Od IV ligi na zaplecze Ekstraklasy. Tomasz Stefankiewicz o odbudowie dwukrotnego mistrza Polski
2026-08-17 14:09:54; Aktualizacja: 2 tygodnie temu
Pierwsza grupa śląskiej IV ligi - jeszcze w 2019 roku Polonia Bytom rywalizowała w tych rozgrywkach. Notując kolejne awanse, w poprzednim trafiła na zaplecze Ekstraklasy, a to wszystko z Tomaszem Stefankiewiczem jako dyrektorem sportowym na pokładzie. Obecny dyrektor techniczny Jagiellonii Białystok w rozmowie Transfery.info opowiedział o budowie klubu z województwa śląskiego, a także o nowym wyzwaniu.
Tomasz Stefankiewicz z Polonią Bytom był związany już wcześniej, natomiast wiosną 2019 roku objął stanowisko jej dyrektora sportowego i piastował je do niedawna. Na łamach Transfery.info działacz podsumował pracę dla klubu z województwa śląskiego. Jak ona wyglądała? Czy Rafał Grzyb faktycznie mógł trafić do Polonii? Którego trenera zatrudniłby po odejściu Łukasza Tomczyka, gdyby mógł podjąć decyzję jeszcze raz? Nie zabrakło transferowych wątków dotyczących Oliwiera Kwiatkowskiego, Axela Holewińskiego, Szymona Kądziołki, Jakuba Jendryki, Oskara Wójcika, a także Mateusza Stolarskiego. Jak to było z czerwcowym zamieszaniem dotyczącym angażu kilku zawodników?
Nasz rozmówca zapowiedział też to, czym będzie się zajmował jako dyrektor techniczny Jagiellonii Białystok.
Mateusz Michałek, Transfery.info: Pełnił pan funkcję dyrektora sportowego Polonii Bytom przez ponad siedem lat. W sumie był pan z nią związany przez ponad 11. Jest pan dumny z tego, co udało się w tym czasie zrobić? W opublikowanym komunikacie padło hasło, że przeszliście drogę od śmietnika polskiej piłki do I ligi. Popularne
Tomasz Stefankiewicz (były dyrektor sportowy Polonii Bytom, obecnie dyrektor techniczny Jagiellonii Białystok): Nowy zarząd Bytomskiego Sportu obdarzył mnie jako młodego chłopaka kredytem zaufania. Całościowo przejąłem kontrolę nad pionem sportowym, bo nie chodziło tylko o pierwszy zespół, ale również o akademię klubu, w trudnym czasie. To była drużyna, która przegrała baraże o III ligę z Ruchem Radzionków. Klub miał wtedy bardzo wysoki budżet jak na realia czwartoligowe i groziło to w tamtym momencie brakiem stabilizacji ekonomicznej. Akademia raczkowała i tak naprawdę ciężko było nazywać ją akademią. Choćby proceduralnie byliśmy na takim etapie, że trenerzy pobierali składki do przysłowiowego kapelusza. Patrząc globalnie na całą strukturę piłkarską w klubie, rzeczy do odmieniania było multum. Działo się to sukcesywnie. Natomiast oczywiście wynikowo pierwszy zespół na przestrzeni lat osiągnął dobre, jeśli nie bardzo dobre rezultaty.
Ten wynik jest fajny, lecz mieliśmy trudne momenty, bo byliśmy praktycznie przez cztery sezony na poziomie III ligi, gdzie oczekiwania nasze oraz kibiców były takie, że powinniśmy awansować szybciej. Natomiast patrząc chociażby pod względem tego, jak rozwijała się infrastruktura sportowa w Bytomiu, wydaje się, że to wszystko wydarzyło się w odpowiednim czasie. Na poziomie III ligi zespół był najmocniejszy, gdy dołączyli do niego między innymi Tomek Gajda, Lucek Zieliński czy Konrad Andrzejczak, a więc ludzie, którzy później stanowili o sile Polonii w I lidze. Przeskoczyli te poziomy. W pierwszym sezonie drugoligowym pod wodzą trenera Tomczyka czuliśmy duże możliwości, przegraliśmy w barażach, ale też uważam, że dobrze się stało. Klub nie był jeszcze gotowy, żeby w tamtym czasie funkcjonować na poziomie I ligi. Nie tylko pod względem infrastruktury, jaką dysponowaliśmy, bo znowu musielibyśmy grać na obcych obiektach, a to wiąże się z dużymi kosztami. Ten czas był nam potrzebny, żeby móc obudować zespół i to wszystko działo się w logiczny sposób.
Mam jednak bardzo trzeźwe spojrzenie na to, co zostało wykonane. Dużym kamyczkiem, który wrzucam do własnego ogródka, jest rozwój akademii. Patrząc pod względem organizacyjnym czy nawet ekonomicznym, wszystko się udawało jeżeli chodzi o odbudowę akademii, natomiast wyniki sportowe, przede wszystkim w tych najstarszych kategoriach, liczba zawodników, która mogłaby stanowić o sile pierwszego zespołu, to jest w mojej ocenie niewystarczający poziom i nieadekwatny do tego, w jakim tempie rozwijał się pierwszy zespół. Dynamika rozwoju pierwszej drużyny troszeczkę wyprzedziła rozwój akademii i dysproporcja zrobiła się za duża. Tutaj mam do siebie żal. Jeśli miałbym dzisiaj wymienić obszar, w którym na pewno mogłem zrobić coś więcej, to byłaby klubowa akademia, jeżeli chodzi stricte o sport.
Zastał pan Polonię drewnianą, a zostawił murowaną, przynajmniej częściowo - podpisałby się pan pod tym?
Nie szukałbym w tym wszystkim aż takiego patosu. Na pewno jako wychowanek klubu i osoba mocno z nim związana, robiłem wszystko, żeby odbudować markę Polonii Bytom oraz odbudować klub. Bardzo się cieszę, że w dużej mierze to się udało, ale to była przede wszystkim ciężka, sumienna praca. Nie tylko moja, lecz wielu osób wokół mnie. Miałem szczęście, ponieważ często trafiałem na dobre osoby. Czasami były to świadome wybory, czasami kwestia przypadku. Po prostu uważam, że dzisiaj sumienną, organiczną, codzienną pracą jesteśmy w stanie zmieniać polską piłkę. I tak było z Polonią. Nie nazwałbym tego, co się zadziało przez te lata czymś spektakularnym tylko po prostu postanowieniem tego, jaka ma być Polonia i budową strategii rozwoju, która finalnie powstała. Tę strategię realizowałem przy wsparciu wielu osób, zarządu oraz całego miasta.
Polonia zmieniała się krok po kroku. Z małego czwartoligowego klubu stała się dobrze funkcjonującym pierwszoligowcem, który przede wszystkim jest jakiś. Najbardziej cieszy mnie to, że obecnie jest wyrazista. Ludzie w środowisku wiedzą, jaki to jest klub, jak funkcjonuje zespół i jaką chce grać piłkę. Pod tym względem nowy dyrektor sportowy będzie miał ułatwione zadanie. Będzie wiedział, jaki kierunek jest wyznaczony. Ponadto z pierwszym zespołem pracuje sztab, który wpasowuje się w charakter i DNA klubu. Pozostaje kontynuować tę pracę. W przypadku akademii kierunek jest wyznaczony, natomiast tutaj na pewno pozostaje większe wyzwanie dla osób, które będą ją teraz budować.
Jak wyglądała pańska praca jako dyrektora sportowego na niższych szczeblach na polu rozmów transferowych? Wiem, że aktualnie choćby na poziomie trzecioligowym jest wiele mocnych, profesjonalnych klubów, ale z drugiej strony - nie wszystkie.
Przyznam szczerze, że na niższych poziomach wbrew pozorom dyrektorowi sportowemu czy osobie zarządzającej klubem pracuje się łatwiej. Propozycji ze strony agentów, czyli dotyczących zawodników dostępnych dla takiego zespołu, jakim była Polonia Bytom, jest po prostu mniej. Ten przesiew jest szybszy, łatwiejszy i to może być bardziej precyzyjne. Poziom centralny wymaga tego, aby struktury klubowe były bardziej rozbudowane i szersze. Liczba zawodników, których trzeba „obrobić”, jest większa. Polonia zaczęła budować swoją tożsamość, więc zawodnicy musieli być określeni profilowo. Wymagania były zdecydowanie większe, wiedzieliśmy, co na danym poziomie musimy mieć, a co odrzucać. Potrzeba więcej narzędzi, wsparcia większej liczby osób, większego zaangażowania. Pierwszy okres był więc dla nas łatwiejszy. Im dalej w las, tym poprzeczka była stawiana wyżej i co prawda byliśmy bardziej zorientowani merytorycznie na to, czego chcemy, ale było to trudniejsze. Chociażby odpowiedzialność za każdą złotówkę jest zgoła odmienna. Inaczej podpisuje się zawodników, gdy suma kontraktowa w trakcie sezonu wynosi do 50 tysięcy, a inaczej, kiedy przekracza grubo ponad 100 tysięcy. A kontrakt musi być zatwierdzony przez radę nadzorczą. Mieliśmy świadomość funkcjonowania w reżimie finansowym miejskim, bo byliśmy spółką miejską. Wiedzieliśmy, że każdy flop będzie wyrzucany opinii publicznej na światło dzienne. Mogłoby się skończyć nawet tak, że mieszkańcy Bytomia mieliby pretensje o to, na co wydawane są ich pieniądze. To tak w bardzo dużym uproszczeniu. Działanie z odpowiedzialnością, że nie ma dużo funduszy i trzeba je w prawidłowy sposób wykorzystać, było największą trudnością.
Inaczej pracuje się, mając nieograniczony czy bardzo duży budżet, tak jak miała na poziomie I i II ligi Wieczysta Kraków, która mogła się mylić. Po prostu mogła sobie na to pozwolić. Taka była strategia klubu, że nawet jeżeli nie trafimy z trenerem i zwolnimy go po dwudziestu paru dniach z milionowym odszkodowaniem, to nic się nie dzieje. Finalnie mieli osiągnąć efekt w postaci wyniku. W momencie, gdy w Polonii pierwsze nazwiska przestały być całkowicie trafione, bo taka jest rola i praca dyrektora, że nigdy nie trafimy wszystkiego stuprocentowo, to przedwczesne pożegnanie z takim zawodnikiem było dużym bólem nie tylko pod kątem nietrafionej decyzji sportowej, ale również ekonomicznym. Trzeba było brać to pod uwagę i być maksymalnie ostrożnym, budując zespół. To wszystko kosztowało i wiedzieliśmy, że mamy mały margines błędu lub nie mamy go w ogóle.
W bardzo ciekawym sezonie 2024/2025 II ligi zajęliście pierwsze miejsce nad Pogonią Grodzisk Mazowiecki, ale również wspomnianą Wieczystą. Czuł pan satysfakcję, że wyprzedziliście klub z takimi możliwościami?
Patrzę w sposób bardzo globalny na piłkę w kraju. Niejednokrotnie to mówiłem i zawsze będę powtarzał, że w polskiej piłce brakuje funduszy właścicielskich. Nigdy nie byłem osobą, która mogłaby skrytykować taki klub jak Wieczysta. Nigdy tego nie zrobię, bo bardzo cenię pana Wojtka Kwietnia, którego miałem okazję poznać, a także jego zaangażowanie. Jeżeli jego metody i sposób dojścia do sukcesu przez Wieczystą były zgoła odmienne od tego, jak musiałem budować Polonię Bytom, to ja to akceptuję, ponieważ drogi są różne. Nie miałem jakiejś specjalnej satysfakcji. Nigdy to nie było na takim poziomie, że my jesteśmy biedni, oni bogaci, więc musimy im utrzeć nosa. Nawet po pamiętnym meczu na poziomie II ligi, gdy przegraliśmy w Krakowie skrzywdzeni przez decyzje sędziowskie, bo w naszej ocenie dwie czerwone kartki wypaczyły rezultat tamtego spotkania, przez głowę mi nie przeszło szukanie drugiego dna i negatywnego myślenia o Wieczystej.
Bardzo się cieszę, że dzisiaj majętni ludzie są w stanie inwestować własne fundusze w piłkę nożną. Wiemy oczywiście, jak wygląda dyskusja w Polsce, jeśli chodzi o inwestycje spółek Skarbu Państwa czy pieniądze gminne. Funkcjonując przez tyle czasu w miejskim reżimie finansowym, wiadomo, że w jakiś sposób będę starał się bronić tego modelu, ale jednocześnie staram się podkreślać to, że droga, jaką wybierają ludzie finansujący takie kluby jak właśnie Wieczysta, Bruk-Bet Termalica i wiele innych, to świetna sprawa dla polskiego futbolu. Oby jak najwięcej majątków właścicielskich w piłce, bo to tylko pomoże w jej rozwoju.
Biorąc pod uwagę to, jaką kadrą zawodników i warunkami dysponowała taka Wieczysta w trakcie rywalizacji z Polonią, oczywiście była duża radość, że udało się pozostawić w pokonanym polu zespół z takimi nazwiskami. Patrząc na pierwszoligowy mecz w Bytomiu, byliśmy w stanie sobie poradzić i z nią wygrać. Uważam, że nasze modelowe rozwiązania w Bytomiu, sposób gry, to coś, co było dla Wieczystej bardzo nieprzyjemne. Spoglądając jednak na końcowy wynik, Polonia zajęła miejsce w połowie ligowej stawki, a Wieczysta jest dzisiaj w Ekstraklasie. Więc jeżeli zapytałby pan o drogę, jaką przeszedł pan Wojciech Kwiecień ze swoimi ludźmi, to pewnie powiedzą, że okej, międzyokresowo Polonia była w stanie zaprzątać im głowę, lecz finalnie osiągnęli to, co chcieli i zrobili przez te lata fantastyczne wyniki. Dzisiaj są w miejscu, do którego Polonii krótkookresowo, na przestrzeni sezonu, będzie się bardzo ciężko zbliżyć.
Jako dyrektor sportowy wyciąga pan dużo ze współpracy z trenerami? Kooperację, z którym szkoleniowcem Polonii będzie wspominał pan z największym sentymentem i dlaczego to Łukasz Tomczyk?
Jeżeli ktoś przeanalizuje kierunek, który starałem się obrać, na pewno zauważy prawidłowość, że jest on bliski szkole „Deductora”, czyli szkole trenera Marka Papszuna, Dawida Szwargi, Łukasza Tomczyka, Tomasza i Łukasza Włodarków... Cała ta grupa ludzi określiła pewien sposób funkcjonowania. Jakby ktoś chciał przypiąć mi dzisiaj łatkę, może powiedzieć, że jestem dyrektorem sportowym, który niejako zafascynował się tym kierunkiem pracy i sposobem działania. Ale ja też świadomie szukałem pewnych odstępstw, bo zatrudnienie trenera Patryka Czubaka miało na celu troszeczkę odejście od tego kierunku, złapanie balansu, czegoś pośrodku. Finalnie z perspektywy czasu na pewno trzeba to określić jako błąd.
Ma pan jakieś przemyślenia na temat tego, dlaczego Czubakowi nie poszło w Bytomiu?
Było wiele kwestii, które zdecydowanie nie pomogły wejściu trenera Czubaka w tamtym momencie w duże buty trenera Tomczyka w Polonii. Sam model funkcjonowania tej konkretnej szatni, która była przyzwyczajona do pewnych reguł stosowanych przez trenera Tomczyka - za trenera Patryka Czubaka zespół tego po prostu nie kupił. Dzisiaj dużo możemy mówić o kompetencjach twardych, o merytoryce, natomiast mam wrażenie, że najwięcej osiąga się w tym, jakie są kompetencje miękkie, jak dany trener tworzy relacje z zespołem, czy drużyna jest w stanie kupić pewne wartości, które chce przekazać szkoleniowiec. U trenera Tomczyka to się wszystko zgadzało, bo tam merytoryka była na bardzo wysokim poziomie, ale też sposób dotarcia do zawodników, techniki psychologiczne, które stosował trener we współpracy ze mną, były w 100 procentach trafione w przypadku tego konkretnego zespołu. Pod kątem profilu, który nie tylko sportowo, ale też mentalnie budowaliśmy. I to się zgadzało.
Muszę powiedzieć, że w tej chwili jestem bardzo ciekawy tego, jak pójdzie trenerowi Geredze, któremu powierzyłem prowadzenie zespołu w jednej ze swoich ostatnich decyzji w klubie. Trener Gerega to szkoleniowiec, który też jest bliżej opcji „deductorskich”. W Skrze Częstochowa współpracował z takimi trenerami jak trener Ocimek czy trener Dziółka, więc wartości szkoleniowe są bliskie temu, jak pracowała i w czym czuje się najlepiej Polonia Bytom. Natomiast trener Gerega pod kątem kompetencji miękkich jest innym szkoleniowcem niż trener Tomczyk. Jest też innym trenerem niż trener Czubak. Mając na uwadze czas, w którym miałem przyjemność współpracować z trenerem Konradem, uważam, że jest to zdrowy balans i może być remedium na zdroworozsądkowe podejście do prowadzenia tego zespołu. Jestem pełen wiary, że akurat ten trener z Polonią wykona bardzo dobrą pracę.
Zapytam o nazwisko, które finalnie w Bytomiu nie wylądowało. Dlaczego szkoleniowcem Polonii po odejściu Łukasza Tomczyka nie został Rafał Grzyb? Sam powiedział, że było bardzo blisko.
Tak, trener Grzyb był bardzo blisko. Jest to osoba, która na pewno miałaby olbrzymie wsparcie od kibiców Polonii Bytom. Szczególnie na starcie, czyli mowa o bardzo dużym kredycie zaufania. W stawce, w której znalazł się Rafał, było również dwóch innych kandydatów w osobach Kuby Dziółki i Patryka Czubaka. Tak naprawdę to były trzy różne modele. Trener Grzyb znajdował się stosunkowo najdalej modelowo od tego, jak funkcjonowała Polonia, bo szkoleniowiec wywodzi się z Jagiellonii Białystok, czyli z systemu czwórkowego. Trener Dziółka - zdecydowanie system trójkowy i uważam, że w tamtym momencie to on mógłby najbardziej zbliżyć się pod kątem prowadzenia zespołu do trenera Tomczyka.
Wtedy trener Czubak wydawał mi się opcją najbardziej elastyczną. Co prawda to trener czwórkowy, ale zna model trójkowy, ma swój model gry oparty na funkcjonowaniu w półprzestrzeniach, na tak zwanych „gapach” i wtedy myślałem, że ta zmiana dla zespołu może okazać się najlepsza. Nauczony doświadczeniem dzisiaj mogę powiedzieć, że gdybym mógł cofnąć czas i wybrać jeszcze raz, nie byłby to mimo wszystko trener Grzyb, ale trener Dziółka i taka kontynuacja 1:1 pracy trenera Tomczyka. Z perspektywy czasu wiem, że ten zespół czuje się najlepiej w rzeczach, które zna i które są bliskie koszuli tych chłopaków. Przerwa między rundami i zmiana trenera po takim szkoleniowcu, jakim był trener Tomczyk, dla tej drużyny i przejście w zupełnie inny sposób zarządzania zespołem, odejście od wielu zasad modelowych, które były za trenera Tomczyka... Teraz wiem, że to był błąd. Tak jak mówię, jeżeli miałbym wrócić do tego czasu, pewnie decyzja padłaby na trenera Dziółkę.
A czy to z kolei prawda, że teraz, gdy trenerem został Gerega, blisko klubu znajdował się również Tomasz Kuźma z Podhala Nowy Targ?
Trener Kuźma był mocno brany pod uwagę. Był jedną z pierwszych opcji, natomiast to się trochę przeciągało w czasie. Ja lojalnie informowałem trenera i jego środowisko o tym, że może nastąpić moje odejście z klubu. To też miało wpływ na finalne decyzje trenera Kuźmy. Widziałem po nim i po rozmowie z jego agentem, że to dla niego duże zagrożenie, iż mnie może zabraknąć w klubie. Stąd oboje wyczuliśmy, że to nie będzie dobry ruch dla obu stron. Wybór ograniczył się do trenerów Włodarka i Geregi, natomiast ostatecznie zdecydowałem się na tego drugiego. Wiem, że to może dziwnie zabrzmi, ale zrobiłem to, mając na uwadze moją decyzję o odejściu z Polonii. Trener Gerega miał już styczność z zarządzaniem zespołem i pracą w klubie w sytuacjach trudnych. Praca w zespole rezerw ŁKS-u Łódź nie należała do łatwych, szczególnie w poprzednim sezonie. Praca w Skrze też nie była prosta. Wiedziałem, że niezależnie, jak dobrze starałbym się przygotować Polonię do mojego odejścia, będzie to jednak jakaś sytuacja zmienna, być może trudna dla klubu.
Miałem bardzo dużą wiarę w to, że trener Gerega jest na tyle mocną postacią, że nie będzie się przejmował moim odejściem, tylko skupi się na pracy. Ponadto czułem, że to osoba, która może dobrze funkcjonować pod względem relacji z zarządem klubu i mogę powiedzieć, że to się dzieje, bo tak właśnie jest w jego przypadku z prezesem czy panią prezes. To istotne, że Polonia nie została sama, tylko jest w stanie dobrze funkcjonować wewnętrznie.
Przejdźmy do zawodników. Dwa lata temu sprowadził pan do Bytomia Oliwiera Kwiatkowskiego, który obecnie jest już zawodnikiem Rakowa Częstochowa. W pewnym momencie pojawiało się sporo spekulacji transferowych na jego temat. Była Wisła Kraków, również Pogoń Szczecin, Wieczysta Kraków. Te wszystkie tematy były konkretne?
Kluby były wyraźnie zainteresowane, natomiast jak to często bywa, w momencie przejścia do konkretów finansowych, lista się uszczupla. Nasze oczekiwania finansowe względem tego transferu były jasne i klarowne. Od dłuższego czasu mówiliśmy w środowisku, czego oczekujemy, stąd pewne warunki przez nas stawiane były nierealne do zrealizowania dla tych klubów. Tak naprawdę ostatecznie tylko Raków był w stanie zbliżyć się do wartości, które były przez nas oczekiwane i stąd doszliśmy do porozumienia. A myślę też, że ścieżka częstochowska, kontynuacja takiej procesowej pracy dla Oliwiera, cały pomysł, droga rozwoju dla młodego chłopaka, którą przygotował Raków, wszystko odpowiednio zbiegło się w czasie. Tak całościowo było to najlepsze dla Oliwiera. Jeżeli miałbym wskazać dobre środowisko dla tego chłopaka, to Raków spełnił oczekiwania zarówno zawodnika, jak i klubu.
Przez media przewinęła się kwota za ten transfer na poziomie 400-500 tysięcy euro plus bonusy. Prezes Rakowa Wojciech Cygan w serwisie X raczej zdementował tę wyższą granicę. To nie było aż tyle?
Nie, było poniżej tej niższej granicy, natomiast są zapisy zabezpieczające przyszłościowo Polonię pod kątem procentu z następnej sprzedaży. Jak to często bywa w dobrych kompromisach, dwie strony nie były w pełni zadowolone. Bo i Polonia nie osiągnęła w 100 procentach tego, co chciała, ale i Raków musiał zapłacić więcej, niż początkowo planował.
Aktywacja bonusów może sprawić, że będzie to rekordowa sprzedaż Polonii? Transfermarkt.de bywa nieprecyzyjny, ale widnieje tam ruch z udziałem Jakuba Świerczoka na poziomie 420 tysięcy euro.
Myślę, że to był po prostu dobry „deal” dla każdej ze stron. Natomiast patrząc na to, co się wydarzyło wtedy z wpływami z transferu Kuby i to, jak dzisiaj ten ruch został przeprowadzony i jak te środki są zabezpieczone, uważam, że więcej korzyści Polonia będzie miała właśnie z transferu Oliwiera Kwiatkowskiego niż tego wcześniejszego Kuby. Realnie to historycznie był chyba najlepszy transfer Polonii na przestrzeni ostatnich dekad.
Awans z Polonią do I ligi wywalczył Axel Holewiński. Później pomagał wam jeszcze przez rundę na zapleczu Ekstraklasy, po czym Pogoń Szczecin skróciła jego wypożyczenie. Wiadomo, co działo się z nim później. Jak patrzył pan na tę sytuację i czy faktycznie istniała szansa, by po pierwszej decyzji władz „Dumy Pomorza” utalentowany bramkarz jeszcze do was wrócił?
My czekaliśmy. I znowu - z perspektywy czasu można określić to za może zbyt entuzjastyczne podejście z naszej strony do powrotu Axela. Właściciel Pogoni miał jednak prawo do takiej decyzji. Jestem w stanie zrozumieć sposób i intencje ze strony pana Alexa Haditaghiego. Oni patrzą też na Axela jako swojego zawodnika, jako swoje aktywo i przede wszystkim chcieli zabezpieczyć interes Pogoni. My w tym całym „dealu” byliśmy tylko jedną częścią składową. Znam punkt widzenia obu stron - Pogoni na polu biznesowym, a także zawodnika i jego agenta. Jak to najczęściej w życiu bywa, prawda leży gdzieś po środku. Uważam, że napięte relacje pomiędzy nimi również nie pomogły znaleźć dobrego rozwiązania dla wszystkich. Finalnie bardzo kibicuję temu chłopakowi. Ma bardzo duży potencjał. Jest to jeden z najlepszych bramkarzy młodego pokolenia w kraju. W momencie, gdy wróci do regularnej gry, to golkiper, który będzie w stanie wyjechać za granicę i bronić w dobrym europejskim klubie.
No właśnie - przez to całe zamieszanie trochę w cień poszło to, jak dobrze u was wyglądał i jakie ma umiejętności. A teraz przede wszystkim musi grać.
Tak, natomiast z tego, co wiem, dzisiaj Axel jest wystawiony na sprzedaż. Liczę na to, że któryś z klubów zdecyduje się i sięgnie po tego chłopaka (w międzyczasie został graczem Lechii Gdańsk - red.). To zawodnik, na którym biznesowo można jeszcze sporo zyskać i zarobić. Nie sądzę, żeby polska liga była jego sufitem. Jestem przekonany, że jeśli będzie dobrze prowadzony i miał wokół siebie spokój do pracy, to piłkarz na Europę.
Który transfer do Polonii kosztował pana najwięcej pracy i wiązał się z największą batalią z innymi klubami? Na myśl przychodzi mi Szymon Kądziołka, którym interesowało się szerokie grono podmiotów.
My pracowaliśmy w bardzo specyficzny sposób. Z każdym piłkarzem, którego pozyskiwaliśmy, chcieliśmy się spotkać, przedstawić mu indywidualną ścieżkę i plan. Mieliśmy zawsze przygotowaną prezentację. Składała się ona z kilku najważniejszych elementów - poznania klubu i jego specyfiki, ścieżki, którą doszliśmy do danego miejsca, przedstawialiśmy cel, warunki, możliwości, które daje Polonia. Przedstawialiśmy też model gry i w ujęciu analitycznym - jakie są wymagania względem danego zawodnika. Przykład Kądziołki jest taki, że to była najbardziej rozbudowana prezentacja czy spotkanie, do którego się przygotowywaliśmy. Mówimy o zawodniku, który miał już ponad 100 występów na poziomie I ligi, więc ilość zebranego materiału była duża i mogliśmy sobie poprzez narzędzia analityczne przygotować to w sposób bardzo rozszerzony.
Konkurencja po tego młodego zawodnika na pewno była spora. Mowa o wielu klubach przede wszystkim pierwszoligowych, bo taką ścieżkę określili sobie agent z Szymonem. Byliśmy na kursie kolizyjnym, który bardzo w tej sytuacji pasował, natomiast musieliśmy się dobrze przygotować, by go przekonać. Finansowe oferty, które Szymon otrzymywał od innych klubów, były wyższe. Tak było zresztą często, nie tylko w tym przypadku. Jego „case” był więc mocno merytoryczny z naszej strony.
Innym piłkarzem, o którego walczyłem, był Kuba Arak. Próbowaliśmy wyciągnąć go z Katowic już sezon wcześniej. W pierwszym okresie to się nie udało. Miał swój udział w tym, że GKS awansował do Ekstraklasy. Już w niej przez pół roku staraliśmy się jeździć i śledzić mecze, w których występował. Liczyliśmy na to, że dopniemy ten temat do końca w kolejnym okienku i to się udało.
Wyróżniłbym też „case” Tomka Gajdy, który jeszcze na poziomie III ligi trafił do Polonii z Kluczborka. Bardzo mocno interesowałem się Tomkiem w momencie, gdy zerwał więzadła krzyżowe jeszcze w barwach Ostródy. Byłem z nim w kontakcie i w momencie, kiedy po rehabilitacji wracał do zdrowia, spotkaliśmy się, planując wspólną przyszłość. Wtedy Tomek chciał jednak zostać bliżej miejsca zamieszkania na Opolszczyźnie, więc ta ścieżka była pokierowana przez Kluczbork. Natomiast my na etapie, gdy planował Kluczbork, znaliśmy jego podejście, zapisy kontraktowe i wiedzieliśmy, że są one wręcz troszeczkę przygotowane pod to, by mógł w krótkiej perspektywie czasowej trafić do Bytomia. Jeździliśmy przez cały sezon na mecze Kluczborka, wiedząc, że obserwujemy zawodnika, który z dużą dozą prawdopodobieństwa trafi do Polonii. Tak też się skończyło. Skorzystaliśmy również na pewnym zamieszaniu, do którego doszło na linii Kluczbork - Lucek Zieliński. W efekcie pozyskaliśmy duet. Zarówno Lucek jest do dziś, jak i Tomek Gajda przez długi czas był kluczowym zawodnikiem Polonii i jej ważnym ogniwem.
Jak to z kolei wygląda z ruchami, na których bardzo panu zależało, ale jednak ostatecznie nie udało się dopiąć?
Każdy dyrektor sportowy może sporządzić taką swoją listę. Przez pewien czas bardzo mocno dążyliśmy do tego, żeby do Bytomia dołączył Oskar Wójcik. To było jeszcze w czasie, kiedy Oskar był troszeczkę, że tak powiem, na marginesie w Cracovii. Szukał swojego miejsca, był w rezerwach, a także wypożyczany do Bełchatowa. Kilkukrotnie próbowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że to zawodnik, który ma określone parametry motoryczne na tę pozycję predysponujące do gry na wysokim poziomie. To „case”, w którym być może mogliśmy więcej zrobić.
Chodziło o transfer definitywny?
Próbowaliśmy wyciągnąć go definitywnie. Mam wrażenie, że był moment w Krakowie, gdy w klubie nie było świadomości, że to zawodnik na regularną grę w Ekstraklasie, nie mówiąc już o wytransferowaniu go za niezłe pieniążki za granicę. Chcieliśmy ten „timing” wykorzystać. Nie udało się. Rozmowy, które przeprowadziłem z osobami z pionu sportowego Cracovii, pokazały, że jednak mimo wszystko mieli z tyłu głowy, że to młody piłkarz, który może się jeszcze rozwinąć. Zablokowali ruch do Bytomia. Z perspektywy Cracovii okazało się to świetną decyzją.
Przychodzi panu do głowy ktoś jeszcze?
Żałuję tematu, który długo prowadziłem i wydawało nam się, że jest bardzo blisko. Mam tutaj na myśli Kubę Jendrykę, który, gdy szybko wskoczył w Skierniewicach do gry, jeździłem za nim i byłem w kontakcie z agencją. Najpierw z jedną, później ją zmienił i też od razu nawiązałem z nią kontakt. Spotkaliśmy się z Kubą, dostał od nas propozycję, ścieżkę rozwoju i wszystko wskazywało na to, że będzie naszym zawodnikiem. Nawet wewnętrznie w Skierniewicach mieliśmy już informację, że Kuba po rozmowach z nami wrócił do szatni Unii i poinformował kolegów, że będzie odchodził do Polonii Bytom. Finalnie kilka czynników sprawiło, że do tego transferu nie doszło. Myślę, że w dużej mierze zmiana trenera. To, że Patryk Czubak miał nieco odmienny pomysł na całą sytuację związaną z Kubą. Propozycja ścieżki indywidualnej zmieniła się, co nie do końca musiało Kubie zapaść w głowie na plus. Stąd propozycja, którą otrzymał z Ruchu Chorzów, niektóre zapewnienia i to, że tamta ścieżka może była mniej skomplikowana niż w Bytomiu - to wszystko sprawiło, że finalnie Jendryka nie trafił do Polonii. Patrząc na to, jakimi parametrami merytorycznymi i mentalem dysponuje ten zawodnik, wiedziałem, że prawdopodobnie będzie występował na poziomie I ligi tylko przez krótki czas. Szkoda, że do nas nie trafił. Być może potem do Częstochowy trafiłby pakiet w postaci Oliwiera oraz Kuby.
Był też chyba Wiktor Nowak, który obecnie reprezentuje już barwy Slavii Praga.
Tylko to była kwestia wypożyczenia z Górnika Zabrze. Byliśmy bardzo mocno zainteresowani, ale otrzymał ofertę z Płocka, do czego dochodziła osoba trenera Misiury. Mieliśmy świadomość, że jeżeli zawodnik ma opcję gry w Ekstraklasie, dla niego to super rozwiązanie. Finalnie cieszę się, że tak się to potoczyło.
Jeszcze z innych historii, żałuję, że do Polonii nie trafił trener Mateusz Stolarski. Po czasie mogę zdradzić, że po awansie na szczebel II ligi moją decyzją było zakończyć współpracę z trenerem Burkiem. Tak naprawdę byłem już po słowie z trenerem Stolarskim, by odszedł od Gonçalo Feio, którego był asystentem i przeniósł się do Bytomia jako pierwszy szkoleniowiec. Myślę, że zabrakło nam wtedy w klubie bardziej zdecydowanego działania. Nazwijmy to takiego agresywnego, z minuty na minutę. Nie udało nam się tego spiąć. Czas pokazał, że trener Stolarski dostał swoją szansę w Motorze.
Może nie byłoby dzisiaj świetnej historii trenera Stolarskiego, gdyby trafił do Polonii. Ale byłaby inna, bo Stolarski miał być pierwszym szkoleniowcem, a Tomczyk - asystentem. Gdyby Polonia rywalizowała wtedy w II lidze jako beniaminek, mając za sterami trenera Stolarskiego, a w roli asystentów - Wojtka Mroza i Tomczyka, myślę, że byłby to jeden z mocniejszych sztabów na poziomie centralnym w ostatnich latach. Szkoda, że do tego nie doszło.
Pod koniec czerwca na łamach Weszlo.com ukazały się informacje dotyczące zamieszania wynikającego z opóźnienia transferów Dominika Frelka, Aleksandra Gajgiera, Kacpra Łosia i Macieja Wolskiego. Gajgier oraz Wolski ostatecznie trafili do Polonii. Frelek i Łoś zostali kolejno w Olimpii Grudziądz oraz Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Z jakiego powodu wynikła ta sytuacja i o co konkretnie tam chodziło?
Tak jak wspominałem, Polonia funkcjonuje w bardzo zaostrzonym reżimie finansowym. Pieniądze płyną z różnych źródeł, ale w głównej mierze są to środki przeznaczane na funkcjonowanie spółki ze strony miasta. Miasto jest niejako właścicielem klubu i pewne regulacje w zakresie finansów funkcjonują tak, że pozyskanie piłkarza powyżej ustanowionych w regulaminie spółki kwot, potrzebuje decyzji rady nadzorczej. Kontrakty takich zawodników jak Wolski czy Frelek przekraczają te limity i niemożliwe jest podpisanie przez zarząd umowy z wolnej stopy bez powiększonego zakresu kontrolnego. Tak było w przypadku Gajgiera, Wolskiego, Frelka. Był w tym wszystkim również Filip Zwoliński. Dynamika na starcie przygotowań do nowego sezonu jest duża. Dokumentacja i wnioski na radę nadzorczą były przygotowane, natomiast ona też funkcjonuje w określony sposób. Nie wygląda to tak, że wysyłamy dokument i w ciągu 20 minut rada nadzorcza wyraża zgodę. Zdalna formuła zatwierdzania wniosków i tak jest już ułatwieniem, bo przy wyższych kwotach zaczynaliśmy od stacjonarnych spotkań rady i analizy każdego przypadku pojedynczo, ale jednak ona musi trwać. Tak też było tym razem. Być może chcieliśmy zrobić pewne rzeczy za szybko. Może powinniśmy przeczekać ten moment i sprowadzić zawodników dopiero w chwili zatwierdzenia wszystkich dokumentów. Mieliśmy ich na miejscu w klubie, czekali na podpisy i stronom zabrakło cierpliwości.
Nasz punkt widzenia jako spółki całościowo w dużej mierze różni się od tego, jakie spojrzenie na tę sytuację mieli zawodnicy. Jeżeli chodzi o Olka Gajgiera czy Filipa Zwolińskiego, ci zawodnicy spokojnie czekali na miejscu. W przypadku Frelka oraz Wolskiego w pierwszym tempie, w cudzysłowie, nie wytrzymali ciśnienia. Wyjechali z klubu.
Jeśli chodzi o Maćka Wolskiego, dosyć szybko potrafiliśmy porozmawiać. Doszliśmy do wniosku, że to nie miało się tak odbyć zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Udało nam się wrócić do tematu. W przypadku Dominika Frelka skala emocji i rozczarowanie po obu stronach były na tyle duże, że temat nie był możliwy do odświeżenia. Nawet po dwóch-trzech tygodniach, gdy weszliśmy w dynamikę okienka transferowego i Polonia dalej poszukiwała zawodnika na pozycję numer osiem, temat Frelka przez to, co się zadziało, nie był już możliwy do zrealizowania.
Pojawiło się dużo szumu, natomiast w mojej ocenie sytuacja była trywialna. Proceduralna. Każdej ze stron zabrakło trochę cierpliwości i mogło się to skończyć inaczej. Żałuję, że Dominik nie jest zawodnikiem Polonii, bo to piłkarz, którego byłem blisko pozyskania już pół roku wcześniej. Przed tym okienkiem sprowadzenie jego i Kamila Orlika należało do kluczowych ruchów, które planowaliśmy. Tym bardziej szkoda, ponieważ ta „ósemka” do dzisiaj nie została zagospodarowana. W momencie, gdyby Dominik uzupełnił linię pozycji numer sześć i osiem z Kądziołką, Łabojką oraz Koniecznym, ten środek pola byłby jednym z ciekawszych w I lidze.
Dlaczego do pańskiego odejścia z klubu i nawiązania współpracy z Jagiellonią Białystok doszło właśnie teraz? Czy wspomniana wyżej sytuacja, ale też szerzej - mechanizmy, których musiał się pan trzymać właśnie przy sprowadzaniu nowych piłkarzy, miały na to wpływ?
Nie, nie, nie. Zainteresowanie ze strony Jagiellonii pojawiło się kilka tygodni wcześniej. W momencie, gdy Łukasz Masłowski oficjalnie ogłosił swoje odejście z klubu, zarząd przede wszystkim w osobie wiceprezesa, dyrektora zarządzającego, pana Maćka Szymańskiego zaczął działania mające na celu skompletowanie nowego kształtu pionu sportowego Jagiellonii. Klub zresztą bardzo transparentnie informował o tym, kiedy ten proces rekrutacji się rozpoczyna i kiedy ma się zakończyć. Otrzymałem telefon z Jagiellonii, że klub jest zainteresowany moimi usługami w określonym obszarze działalności tego pionu. Na wstępie dostałem informację, jaka to może być rola. Wiedziałem, że w przypadku stanowiska dyrektora sportowego Jagiellonia będzie poruszała się wokół określonych nazwisk i osób, które były brane pod uwagę. Poinformowałem Polonię Bytom i prezesa o fakcie otrzymania propozycji z Jagiellonii. Podejście prezesa Kamińskiego było mocno nastawione z jednej strony na wdzięczność wobec mojej osoby za to, co zrobiłem w Bytomiu, a z drugiej - na umożliwienie mi dalszego rozwijania się.
Nie łączyłbym tego z tą sytuacją. Jej szczęście czy nieszczęście było takie, że był to ostatni dzień miesiąca. Zgodnie z kwestiami formalnymi i tak planowałem, o czym informowałem zarząd, złożyć wypowiedzenie. To się po prostu ze sobą zbiegło. Natomiast sytuacja z niepodpisaniem w tamtym momencie Frelka czy Wolskiego absolutnie nie miała wpływu na moje decyzje ani na to, jak były prowadzone rozmowy w Bytomiu. Władze Polonii wiedziały, że będę chciał skorzystać z szansy.
Polonii zawdzięczam bardzo dużo. Gdyby nie ona i prezes Kamiński, pewnie nie byłbym dzisiaj w świecie piłki tą osobą, którą jestem. Wiele nauczyłem się w Bytomiu w kwestii funkcjonowania klubu, budowy, organizacji, troszeczkę korporacyjnej struktury. To wszystko ma dzisiaj duży wpływ na to, jak pracuję. Jak widać, sposób mojego działania zwrócił uwagę osób zarządzających Jagiellonią. Stwierdziły one, że mogę okazać się potrzebny na pokładzie. Więc naprawdę dziękuję Polonii i prezesowi Kamińskiemu, że przez tyle lat przy wsparciu zarządu mogłem budować klub na swój sposób. Jako młoda osoba mogłem wielokrotnie się pomylić, bo tych popełnianych błędów było wiele. I jednocześnie wiele się na nich nauczyliśmy. W ten sposób człowiek się rozwija. Uczy się. Cieszę się, że mimo błędów całościowo efekt pracy w Bytomiu jest dobry. Zostawiłem Polonię w dobrym miejscu, ale też byłem w stanie przygotować się najlepiej jak mogłem do tego, by dzisiaj móc pracować na poziomie Ekstraklasy. Mam nadzieję, że będę w stanie dać mojemu nowemu klubowi jak najwięcej dobrego i wspomóc go w dalszym rozwoju.
Na przestrzeni ostatnich miesięcy miał pan na stole wiele konkretnych propozycji? Nie mam tutaj na myśli najświeższych tygodni, ale czy wśród nich była oferta z Widzewa Łódź?
Nie. Mogę teraz powiedzieć, że z prezesem Szymańskim blisko dwa sezony temu poznaliśmy się, jednocześnie zbudowaliśmy pewną relację i złapaliśmy „flow” w kontekście spojrzenia na piłkę. Natomiast w tym okresie przede wszystkim rozmawialiśmy o współpracy Polonii Bytom z Widzewem. W sezonie, gdy Polonia była w drodze do I ligi powstał plan, żeby piony sportowe obu klubów ściśle ze sobą współpracowały. Jeśli chodzi o konkretne oferty, we wcześniejszym czasie była tylko Warta Poznań, która mocno próbowała przekonać mnie do opuszczenia Polonii. Prezes Artur Meissner wykonał dużą pracę i zasiał ziarno niepewności, jeżeli chodzi o to, czy zostać, czy odejść. Będąc w Bytomiu, powiedziałem sobie jednak otwarcie, że w pewnym stopniu traktuję projekt Polonii jako dzieło życia. I tylko propozycja z klubu, który cenię za to, jaki jest w kwestii wartości, spokoju, w jakim jest budowany, oczywiście także pod kątem funkcjonowania sportowego, była skłonna przekonać mnie do odejścia bez zastanawiania się. W mojej ocenie w Polsce są dzisiaj dwa takie kluby. To moja opinia i subiektywne zdanie. Widzę dzisiaj tylko dwa tego typu projekty i akurat życie tak się potoczyło, że przedstawiciele jednego z nich się do mnie odezwali. Skupiając się na tym, jak widzę obecnie kluby na poziomie Ekstraklasy, gdybym odmówił Jagiellonii, sam przed sobą wyszedłbym na hipokrytę. Byłem do końca fair i zgodny sam ze sobą. Cieszę się, że dostałem szansę w Jagiellonii. To duży kredyt zaufania. Podobnie jak parę lat temu w Polonii dzisiaj zaufali mi ludzie w Białymstoku. Moim zadaniem w roli dyrektora technicznego jest teraz wspierać klub i spróbować odpłacić się za otrzymaną szansę przynajmniej w części tak dobrze, jak zrobiłem to w Polonii.
Ten drugi klub znajduje się w gronie aktualnych pucharowiczów?
Kluby, o których myślę, w ostatnich latach regularnie biorą udział w europejskich pucharach. Patrząc na to, jak dzisiaj wygląda polska piłka, jeżeli dla mnie klubem numer jeden jest Jagiellonia, to raczej można się domyślić, kto jest drugim.
Raków Częstochowa?
Pozwolę sobie użyć pomidora (śmiech). Jestem w dobrych relacjach z ludźmi z Rakowa. Bardzo cenię pracę, którą wykonują ludzie zarządzający tym klubem. Po części mu kibicuję przez wzgląd na to, że był tam Łukasz Tomczyk, jest Łukasz Ocimek, a także wspomniany Oliwer Kwiatkowski. Myślę jednak, że dzisiaj osoby, które są w klubie, mają świadomość, że akurat moje nazwisko prawdopodobnie nie do końca pasuje do Rakowa. Ale cieszę się, że Robert Chwastek, czyli osoba, która blisko współpracowała ze mną w Bytomiu i w dużej mierze miała wpływ na sukcesy Polonii w ostatnich latach, otrzymała szansę ze strony Rakowa. Został szefem skautingu i wraz z Jarkiem Gambalem decydują o tym, jak wygląda pion sportowy Rakowa. Natomiast myśląc o klubie, który poza Jagiellonią jest dla mnie wzorem, w mojej głowie jest akurat inny.
Okej, widzę, że poszedłem totalnie złym tropem. Pewnie też przez to, jak obsadzone są w danych miejscach stanowiska.
Myślę, że teraz już łatwo się domyślić (śmiech).
Teraz już tak. Z komunikatu opublikowanego przez Jagiellonię można dowiedzieć się, że ma pan być łącznikiem między dyrektorem sportowym a dyrektorem akademii. Docelowo będzie pan bezpośrednio brał udział w negocjacjach transferowych?
Moment dołączenia do Jagiellonii determinował mój udział w tym okienku transferowym, więc nie brałem i nie biorę aktywnie udziału w dopinaniu transferów przychodzących do Jagiellonii. Dyrektor Kucharski to dużej klasy specjalista, który wie, jak pracować na europejskim poziomie i ma za sobą wiele sukcesów na najwyższym poziomie w kraju, ma pod sobą ludzi, którzy odpowiadali za pion sportowy razem z Łukaszem Masłowskim. Jest przede wszystkim Grzesiek Mańkowski, który posiada olbrzymią wiedzę i zrobił bardzo dużo dla Jagiellonii. Dołączył Kuba Dryś, który mimo młodego wieku ma spore doświadczenie i bardzo dużą wiedzę. Wraz z pozostałymi ludźmi zajmującymi się skautingiem obecnie to przede wszystkim te osoby odpowiadają za bieżące okienko transferowe.
Patrząc na ruchy, których dokonała Jagiellonia, można być optymistą. Prelec, Agbonifo, Rodrigo Conceição, Klynge - to zawodnicy mający bardzo duży potencjał, by zostać pierwszoplanowymi postaciami Jagiellonii. Oczywiście w różnej konfiguracji będą potrzebowali czasu, by się zaaklimatyzować i pokazać pełnię swoich możliwości. Wiadomo, że biorąc pod uwagę wymagania rozgrywkowe, rywalizację o czwartą rundę eliminacji Ligi Europy, bo taki jest cel i marzenia klubu, aby w tych rozgrywkach brać udział, nigdy nie będzie wiele czasu na to, by ich adaptować i czekać na pełny „performance”. Jestem jednak dobrej myśli. Wiem, że dyrektor Kucharski z resztą ekipy pracuje nad pozostałymi ruchami w tym okienku, bo Jagiellonia na pewno go jeszcze nie zamyka.
Natomiast moja rola jest szersza. Patrzę na obszary współpracy z klubem bardziej globalnie. Na całość piłki 11-osobowej - na zespoły od U-14 do rezerw. Tych drużyn nie jest mało. Chodzi o wytyczanie ścieżek rozwoju, wsparcie dyrektora i sztabów, żeby tych zawodników odpowiednio wprowadzać i profilować do pierwszego zespołu. Również o wytyczenie takiej pełnoprawnej strategii pionu sportowego w Jagiellonii. Standaryzację pewnych procesów w pionie i sztabie pierwszego zespołu. To jest gro zadań, które będą należały do moich kompetencji. Zakres jest dosyć szeroki, a czasu do zaadaptowania - stosunkowo mało. Tak duży klub jak Jagiellonia będzie oczekiwał wymiernych efektów mojej pracy, więc stąd też wcześniej zaznaczyłem, że w tej rozmowie chciałbym skupić się głównie na Polonii Bytom. Obecnie w każdej minucie poznaję Jagiellonię. Rozmawiam z ludźmi i z mojej perspektywy audytuję, jak to wszystko funkcjonuje. Tak, żeby jak najszybciej móc przedstawić zarządowi i osobie Radka jako dyrektora sportowego plan działania, w których obszarach moim zdaniem będziemy mogli zrobić coś inaczej, może lepiej. Wierzę, że po odpowiednim przygotowaniu się i przedstawieniu tych propozycji będę razem z ludźmi w klubie mógł to wszystko implementować i finalnie przyniesie to korzyści, umożliwiając wejście na jeszcze wyższy poziom.
Mamy świadomość tego, że to jest świetny moment dla Jagiellonii. Walka w europejskich pucharach, dobre wyniki w lidze, sprzedaż zawodników za duże sumy... Natomiast wierzę w to, że procesowa praca krok po kroku to coś, co stanowi klucz do rozwoju. Jeżeli dzisiaj Jagiellonia, Lech Poznań, Raków czy Legia zatrzymałyby się choćby na chwilę, cała ligowa stawka będzie uciekać. Żeby utrzymać się na topie, iść dalej, trzeba cegiełka po cegiełce dokładać dobre rzeczy zgodnie z wartościami danego miejsca i klubu.

![Transfery - Relacja na żywo z ostatniego dnia okna transferowego [DEADLINE DAY - Lato 2026]](img/photos/122551/170x113/deadline-01092026.jpg)






























