Paweł Golański szczerze o Motorze Lublin, kulisach pracy i sprawie niedoszłego transferu Brighta Ede

2026-04-30 14:11:38; Aktualizacja: 1 tydzień temu
Paweł Golański szczerze o Motorze Lublin, kulisach pracy i sprawie niedoszłego transferu Brighta Ede Fot. Tomasz Folta / PressFocus
Mateusz Michałek
Mateusz Michałek Źródło: Transfery.info

Pod koniec 2025 roku Paweł Golański pożegnał się z Motorem Lublin, w którym pełnił funkcję dyrektora sportowego. W rozmowie z Transfery.info były reprezentant Polski opowiedział między innymi o współpracy ze Zbigniewem Jakubasem, transferowym zamieszaniu z Brightem Ede czy o Karolu Czubaku.

Paweł Golański, wcześniej dyrektor sportowy Korony Kielce, objął to stanowisko w Motorze Lublin w październiku 2024 roku i piastował je do finiszu następnego. W rozmowie z Transfery.info 43-latek podsumował ten czas, opowiadając między innymi o tym, jak współpracowało mu się ze Zbigniewem Jakubasem, jak to było z zagranicznymi ofertami za Brighta Ede, transferze oraz późniejszej formie Karola Czubaka, o tym, kiedy można spodziewać się jego powrotu do pracy, a także o... pamiętnym zdjęciu Donalda Tuska na Stadionie Narodowym, na którym przypadkowo się znalazł.

Mateusz Michałek, Transfery.info: Minęło kilka miesięcy, odkąd odszedłeś z Motoru Lublin. Jak z perspektywy czasu oceniasz w skali szkolnej ten rozdział i ruchy wykonane na rzecz klubu?

Paweł Golański: Może to zabrzmi nieskromnie, ale cztery z plusem to jest takie minimum, które bym sobie wystawił. Patrząc na to, jaka była wartość zespołu i jacy byli piłkarze, gdy przychodziłem do klubu. Oczywiście były jednostki, tak jak Ivan Brkić czy Sergi Samper, którzy stanowili mocne punkty drużyny. Ale było też dużo piłkarzy z I i II ligi, więc trzeba było włożyć sporo pracy, aby ściągnąć zawodników, którzy podnoszą przede wszystkim poziom sportowy.

Jeżeli dzisiaj patrzymy na piłkarzy pokroju Karola Czubaka, Ivo Rodriguesa, Fábio Ronaldo, Hervé'a Matthysa, to są zawodnicy, którzy zostali ściągnięci, wszyscy grają i można powiedzieć, że stanowią o sile zespołu, z czego ja jestem bardzo zadowolony. Myślę, że w klubie mają podobne spojrzenie na ten temat. Gdy przychodziłem do Motoru i rozmawiałem z prezesem Jakubasem, zaznaczyłem, że będę chciał ściągać młodych graczy, bo w klubie ich nie było. Jeżeli chodzi o akademię, ciężko mi było wypowiedzieć się na jej temat, bo po prostu nie miałem wiedzy. Przychodząc, potrzebowałem czasu, żeby ją pochłonąć i dowiedzieć się, czy rzeczywiście ktoś z tych młodych chłopaków jest. Udało się sprowadzić Brighta Ede czy Pascala Meyera. Przyszedł również Kacper Plichta. Niestety kontuzja spowodowała, że nie jest to chłopak, który w najbliższym czasie będzie silnym punktem Motoru. Albo Franek Lewandowski. Kacpra nie liczę, bo boryka się z problemami zdrowotnymi, ale z pozostałej trójki dwóch trafiło do juniorskich reprezentacji Polski - jeden do U-19, a drugi do U-20. To też jest powód do satysfakcji. Te ruchy same się obroniły i myślę, że to jest coś, z czego jestem jako dyrektor zadowolony i dumny.

Nie żałujesz w takim razie rozstania z Motorem? Zbigniew Jakubas powiedział, że ma do ciebie bardzo duży szacunek, natomiast zwrócił uwagę na pewien aspekt, który myślę, iż w pewnym momencie dla kogoś z zewnątrz zaczął funkcjonować jako główny powód zakończenia współpracy. Podkreślił, że oczekuje od dyrektora sportowego tego, by mieszkał w Lublinie. To była faktycznie jedyna przyczyna?

Człowiek zawsze żałuje w momencie, kiedy wie, że praca idzie w dobrym kierunku. To jest coś normalnego i czy to Motor, czy to by był inny klub ekstraklasowy lub pierwszoligowy, jeżeli wiesz, że praca, którą wykonujesz, idzie w dobrym kierunku... Świetnie dogadywałem się z prezesem Jabłońskim. Bardzo dobry kontakt mieliśmy z Mateuszem Stolarskim i z całym sztabem. Szanowaliśmy się, dyskutowaliśmy. Nauczyliśmy się też siebie, a więc oczywiście było mi szkoda. A czy to był jeden jedyny powód, to już bardziej pytanie do prezesa Jakubasa. Ja z prezesem Jakubasem, pomimo tego, że to było ciężkie rozstanie, bo powiedziałem mu, że trochę się tego nie spodziewałem, ale właściciel ma prawo do podejmowania decyzji. I z tego, co wiem, prezes właśnie to postawił jako główny argument.

Czy ja się z tym zgadzam? Z prezesem Jakubasem zawsze szczerze gadaliśmy, bo taki jestem. Jeżeli mi coś nie pasowało, pomimo tego, że to był mój przełożony, mówiłem o tym. Uważam, że to jest forma szacunku do drugiej osoby. Lepiej tak niż chodzić i za plecami rozmawiać. Powiedziałem mu, że się z tym nie zgadzam. Na co dzień nie mieszkałem w Lublinie, natomiast uznałem, że te dni, które w nim spędzam, są jak najbardziej wystarczające, aby mieć pełną kontrolę nad tym, co dzieje się w klubie. Chodziłem na treningi. Mało tego, czasami w nich uczestniczyłem, bo tak byliśmy dogadani z Mateuszem, że czasami wchodziłem, by mieć dobry kontakt z zawodnikami.

Myślę, że nawet te wypowiedzi piłkarzy, którzy po moim rozstaniu powiedzieli, że naprawdę fajnie się dogadywaliśmy, coś znaczą. Wiem też, że pojawiły się telefony do właściciela, że ta współpraca była naprawdę na dobrym poziomie i zawsze była między nami szczerość. Więc gdzieś na pewno przykrość się pojawiła. W moich oczach to absolutnie nie był argument, który ma pokrycie. Ale mówię o sobie, bo u prezesa mogło być inaczej.

Tak się zadziało. Mam szacunek do tego klubu. Nauczyłem się na pewno wielu rzeczy, w wielu aspektach się rozwinąłem. Współpraca z prezesem Jakubasem dużo mi dała, bo ona też nie była łatwa. Prezes jest osobą, która ma pomysł na zarządzanie Motorem, chce robić to na swoich zasadach i często się nie zgadzaliśmy w jakichś aspektach, ale o nich dyskutowaliśmy. I czasami naprawdę te rozmowy trwały po dwie-trzy godziny. One nie były proste, natomiast konsekwentnie staraliśmy się szukać rozwiązania. W wielu przypadkach nam się udawało.

Oczywiście były też transfery, które nam nie wypaliły, bo prezes na przykład ich nie zaakceptował. Miał do tego prawo, mogłem się z tym nie zgadzać, uważać, że to jest błąd, ale finalnie to prezes Jakubas musiał dać „zielone światło”. Ale to już jest historia, mnie w Motorze nie ma. Powiem uczciwie, że mam kontakt z Mateuszem i z prezesem Jabłońskim. Troszkę mniejszy z prezesem Jakubasem. Siłą rzeczy wiem, że ma swoje biznesy i nimi się zajmuje. Nie mam zamiaru uderzać w klub czy w prezesa Jakubasa, bo to jest człowiek, który ma jakiś pomysł na jego prowadzenie. Czy on jest dobry czy zły, to tak naprawdę czas pokaże.

Chcę jednak powiedzieć o jeszcze jednym. Wiele w tym wszystkim zrobił i poukładał prezes Jabłoński, ale dążenie prezesa Jakubasa do tego, żeby Motor był klubem, który będzie sam się utrzymywał, by właściciel nie dokładał dużych pieniędzy, uważam za ciekawe rozwiązanie. Kibice mogą się z tym nie zgadzać, bo jest to bardzo majętny człowiek i gdyby chciał, to myślę, że mógłby w Lublinie przeznaczyć spore kwoty na transfery i ten zespół jeszcze bardziej powzmacniać.

My obracaliśmy się w ustalonych ramach - czy to chodzi o transfery, czy o wynagrodzenia. I nie przekraczaliśmy ich. Pamiętam, że był taki moment, gdy wylała się na mnie krytyka, że nie ma transferów. Nie było transferów dlatego, że mieliśmy coś ustalone i szukaliśmy takich piłkarzy, którzy na tę chwilę przede wszystkim finansowo nie obciążą klubu.

Idąc w narrację, że twoje przenosiny do Lublina lub ich brak naprawdę były dla Zbigniewa Jakubasa tak ważne, rozumiem, że w ogóle nie brałeś tego pod uwagę i z twojej strony nie było szans na porozumienie w tej kwestii?

Takiego tematu nawet nie było. Po jakimś czasie prezes Jakubas przyznał, że podjął tę decyzję pod wpływem emocji. Powiedział, że jest emocjonalny, o czym ja doskonale wiem. Niejednokrotnie rozmawiałem czy byłem z nim na meczu i widziałem, jak to przeżywa. Akurat trafiło na to, że zakończyliśmy współpracę po spotkaniu z GKS-em w Katowicach, gdy chyba po 15 minutach przegrywaliśmy 0:2. Prezes wyszedł wtedy z meczu. Później mieliśmy rozmowę, która zakończyła naszą współpracę. Po jakimś czasie prezes powiedział mi, że zadziałał trochę pod wpływem emocji, ale jeszcze raz mówię - podaliśmy sobie rękę. Później nie rozważałem już powrotu do Motoru, bo nie byłoby to zgodne z moimi zasadami.

Jeżeli coś się wydarzyło i ktoś nie był zadowolony, to po prostu uznał, że może ktoś inny będzie to robił lepiej. Dlatego się rozstaliśmy. Mam też swoją godność, swój charakter i nie rozważałem już powrotu do Motoru, pomimo tego, że mam kontakt z piłkarzami i kibicami. Na tę chwilę to zamknięta historia.

Dobrze rozumiem, że jakiś czas po podjęciu pierwotnej decyzji pojawił się temat, żebyś może jednak nie odchodził?

Tak. Prezes gdzieś tam przekazał mi taką informację. Fajnie, że była jakaś refleksja. Podziękowałem, natomiast powiedziałem, że źle by to wyglądało. Albo może nie źle by wyglądało, tylko ja bym się z tym źle czuł. Byłoby to wbrew zasadom, które mam w życiu.

Twoim zdaniem polska piłka zyskuje na obecności w niej takich postaci, jak pan Jakubas? Umówmy się, kibicom czy dziennikarzom łatwo wszystko oceniać. Tak jak wspomniałeś, w pewnym momencie wylało się na was dużo krytyki o to, że nie było transferów czy też precyzyjniej - transferów gotówkowych. Niektórzy w chwilę potrafią zapomnieć, jak dużo dana osoba zrobiła wcześniej dla klubu.

W klubie coś jest ustalone. Kibice nie do końca o tym wiedzą, a ja nie jestem osobą, która będzie siebie wybraniać. W momencie, gdy pracowałem w Motorze, nie poszedłem do mediów i nie powiedziałem: „Słuchajcie, to nie jest tak, jak wam się wydaje, że Golański nie chce robić transferów”. Po prostu mieliśmy ustalone, że budżet jest taki i taki. I koniec kropka. Czy to się komuś podoba, czy nie, taka jest decyzja właściciela klubu i możemy się z nią zgadzać lub nie zgadzać.

A wracając do twojego pytania, czy dla polskiej piłki byłoby dobrze, żeby tak majętni ludzie byli w środowisku. Oczywiście nasza piłka się rozwija, jest coraz więcej pieniędzy, są większe wynagrodzenia, coraz większe transfery. Wszystko to jest połączone z tym, czy ta osoba traktuje klub długoterminowo i czy zależy jej na jego rozwoju. Jeżeli to idzie w tym kierunku, jestem jak najbardziej za. Z drugiej strony - takie osoby, które inwestują bardzo dużo pieniędzy w klub, oczekują wyniku. Czasami ten wynik, tak jak jest teraz na przykład w przypadku Widzewa Łódź, wygląda słabo. Natomiast mam wrażenie, że prezes Dobrzycki wytrzymuje ciśnienie mimo ogromnych nakładów finansowych.

W Koronie Kielce jest Łukasz Maciejczyk. On jest jej kibicem od wielu lat. Pamiętam go jeszcze za czasów mojego grania. Wkłada wielkie pieniądze. Mam kolegów, którzy są w klubie i wiem, jak dużo pieniędzy zostało wydanych na transfery, jakie są teraz wynagrodzenia w Koronie. Tam też niczego nie brakuje. Fajnie, że tacy ludzie są w piłce. Trzymam kciuki, żeby było ich jak najwięcej i przede wszystkim - żeby byli jak najdłużej.

Ogromne pieniądze wiążą się z wielkimi oczekiwaniami i fajnie też, gdy takie osoby, jak wspomniani prezes Jakubas, prezes Dobrzycki czy prezes Maciejczyk, decydując się na tego typu projekty, dawały też pracować i rozliczali z tej pracy. Oczywiście po jakimś czasie. Jeżeli ktoś ma pomysł na budowę klubu i jest to zgodne z tym, czego oczekuje właściciel, do tego jest dyrektor sportowy, do tego trener, dyrektor akademii - siadamy i dyskutujemy o tym, co jest najważniejsze dla klubu.

Mogę przytoczyć, jak to wyglądało w Lublinie. W Motorze był problem w akademii. Zaczęliśmy zmiany. Powiedziałem jasno, że chciałbym, by młodzi zawodnicy trafiali do pierwszego zespołu. Zależało mi na tym. Sam jestem piłkarzem, który w ŁKS-ie w wieku 16 lat nie był ważną postacią. Wręcz powiedziałbym, że byłem jednym ze słabszych. Dopiero później wystrzeliłem i trafiłem na większe granie, a jestem mega zadowolony z mojej kariery. I tak samo chciałbym, żeby było w klubie, w którym pracuję. Żeby udawało nam się wyciągać z akademii przynajmniej jednego zawodnika na sezon, którego jesteśmy w stanie zbudować. Jeżeli będzie ich dwóch, kapitalnie. Ale uważam, że to jest też droga, którą powinniśmy obierać w polskich klubach. Zawsze warto budować młodych.

Powiedziałeś, że zdarzały się momenty, w których nie zgadzaliście się z panem Jakubasem. Przyznałeś, iż to emocjonalny człowiek. Jakbym zapytał cię o jedną cechę, która najbardziej ci się z nim kojarzy, to byłoby właśnie to?

Zdecydowanie tak. Niejednokrotnie prezesowi mówiłem, że doceniam jego dokonania biznesowe, bo osiągnął ogromny sukces. Natomiast czasami patrząc na niego, jak zachowywał się w czasie meczów, ile tam było emocji, jak bardzo to wszystko przeżywał, sam byłem w szoku.

Ale na pewno pokazywało to, że mu naprawdę zależy.

Zazwyczaj jest tak, że jeżeli są emocje, to znaczy, że ci zależy. Jeżeli jesteś bez nich, prawdopodobnie masz wywalone na to, co się dzieje. Musimy też patrzeć na to, że w momencie, gdy prezes Jakubas rozpoczął swoją przygodę w Motorze, on grał w II lidze. I tak naprawdę już wtedy inwestował ogromne pieniądze, a nie było żadnego sukcesu. Dopiero później to się pozmieniało. Pojawił się niespodziewany awans do Ekstraklasy, bo umówmy się, że to nie było coś, co wydarzyło się w prosty sposób. Oczywiście przyniosła go też ciężka praca i zaangażowanie sztabu oraz zawodników. Teraz sytuacja Motoru w Ekstraklasie jest stabilna. Mam na myśli finanse, ale też piłkarzy.

Teraz wątek, który zainteresował naprawdę sporo osób. Bright Ede i jego niedoszła wielka sprzedaż za granicę. Jakbyś mógł podsumować ten temat z perspektywy czasu. Były oferty czy nie? W pewnym momencie ludzie zestawiali twoje słowa o propozycjach za niego z wypowiedzią pana Jakubasa, że ich nie ma. Rozumiem, że ten rozdźwięk to kwestia nazewnictwa?

Można to bardzo szybko spuentować. Jeżeli chodzi o oferty na papierze, to takiej nie było żadnej. A wzięło się to ze względu na ustalenia, że kwota poniżej 10 milionów euro nie jest, że tak powiem, kwotą, która interesuje właściciela klubu, bo przymiarki były większe. Miałem rozmowę z dyrektorem Manchesteru United i rzeczywiście padły kwoty, nie tak wysokie, ale padły, takie, które angielski klub mógł położyć na stół. Przekazałem to właścicielowi, natomiast temat został odrzucony. Nie braliśmy tego pod uwagę. To, że wokół Brighta dużo się działo, jest prawdą. Bo to nie tylko Manchester United. Była Chelsea, również kluby hiszpańskie, włoskie...

To nie jest tak, że te kluby zainteresowały się Brightem tylko przez jego grę w Motorze. Ten piłkarz był obserwowany już wcześniej. Oczywiście transfer do Lublina spowodował, że pokazał się w Ekstraklasie. Miał pięć naprawdę dobrych meczów. Pojechał na juniorską reprezentację. Dyrektor Manchesteru United przyleciał do Polski i oglądał go na żywo w sparingu. To 19-letni chłopak z ogromnym potencjałem. Błędy na tej pozycji będą się zdarzały, bo nie tacy zawodnicy je popełniają. Natomiast uważam, że jest piłkarzem na duże granie. To moje zdanie. Ktoś może się z nim nie zgadzać. Ma do tego prawo. Widziałem, jak trenuje i jaki robi progres. Naprawdę myślę, że będzie grał na dobrym poziomie. Oczywiście obecna rywalizacja w Motorze powoduje, że ma mało minut. Ale rozmawiałem z trenerem Stolarskim. Dobrze prezentuje się na treningach. Grał w ostatnich spotkaniach. Oczywiście po meczu z GKS-em Katowice wylała się na niego fala krytyki, ale to coś, co w piłce się zdarza. Po dobrym meczu będą cię chwalić, po słabym - krytykować. Trzeba sobie z tym radzić. Ja mogę tylko powiedzieć, że zainteresowanie tym zawodnikiem było naprawdę duże.

Rozumiem, że mieliście ustalenia. Ale zrobiłbyś teraz, a przynajmniej spróbowałbyś, zrobić coś inaczej?

Może po upływie czasu inaczej rozegrałbym pewne rzeczy. W takim sensie, że mogłem jednak próbować przekonać prezesa Jakubasa, żeby te oferty rzeczywiście były składane, a nie je odrzucać, bo opiewały na niesatysfakcjonujące nas kwoty. Papier to jednak papier - zostaje pewien ślad, że coś się działo. A finalnie wszystko odrzucałem, bo takie były ustalenia na samej górze dotyczące tego, co musi się zadziać, żeby Bright odszedł. Ale myślę, że prędzej czy później do tego transferu dojdzie.

Żeby nie było żadnych wątpliwości - Manchester United złożył słowną propozycję? Przekazał, ile jest w stanie zapłacić za Ede?

Tak. I to zostało przekazane prezesowi Jakubasowi. Temat sam ucichł. Oni byli przygotowani na pewną kwotę. Wiadomo, że nie będę teraz jej podawał, ale rozbieżności były dosyć duże. Z perspektywy czasu nie wiem, czy dla samego Brighta nawet choćby to pół roku nie było dobre, żeby zostać. Obudował się fizycznie, wzmocnił. Miał troszkę problemów z urazami, ale teraz jest ich zdecydowanie mniej. Pod względem fizycznym mogło wyjść mu to na dobre.

Podobną słowną propozycję złożył ktoś jeszcze, czy na takim poziomie znalazły się tylko rozmowy z Manchesterem United?

Były też inne. Tylko tak jak mówię, rozchodziło się o kwoty. One różniły się od oczekiwań. Nie ciągnęliśmy tematów, bo pojawiały się informacje, że dany klub nie jest w stanie zbliżyć się do tej kwoty. Ale rzeczywiście działo się sporo. Powtórzę się, ale mówiąc po czasie, doprowadzałbym do tego, żeby te oferty wpływały formalnie. Powiedziałbym: „Okej, wyślijcie do klubu, przekażę w ten sposób prezesowi i niech on podejmuje decyzję”.

Wierzysz w to, że Motor finalnie zainkasuje za niego powyżej 10 milionów euro?

Czy 10 milionów, to... W tym momencie ciężko, bo mniej gra. Był moment, gdy on rzeczywiście grał, zdobył bramkę i dużo się wokół niego działo. Teraz sytuacja jest trochę inna, natomiast uważam, że to zawodnik na duży transfer finansowy, jak na polskie warunki. Ale na to musi złożyć się wiele czynników. Myślę, że Brightcik w czerwcu będzie miał oferty, bo mam też różne sygnały. Granie ligowe to jedno, ale wiem, że jest bardzo często obserwowany w reprezentacji przez wysłanników różnych klubów. Był taki mecz z Włochami. Wiem, że obserwowali go ludzie z naprawdę dobrych klubów i zagrał akurat bardzo poprawne zawody.

Zapytam o paru innych graczy. Podczas swojego pierwszego okna transferowego w Motorze pozyskałeś Hervé'a Matthysa, co okazało się fajnym ruchem. Mówiłeś wtedy, że zależało mu na zmianie ligi, stąd jego przeprowadzka do Polski. Zaznaczyłeś też, że było trochę gimnastyki, ale finalnie się udało.

Transfer zawodnika z ligi belgijskiej, w której regularnie gra, do beniaminka, nigdy nie jest łatwy. Piłkarze są już na tyle wyczuleni, że sprawdzają najmniejsze detale. Również historię beniaminków w poszczególnych ligach, a szczególnie w rozgrywkach pokroju Ekstraklasy, gdzie istnieje duże prawdopodobieństwo, że klub może szybko się z nią pożegnać. To powoduje, że wielu zawodników nie decyduje się na taki ruch. Sporo transferów, które chcieliśmy przeprowadzić, było ciężkich ze względu na to, że Motor wrócił do ligi po wielu, wielu latach nieobecności. Piłkarze niezbyt dużo o nim wiedzieli. Tak to wygląda. Trudno było rywalizować nawet z kimś na polskim rynku.

Mieliśmy na przykład rozmowę dotyczącą Adriana Dalmau, którego zresztą ściągnąłem wcześniej do Korony i byliśmy z niego w Kielcach zadowoleni. Był gwarantem iluś tam bramek. Jak na liczbę rozgrywanych minut dobrze to wyglądało. Chcieliśmy go sprowadzić do Motoru. Zdawaliśmy sobie sprawę, że ściągamy Karola Czubaka i to transfer gotówkowy. Chcieliśmy go jako „jedynkę”. Dalmau miał być pewniakiem, jeżeli chodzi o zawodnika, który będzie wchodził z ławki. Oczywiście gdyby dobrze się prezentował i wygrywał rywalizację lub trener zdecydował się na ustawienie z dwoma napastnikami, to już od niego by zależało. Ale budowaliśmy to na takiej zasadzie i Adrian wybrał Piasta Gliwice. A Motor był już wtedy po całym sezonie w Ekstraklasie. Więc czasami te negocjacje były utrudnione ze względu na to, że mało kto wiedział, co dzieje się w Motorze, czy to jest klub, który będzie się rozwijał i może utrzymać się w Ekstraklasie.

Pewnie pod niektórymi względami Motor musi dalej gonić, ale wydaje się, że jeśli chodzi o wiarygodność dla graczy, zyskuje z każdą rundą.

Rozwój sportowy to jedno, ale ten na polu organizacyjnym w klubie jest ogromny. Porównuję tu czas, gdy przyszedłem do klubu i gdy odchodziłem. To się ciągle zmienia i mam na myśli choćby remonty pomieszczeń, których prezes Jabłoński mocno pilnował. Pokój trenerów, siłownia, gabinet fizjoterapeutów. Ten klub naprawdę się rozwinął i myślę, że teraz łatwiej ściągać piłkarzy. Oczywiście zawodnicy patrzą też na finanse. Jest wiele klubów, które płacą zdecydowanie więcej, niż robi się to w Motorze i zazwyczaj to jest coś, co determinuje wybór.

Wspomniałeś o Karolu Czubaku, ale zanim on, chciałbym zapytać o Jeana-Kévina Augustina. Były zawodnik Paris Saint-Germain i młodzieżowy reprezentant Francji przyszedł, żeby się odbudować. To twój pomysł? Wspólny? Wierzyłeś, że to wypali?

To był mój pomysł. Piłkarz, którego dostaliśmy od jednej z agencji. Miał przerwę, nie grał. Udało się go ściągnąć, najpierw z nami trenował. Trzeba sobie powiedzieć jasno - zawodnik, który miał świetne CV, który potrafił grać w piłkę, natomiast problemem było przygotowanie fizyczne. I ja powiem szczerze, że gdyby on nie złapał tej kontuzji... To było tak, że zdobył bramkę w meczu domowym i później rozpoczął spotkanie z Pogonią Szczecin, doznając poważnej kontuzji, bodajże przywodziciela. I znowu wypadł. Byłem za tym, żeby Kevina zostawić, bo to nie było duże obciążenie finansowe dla klubu. Szczerze mówiąc, na jego przyjściu nie ryzykowaliśmy praktycznie niczym, bo ani za niego nie zapłaciliśmy, ani nie zarabiał dużych pieniędzy. Powiedziałbym nawet, że to były warunki zbliżone bardziej do II ligi niż do Ekstraklasy.

Nie było ryzyka. Podchodziliśmy do tego tak, że jeżeli wypali, będzie super, bo on jeszcze miał w sobie tę iskierkę, że chciał grać w piłkę. Natomiast przyszła kontuzja i podjęliśmy decyzję o rozstaniu. Tutaj akurat bardziej Mateusz obawiał się, że nie będzie w stanie go przygotować. Ale po głębszej analizie i zastanowieniu stwierdziłem, że rzeczywiście lepiej w to nie wchodzić. Bo nie wiedzieliśmy, ile znowu będzie potrzebował czasu, żeby wrócić do treningów. Dlatego nie przedłużyliśmy kontraktu.

Czubak, czyli bohater zeszłorocznego transferu. Zdaję sobie sprawę z tego, że gra zawodników jest szczegółowo analizowana i nie każdy musi wszystkim pasować, ale zawsze dziwiło mnie, że nikt z Ekstraklasy nie poszedł po niego mocniej jeszcze, gdy występował w Arce Gdynia. I nawet nie chodzi mi o to okno zwieńczone jego transferem do Belgii, tylko wcześniej. Opowiedz, proszę, coś o tym ruchu. Co zadecydowało, że wylądował właśnie w Lublinie?

Profilowo szukaliśmy takiego napastnika. Mieliśmy dwóch piłkarzy na liście - Czubaka i Dawida Kurminowskiego. Między nimi dwoma wybieraliśmy. Z „Kurminem” było trochę więcej problemów organizacyjnych, bo nie wiadomo było, na czym to wszystko stanie w Zagłębiu, dlatego poszliśmy w kierunku Karola. Nie ukrywam, że rozmawiałem z Mateuszem. On bodajże rok wcześniej też brał pod uwagę Karola, ale coś tam się nie zgrało. Ja uważałem, że to piłkarz, który ze swoim wykończeniem w polu karnym jest w stanie zdobywać w Motorze bardzo dużo bramek, bo ten serwis był i jest w drużynie na bardzo dobrym poziomie. Wiedziałem, że taki piłkarz będzie miał z tego korzyści. Wszystko zagrało. Negocjacje nie były łatwe, ale jego agencja dużo pomogła. Cały czas uczestniczyli w rozmowach. Prezes Jakubas zaakceptował finanse, które położyliśmy i teraz zawodnik się spłaca. Mam wrażenie, że Karol jest osobą, która jeżeli będzie się dobrze czuła w klubie, będzie zauważalny przez kolegów w zespole i zaakceptowany, to jest w stanie bardzo dużo dać. To coś, co widziałem w Motorze - że on się w tym klubie po prostu dobrze czuł.

Nazwałbyś go obecnie najlepszym napastnikiem w Ekstraklasie? Myślisz, że sięgnie po koronę króla strzelców i łączenie go z powołaniem do reprezentacji nie jest przesadzone?

Trzymam za to mocno kciuki. Osobiście bardzo lubię Karola, bo to jest skromny, fajny chłopak. Gdy jeszcze pracowałem w klubie, na meczu w Krakowie rozmawiałem z trenerem Urbanem. Znamy się, szanujemy i zapytałem, czy rzeczywiście jest to prawdą, że on jest w gronie obserwowanych zawodników. Trener odparł, że tak - obserwuje go, bo to wyróżniający się napastnik w lidze. Jeżeli będzie dalej strzelał, myślę, że dostanie powołanie. Dobry wiek, regularność, to czego chcieć więcej? Nie jedziemy na Mistrzostwa Świata. Jest teraz czas i przestrzeń, żeby sprawdzić piłkarzy, bo to, że dzisiaj Karol strzela regularnie w Ekstraklasie, to coś, co widzimy i jest na papierze.

Żeby ocenić Karola, czy pasuje do reprezentacji, trzeba go powołać. Bo dzisiaj mogę powiedzieć, że tak, ja bym go powołał. A trener Urban może mieć inne zdanie, choć wydaje mi się, że jest naprawdę blisko do tego, żeby zadebiutował w reprezentacji. Zdobywa bramki, a to jest chyba u napastnika najważniejsze. Rozmawiając z wieloma osobami, ekspertami, dziennikarzami, pytanie o Karola budzi trochę znaków zapytania u osób, które patrzą na jego styl. Pojawiła się jakaś taka łatka... Wiadomo, że w szatni pojawiają się różne żarty, ale finalnie uważam, że ten chłopak ma świetne wykończenie. To nie jest bardzo techniczny zawodnik, ale gdyby do obecnych umiejętności miał jeszcze technikę Messiego, to nie widzielibyśmy go dzisiaj w Ekstraklasie, tylko grałby w Hiszpanii. Oczywiście, że Karol nie jest kompletnym piłkarzem, ale to zawodnik z dużym potencjałem i z bardzo mocnymi stronami. W dodatku teraz też bardzo dobrze biega i trzeba tu pochwalić cały sztab, który podniósł jego wydolność i intensywność w bieganiu. Widać to choćby wtedy, gdy idzie do pressingu. Pożyteczny napastnik.

W kontrakcie Czubaka znajduje się jakaś klauzula dotycząca jego sprzedaży?

Nie, nie ma.

Jakbyś miał wymienić jakiś mniej oczywisty transfer do Motoru, który dobrze wspominasz, kogo byś wskazał?

Paskal Meyer. Kapitalny charakter. Świetny chłopak, naprawdę, powiem ci szczerze, ściągałem go z drugiego zespołu Kiel. Też przyjechał do nas na testy. Chłopaki go w momencie polubili. W żargonie piłkarskim - taki prawdziwek, prawdziwy chłopak. Wiem, że śmiali się, że dlatego go lubię, bo postawiłbyś ścianę, powiedziałbyś: „Biegnij” i on by w nią wbiegł. Wiem też doskonale, że kibice go bardzo polubili. Nawet obrazek z ostatniego meczu U-20, który był rozgrywany w Lublinie. Włączyłem sobie, jak poszedł podziękować kibicom, którzy skandowali jego nazwisko. Powiedział kilka takich miłych słów. Niezwykle wdzięczny chłopak. W momencie gdy odchodziłem, serdecznie mi podziękował, że go wyciągnąłem i dałem mu szansę. A do tego jest też bardzo pracowity. Lubię takich piłkarzy. Po prostu lubię piłkarzy, którzy nie kalkulują, idą na 100 procent. Trzymam za tego chłopaka mocno kciuki, bo też ma ogromną rywalizację. Może grać na lewej obronie, gdzie jest „Luberek”, który od dwóch sezonów w Ekstraklasie prezentuje bardzo dobrą, równą formę. Na środku obrony, z lewej strony, tak jak mówiłem, jest Brightcik, jest Hervé i on, więc wielka konkurencja. Ale fajnie, że udało się go wyciągnąć.

Zbigniew Jakubas lubi dyskutować na temat Motoru z różnymi osobami ze środowiska, w tym również z trenerami. Chyba sam wspomniał kiedyś o rozmowie chociażby z Aleksandarem Vukoviciem. Wiadomo, że dobrze znasz się z „Vukiem”. Był moment, w którym on czy też jakiś inny szkoleniowiec znajdował się naprawdę blisko podjęcia pracy w klubie?

Prezes Jakubas nie ukrywa tego, że rozmawia z trenerami czy też z różnymi innymi osobami, wręcz o tym mówi. Natomiast w momencie, kiedy pojawił się sygnał, że zagrożona jest pozycja Mateusza Stolarskiego, nigdy nie prowadziłem żadnych rozmów z innym trenerem, mimo tego, że z „Vukiem” się znam. Uważam, że byłoby to bardzo nie fair. Najpierw trzeba poinformować o czymś takim obecnego trenera. Zresztą powiedziałem prezesowi Jakubasowi, że jeżeli myślimy nad zmianą, musimy trenera Stolarskiego wziąć i powiedzieć: „Słuchaj, wyniki są niezadowalające, dajemy ci ultimatum, musimy widzieć poprawę”. I wtedy zaczynamy rozmowy. Później rozmawiałem z „Vukiem”. Sam mi przyznał, że rzeczywiście rozmawiał z prezesem Jakubasem i powiedział: „Szacunek, «Golo», że nie zadzwoniłeś do mnie, bo to pokazuje, że masz ogromny szacunek do pracy trenerów i nie robisz nic za plecami”. To było dla mnie ważne, bo tak zawsze to budowałem i chciałem, żeby później nie było jakichś niedomówień, że robiłem coś za plecami. To nie mój styl.

Patrzysz na Mateusza Stolarskiego jak na trenera, który w niedalekiej przyszłości może prowadzić topowe kluby w Polsce?

Trzymam za niego kciuki, bo widzę, że się rozwija. Nawet dzisiaj do mnie dzwonił. Pewnie będziemy się widzieć w Łodzi, bo Motor przyjeżdża na mecz z Widzewem. Widzę, że on uczy się na błędach. Potrafi to robić, a to jest rzadka cecha. Potrafi też o tych swoich błędach mówić. Na samym początku spadło na niego takie „boom”. Nagle działo się wokół jego osoby bardzo dużo. Przymierzali go tu, tam, a jeszcze nie miał licencji. Wszystko potoczyło się szybko. Spadło na niego wiele dobrych informacji, zrobiło się głośno i każdy człowiek może obrosnąć w takiej chwili trochę mocniej w piórka. Przełomem było, jak w zeszłym sezonie przegraliśmy trzy lub cztery mecze z rzędu. Długo rozmawiałem z Mateuszem. Mówiłem mu, że tak jest w piłce - dzisiaj jesteś bidakiem, a po czterech zwycięstwach będziesz bohaterem. I trzeba sobie z tym radzić. Zawsze musisz być taki sam, musisz być uczciwy wobec piłkarzy, mówić to, co naprawdę myślisz, ale też pokazywać pewność siebie. Tylko nie w takim złym znaczeniu tego słowa. Nie pycha, lecz pewność, że wierzysz w to, co robisz. Na przestrzeni roku i czterech miesięcy widziałem w Mateuszu ogromną zmianę na plus, że chce się rozwijać. Wierzę, że ten trener zrobi dużą karierę. Jest niezwykle pracowity. Słucha i rozmawia ze sztabem, a uważam, że po to się go ma, żeby rozmawiać i wyciągać od nich jak najwięcej. Nie obraża się na niego. Oczywiście jest wymagający i to on finalnie podejmuje decyzje. Niejednokrotnie mówiłem mu, że ten sztab jest bardzo rozbudowany. Szanuję to, że chce tak mieć, ale mówiłem mu: „Mati, to to bierzesz za to odpowiedzialność. Rozmawiaj z nimi, ale musisz to wszystko złożyć tak, żebyś finalnie był do tego przekonany”.

Wiem, że to wróżenie z fusów, ale znając klub od środka, myślisz, że Motor w ciągu trzech lat awansuje do europejskich pucharów?

Ciężkie pytanie. Kwestia tego, jakie będą nakłady finansowe. Widzimy, co dzieje się w polskiej lidze. Jeżeli prezes Jakubas będzie miał to z tyłu głowy i podniesie budżet klubu... Oczywiście nie chodzi też o to, żeby pieniądze były przepalane w głupi sposób. Czasami uda się ściągnąć zawodnika za 10 tysięcy euro miesięcznie i on będzie ciągnął wózek, ale jeżeli chcesz mieć więcej jakości, to trzeba za nią zapłacić i dać dobrą pensję. Jeżeli prezes będzie miał tego świadomość, a myślę, że widzi, co się dzieje i doskonale wie, że chcąc podnosić się krok po kroku, trzeba zwiększać budżet, to Motor ma szansę. Posiada bardzo dobrego trenera, dobry sztab, prezesa, który to trzyma i właściciela mającego możliwości finansowe. Do tego są kibice, którzy przychodzą na stadion. To też coś, o czym na pewno muszę wspomnieć, bo byli ogromnym wsparciem dla całego zespołu. W momencie, gdy przytrafił się słabszy moment, absolutnie nie było gwizdów, wyzwisk, tylko wsparcie. To ważne, że w klubie wiedzą, co przechodził, w jakim był momencie i gdzie jest teraz. Atmosfera na Motorze jest bardzo fajna i piłkarze to doceniają. Sam również na wielu meczach u siebie czy na wyjazdach czułem się bardzo dobrze. Kibice są za klubem, ale i za piłkarzami. Bo czasami są tylko za klubem i wtedy jest problem.

Obecnie jako dyrektor sportowy jesteś do wzięcia. Niedawno padła informacja, że twój powrót do Korony Kielce można nazwać przesądzonym. Można?

Odpowiem w ten sposób - mam dwie oferty z Ekstraklasy. Rozmawiam. Mam też propozycję z I ligi. Czas pokaże. Na pewno wrócę do piłki. Miałem sporo telefonów, rozmawiałem z paroma klubami i naprawdę się z tego cieszę. Natomiast żadna decyzja jeszcze nie zapadła. Oczywiście trzymam kciuki za Koronę. Spędziłem tam siedem lat jako piłkarz plus ponad trzy jako dyrektor. Przychodziłem, gdy drużyna grała w I lidze. Wszystko było na bieżąco, ale to były ciężkie czasy. Przez trzy lata wydałem na transfery może 100 tysięcy euro. Nawet chyba nie, z 300 tysięcy złotych. Za „Fornala” zapłaciliśmy grosze i chyba dwa jakieś ekwiwalenty. Były sytuacje, gdy musieliśmy ściągać piłkarzy, którzy zarabiali kwoty pierwszoligowe, a nie ekstraklasowe. Musieliśmy sobie z tym radzić i nikt nie narzekał, nie marudził. Zostawiliśmy klub w dobrej kondycji sportowej i również bez większych zaburzeń wewnątrz. Ale przyjście Łukasza Maciejczyka spowodowało, że stał się on wiarygodny. Przede wszystkim, jeżeli chodzi o to, że są pieniądze na transfery. Wydał na nie ogromne pieniądze. Są pieniądze na to, żeby płacić naprawdę bardzo dobre kontrakty zawodnikom i to nie jest informacja od kogoś z klubu, tylko taka krąży na rynku. Jak porozmawia się z agentami, to sami mówią, że zasoby finansowe w Koronie są obecnie bardzo duże.

Czyli na dzisiaj zdecydowanie nie ma takiej sytuacji, że jesteście w pełni dogadani? Bo taka sugestia się pojawiła.

Domyślam się, kto mógł to wrzucić, natomiast nie będę tego komentował. Słyszałem, że ja już miałem być w Krakowie. Albo w Rakowie, a tam nie było żadnych rozmów. Dziennikarze często lubią coś napisać, żeby się klikało. Jakieś zainteresowanie jest, ale na razie koncentruję się na tym, żeby obejrzeć naszą niezwykle ciekawą ligę do samego końca. Przyznam szczerze, że dawno czegoś takiego nie widziałem. Przez dwa lata walczyliśmy z Koroną o utrzymanie. Wiem, ile to kosztuje i waży, ale nie było czegoś takiego, że na tym etapie zespół z ósmego miejsca wciąż może spaść. Trzymam kciuki, żeby Korona zapunktowała i była jak najwyżej w tabeli, a jaki scenariusz napisze życie, to niebawem się przekonamy.

Drugi klub z Ekstraklasy, z którego masz ofertę, jest aktualnie w pierwszej dziesiątce tabeli?

Nie będę mówił, bo jak powiem, to wszystko będzie wiadomo (śmiech). Nie chcę odkrywać kart, bo piłeczka jest po mojej stronie. Trzeba być lojalnym w ustaleniach, obydwie strony wiedzą, że coś się dzieje.

Ale rozumiem, że latem można spodziewać się u ciebie nowego etapu?

Myślę, że tak. Ciągnie wilka do lasu. Nie ukrywam, że ta przerwa, która nastąpiła, trochę mi pomogła, bo mam tatę, który walczy z ciężką chorobą. Ten okres był dla mnie niezwykle ważny i mogłem oddać się w 100 procentach pomocy tacie. Teraz ciągnie mnie bardzo. Chciałbym pracować. Naprawdę byłem zadowolony z tego, co zrobiłem w Motorze i wcześniej w Koronie. Kiedyś już powiedziałem, że byłem niezwykle dumny z tego, że Mariusz Fornalczyk, którego ściągnąłem za nieduże pieniądze z Pogoni Szczecin, pobił później mój rekord transferowy, gdy sam kiedyś odszedłem do Steauy Bukareszt. To było coś pięknego, sentymentalnego. Nawet, jak ostatnio widziałem się z „Fornalem”, powiedziałem mu: „No widzisz, pobiłeś starego, który przez blisko 20 lat panował jako najdroższy transfer Korony. Mam satysfakcję, że to ja ciebie wypatrzyłem i cię ściągnąłem”.

Tak mi się przypomniało na koniec. Powiedz, jak to jest być zwykłym kibicem na Stadionie Narodowym.

Słuchaj, to była nieprawdopodobna historia. Siedzieliśmy z Matim i to zdjęcie obiegło internet. Miałem mnóstwo wiadomości. Wiadomo, podszedłem do tego humorystycznie. Gafa. Gafa i to duża (śmiech). Ale myślę, że premier nie zdawał sobie sprawy, kto za nim siedzi. Ja w ogóle też nie wyłapałem na początku, kto jest przede mną. Dopiero później dostrzegłem człowieka, który miał krótkofalówkę, a w uchu słuchawkę. Od razu mnie to ruszyło, że coś się dzieje i to raczej nie zwykły kibic. W końcu zobaczyłem, że siedzi premier. Ale sytuacja była naprawdę mega zabawna. Prezes Jabłoński i prezes Jakubas akurat też pojechali na ten mecz, tylko wydaje mi się, że oni wtedy byli u prezesa Kuleszy. Widzieliśmy się już po nim. Humorystycznie sobie powiedzieliśmy, że za chwilę dostaniemy jakieś wezwania, żeby wyjaśniać, jak to się stało (śmiech). Ale zabawnie, zabawnie. Fajnie to wspominaliśmy z Mateuszem.