„Mogliśmy wejść na bardzo wysoki poziom”. Były dyrektor sportowy Motoru Lublin o pracy w klubie Ekstraklasy i ostatnich ruchach do beniaminka I ligi
2026-09-21 14:44:38; Aktualizacja: 1 tydzień temu
Motor Lublin wywalczył upragniony awans do Ekstraklasy w 2024 roku. Ówczesnego lata za jego ruchy transferowe odpowiadał Michał Wlaźlik. W rozmowie z Transfery.info zdradził nieco o kulisach tej pracy, a także o ostatniej kooperacji z Wartą Poznań.
Pracujący wcześniej w Widzewie Łódź, Escoli Varsovia czy Stali Rzeszów Michał Wlaźlik w 2024 roku został dyrektorem sportowym Motoru Lublin. W rozmowie z Transfery.info podsumował ten okres, opowiadając o dopiętych, ale również i niedoszłych transferach, współpracy ze Zbigniewem Jakubasem czy swoim odejściu. Z własnej perspektywy odniósł się do późniejszych transferów wychodzących Bartosza Wolskiego oraz Ivana Brkicia. Ponadto nie zabrakło wątków Warty Poznań, której doradzał w ostatnim czasie i widzi w niej kandydata na czarnego konia rozgrywek pierwszoligowych, a także bliskich mu szkoleniowców. To bardzo ciekawe grono.
Mateusz Michałek, Transfery.info: Jaki jest twój obecny status dotyczący Warty Poznań? Byłeś odpowiedzialny za jej wszystkie letnie transfery? Pytam, bo pod koniec poprzedniego roku pojawiła się informacja, że zakończyliście współpracę, ale potem można było wywnioskować, że ona trwa.
Michał Wlaźlik (były dyrektor sportowy Widzewa Łódź, Stali Rzeszów, Motoru Lublin, ostatnio współpraca z Pogonią-Sokołem Lubaczów i Wartą Poznań): Faktycznie napisałem, że skończyliśmy współpracę, ale później przedłużyliśmy ją do końca sezonu, a w zasadzie do 15 lipca. Dotyczyła doradztwa w zakresie transferowym. W większości analizowałem i rekomendowałem ruchy dotyczące ostatniego okna, a ostateczne decyzje należały do klubu. Po moim odejściu do zespołu dołączył jeszcze Antek Młynarczyk, którego rozpracowywaliśmy wcześniej. Przyszedł Szymanek, który był na „standbyu”. No i Filip Rejczyk oraz Karol Kalata, którego również mieliśmy rozpracowanego. Pozostawała kwestia decyzji i budżetu. Mocno kibicuję, żeby stało się to, co przewiduję, czyli że Warta będzie czarnym koniem I ligi. W tym i w przyszłym sezonie. A może tylko w tym, bo ma szansę zrobić niespodziankę. Popularne
Jak ocenisz wykonane ruchy, w których jeszcze bezpośrednio uczestniczyłeś? Okno zaczęło się od sprowadzenia Filipa Kendzi.
Najważniejsze było utrzymanie charakteru drużyny i danie dodatkowych impulsów przed pierwszoligową batalią. Zwłaszcza mając na uwadze trudny moment w postaci siedmiu wyjazdów w pierwszych kolejkach. To znaczy początkowo nie było wiadomo, że będzie ich aż tyle. Wstępnie na pierwszy mecz domowy był planowany Chrobry Głogów, co się nie wydarzyło. Z tego punktu widzenia można być z tych ruchów zadowolonym. Klub jest w szóstce i pokonuje faworytów jak ostatnio już u siebie Arkę Gdynia. Zrobił to dość wyraźnie. W trudnych spotkaniach wyjazdowych gra jak równy z równym, bo w żadnym Warta nie była wyraźnie gorsza. No może w jednym. Przede wszystkim cieszę się, że wiedzie się Maćkowi, bo to jeden z kilku moich trenerskich braci. Po dwóch wcześniejszych spadkach drużyna znowu jest konkurencyjna. Miło było współpracować z ludźmi będącymi w Warcie i odbudować klub, który regularnie powinien znajdować się na mapie Polski między Ekstraklasą a I ligą. To zespół z dużego miasta i ze swoimi tradycjami.
Postać wspomnianego Macieja Tokarczyka w Warcie to twój autorski pomysł?
Nie. Tutaj akurat trzeba powiedzieć, że na Maćka odważył się postawić prezes Meissner. Maciek był moim autorskim pomysłem bardziej w Wiśle Puławy, gdzie faktycznie miałem wpływ na jego zatrudnienie. Swoją pracą pokazał się na rynku i prezes Meissner to dostrzegł. Więc to było trochę odwrotnie - prezes ściągnął Maćka, który powiedział, że przyjdzie, ale potrzebuje mieć zaufanych ludzi, którzy wiedzą, jak myśli i kogo potrzebuje, by zbudować drużynę. A budowa była niemal od zera, bo w tamtym sezonie z pewnych zawodników byli tylko Waluś i Przybylak. Później dobraliśmy jeszcze „Wojcina”. Mieliśmy trzech zawodników i resztę trzeba było szyć z rynku, tudzież z akademii.
Co odróżnia Tokarczyka od pozostałych szkoleniowców, z którymi miałeś wcześniej do czynienia?
Trudno powiedzieć, bo ja mam samych takich (śmiech). Wśród mojej trenerskiej braci są Daniel Myśliwiec, Mateusz Stolarski czy Marek Brzozowski, a wymieniam tylko tych, którzy znajdują się obecnie na najwyższym poziomie, bo jest ich jeszcze kilku. Od siebie odróżnia ich niewiele, ale od rynku to, że są skuteczni. Budują w drużynach automatyzmy, które przekładają się na wynik sportowy. Powodują, że zespoły, które mają potencjał na mistrzostwo ligi, nie tylko go wykorzystują, ale zwiększają prawdopodobieństwo stania się dominatorem rozgrywek. Z kolei mając drużynę tylko na środek tabeli czy na walkę o utrzymanie, możesz zakręcić się z nią wokół baraży albo spokojnie utrzymywać się bez bohaterskiej dramaturgii w końcówce sezonu.
Późniejszych czynników decydujących o tym będzie wiele, ale rozumiem, że nie zaskoczy cię, jeśli trener Tokarczyk niebawem trafi do Ekstraklasy? Z Wartą lub w jakimś innym klubie.
W ogóle. To jeden z najlepszych trenerów. Już to udowodnił w kraju. Punktuje przez trzeci sezon, nie dysponując najlepszą drużyną w lidze. W dodatku wciąż młodą i często niedoświadczoną, bo dla tych zawodników nierzadko to pierwszy czy drugi sezon w seniorskiej piłce. To pokazuje jego kunszt trenerski. Można zobaczyć, jak ci chłopcy rosną z każdym mikrocyklem i stają się lepszymi piłkarzami. Będzie to również zauważalne, jak zaraz będą przechodzić do Ekstraklasy.
No właśnie, a z kogo twoim zdaniem warto może mieć najwięcej radości i korzyści na rynku transferowym w najbliższym czasie?
Patrzę w ten sposób na każdego z tych chłopaków. Nawet na bardzo doświadczonego Sebastiana Stebleckiego. Na pożegnaniu w szatni powiedziałem im: „Do widzenia ze wszystkimi w Ekstraklasie”. I „Stebla” też nie wykluczyłem, bo jest fantastycznym gościem. Za mną 16-letnie doświadczenie w zawodowym sporcie. Zawodnicy, których kiedyś ściągałem jako nastolatków do Widzewa Łódź, choćby Rafała Augustyniaka czy Mariusza Stępińskiego, dzisiaj są po trzydziestce. Podobnych chłopaków widzę teraz w Warcie i tylko oni będą w tym wszystkim swoimi największymi wrogami. Kto zajdzie najdalej? Tego nie wiem. Życie już mnie nauczyło, że ktoś najmniej oczywisty robił największą karierę, a stosunkowo najlepszy piłkarsko osiadał na średnim poziomie. Wszystko będzie zależało od ich wyborów, głowy i tego, czy będą w stanie konsekwentnie utrzymać się w rozwoju. Również od zrozumienia tego, co może dać im sztab. Maciek Tokarczyk, ale też przecież Mateusz Stolarski, bardzo dbają o indywidualny rozwój zawodników. Nieważne, czy masz 20 czy 30 lat, jeżeli tylko chcesz z tego skorzystać. Akurat w sztabie Maćka jest Patryk Mrugacz. Zawsze można zostać po treningu i dostać bardzo cenne wskazówki, żeby „performance” w meczu był coraz lepszy. Trzeba z tego korzystać.
22-letni Leo Przybylak od dłuższego czasu jest podstawowym bramkarzem Warty, obecnie również kapitanem. Występujący na boku boiska 26-letni Marcel Stefaniak notuje fajne liczby w ofensywie. Były za nich oferty?
Leo miał zapytania, kluby go nęciły, zwłaszcza że kończył mu się kontrakt. Został on dość późno przedłużony, ale wcześniej byliśmy po słowie. Leo jest aktualnie symbolem klubu, wychowankiem i bardzo ważną częścią kręgosłupa drużyny. W przypadku Marcela pojawiły się delikatne podchody, ale ktoś musiałby wyłożyć pieniądze, a chyba nikt tego nie zrobił. Myślę, że zastanawiała się nad nim głównie I liga, ale cieszę się, że teraz równie dobrze daje sobie w niej radę. Za chwilę może być gwiazdą rozgrywek i zainteresuje się nim również Ekstraklasa. Tak jak wspomniałem, to nieistotne, ile masz dokładnie lat. Każdy z tych chłopaków może jeszcze spokojnie trafić do Ekstraklasy. Przed chwilą miałem przyjemność być w Motorze Lublin. Przecież tam też mieliśmy wielu chłopaków, którzy zaczynali w II lidze. Każdy mówił, że to dla nich maksimum, a później spokojnie dawali radę w Ekstraklasie i zrobili z Motorem wynik, jakiego Lublin w historii jeszcze nie miał. Znajdując się w odpowiednim środowisku, mając dobrych trenerów, sztab, który daje Ci swoje serce - jeśli chcesz z tego skorzystać, jesteś w stanie pójść wyraźnie do góry.
W tym sezonie cztery gole i trzy asysty uzbierał Mateusz Stanek. Wspomniałeś na X-ie, że w grudniu dostał informację, iż może szukać sobie nowego zespołu, bo w kolejnym sezonie klub chce stawiać na młodzieżowca. Finalnie rósł z każdym mikrocyklem i został. Widzisz go jako wyróżniającego się napastnika w Ekstraklasie?
Ciekawostka jest taka, że oferty były już pod koniec okna i to zainteresował się nim bardzo poważny klub. Także jego dobry start nie uszedł uwadze. Historie bywają różne. Nie wiem, czy pamiętacie takiego napastnika z Dolcanu Ząbki Mateusza Piątkowskiego. Trafił do Ekstraklasy w wieku bodaj 28 lat, potem strzelił w niej 14 goli i poszedł jeszcze za granicę. Napastnicy zawsze są w cenie. Mateusz Stanek jest znakomity - ma finalizację i jest killerem w polu karnym. To wysoki, ciężko pracujący napastnik. W dodatku nie ma dla niego znaczenia liga, bo na razie radzi sobie wszędzie. Nie wykluczam, że Ekstraklasa po niego sięgnie.
Twoim zdaniem obecna kadra Warty predysponuje do tego, by realnie powalczyć o awans do Ekstraklasy? Przebąkiwało się o tym w gabinetach?
Mój chytry plan zakładał stworzenie konkurencyjnej drużyny na poziom I ligi. Fajnie, jakby to się wydarzyło, natomiast celem na sezon był środek tabeli, co samo w sobie byłoby sporym sukcesem. Oczywiście mogło się to zmienić. Od połowy lipca nie ma mnie fizycznie w klubie, więc nie mogę tego wykluczyć. Wiem, że doszły cztery transfery, co było czymś ponad zakładany budżet. Może klub nie chce rzucać pereł przed wieprze, ale chciał zmaksymalizować szanse na bycie czarnym koniem rozgrywek, więc daje trenerowi optymalny skład i jak największy wybór. Stąd też, jak czytam, dojście Szymanka, Rejczyka czy Kalaty na zabezpieczenie pozycji obrońcy, bo przytrafiło się też trochę kontuzji.
Jest szansa, że wrócicie do współpracy czy to całkowicie zamknięty temat? I od razu zapytam, co doprowadziło do tego, iż w ostatnim czasie, również w Pogoni-Sokole Lubaczów, zdecydowałeś się na inny model współpracy? Czyli bardziej doradczy i bez wyłączności.
Przede wszystkim doprowadził do tego wybór siebie i chęć niezmieniania miejsca zamieszkania ze względu na dany kontrakt. Każdy klub ma zresztą swój limit zaczerpnięcia wiedzy. Pracowałem w projektach, które były bardzo ambitne - jak Stal Rzeszów czy w klubach o dużych możliwościach - jak Motor Lublin. Natomiast z różnych przyczyn specyfika jest taka, że klub nie zawsze jest w stanie wykorzystać całą moją wiedzę i możliwości. Tamten sezon pokazał, że jestem w stanie prowadzić w jednym momencie dwa kluby jako dyrektor sportowy, osiągając sukces. Lubaczów osiągnął historyczny sukces w lidze, a Warta zrobiła awans. Dało się. Dla obu klubów pracowałem podczas jednego okna. Sytuacja w jednym była trudna, a w drugim... Jeszcze trudniejsza. Pogoń-Sokół była po zajęciu czwartego od końca miejsca w tabeli swojej III ligi. Doszło do gruntownej przebudowy i udało się to pogodzić. Dzisiaj chciałbym być kimś, kto będzie budował wartość dla klubów. Pomagał im w danym problemie i w zależności od potrzeb szył na ich miarę.
Buduję butikowe doradztwo dla klubów i osób zarządzających sportem. Każda współpraca musi mieć jasno określony mandat, pełną poufność i nie może tworzyć konfliktu interesów. Chcę tworzyć agencję, która będzie wspierała kluby, ale też wychowywała dyrektorów sportowych, pomagała szkoleniowcom, tak jak do tej pory wspierałem moją trenerską brać. Polega to na tworzeniu środowiska, „coachowaniu” czy pomocy w negocjacjach. I to samo dla młodych piłkarzy - być może będziemy pomagali zawodnikom w rozwoju. Czas pokaże, jak to będzie wyglądało.
Czyli w najbliższym czasie zdecydowanie nie zamierzasz wracać do roli typowego dyrektora sportowego?
Nigdy nie mówię nigdy. Gdybym miał jeszcze spróbować sprawdzić się w klubie, który ma szansę na europejskie puchary i zrobić różnicę w Europie, myślę, że mocno bym się nad tym zastanowił. Na dzisiaj zupełnie nie mam jednak na to ciśnienia. Po tworzeniu wartości dla właścicieli klubów w kraju, ale i za granicą, bo w Debreczynie jest przecież jeszcze jeden mój trenerski brat Gert Remmel, przyszedł czas robić to dla samego siebie. Dalej chodzi o wspieranie polskich klubów, które dzięki Stali Rzeszów mocno rozwinęliśmy. Pracujący w niej w przeszłości specjaliści dzisiaj budują wartość Piasta Gliwice, Rakowa Częstochowa, Warty Poznań, budowali Motor Lublin i będą to robić w Widzewie Łódź. Ludzie, z którymi współpracowałem w Stali, rozwijają polską piłkę. Taki miałem na to pomysł. Nie będę szukał swojej drogi w strukturach PZPN-u, ale postaram się budować rodzimą piłkę poprzez młodych ludzi, którym czasami trzeba dać narzędzia do pracy i dmuchnąć w żagle. Później oni zrobią robotę i w sumie to się dzieje. Chcę dalej działać w podobny sposób, tylko może już bardziej na własny rachunek.
Kroi się współpraca z jakimś nowym klubem? Nim się spojrzymy, będziemy mieli już kolejne okno transferowe.
W Polsce - nie. Bardzo konkretnego tematu w tym momencie nie ma. Miałem teraz zresztą czas zająć się swoimi prywatnymi sprawami i przeprowadzką do Warszawy. Pewne rzeczy oczywiście się toczą, ale aktualnie nie współpracuję bezpośrednio z żadnym polskim klubem.
Wspominany Mateusz Stolarski dopiero co został trenerem Widzewa Łódź. Jaka jest twoja pierwsza myśl na ten temat?
Moja pierwsza myśl pojawiła się, gdy Widzew zaczął mieć problemy, z kolei Mateusz w jakimś sensie wypalał się w Motorze i widać było, że ta współpraca w Lublinie powoli się wygasza. Widzew był pierwszym pomysłem na takiej zasadzie, że Mateusz może tam idealnie pasować. Pojawiały się informacje o możliwym dołączeniu Łukasza Masłowskiego, co wydawało mi się naturalnym uzupełnieniem tego kierunku. Można to uznać za pisane palcem po wodzie, ale widziałem w tym szansę powodzenia i rację bytu. Gwiazdy zbiegły się tak, jak miały się zbiec. Moim zdaniem to świetny ruch Widzewa, który nie jest już nieoczywisty, bo Adrian Siemieniec pokazał, że w tym wieku można prowadzić duży, ambitny klub i osiągać z nim sukcesy. Mateusz wie, jak to robić. Może jeszcze tego nie pokazał, ale ma wszystko, żeby to zadziałało.
W momencie rozstania Motoru ze Stolarskim pojawiło się sporo komentarzy, że to odejście może wyjść trenerowi na dobre. Zgodzisz się?
Myślę, że dla Mateusza była to dobra zmiana. Nie życzę przy tym źle ani Motorowi, ani ludziom, którzy tam pracują. Mateusz odszedł w momencie, gdy dotychczasowa formuła się wyczerpała, prezes dysponował swoim pomysłem na zespół i nie miał przekonania, a także zaufania do tego, iż należy kontynuować wcześniejszą myśl. Odeszło kilku bardzo ważnych zawodników, jak choćby Bartosz Wolski. Pewna era się zakończyła. Praca w takiej atmosferze, bez pełnego zaufania ze strony właściciela, a dodatkowo mając przed sobą przebudowę drużyny, nie byłaby dla Mateusza czymś dobrym. Dzisiaj mierzy się z tym zresztą Mariusz. To zupełnie nowy zespół i koniec „Niezniszczalnych”, którzy przez cztery lata cieszyli ludzi w Lublinie, osiągając sukces. Rzadko kiedy klub jest na fali wznoszącej przez tyle sezonów, a w Motorze to się udało. Nie wyszło przekucie tego na coś więcej, a mianowicie na zapowiadane puchary. Teraz nadszedł moment, który musi potrwać. Taka przebudowa to nie temat na jeden sezon, tylko przynajmniej na dwa, a przeważnie na trzy, żeby wszystko ugruntować. Mateuszowi to chyba wyszło na dobre, a Motor musi zmierzyć się ze zmianą.
Jeśli chodzi o ciebie i Motor, z perspektywy czasu zrobiłbyś coś inaczej? I nie mam na myśli konkretnych ruchów transferowych, ale komunikację czy relacje z właścicielem.
Nie zmieniłbym kluczowych decyzji. Wszystko zrobiłbym tak samo, łącznie z parafowaniem krótkiej umowy. Tam był taki temat, że wszyscy podpisali je na sezon. W moim przypadku prezes też chciał to zrobić, ale powiedziałem, że chcę na pół. Umowę miałem więc do listopada, czyli nawet nie na rundę, tylko literalnie umówiliśmy się na sześć miesięcy od czerwca. We wrześniu czy też w październiku prezes poinformował mnie, że nie zamierza jej przedłużyć, więc rozwiązaliśmy ją od razu. Okienko było zrobione. Jestem zadowolony z tego, co udało się wtedy zrobić.
Miałem miesiąc na znalezienie napastnika, który chwilę później odszedł do Lecce za sześć milionów euro, a Motor mógł go wziąć za darmo. W tamtym momencie nie dało się zrobić nic lepiej. Nawet jeśli uznamy, że Krzysiek Kubica to transfer nietrafiony, był nam bardzo potrzebny PR-owo, bo nikt nie chciał przyjść do klubu. Skazywali nas przecież na spadek. Stawiając 100 złotych na taki scenariusz, można było wygrać bodajże 200. Jakieś śmieszne stawki, a bukmacherzy liczą to dobrze. No ale nie spadliśmy, Motor był siódmy w tabeli. Absolutnie nic bym nie zmienił. Zostając dłużej, tylko bym się męczył i prawdopodobnie niczego bym już nie wniósł... To znaczy może namówiłbym do większych ruchów zimą - tak, żeby Motor był mocniejszy w następnym sezonie, a nie walczył o historyczne miejsce. Nie wiem, czy to by się udało. Z drugiej strony - mógłby nie mieć wtedy tej historycznej lokaty... Ale taki miałem plan. Zrobiłbym inaczej zimę pewnie w jakimś stopniu kosztem rundy wiosennej. W każdym razie zmiana okazała się dobra. Paweł Golański ustabilizował sytuację. Wziął na siebie prezesa i Motor zajął to siódme miejsce.
Decyzja o rozstaniu zdziwiła cię?
W ogóle.
Dlaczego dokładniej do niego doszło? To było nieco wcześniej, ale wiadomo, że Zbigniewowi Jakubasowi nie spodobała się twoja rozmowa na łamach Weszlo.com.
Nawet się nad tym nie zastanawiałem. Po prostu coś się wypaliło. Miałem poczucie, że dalszej współpracy nie chce prezes, ale ja też już nie. Jedynie było mi przykro, że rozstaję się z tą grupą ludzi, bo czułem się z nią bardzo dobrze. Ale nie chodzi też o to, żeby cały czas żyć w strefie komfortu. W świecie futbolu ludzie i sytuacje szybko się zmieniają. Nie dążyłem do siedzenia i odcinania kuponów. Patrząc na kreację i to, dlaczego właśnie wychodzę z roli dyrektora sportowego z klubów, nie miałem tam wielkiego pola do popisu. Nie mogłem przekuć swojej wiedzy ze Stali Rzeszów na akademię Motoru. Nie byłem w stanie namówić prezesa na Nikolę Štulicia. Mogliśmy wejść na bardzo wysoki poziom, między innymi wypożyczyć z Ajaksu bośniacką „szóstkę” i podnieść drużynę na taki pułap, w jaki dzisiaj celuje Widzew.
Chodziło o Benjamina Tahirovicia?
To był tylko pomysł, ale rozmawiałem o nim z Alexem Kroesem, badając teren. Wypożyczenie na rok było do zrobienia.
Wracając - plany były ambitne. Mogliśmy zmieniać zespół, ale widziałem, że nie mam potrzebnego zaufania, przebicia oraz autorytetu u prezesa Jakubasa. Takiego, który pozwalałby mi wdrażać do końca ruchy i swoją wizję. Prezes pozwolił mi zbudować drużynę, którą Mateusz ze swoim sztabem mogli wznieść na poziom spokojnego utrzymania w Ekstraklasie. Tyle. Naprawdę tak jak wszyscy mogłem od razu podpisać roczną umowę. Widziałem jednak, jak emocjonalnie podchodzimy do pewnych rzeczy, więc wolałem taki półroczny okres próbny, by zobaczyć, jak to będzie wyglądało. On dał mi odpowiedź na to, czy to dla mnie, czy nie. Nie było dla mnie.
Jakie cechy najbardziej cenisz u Zbigniewa Jakubasa jako właściciela klubu?
Potrafi być bardzo wymagający i podejmować trudne decyzje, ale widzę w nim człowieka o dobrych intencjach. Czasami trzeba się do tego serca dokopać, bo jest u niego wiele emocji, które je przysłaniają. Natomiast oczywiście prezes Jakubas umie też świetnie liczyć pieniądze i raczej nie daje się robić w konia. Nie jest to gość, którego ktoś wysteruje na kasę, namówi, nakręci. Z drugiej strony - ta ostrożność powoduje, że nie ma kreacji, błysku i robienia czegoś ponad możliwości. Ale... To też jest okej. Poniżej pewnego poziomu prezes robi dużo ruchów dzięki swojemu doświadczeniu, kontaktom, czuciu, intuicji. Mówimy o mocnym biznesmenie. Nauczyłem się zresztą od niego wielu biznesowych rzeczy i jestem mu za to wdzięczny.
Powiedziałeś, że to też jest okej. Będąc w klubie, zapewne wolałbyś mieć do dyspozycji większy budżet transferowy i pole do manewru. Ale patrząc szerzej, rozumiesz to podejście? Zbigniewowi Jakubasowi często zarzuca się, że przeznacza małe pieniądze na ruchy, ale to taka bardzo prosta krytyka.
Bogusław Leśnodorski powiedział, że prezes Jakubas ma kasę, bo jej nie wydaje. Coś w tym jest (śmiech). Prezes wie, że Motor ma stadion na 15 tysięcy osób. Jest pewien limit dotyczący środków z biletów, siły nabywczej, przychodów klubu. To, co robi, jest bardzo mądre i odpowiedzialne. W takim sensie, że gdyby nagle miał zniknąć, tak jak prezes Janusz Filipiak, nie zostawi miasta z milionowymi kontraktami, których nie pokryją przychody - sprzedaż biletów, koszulek czy piłkarzy. Patrząc w ten sposób, jest to na miarę możliwości Motoru, który z całym szacunkiem pod niektórymi względami nie może równać się z Warszawą, Poznaniem, Katowicami, Gdańskiem, który mimo to obecnie jest w I lidze, czy nawet z Łodzią. Prezes Jakubas trzyma wszystko w ryzach i z pewnością działa odpowiedzialnie. Rozumiem to. Nie rozumiałem tylko tego, że nie możemy ściągnąć napastnika, który mieścił się w przyjętym budżecie. Wtedy straciłem przekonanie, że w tych warunkach mogę dalej skutecznie pracować. Do takiego scenariusza doszło z różnych powodów - intuicji, podpowiedzi. Koniec końców nie wyszliśmy też na tym bardzo źle. Cały czas była wiara w Samuela Mráza i zrobił kapitalny wynik w lidze. Nie wiem, czy gdyby przyszedł Štulić, Samuel strzeliłby tyle goli. Być może byśmy go wtedy stracili. Mateusz Stolarski okazał się tym, kim miał się okazać, czyli trenerem, który bez względu na to, kogo ma do dyspozycji, wyciska z niego jak najwięcej. Czy byłby to Štulić, czy był Mráz - zdobywał bramki.
Na jakim etapie zakończył się temat Štulicia?
Prowadziliśmy rozmowy, ale klub ostatecznie zdecydował się nie finalizować transakcji.
Było takich więcej? I z drugiej strony - czy prezes chciał kiedyś zawodnika, do którego na przykład ty nie byłeś do końca przekonany?
Nie, takiego piłkarza nie było. Wszystkich zawodników, których zakontraktowaliśmy, chcieliśmy, a tych, których nie widzieliśmy - nie. No i była grupa tych, których chcieliśmy, lecz finalnie do nas nie trafili. Ale oprócz Damiana Michalskiego i Štulicia takie typowo blokowane ruchy się nie przytrafiały. To były dwie poważniejsze sytuacje.
Jak to wyglądało z Michalskim?
Prowadziliśmy negocjacje, lecz finalnie nie doszliśmy do porozumienia co do warunków transakcji.
Z którego zrealizowanego ruchu jesteś najbardziej zadowolony?
Z każdego. Bo i z Kaana Caliskanera, i z Sergiego Sampera... Jeśli chodzi o tego drugiego, u nas szuka się głównie biegających, mocno grających w obronie „szóstek”. Są te filmiki, na których widać, jak Sergi pod tym względem po prostu nie dojeżdżał, bo szybkościowo był jednym z najwolniejszych gości w lidze. Były takie kadry pokazujące, że to dwie różne prędkości. Kiedyś Wojtek Kowalczyk obśmiał go zresztą w swoich mediach społecznościowych. Cieszę się, że jednak się sprawdził, wykonał robotę i poszedł z Gertem do Debreczyna. Mam nadzieję, że będzie prezentował się tam podobnie. Trzeba rozumieć, co chcesz grać, czego potrzebujesz i co ma robić konkretny zawodnik. On nie miał się ścigać. Oczywiście gdy przypadkowo znalazł się w danym momencie meczu jako prawy obrońca, nie wygrywał pojedynku z szybkim skrzydłowym. Ale to nie była jego rola. Na tej zasadzie można obśmiać dosłownie każdego. Z gry Messiego też można wyciąć rzeczy, które obśmiejemy, tylko nikt nie odważy się tego zrobić, bo to Messi. Ale z Sampera już chętnie. A on dał sobie radę.
Marek Bartoš miał powołania do reprezentacji Słowacji, a już wcześniej znajdował się pod ścisłym nadzorem. Był Ivan Brkić, był wspomniany Krzysiek Kubica. Moim zdaniem w jakimś sensie odbudowaliśmy go dla polskiej piłki. Teraz regularnie gra. Pokazał się z fajnej strony w Ekstraklasie. Co prawda w Termalice, ale miał dobre momenty, a wcześniej był przez dwa lata zakopany. Szczerze mówiąc, chyba nie ma transferu, z którego nie byłbym zadowolony. Klub też przedłużał kontrakty z tymi zawodnikami już beze mnie, co świadczy o tym, że nie były to niejakościowe ruchy, tylko coś, co miało sens. Część z nich dalej spokojnie występuje w Ekstraklasie, interesują się nimi inne kluby, czy odchodzą do Legii Warszawa albo pucharowego GKS-u Katowice, jak Wolski. Wtedy my przedłużaliśmy kontrakt. To były trudne negocjacje z Najemskim i właśnie z Wolskim, których chcieliśmy wynagrodzić i docenić po awansach. Uważam, że były to najważniejsze ruchy tamtego okienka. Zachować liderów, jak Ceglarz i wspomniana dwójka. To było kluczowe w tworzeniu nowej drużyny na Ekstraklasę, do której potem doszło ośmiu czy dziewięciu nowych zawodników.
Pozwoliłbyś na późniejsze odejście Brkicia do Legii bez kwoty odstępnego?
Myślę, że bym tego nie zatrzymał. Na moim odejściu prezes bardzo przeżywał to, że Ivan zerwał więzadła. Już wtedy mówił, że nigdy więcej nie kupi zawodnika, który miał z nimi wcześniej problem, mimo że on miał je świetnie zrehabilitowane. W ogóle nie było śladu po tym pierwotnym urazie. Ivan jest totalnym profesjonalistą i zadbał o tę nogę. No ale znowu doszło do zerwania i pauzował. To przekonanie prezesa Jakubasa raczej nie pozwoliłoby na przedłużenie Ivana. Tak mi się wydaje, chociaż bywało też różnie. Jednego dnia tak, innego - inaczej. Trzeba rozumieć dylematy prezesa Jakubasa, być cierpliwym i z nim rozmawiać, ponieważ karta może się odmienić. Potrzebne są argumenty i rozmowa. Biorąc pod uwagę dane, które mam, myślę, że niczego bym nie wskórał, ale znając swój charakter, pewnie cały czas szukałbym luki, żeby takiego zawodnika jak Ivan przedłużyć. Dzisiaj Motor jednak nie ma tej klasy bramkarza.
Było głośno o odejściu Bartosza Wolskiego do GKS-u Katowice za 100 tysięcy euro. Co możesz powiedzieć o tej klauzuli?
Mogę trochę wziąć to na siebie w takim sensie, że nie miałem siły przebicia, by namówić prezesa. Pod kątem walki o puchary Motor postrzegałem jako projekt trzyletni. Czyli wedle mojego pomysłu miał o nie walczyć w tym sezonie. I Wolski był tego kluczową postacią, więc proponowałem wtedy prezesowi przedłużenie z nim umowy o trzy lata. Stało się inaczej - przedłużyliśmy tylko na jeden sezon i on się szybko skończył. Potem „Wola” miał karty w ręku i jednocześnie na stole kontrakt od Katowic. Był panem swojego losu, a Motor znalazł się pod ścianą i tak naprawdę musiał podpisać wszystko. Zaakceptował więc niską kwotę odstępnego. Ostatnie przedłużenie było obroną przed ostatecznym szach-matem, żeby jeszcze utrzymać się w grze. Ale pionki na szachownicy wskazywały już na to, co może się niebawem stać. Formuła w klubie się wypalała, zaczęło brakować atmosfery. To było ciężkie pół roku i sam „Wola” nie miał już przekonania, żeby zostać. Gdybyśmy od razu podpisali trzyletni kontrakt, może potoczyłoby się to inaczej. Natomiast wszystko dzieje się po coś i nie bez przyczyny.
Nazwałbyś Motor z czasów, w których w nim pracowałeś, dobrze poukładanym klubem na poziomie Ekstraklasy?
Jeszcze nie, ale takim, który zaraz będzie poukładany. Przyszedł bardzo dobry menadżer, jakim jest Łukasz Jabłoński. Zorganizował wszystkie sprawy dookoła. Mówimy tutaj szerzej o klubie, bo jeśli chodzi o sport, było poukładane wręcz wzorcowo. Twierdzę, że Motor miał jeden z najlepszych sztabów, jaki pracował w tamtym czasie w Ekstraklasie. Dużo wycisnął z tej grupy zawodników. Pewnie jeszcze nie wszystko, ale bardzo dużo. Efekt nadszedł w postaci historycznego miejsca. Więc jak najbardziej formowało się coś w kierunku całościowo bardzo poukładanego klubu. Bo już mniejsza o to, ale w tamtym konkretnym momencie niektóre kwestie organizacyjne pozostawiały czasem trochę do życzenia.
Czysto teoretycznie wyobrażasz sobie współpracować jeszcze kiedyś na jakiejś stopie ze Zbigniewem Jakubasem?
Od czasu do czasu wymieniamy poglądy. Rozmawiamy na temat zawodników. Także niewykluczone... W żadnym miejscu, z którego odchodziłem, nie paliłem mostów. Z każdym właścicielem pozostałem w dobrych stosunkach. Nie mam do nikogo żalu, bo nie na tym to polega. Do mnie też spośród klubów, z którymi współpracowałem, raczej nikt nie ma żalu, a przynajmniej nic o tym nie wiem. Chodzi o to, żeby rozwijać polską piłkę. Gdy przychodzi sukces, jest się czym dzielić. Jeżeli moje działania mają konwersję na wynik sportowy, na przychody, wszyscy są zadowoleni, bo to się po prostu kręci. Moim celem zawsze było być konkurencyjnym w Europie, żeby nie skubać się między sobą. Na razie wciąż jeszcze jesteśmy w fazie wewnętrznej naparzanki, ale już coraz mniej. Dojrzewamy jako rynek i coraz bardziej rozumiemy, że naszym konkurentem jest Europa, a nie klub z drugiego końca Polski. Mądrze ustawiając rynek, jesteśmy w stanie być bardziej konkurencyjni na kontynencie, a korzystając z tego tortu, będziemy mieć więcej pieniędzy na swoim podwórku. Będziemy mogli dalej się rozwijać i inwestować.
To szerokie pytanie, może kiedyś na oddzielną rozmowę, ale co ci się najbardziej nie podoba obecnie w polskim środowisku piłkarskim? Chodzi mi o sposób działania, akceptację pewnych zachowań, braki.
Nie jest tak, że mi się nie podoba i jestem sfrustrowany, natomiast ciągle widzę w różnych działaniach podwójne standardy. Wrócę do mojej braci trenerskiej - to ludzie, którzy nie mają podwójnych standardów. Posiadają je bardzo wysokie. Jak to mówi często Maciek, niskie oczekiwania, wysokie standardy. Pewne rzeczy są święte, czyste i nie można zostawiać luk. Uchwały bywają interpretowane w zależności od tego, kto dokładnie jest rozpatrywany. Wprowadzając większą jasność i standardy, będzie nam łatwiej rozwijać dyscyplinę, która i tak bardzo dobrze się rozwija. Gdy patrzę na Węgry czy Bułgarię, czyli w pewnych kwestiach bliźniacze kraje, w których piłka również jest popularna, stwierdzam, że wykonaliśmy w ostatnich latach kawał dobrej roboty. Wrócę do tego, ale zaczynamy być coraz bardziej konkurencyjni w Europie. I nie jest to przypadkowe, tylko rzeczywiście jesteśmy w stanie mieć coraz mocniejszą ligę.
Nie wiemy, kto będzie mistrzem Polski. Coraz trudniej wytypować spadkowiczów. Rywalizacja się wyrównała. Znajdzie się więcej rzeczy, które mi się podobają niż nie, a jeśli wdrożymy jeszcze wyższe standardy, będziemy mieli lepszych prezesów czy dyrektorów sportowych, lepszych trenerów, choć już mamy bardzo dobrych, a przez to - lepszych piłkarzy. Lepiej zadbamy o swoje talenty, akademie, o napływ kolejnych piłkarzy z własnego rynku. Tyczy się to też sędziów, choć mamy ich coraz lepszych.
Niedawno podbiłeś wpis Jarosława Królewskiego na X-ie dotyczący jawności wysokości kontraktów czy też prowizji agentów. Widzisz w tym duże korzyści i uważasz, że jest to u nas realnie do zrobienia?
Jeśli chodzi o pierwszą część - oczywiście. W przypadku drugiej - nie wiem, bo nie jest to przyjęte w naszej kulturze. W Ameryce już dawno tak zrobiono. To całkiem normalny sposób i widzę w tym ogromną oszczędność dla klubów, które nagle zobaczyłyby, że wcale nie muszą płacić tyle zawodnikom. Uderzyłoby to trochę w piłkarzy, ale na krótką metę. Za chwilę mieliby bowiem lepszy serwis, sztaby i sami stawaliby się lepszymi zawodnikami mogącymi realnie zarabiać większe pieniądze w lepszych klubach. Więc na koniec dnia sami by na tym skorzystali.
Niestety często okazuje się, że można było zapłacić zawodnikowi o połowę mniej, ale tylko dlatego, że odezwało się gdzieś czyjeś ego i ktoś wymarzył sobie tego samego piłkarza, gdzie na rynku jest pięciu podobnych, przepłaca się go i robi komin płacowy w szatni. I albo on tę szatnię zepsuje, albo za chwilę trzeba będzie wyrównać kontrakty innym liderom. Tak rosną potężne koszty pensji i te pieniądze idą w pełni do piłkarzy, na ich życie, inwestycje. Często nie wracają na rynek. Nie jestem wrogiem zarabiania godnych pieniędzy przez zawodników, tylko mówię, jak wygląda ten proces. Gdyby pieniądze szły między klubami, one finalnie raczej by w nich zostały. Czyli niech będą nawet wyższe kwoty transferowe, ale niższe pensje lub więcej pieniędzy na dobrych szkoleniowców w akademiach.
Przecież ja tych wszystkich trenerów miałem właśnie w akademiach. Tokarczyka, Stolarskiego, nawet Myśliwca w Wólce Pełkińskiej. Przez chwilę to była bardziej drużyna akademii z zamysłem, żeby ci chłopcy mieli dobry serwis i grali później w pierwszym zespole. Potem ośmiu z tych, którzy byli u Daniela, występowało w I lidze. To ma sens, a jeżeli my oszczędzamy na szkoleniowcach pracujących w akademiach, w ogóle na drużynach młodzieżowych przy jednoczesnym przeznaczeniu pieniędzy na piłkarzy zagranicznych... Później brakuje nam jakości i koło się zamyka. Więc jak najbardziej uważam, że wszystko powinno być jawne.
Mam również takie spostrzeżenie, że obecnie najsilniejsze agencje piłkarskie są pełne ludzi, którzy powinni być w klubach. Oni dysponują świetnym okiem i rozeznaniem w rynku. BMG ma takie osoby do wyszukiwania talentów, jak Przytuła, Gołoś, Dawidowski, Fonfara i jeszcze wielu innych. A to jest jedna agencja. Gdyby kluby zbudowały u siebie więcej tych kompetencji, mogłyby działać bardziej samodzielnie i partnersko współpracować z agencjami. Dzisiaj są one silniejsze niż kluby, bo mają bardzo dobrych ludzi. Jarosław Kołakowski ma Antka Łukasiewicza, który jest świetny. Jest dużo dobrych, zdolnych osób. Niektórzy pracowali w klubach i zostali trochę wypluci, ale trzeba mieć na uwadze to, że mogły one nie potrafić ich zagospodarować. Zrobiły to agencje. Dzisiaj nadają rytm i w pewnym stopniu rozgrywają rynkiem piłkarskim. Wracając do wpisu Jarosława Królewskiego, poprzez taką zmianę właściciele klubów zobaczyliby, gdzie dokładnie idą pieniądze i jak wydają je inni. Sytuacja uległaby znormalizowaniu.
Skoro wspomnieliśmy o Wiśle, jak patrzyłeś na temat niedawnego transferu Jordiego Sáncheza do Pogoni Szczecin i zamieszanie, które wokół niego powstało? Zakładam, że wielokrotnie miałeś styczność z takimi sytuacjami. Jeden z głównych zarzutów był taki, iż „Duma Pomorza” nie poinformowała drugiego klubu o podejściu pod zawodnika.
Nie możesz rozmawiać z zawodnikiem, natomiast po to są agenci i wtedy rozmawiasz przez niego. Miałem podobną sytuację. Śmieję się, że dzięki temu powstał balon w Warszawie. Chodzi o sytuację z Marcinem Bułką. W grze o niego były Chelsea i FC Barcelona. Nam bardziej zależało na tym, by poszedł do Katalonii, ale oczywiście zawodnik decydował. Czekaliśmy jeszcze na ofertę z Barcelony, lecz Marcin był zdecydowany na Chelsea. I agent do nas napisał, że piłkarz rozmawiał już z władzami i jest dogadany z Chelsea. Że nie chce słyszeć o Barcelonie i generalnie - do widzenia. Wystawił nam do pustej. Tak jak Chelsea oferowała 150 tysięcy euro i nie chciała dać ani centa więcej, tak gdy złożyliśmy podpisy, kwota była kilkukrotnie większa. Zaznaczyliśmy, że rozmawiali z naszym graczem. Jeżeli piłkarz ma ważny kontrakt, kontakt powinien przebiegać przez jego reprezentanta, a nie bezpośrednio z zawodnikiem. Wyjaśnialiśmy sytuację i uzyskaliśmy lepszą pozycję negocjacyjną. Dzięki temu mogliśmy później rozwijać kolejne talenty w Escoli Varsovia. Kupiliśmy za dwa miliony balon na Ostródzkiej w Warszawie. Momentami walka o dobrego piłkarza jest ogromna i niektórzy nie mają skrupułów.
Zresztą Sánchez miał klauzulę, więc to jest pikuś. Bo już naprawdę śliska sytuacja jest wtedy, gdy zawodnik ma kontrakt, rozmawia się z nim już rok przed końcem, miesza się mu w głowie, chce odejść, „performance” spada i już wtedy się go podpisuje. To trudne, ale też się dzieje. W tym konkretnym przypadku niemal wszystko zostało powiedziane i mimo wszystko nic wielkiego się nie wydarzyło. Chyba chodziło bardziej o show dla PR-u, bo nie było żadnego konfliktu. Miał klauzulę, wpłacili klauzulę - do widzenia. To darcie kotów, że może ktoś rozmawiał z nim przed tym, że ma agenta czy pseudoagenta, bo tam chodziło jeszcze o to, że to był gość bez licencji. I teraz jak ma to rozstrzygnąć FIFA? Że rozmawiano z tatą, dziadkiem albo załatwiał to wujek? Nic z tym nie zrobisz. Dobrze, że skończyło się na tym, że chłopaki pójdą na kebaba.
Alex Haditaghi nadaje polskiej lidze kolorytu. Pokazuje rzeczy, których inni nie pokazują. Różnie bywa z tym, czy się z nim zgadzam, czy nie, ale jest barwnym człowiekiem. Tu był na prawie, więc nie ma o czym mówić. Zresztą Jarek Królewski jest inteligentny i zwykle bardzo bezkompromisowy, jeśli chodzi o dyskusję. Mając argumenty, nie popuści do końca, co było widać ze Śląskiem Wrocław, a tu się skończy jednak na kebabie.
Zakończmy szkoleniowcami, którzy, jak to nazwałeś, należą do twojej trenerskiej braci. Według ciebie ktoś z nich latem znajdzie się ze swoją ekipą w strefie pucharowej?
Chciałbym. Danielowi idzie świetnie. Nie wiem, jak szybko uda się Mateuszowi wdrożyć swój model w Widzewie. Ale nie jest to wykluczone, bo naparzanka w lidze jest straszna. Każdy może wygrać z każdym. Nie ma jednego dominatora, Lech Poznań też będzie tracił punkty. Wszystko będzie pewnie możliwe do ostatniej kolejki. Niedawno Legia mogła wejść do pucharów, a chwilę wcześniej broniła się przed spadkiem. Mam nadzieję, że wejdzie do nich każdy z wymienionych (śmiech). Kibicuję im. Danielowi, Mateuszowi, ale i Markowi Papszunowi, z którym jestem blisko. To mój przyjaciel, też były trener, bardzo trzymam za niego kciuki. Byłem rozdarty na niedawnym meczu, lecz jednak sercem za Widzewem i Mateuszem. Padł sprawiedliwy remis - dwóch rannych, ale na szczęście żaden zabity. Mam nadzieję, że ta trójka będzie w pucharach, a reszta niech sobie radzi. Kibicuję również Adrianowi Siemieńcowi. Nie znamy się, ale to człowiek z mojej bajki. Więc taka jest moja pucharowa czwórka. Oby tak się stało.
Afera dotycząca Siemieńca i wiadomości do sędziego - przesada czy nie?
Nie znam pełnych materiałów tej sprawy, więc nie chcę jej rozstrzygać z zewnątrz. Warto jednak wykorzystać ją do jasnego określenia standardów kontaktu trenerów z sędziami i konsekwentnie je egzekwować.





![Widzew Łódź z informacją w sprawie Mariusza Fornalczyka [OFICJALNIE]](img/photos/122661/170x113/mariusz-fornalczyk.jpg)
















![Robert Lewandowski wszedł z ławki i pomógł wygrać. Zespół Thomasa Müllera na kolanach [WIDEO]](img/photos/121616/90x60/robert-lewandowski.jpg)
![Transfery - Relacja na żywo [07/10/2026]](img/photos/123791/90x60/relacja-07102026.jpg)



![Świetna wiadomość z obozu Śląska Wrocław. Gwiazda wróciła do treningów [OFICJALNIE]](img/photos/122870/170x113/piotr-samiec-talar.jpg)




