciało im się tak samo jak wtedy, gdy występowali na wyższym poziomie przed dużą publiką. Trzeba mieć dobrze zbalansowany zespół.

Musimy zauważyć i docenić to, co dzieje się na tym poziomie pod kątem trenerów. Tych dobrych jest coraz więcej. Większość zespołów w tej lidze ma swoje DNA i jest w pewnym kontekście powtarzalna. To już nie jest tak, że ci szkoleniowcy nie analizują gry i się nie przygotowują. Wielokrotnie byłem świadkiem tego, że drużyna, z którą się mierzyliśmy, miała na nas bardzo dobry plan. Czy był on związany z realizacją własnego modelu gry, czy z konkretnym ustawieniem pod nas, często mocno utrudniał nam zadanie. Profesjonalizacja jest coraz większa. Wzrasta poziom indywidualny zawodników. Najlepszym przykładem są piłkarze, którzy trafiają do I czy II ligi i z miejsca stają się kluczowymi postaciami w swoich zespołach, dają liczby i robią różnicę.

Ty gdyby nie problemy z kolanem i kolejne operacje, byłbyś dzisiaj profesjonalnym zawodnikiem, a nie trenerem? Swego czasu grałeś w Centralnej Lidze Juniorów w barwach Motoru Lublin.

Bodajże w 2015 roku miałem pierwszą operację na kolano po zerwaniu więzadeł krzyżowych. Po niecałym roku rehabilitacji wróciłem do uprawiania piłki, natomiast chwilę później pojawiły się kolejne problemy z tym samym kolanem - pęknięta łąkotka. Potem czekała mnie następna operacja - zszycie łąkotki, a później jej wycięcie. Po trzech zabiegach czułem już, że kolano jest zbyt osłabione, by dalej uprawiać sport, a zwłaszcza zawodowo. Nie wiem, czy grałbym profesjonalnie, ale na pewno dalej byłbym zawodnikiem. Piłka nożna zawsze była moją wielką pasją. Od dziecka towarzyszyła mi od rana do nocy. Wychowywałem się na wsi, miałem boisko obok domu, więc tym bardziej było to całe moje życie. Trudno mi powiedzieć, czy występowałbym na profesjonalnym poziomie. Jeśli nie, robiłbym to w IV lidze czy okręgówce. Po prostu to uwielbiałem.

Z perspektywy czasu cieszę się, że jest, jak jest. Dzisiaj dalej robię to, co kocham, i mogę z tego utrzymać rodzinę. Mam dobrą perspektywę. Czas zawodnika się kończy, a trener ma możliwość dłuższego funkcjonowania w zawodzie. Zacząłem stosunkowo wcześnie i pojawiły się już nawet małe sukcesy. Być może mam pewien handicap nad innymi ze względu na wiek. Bardzo się cieszę, choć jednocześnie brakuje mi grania. Tak po prostu.

Wojciech Szacoń - szkoleniowiec wystawiałby do gry Wojciecha Szaconia - zawodnika w III lub II lidze? Oczywiście bazując na ówczesnych umiejętnościach.

Raczej nie. Dzisiaj wiele rzeczy rozumiem zupełnie inaczej niż kiedyś. Zrozumiałem też po czasie uwagi moich byłych trenerów kierowane pod moim adresem. Byłem zawodnikiem bardzo szybkim i dynamicznym, ale grającym indywidualnie. Oceniając mój ówczesny poziom rozumienia gry na bazie tego, czego sam oczekuję obecnie od zawodników w kontekście intensywności taktycznej, z pewnością byłby on niezadowalający. Potencjał motoryczny i szybkościowy był, piłkarski być może też, podobnie jak odpowiednie nastawienie do pracy. Brakowało jednak zdrowia, rozumienia gry z perspektywy funkcjonowania zespołu oraz umiejętności bronienia. Nie wiem, czy z czasem by to przyszło, czy nie. Nie ma co gdybać.

Nie jesteś z samego Lublina?

Pochodzę z małej wsi Gałęzów, znajdującej się około 25 kilometrów od Lublina. Do momentu podjęcia nauki w liceum piłkarskim w Lublinie, kiedy to zamieszkałem w bursie, mieszkałem w rodzinnej miejscowości z rodzicami i bratem.

Jak wspominasz swoje dzieciństwo? Można je nazwać dość standardowym, czy wręcz przeciwnie?

Było bardzo normalnie i fajnie. Jeśli chodzi o kwestie materialne, mieliśmy wszystko, czego potrzeba, żeby świetnie wspominać tamten czas. Mówiąc „my”, mam na myśli siebie i mojego młodszego brata. To dzieciństwo, które bardzo sobie cenię. Przeżyliśmy je jeszcze trochę „po staremu” - bez natłoku komputerów czy smartfonów. Mieliśmy z bratem boisko koło domu. Pisząc najszczerzej jak się da - linie były wypryskane Roundupem, bramki zrobione z drewna, a siatki ze sznurków. Chłopaki ze wsi schodzili się i graliśmy codziennie po szkole, dopóki nie zrobiło się całkowicie ciemno. To było do tego stopnia, że gdy ktoś nie chciał z nami grać, nie utrzymywaliśmy z nim kontaktu. Tak dużą pasją była dla nas piłka. Bardzo dobrze wspominam tamten okres.

Czyli już wtedy to ty byłeś inicjatorem gierek i zbierałeś paczkę?

Tak było. Do dzisiaj podczas rodzinnych świąt wszyscy się śmieją, że jak przyjeżdżał na przykład brat cioteczny z Lublina lub ktoś inny, nikt nie chciał się z nami bawić, bo my tylko graliśmy w piłkę. Fokus na futbol był ogromny i tak zostało do dzisiaj. Praca trenera jest czymś najbliższym samemu graniu i funkcjonowaniu jako zawodnik, więc trzeba czerpać z tego radość.

Miałeś wtedy jakieś inne zajawki? Był kierunek, w którym mogłeś realnie pójść zamiast piłki?

Realnie - nie. Po liceum poszedłem na studia prawnicze i je skończyłem. Jestem prawnikiem z wykształcenia, natomiast nawet przez moment nie myślałem, żeby pracować w tym zawodzie. Już na pierwszym roku rozpocząłem pracę w akademii jako trener grup młodzieżowych i nie ukrywam, że po obronie dyplomu nie rozważałem żadnej aplikacji. Jak najszybciej chciałem wejść do piłki seniorskiej i skupić się na pracy w profesjonalnym środowisku.

Skąd w takim razie ten kierunek studiów? Znam osoby, które idąc tylko po papier, wybierały je zdecydowanie mniej ambitnie.

Poszedłem w drugą stronę. Założyłem, że jeżeli mam poświęcić pięć lat na naukę, chcę, żeby to był kierunek, który będzie stanowił dla mnie zabezpieczenie. Wychodziłem z założenia, że jeśli nie osiągnę tego, co chcę, czyli profesjonalnej pracy w piłce, będę miał alternatywę w postaci dobrego, przyzwoitego zawodu w innej dziedzinie. Stwierdziłem, że jeśli miałbym iść na przypadkowe studia, lepiej wcale ich nie podejmować, stąd właśnie wybór prawa. A sam ten kierunek wybrałem dlatego, że czułem się mocny w przedmiotach humanistycznych. O wiele gorzej szło mi w ścisłych.

Wróćmy do trenowania. Szkoleniowcy, którzy wcześniej grali w piłkę na wyższym poziomie, w trakcie boiskowej kariery przyswajają pewne cechy i aspekty po części nieosiągalne dla, nazwijmy to, pierwotnych trenerów. Patrząc na wyniki odnoszone przez tę drugą grupę, twoim zdaniem straciło to na znaczeniu?

To kwestia całkowicie indywidualna. Z jednej strony możemy podać przykład trenera Adriana Siemieńca. Ma on wszystkie cechy, których potrzebuje dobry szkoleniowiec, a nie grał profesjonalnie w piłkę. Możemy też wskazać atrybuty Mariusza Jopa z Wisły Kraków, który miał bogatą karierę zawodniczą. Jego zespół jest dobrze zorganizowany, funkcjonuje w określonych ramach, widać w nim wyraźne DNA, gra odważnie i jest powtarzalny. Idąc w kontrę, są trenerzy z bogatą karierą piłkarską, którzy nie przyswajają pewnych cech pożądanych u szkoleniowca i to nie wygląda tak, jak powinno. Nie można wrzucać do jednego worka tylko byłych zawodników albo tylko trenerów, którzy nie grali profesjonalnie.

Przygotowanie merytoryczne, kompetencje miękkie, umiejętność wyciągania trafnych wniosków, zarządzanie kryzysem czy odporność na krytykę - jest naprawdę wiele aspektów, które trzeba wziąć pod uwagę. W moim przypadku ważną kwestią jest to, jak szybko wyciągam wnioski po niepowodzeniach. Zarówno po trudnych momentach, jak i po tych dobrych, tak żeby poprawiać się na wielu płaszczyznach. To akurat nie jest zależne od tego, czy ktoś grał w piłkę profesjonalnie, czy nie.

Co najbardziej wyciągnąłeś od Łukasza Mierzejewskiego, z którym wcześniej współpracowałeś jako asystent? Mowa o byłym reprezentancie Polski i wieloletnim Ekstraklasowiczu.

Bardzo dobrą cechą trenera Łukasza jest umiejętność oceny potencjału zawodnika. Nauczyłem się od niego, żeby nie patrzeć na piłkarzy w sposób romantyczny czy kibicowski. Trener Łukasz oceniał ich niezwykle pragmatycznie i obiektywnie, patrząc przede wszystkim na to, czy zawodnik jest skuteczny. Analizował, czy to, co robi na boisku, pozwala drużynie zdobywać przestrzeń w ataku lub realnie odbierać piłkę w obronie, czy może tylko pozoruje pewne działania. Czasami na danego gracza dobrze się patrzy, ale finalnie zespół nie ma z niego żadnego pożytku. To są rzeczy, które trener Łukasz, z racji swojej przeszłości zawodniczej i ogromnego doświadczenia, szybko zauważał. Dzięki pracy z nim teraz ja również jestem w stanie szybko i trafnie to ocenić.

Mierzejewski długo prowadził Avię. Można powiedzieć, że zostawił pewne podwaliny pod to, co jest teraz? Zespół pod jego wodzą też był w czołówce trzecioligowej tabeli, ale jednak awansował dopiero z tobą jako głównym opiekunem.

Na pewno je zostawił. Trener Łukasz przychodził do Avii, która była drużyną z celami na utrzymanie, a po kilku sezonach stała się zespołem celującym w awans. Samo to, że swoją pracą doprowadził klub do takiego miejsca, pozwala patrzeć na to w ten sposób. Później wydarzyło się jeszcze dużo dobrego w kontekście profesjonalizacji klubu i dopieszczenia procesu treningowego w oparciu o model gry, ale podwaliny pod ten rozwój jak najbardziej zostały wtedy położone.

W jednej z wcześniejszych rozmów wspomniałeś, że raczej nie przytrafiały się sytuacje, w których zawodnicy nie odnosili się do ciebie bez szacunku z racji twojego wieku. A jak to wyglądało na samym początku? Potrzebne było coś w rodzaju przełamania, czy przez to, że zespół cię znał, w ogóle nie?

Raczej to drugie. Większość zawodników do dzisiaj mówi do mnie per „trenerze”, ale są też tacy, którzy zwracają się do mnie po imieniu, i nie ma to dla mnie kompletnie żadnego znaczenia. Relacyjność nie opiera się na tym, jak się do siebie zwracamy, tylko na tym, czy wzajemnie się szanujemy, czy zawodnicy dają z siebie 100 procent i czy jesteśmy wobec siebie szczerzy. Wiadomo, że każdy jest inny - z niektórymi można pożartować więcej, z innymi mniej - ale generalnie problemów z brakiem szacunku od samego początku nie było.

Dobieramy świadomych piłkarzy. Mamy grupę ludzi skoncentrowaną na pracy. Nawet ci starsi, bardziej doświadczeni zawodnicy dalej są głodni sukcesów i skupieni na tym, by osiągać dobre rezultaty. W klubie w ogóle nie mamy problemów związanych z zaangażowaniem. Powiedziałbym, że wprost przeciwnie - wśród najtrudniejszych wyzwań jest to związane z zarządzaniem zawodnikami, którzy nie grają. Posiadamy bardzo ambitną kadrę. Wiadomo, że na boisku jest tylko 11 miejsc, a pozostali cierpią, i tu pojawia się większy problem niż to, że ktoś rzekomo nie szanuje poleceń albo nie chce wykonywać środków treningowych na 100 procent. Relacje są oparte przede wszystkim na naturalności oraz szczerości. Często poruszamy z zawodnikami niewygodne tematy za zamkniętymi drzwiami, na odprawach. Lepiej wyjaśnić wszystko w ten sposób, niż później miałyby się pojawić niedomówienia przez brak rozmowy.

A ty dalej uczysz się jeszcze i wyciągasz coś bezpośrednio od piłkarzy?

Pewne rzeczy są nienegocjowalne, jak choćby struktura, w której gramy, ogólne zasady modelu gry czy zasady panujące w szatni, których bezwzględnie przestrzegamy. Są jednak kwestie elastyczne. Jeżeli mamy doświadczoną grupę zawodników, którzy grali na wyższym poziomie - jak na przykład Damian Zbozień - są oni w stanie zasugerować pewne rozwiązania. Nawet organizacyjne, w kontekście lepszego planowania posiłków albo dwudniowego wyjazdu na mecz. Błędem byłoby nie posłuchać zawodnika, który przeżył to więcej razy niż ja. W pewnym stopniu pozwala to też im czuć się ważnymi w kontekście funkcjonowania zespołu. Nie zmieniamy zasad nienaruszalnych, ale słuchamy piłkarzy i jesteśmy otwarci na zmiany mające na celu to, żeby było im łatwiej, wygodniej i bardziej komfortowo. Finalnie to zawodnicy są najważniejsi. Oni mają czuć komfort i wierzyć w to, co robimy. A wierzą wtedy, gdy czują się potrzebni, mają też swoje zdanie i są w stanie dokładać własną cegiełkę. Tylko tak jak powiedziałem, jest pewna granica. Ostateczny ton zawsze nadaję ja.

Stosujesz czasami w szatni „suszarę”, czy nie są to twoje metody?

Przez półtora roku mi się to nie zdarzyło. Były być może dwa momenty, gdy musiałem powiedzieć kilka mocniejszych słów - jak choćby niedawno, po trzeciej porażce z Lechią Zielona Góra. W mojej opinii to nie była jednak „suszarka”, tylko merytoryczne nakreślenie sytuacji, w której się znaleźliśmy, oraz wypowiedzenie na głos tego, dlaczego tak się dzieje. Bez względu na to, czy chodzi o brak zaangażowania, słabą reakcję, czy błędy indywidualne, takie uwagi padają w sposób zero-jedynkowy, a czasem też personalnie. W szatni możemy mówić sobie o wszystkim i do każdego, a kluczowe jest to, by nie wynosić tego poza nią. Tak samo chwalę, jak i ganię zarówno zawodników doświadczonych, jak i młodzieżowców. Nigdy nie ma w tym jednak uniesienia emocjonalnego czy krzyków, bo uważam, że to droga donikąd - w pewnym sensie początek końca. Świadczy to o braku kontroli nad sytuacją, a trener musi mieć chłodną głowę i gotowe rozwiązania. Nawet jeśli nie posiada ich w danym momencie, za chwilę powinien je znaleźć, więc nie może dać się ponieść emocjom i stracić panowania nad sobą.

Szatnia zmienia się na przestrzeni lat. Jakiej cechy u obecnych piłkarzy nie lubisz najbardziej?

U niektórych zawodników - i chodzi mi o ogólny obraz, nie o konkretne nazwiska - przytrafia się jeszcze niechlujstwo. Chociaż jest to zachowanie, które w innych klubach pewnie nie byłoby uznawane za błąd. Chcemy dążyć do jak najwyższego standardu pracy, chociażby w zwykłym „passingu”. Nawet nie w tym modelowym, tylko regeneracyjnym. Chcemy, żeby jakość, intensywność i siła zagrania były na optymalnym poziomie. Czasami, szczególnie u młodszych piłkarzy, widzę, że jeżeli dany środek treningowy nie ma formy pojedynku czy gry, nie chcą lub nie potrafią wykonywać go na 100 procent. Mocno nad tym pracujemy, starając się przytaczać przykłady z topu, jako miejsca, do którego zmierzają. Chcemy ich inspirować. To cechy związane trochę z naszym idealistycznym podejściem, ale myślę, że są ważne i finalnie zespół robi postępy w tym kierunku. Wygląda to dobrze. Czasami jednostki, szczególnie te młode, które lubią w dzisiejszych czasach wybierać, co im pasuje, a co nie, potrzebują większego rygoru po to, żeby nawet najmniejszy szczegół dopracowywać na sto procent.

Jeśli chodzi jeszcze o relacje i trzymanie szatni - w jakim stopniu jest to według ciebie istotne? Można być niezwykle merytorycznym, potrafić super przygotować zespół pod konkretnego przeciwnika, ale przy braku chemii między trenerem a zawodnikami, to przydatność tej merytoryki chyba spada?

To nie jest fizyka kwantowa i na pewno tak jest. Z jednej strony można być świetnym w relacjach, ale nie potrafić nadać tonu, jeżeli chodzi o funkcjonowanie zespołu, i nic z tego nie będzie. W drugą stronę - można być świetnym merytorycznie, jeśli chodzi o proces treningowy i wdrażanie modelu gry, ale kompletnie nie potrafić zarządzać grupą, a przez to skłócić ludzi ze sobą, i wówczas również nic z tego nie będzie. Uważam, że trzeba podejść do tego kompleksowo. Jedno i drugie jest równie istotne. Jeżeli ktoś nie będzie wobec zawodników w porządku, zaczną oni rozmawiać, że to nie jest dobry człowiek, i za nim nie pójdą. Jeśli ktoś nie będzie gotowy merytorycznie, też za nim nie pójdą. Na gorąco powiedziałbym, że to rozkłada się pół na pół, ale nie da się tego określić dokładnie procentowo. Trener musi być osobą kompleksową. To trudne zadanie.

To co twoim zdaniem będzie robiło różnicę za pięć-dziesięć lat? Bo pojawia się coraz więcej młodych szkoleniowców, którzy są merytoryczni, pracowici i świetnie przygotowani. Korzystają z coraz nowszych technologii, bardzo ładnie się wypowiadają, wszystko wygląda profesjonalnie. Finalnie nie każdy będzie wygrywał i pracował tam, gdzie by chciał.

Moim zdaniem dojdzie do momentu, w którym ważne będą cechy odbiegające mocno od samego boiska, czyli ogólna aparycja, charyzma, a w pewnym sensie nawet wygląd zewnętrzny. Mam tutaj na myśli pierwsze wrażenie i umiejętność dobrej wypowiedzi w kontekście reprezentacyjnym klubu. To będą rzeczy, które mogą wyróżniać później trenerów pracujących na topie od tych, którzy na ten najwyższy poziom nie zdołają awansować. W przypadku kwestii merytorycznych, tak jak powiedziałeś, idzie to w takim kierunku, że dzisiaj nawet wielu asystentów jest na bardzo wysokim poziomie. Często mówi się, że na wyższym niż pierwsi trenerzy.

Kluby będą chciały mieć osobę reprezentatywną, potrafiącą dobrze sprzedać klub w mediach społecznościowych, interesująco i obiektywnie opowiedzieć na konferencji prasowej o tym, co dzieje się w środku. Potrzebny będzie trener jako wizytówka dbająca o całość, spoglądająca na klub bardziej holistycznie i wychodząca poza sam pierwszy zespół. To będą cechy decydujące, bo trenerów przybywa, a liczba klubów oraz miejsc pracy na rynku nie rośnie.

Jesteś fanem wykorzystywania w swojej pracy sztucznej inteligencji? Wyobrażasz sobie, że interpretacja przez nią pewnych danych z czasem będzie miała coraz większy wpływ na podejmowane przez ciebie decyzje?

Powiem, jak jest u nas obecnie. W kwestii statystyk liczymy je samodzielnie, z zaangażowaniem sztabu trenerskiego, z tego względu, że wszystkie dane odnoszą się bezpośrednio do naszego modelu gry. Można przecież liczyć zwykłe wejście w pole karne oraz wejście skuteczne. Mamy swoją definicję tego zagrania - jako piłki otwartej, z której można działać dalej - i dlatego nie polegamy wyłącznie na zewnętrznych programach, lecz weryfikujemy to personalnie. W tym kontekście nie jesteśmy w stanie w pełni wykorzystywać sztucznej inteligencji, ale zdarza nam się używać jej do najprostszych zadań, jak na przykład tworzenie zbalansowanych składów do gier pomocniczych na wtorkowy trening. Przykładowo prowadzimy tabelę wyników małych gier, ponieważ chcemy wiedzieć, który zawodnik najczęściej w nich zwycięża i ma w sobie mentalność pchania do wygranej nawet cztero- czy pięcioosobowej drużyny. Wtedy asystenci wprowadzają te dane do AI i tworzymy wyrównane zespoły. Chodzi o to, żeby rywalizacja na treningach była optymalna. W takich przypadkach technologia przyspiesza nasze działanie, a o swój czas również musimy dbać. W kwestiach decyzyjnych, dotyczących personaliów, obrazu meczu czy oceny zawodnika, nie używamy sztucznej inteligencji. Te obszary opierają się na raportach oraz danych zbieranych i analizowanych przez trenerów.

Od dłuższego czasu jesteś też dyrektorem akademii Avii. Masz poczucie, że gdy pójdziesz kiedyś wyżej, będzie wyglądało to inaczej i całościowo nie będzie aż tyle zależało od ciebie?

Oczywiście, że mam takie poczucie. W pewnym sensie jestem na to przygotowany. Ten sposób funkcjonowania w Avii jest o tyle dobry, że mam wpływ na to, jak działa dzisiaj akademia oraz drugi zespół, a także jakie panują tam standardy. Wszyscy trenerzy mogą od nas czerpać i to bardzo dobrze się zazębia. Model pracy możemy przenosić z pierwszego zespołu do akademii. Jest to o tyle prostsze, że w przypadku, gdy nadaje temu ton jedna osoba, nie ma rozbieżności w wizji. Wiadomo, że nie jestem nieomylny i ktoś inny mógłby przyjść i zrobić to lepiej, natomiast mimo wszystko uważam, że obecne działanie w jednym kierunku jest bardzo korzystne.

Dzisiaj akademia jest rozbudowana o trzech koordynatorów, kierownika do spraw organizacji oraz kierownika do spraw certyfikacji. Tak naprawdę większość codziennych obowiązków, takich jak sprawdzanie konspektów, czy nadzorowanie pracy trenerów, należy do nich. Spotykamy się raz w tygodniu lub raz na dwa tygodnie i planujemy działania strategiczne - chociażby obecne otwarcie klasy Mistrzostwa Sportowego. Jestem już jednak w pełni skupiony na funkcjonowaniu pierwszego zespołu. Chcąc robić coś bardzo dobrze na poziomie II ligi, nie da się wykonywać swoich obowiązków połowicznie.

Z czego jesteś najbardziej dumny, co udało się zrobić za twoich czasów w Avii?

Jest kilka osiągnięć z tego okresu, które dają mi ogromną satysfakcję. W kontekście akademii - nie miała ona wcześniej żadnego oparcia, jeżeli chodzi o kontrolę procesu, ani spójnego programu szkolenia. Od braku gwiazdki doprowadziliśmy do złotej gwiazdki, czyli najwyższej w programie certyfikacji szkółek piłkarskich PZPN. Stworzyliśmy kompleksowy Autorski Program Szkolenia. Doprowadziliśmy rezerwy do IV ligi. W ubiegłym sezonie odnieśliśmy sukces w postaci historycznego występu naszej drużyny z rocznika 2011 w Centralnej Lidze Juniorów U-15. W obecnym otworzyliśmy właśnie w tym roczniku klasę mistrzostwa sportowego, gdzie mamy również kilku zawodników spoza Świdnika, których umieściliśmy w bursie. Bardzo istotna dla klubu miejskiego jest też misja społeczna. Mamy około 500 dzieciaków, a gdy zaczynaliśmy, było ich niecałe 200. Społeczność Avii mocno się rozrosła. Patrząc na to, ile dzieci w żółto-niebieskich koszulkach biega po mieście, jest to bardzo satysfakcjonujące i powoduje uśmiech na twarzy.

Pierwszy zespół to oczywiście historyczny awans do II ligi i dotarcie do ćwierćfinału Pucharu Polski. Bardzo się cieszę, że w Świdniku odbywają się duże mecze, przyjeżdżał Raków Częstochowa, Ruch Chorzów, dwukrotnie Polonia Bytom, a teraz Wieczysta Kraków. No i doszły nam mecze drugoligowe, które są dużo ciekawsze dla kibiców. Myślę więc, że zrobiliśmy w Świdniku wiele dobrego. Jestem z tego dumny i szczęśliwy, bo włożyliśmy mnóstwo pracy, ale to na pewno nie jest nasz sufit.

Jaka jedna rzecz w kwestii funkcjonowania klubu pozostaje najbardziej do poprawy?

Największy deficyt jest w infrastrukturze. Jeśli chodzi o pierwszy zespół, od początku zmagań w II lidze mamy bardzo dobrze przygotowane, pełnowymiarowe boisko treningowe z nawodnieniem i murawą w dobrym stanie. Pierwsza drużyna ma świetne warunki do pracy, natomiast w przypadku akademii dysponujemy tylko jednym boiskiem sztucznym, które użytkuje zbyt duża liczba zawodników. Przede wszystkim brakuje nam płyt w stosunku do liczby adeptów. To jest na pewno obszar, który możemy wprowadzić na wyższy poziom. Wiem, że właściciel i zarząd robią wszystko, żeby to poprawić. Bez tego nie będziemy w stanie dalej gonić największych projektów w kraju.

Twoja umowa jest ważna do 30 czerwca 2028 roku. Ile konkretnych ofert otrzymałeś w ciągu ostatnich 12 miesięcy?

Mówimy o wszystkich ofertach, czy o propozycjach z wyższych lig?

Z wyższych lig.

Od momentu, kiedy zrobiliśmy ćwierćfinał Pucharu Polski do dzisiaj, były to, żeby nie skłamać, cztery konkretne oferty. Natomiast w dwóch przypadkach chodziło o pełnienie funkcji asystenta na poziomie Ekstraklasy, więc to były różne propozycje.

Rola asystenta nie wchodzi w grę? Nie przekonały cię te konkretne kluby, czy odmówiłbyś obecnie każdemu z Ekstraklasy, bo skupiasz się na funkcji pierwszego trenera?

Moja praca w roli pierwszego trenera układa się dobrze i na dzisiaj nie widzę powodów, by zmieniać kierunek. Piłka jednak uczy pokory i czasem potrafi w tydzień wywrócić wszystko do góry nogami. Funkcja asystenta jest na drugim planie, ale nie miałbym z tym problemu. W tej chwili mam ważny, długoterminowy kontrakt w Avii Świdnik. Czuję się tutaj świetnie, bo współpracuję z ludźmi, którzy chcą dalej rozwijać ten projekt.

Oczywiście nigdy nie można mówić zero-jedynkowo, że się odejdzie lub nie. Futbol pokazuje, że z tygodnia na tydzień sytuacja potrafi ulec diametralnej zmianie. Dzisiaj mogę deklarować, że chcę rozwijać Avię, a klub za tydzień może uznać, że już nie potrzebuje trenera Wojtka Szaconia. Wtedy muszę być przygotowany na konieczność zmiany środowiska. Obecnie to jednak raczej odległe tematy. Moim kolejnym krokiem jest zakwalifikowanie się na najbliższą edycję kursu UEFA PRO. Jego ukończenie otworzy mi drzwi w przypadku przyszłościowego otrzymania konkretnej oferty pracy na poziomie I ligi bądź Ekstraklasy - i to są moje plany długoterminowe.

A gdyby do współpracy zaprosił cię Adrian Siemieniec z Jagiellonii Białystok?

To trener, którego mocno cenię za sposób funkcjonowania. Często o szkoleniowcu świadczy zespół - powtarzalna od trzech sezonów Jagiellonia, świetnie grająca w piłkę i utrzymująca cały czas wysoki standard. Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ jest wiele kwestii zależnych, które musiałbym najpierw poznać: zakres obowiązków, czas obowiązywania kontraktu, rola w sztabie i faktyczny wpływ na funkcjonowanie zespołu.

Stosunkowo dobrze radzę sobie na początku drogi jako pierwszy trener. Trzeba dać sobie szansę. Możemy wrócić do stwierdzenia, że trenerów jest coraz więcej, a miejsc pracy nie przybywa. Trzeba robić wszystko, żeby być jak najwyżej, ale też szanować miejsce, w którym jest się aktualnie, i nie osiadać na laurach. Dzisiaj mogę mierzyć wysoko, a za pół roku powiedzieć, że chciałbym znowu być w tym samym miejscu co dziś, bo coś może pójść nie tak. Trzeba podejść do tego z dużą pokorą. Mierzyć wysoko, ale być przygotowanym na każdy scenariusz. Jak mówi właśnie Adrian Siemieniec: robić wszystko jak najlepiej, ale nie mieć żadnych oczekiwań. Piłka jest specyficzna, za co pewnie wszyscy ją kochamy.

Znacie się z właścicielem Motoru Lublin Zbigniewem Jakubasem?

Nie.

Nigdy nie było zakusów ze strony Motoru na jakąś współpracę? Czy to nieco wcześniej, czy ostatnio?

Kilka lat temu miałem propozycję pracy w Akademii Motoru Lublin, ale odbywało się to poza panem Zbigniewem Jakubasem. Skąd pytanie?

Luźne połączenie na bazie lokalizacji.

Kilkanaście dni temu znajomy wysłał mi krótkie wideo, na którym pan Zbigniew Jakubas w jednym z podcastów wspomniał, że w Świdniku pracuje ciekawy, młody trener, którego warto obserwować. Miło słyszeć takie słowa, ale nie mieliśmy przyjemności się poznać.

Tak szczerze - był moment, w którym myślałeś, że w tym sezonie nie będziesz miał już do dyspozycji w Avii Andrija Remeniuka? Niektórych dziwi, że został w waszym klubie. W poprzednich rozgrywkach zdobył 16 bramek w lidze. W obecnych - już pięć plus zaliczył trafienie w pucharze.

Z jednej strony był, bo zawsze trzeba kalkulować odejście takiego zawodnika. Tym bardziej że Andrij faktycznie miał złożone na papierze oferty z klubów pierwszoligowych. Tutaj bez szczegółów, ale te propozycje się pojawiły. Z drugiej strony - jako klub zrobiliśmy wszystko, by u nas został. Zdaję sobie sprawę, że to gracz jakościowy i czasem warto takiego piłkarza zatrzymać nawet kosztem pozyskania kogoś nowego. To zawodnik, który sprawdził się w środowisku Avii, funkcjonuje bardzo dobrze, czuje się liderem i gwarantuje nam liczby.

Andrij dobrze zna Avię, a Avia dobrze zna jego. „Remen” jest specyficznym piłkarzem, trzeba umiejętnie go prowadzić i uważam, że zatrzymanie go przyniosło korzyści obu stronom. Ma świetny charakter. Został doceniony długim kontraktem i w każdym meczu odpłaca się nam swoim zaangażowaniem. Świadczą o tym liczby już na poziomie II ligi i w Pucharze Polski, jak choćby gol w ostatnim meczu z Wieczystą. Dzisiaj „Remen” i Avia to udany związek.

Jaki Remeniuk jest w codziennej współpracy?

Na przestrzeni dwóch ostatnich sezonów dużo pracowaliśmy z Andrijem nad kwestiami taktycznymi w defensywie. To zawodnik o dużym potencjale motorycznym, który ma jakość w fazie atakowania. Generuje liczby, ma bardzo dobrą prawą nogę i jest szybki. W kontekście gry obronnej również posiada duże możliwości, właśnie ze względu na motorykę, ale na początku brakowało mu odpowiednich intencji, umiejętności właściwego ustawienia czy realizowania naszych modelowych zasad. Natomiast uważam, że pod tym kątem cały czas się rozwija. Jest dobrze nastawiony do pracy i chce, żeby zespół wygrywał. Jeżeli są rzeczy, które musi poprawić, żeby drużyna zwyciężała, po prostu chce to robić, a my mu w tym pomagamy. Żeby stać się piłkarzem kompletnym, na pewno może być jeszcze lepszy w działaniach defensywnych.

Kto jest największym profesjonalistą w szatni Avii?

Wzorem do naśladowania jest Damian Zbozień, patrząc na jego przeszłość i na to, w jaki sposób zaraża zawodników dobrą energią, profesjonalnym podejściem oraz pasją do piłki mimo swojego wieku. Mamy jednak kilku piłkarzy, którzy moim zdaniem dbają o siebie przynajmniej na poziomie Ekstraklasy w kontekście odżywiania, regeneracji, sylwetki i inwestowania w swoje ciało. Trudno mi wskazać jednego bądź dwóch, bo myślę, że zdecydowana większość jest bardzo świadoma i funkcjonuje niezwykle profesjonalnie. Gdy rozmawiamy z trenerami innych klubów i porównujemy pewne kwestie, dostajemy jasny obraz, że u niektórych naszych zawodników te nawyki stoją na najwyższym poziomie.

Wiem, że nie będziesz chciał wypowiedzieć słów, które mogą się źle zestarzeć, ale gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?

Nie wiem, gdzie znajdę się za dziesięć lat, ale z mojej perspektywy będę robił wszystko, żeby pracować na poziomie Ekstraklasy. Nawiążę jeszcze raz do wcześniejszej myśli - piłka czasem jest piękna i daje dużo radości, a czasami bywa brutalna. Trzeba więc robić swoje, nie mieć żadnych oczekiwań i wierzyć w to, że wysiłek się obroni. Ocena trenera opiera się przede wszystkim na wynikach, dlatego za pracą muszą iść dobre rezultaty. Mówię to obecnie po trzech porażkach w lidze, więc ktoś może pomyśleć, że zwariowałem. Poza sportem w tej odległej perspektywie widzę siebie przede wszystkim w roli szczęśliwego ojca i męża, który potrafi cieszyć się chwilą.