„Tam jest miejsce Wisły Kraków i jej kibiców”. Maciej Sadlok o spadku i powrocie „Białej Gwiazdy” do Ekstraklasy
2026-05-15 18:06:16; Aktualizacja: 3 tygodnie temu
Maciej Sadlok rozegrał w barwach Wisły Kraków 231 meczów, po czym pożegnał się z klubem, wracając do Ruchu Chorzów. Na łamach Transfery.info porozmawialiśmy z 36-latkiem o „Białej Gwieździe”, ale również o jego obecnej przygodzie w szeregach Pasjonata Dankowice, z którym walczy o awans.
Maciej Sadlok rozegrał 231 spotkań w koszulce Wisły Kraków, a jego łączny dorobek w Ekstraklasie, w której występował również w trykotach Ruchu Chorzów i Polonii Warszawa, wynosi 364 mecze. W rozmowie z Transfery.info 15-krotny reprezentant Polski opowiedział o bolesnym spadku z „Białą Gwiazdą” z rodzimej elity i swoim odejściu z klubu, o tym, jak patrzy na jej powrót na najwyższy szczebel rozgrywkowy, krótkim pobycie w Sparcie Kazimierza Wielka, niedoszłych przenosinach do Rekordu Bielsko-Biała czy obecnej walce o awans z Pasjonatem Dankowice.
Mateusz Michałek, Transfery.info: Niedawno dołączył pan do Pasjonata Dankowice. Klubu mocno związanego z pańską rodziną. Tata Andrzej jest prezesem, a brat Wojciech rozegrał ponad 400 meczów. Jak się panu wiedzie w klasie okręgowej?
Maciej Sadlok (Pasjonat Dankowice): Wiadomo, że to była dla mnie nowość. Natomiast ja to środowisko dobrze znałem. To prawda, że brat długo tutaj gra. Chociaż do taty jeszcze trochę mu brakuje, bo wystąpił w ponad 600 meczach. Mamy dobrą drużynę. Szczerze powiem, że chłopcy potrafią grać w piłkę. Jesteśmy na pierwszym miejscu. Celujemy sobie spokojnie w awans. Odkąd przyszedłem, wygraliśmy wszystkie mecze. Wiadomo, że to już nie jest nic zawodowego. Bardziej uzupełnienie treningu, ale bardzo przyjemne.Popularne
Powiedział pan kiedyś, że tata poświęcił całe życie temu klubowi. Raczej nie jest to wyolbrzymienie?
Zdecydowanie nie. Tata oddał całe życie klubowi i całemu środowisku wokół niego. 50 lat nieprzerwanie jest prezesem. Trzeba też dodać, że jest prezesem społecznym i pracuje z ludźmi społecznie. Jak przychodził, to obiekt był... Można powiedzieć, że to w ogóle nie był obiekt, tylko jak on to mówi, dwie bramki i krowa na środku. Po wielu latach pracy powstało fajne zaplecze z trzema, praktycznie trzema i pół, trawiastymi boiskami pełnowymiarowymi. Warunki do rozwoju dla młodzieży są kapitalne. Podbeskidzie Bielsko-Biała również ma tutaj swoją bazę, więc myślę, że jak na tak małą miejscowość, to fajna sprawa i duże wyróżnienie. Tata ma już swoje lata, ale cały czas działa, stara się, pozyskuje środki, żeby klub dalej się rozwijał i mu to wychodzi. Dlatego duże słowa uznania dla niego w tym względzie.
Wygraliście dziesięć meczów z rzędu. Mówi pan, że celujecie w awans. Dla pana to już całkowita zabawa, czy jednak przez to, że walczycie o promocję wyżej, dalej pojawiają się większe emocje?
Wychodząc na boisko, człowiek zawsze chce wygrać. Będąc tyle lat w piłce na jakimś tam poziomie, to po prostu wchodzi w krew. Grając tutaj, staram się dawać, ile mogę. Ale również pomagać młodszym kolegom, żeby zbierali doświadczenie. Myślimy o awansie, bo po to się trenuje i gra, żeby zwyciężać i piąć się cały czas do góry.
Z rywalami jest głównie miło i proszą o zdjęcia, czy jednak na murawie próbują pokazać byłemu Ekstraklasowiczowi, że tutaj nie ma miękkiej gry?
Różnie się zdarza, ale głównie jest w tym wszystkim dużo szacunku. Są to osoby z regionu i raczej nie ma żadnych nieprzyjemnych sytuacji, wręcz przeciwnie. Spotykam się z miłymi gestami, lecz oczywiście wybiegając na boisko, każdy chce udowodnić, przechytrzyć i próbować przechylić szalę na swoją korzyść. To normalna, sportowa rywalizacja. Przed meczem czy już po nim przybijamy sobie piątki, z niektórymi zawsze można też porozmawiać. Cieszę się, że na koniec mojego grania, już nieprofesjonalnego, cały czas mogę przeżywać tak fajne rzeczy.
Ma pan nakreślony plan dotyczący definitywnego zawieszenia butów na kołku? W przypadku awansu będzie pan grał dalej?
Na razie tego nie analizowałem. Myślę, że w następnym sezonie dalej będę chciał grać w Pasjonacie. Chyba że, nie daj Bóg, coś będzie nie tak ze zdrowiem, bo wiadomo, że po tylu latach są różne defekty. Oczywiście ten trening jest już na zupełnie innym poziomie codziennym, więc organizm nie jest narażony na aż takie obciążenia. Mam też więcej czasu na to, by zadbać o ciało, bo grając na profesjonalnym poziomie, tak naprawdę go nie było. Jestem zadowolony, że mogę to tak połączyć - treningi w Pasjonacie, mecze, swoje rzeczy plus jakieś treningi indywidualne z dziećmi czy nastolatkami, które prowadzę. To już czas bardziej dla mnie.
Można powiedzieć, że to taki powrót do tego, w czym młodzi ludzie zakochują się w piłce? Wiadomo, że potem jest duża kariera i pieniądze, ale jednocześnie presja oraz nie zawsze same pozytywne emocje. Teraz pan może, a nie musi.
Poniekąd tak. Wywodzę się stąd, zaczynałem od małego trenować w Pasjonacie i odszedłem z niego, dopiero gdy miałem 17,5 roku. Spędziłem więc w klubie dużo czasu i mam z niego wiele fajnych wspomnień. Warunki, jakie tutaj miałem stworzone, były na tyle dobre, że nie musiałem szybko szukać żadnych innych klubów czy akademii, których zresztą wtedy aż tak wielu nie było. Czas pokazał, że rozwój w tym miejscu pozwolił mi potem wystartować w większych klubach. Najpierw przeszedłem do Ruchu Chorzów, Polonia Warszawa, znowu Ruch, Wisła Kraków, w której spędziłem dużo czasu... Cieszę się, że mogłem w nich występować.
Do Pasjonata wrócił pan bezpośrednio po przygodzie w Sparcie Kazimierza Wielka, z której finansowania w pewnym momencie wycofała się Carex Kopalnia Wapienia Iłża. Żałuje pan tego epizodu?
Może nie, że żałuję, ale myślałem, że to będzie wyglądało inaczej. Jak widać, klub był budowany trochę ze złej strony. Tak naprawdę bez fundamentów i skutki tego są, jakie są. Zostałem zapytany, czy nie dołączyłbym do zespołu, trochę też namówiony przez kolegów. Spędziłem tam niezbyt wiele czasu. Raczej nie żałuję takich decyzji. Przed jej podjęciem byłem świadomy tego, co robię. Dla mnie to kolejne doświadczenie. Takie granie jest za mną i na pewno nie wrócę do występów na dużo wyższych szczeblach. Raczej na 100 procent Pasjonat będzie ostatnim klubem, w którym będę grał. Myślę, że spokojnie mogę się pod tym podpisać.
Historia Sparty wyjątkowa nie jest, bo takowe przytrafiają się co jakiś czas. Najpierw projekt wygląda w porządku, pojawiają się większe pieniądze, czasem obok tego jakiś sukces, a potem nadchodzi tąpnięcie. Z czego to wynika? Ludzie porywają się z motyką na słońce i nie mają planu B?
Trochę tak było. Można powiedzieć, że gdy odszedł prezes, wszystko się posypało. Tak jak wspomniałem, klub nie miał pełnych fundamentów, żeby się tak szybko piąć. Bo to jest trochę jak z budową domu - zaczyna się od zera i buduje powoli, etapami. Raczej nie zaczyna się od okien czy murów, tylko fundamenty muszą być mocne, żeby to wszystko przetrwało. No i tam był właśnie taki przypadek, że nie przetrwało. Inwestor się wycofał i skutki są, jakie są.
Przed dołączeniem do Sparty łączono pana z Rekordem Bielsko-Biała. Faktycznie było blisko?
Było dość blisko, tym bardziej że jestem z tego regionu i do Bielska mam 15 minut. Była to w sumie jedyna opcja, którą brałem pod uwagę, jeżeli chodzi o profesjonalne granie. Nie wyobrażałem już sobie żadnych wyjazdów w Polskę czy zostawiania rodziny w domu, w którym mieszkam. Odbyłem bardzo fajne spotkanie z prezesem w Bielsku. Wydawało się, że wszystko będzie w porządku i dołączę do ekipy, lecz tak się nie stało. Wiem, że prezes bardzo chciał, żebym trafił do klubu, natomiast ówczesny trener nie widział mnie w zespole. Taka była decyzja z jego strony. Nie chodziło o kwestie finansowe, ponieważ nawet o nich nie rozmawialiśmy. Trzeba było się z tym pogodzić, ale nie rozpaczałem z tego powodu. W tamtym czasie byłem już trochę zmęczony ostatnimi latami. Teraz mogę powiedzieć, że chyba dobrze wyszło, że tak się stało.
Czym konkretnie był pan zmęczony? Chodzi głównie o rozłąkę z bliskimi?
To znaczy ja już choćby przez ostatnie trzy lata dojeżdżałem do Chorzowa, mieszkając w Wilamowicach. Spędziłem sporo czasu w aucie. Regeneracja, codzienne treningi, weekendy... To dawało się we znaki. Czułem, że potrzebuję więcej czasu na miejscu. Być w domu. Przyszedł wtedy czas rozstania z Ruchem. U jednego to przychodzi szybciej, u drugiego wolniej. U mnie myślę, że nadeszło średnio, nie jakoś drastycznie. Widocznie tak musiało być.
Niedawno upragniony cel w postaci awansu do Ekstraklasy wywalczył inny pański były klub, a mianowicie Wisła Kraków. Duża radość?
Powiem szczerze, że bardzo się cieszę. Może nie, że byłem tego pewny, ale oglądając jej grę, Wisła na to zasłużyła. Trochę starała się o awans i dobrze się stało, że taki klub wraca do Ekstraklasy. Tam jest miejsce jego, kibiców Wisły i całej otoczki, która jest w Krakowie. Teraz czekam jeszcze na drugi klub, który mam mocno w sercu. Wierzę, że Ruch wejdzie do baraży i potem sprawa pozostaje otwarta, co się może wydarzyć. Najlepiej by się stało, gdyby właśnie Ruch i Wisła znowu były w Ekstraklasie. Byłby to dla mnie szczęśliwy sezon, mimo że nie uczestniczę już w codziennym piłkarskim życiu tych klubów.
Chyba nie ma co dyskutować, że tak duże marki, jak Wisła i Ruch powinny grać w Ekstraklasie?
Bez wątpienia. Myślę, że to byłoby z korzyścią dla wszystkich, nie tylko dla tych klubów i ich społeczności. To byłoby dobre dla całej Polski. Takie firmy muszą być w Ekstraklasie. Czy to ogromna historia, czy kibice, którzy zresztą ostatnio pokazali, jak potrafią się spiąć na mecz między sobą i stworzyć widowisko. To jest rzesza fanów i ludzi oddanych swoim klubom. Zdecydowanie tam jest ich miejsce.
Z racji tego, że Wisła awans już ma, chciałbym skupić się trochę na niej. Czasami mówi się to, co ktoś chce usłyszeć, ale z pana wypowiedzi można było wywnioskować, że spadek „Białej Gwiazdy” naprawdę zabolał i mocno na pana wpłynął.
Oczywiście, że bolał. Po czasie emocje są mniejsze, natomiast coś takiego zostaje z człowiekiem do końca. Niestety tak się stało, że mój ostatni sezon w klubie był w naszym wykonaniu najsłabszy i przydarzyła się rzecz najgorsza w postaci spadku. Mimo tego ile rozegrałem dla Wisły meczów, jak wspaniały spędziłem w niej czas, ilu poznałem świetnych ludzi, spadek będzie bolał zawsze. Dlatego fajnie, że chłopcy wrócili teraz do Ekstraklasy. Mam nadzieję, że to, co wydarzyło się wcześniej, powoli będzie zamazywane. Nie takie firmy spadały, ale mimo wszystko to było ciężkie przeżycie. Każdego zawodnika czy sportowca coś takiego powinno boleć, ale myślę, że ludzie, którzy spędzili w klubie wiele lat, przeżywają to jeszcze inaczej niż ci występujący w nim przez rok czy półtora. Oni po prostu idą dalej swoją drogą. U mnie to się mocno odbiło.
Wiem, że to była decyzja głównie klubu, ale mimo wszystko po czasie nie żałuje pan, iż nie znaleźliście porozumienia i przestrzeni, by został pan w Wiśle po spadku? Nie było na to cienia szansy?
Z mojej strony wyglądało to tak, że pomimo tego, co się stało, wyraziłem chęć zmazania tej plamy i byłem gotowy na to, by powalczyć z powrotem o awans. To był dla mnie priorytet, wiedząc nawet, że już wcześniej miałem oferty dołączenia do innego klubu. Kompletnie tego nie rozpatrywałem. Mówiłem, że podczas sezonu nie będę ani z nikim negocjował, ani rozmawiał o zmianie klubu, ponieważ Wisła miała pierwszeństwo. Byli ludzie, którzy oczywiście chcieli, żebym był w klubie, ale byli też tacy, którzy stwierdzili, że po ośmiu latach to już jest czas, żeby się rozstać. Nowe rozdanie, nowa karta. Musiałem to uszanować, ale do siebie nigdy nie będę miał akurat o to pretensji, ponieważ tak jak wspomniałem, chciałem kontynuować grę w Wiśle. Jako osoba, która również przyczyniła się do spadku, chciałem to naprawić, lecz nie było mi to dane. Grając ostatni mecz w Krakowie, doznałem jeszcze ciężkiej kontuzji. To nie był łatwy czas. Spadek, uraz... Człowiek musiał myśleć, co dalej, ale wszystko skończyło się dobrze. Życie napisało taki scenariusz.
Który z trenerów za pana czasów dał najwięcej Wiśle?
Trochę trenerów się tam przewinęło. Myślę, że dużo drużynie i całemu klubowi dał świętej pamięci trener Smuda. Mieliśmy wtedy fajną ekipę. Czułem jego wsparcie. W bardzo ciężkim czasie zespołem zajmował się trener Stolarczyk. Widać było, że to jest pierwsza osoba, która idzie naprzeciw tym trudnym chwilom. I wtedy też tworzyliśmy fajną, zgraną drużynę. Oczywiście z dużymi problemami. Dobrą robotę robił trener Kiko Ramírez. Przy nim miałem chyba jeden z lepszych okresów w Wiśle. Świetnym szkoleniowcem był Adrián Guľa. Zawsze będę to podkreślał, że bardzo dobrze potrafił prowadzić zespół, ale w tamtym czasie na przykład w ogóle nam nie szło. Są różne zdarzenia i różne sytuacje. Każdy trener w danej chwili potrafił dawać coś innego.
Czyje treningi oraz metody wzbudzały największe zdziwienie i dlaczego pewnego szkoleniowca z Niemiec?
No tak, był jeszcze trener Hyballa (śmiech). On też dał coś klubowi. Jego początek był taki, że wszyscy byli zafascynowani i dla każdego to była nowość. Ale czas pokazał, że nie było na dłuższą metę. To poszło w złą stronę. Co nie zmienia faktu, że u trenera Hyballi zdobyłem doświadczenie, którego inny szkoleniowiec pewnie mógłby nie dać.
Każdy z nich był profesjonalistą, ale jeśli miałbym spojrzeć na prowadzone treningi i stricte umiejętności, to wyróżniłbym trenera Guľę, u którego notabene pod koniec nie grałem już wszystkiego, gdzie u innych występowałem praktycznie od deski do deski. Mimo to potrafię docenić jego warsztat trenerski.
W krakowskiej szatni miał pan styczność z wieloma zawodnikami. Kto zawsze robił na panu największe piłkarskie wrażenie?
To była szeroka grupa. Choćby stara gwardia, która już nie gra - Arek Głowacki, Paweł Brożek czy Kuba Błaszczykowski. Kuba wiadomo, co pokazywał swoimi umiejętnościami. Marcin Wasilewski, Jesús Imaz, Carlitos... Można wymieniać zawodników, z którymi gra w jednej drużynie, była przyjemnością. Każdy z nich to inny charakter. Cieszę się, że mogłem dzielić szatnię z tak doświadczonymi piłkarzami i dużo się od nich uczyć. To byli zawodnicy wielkiej klasy. Ich sukcesy czy liczby mówią same za siebie. Ale aspekt sportowy to jedno, a wiele osób mocno związanych z Wisłą, pokazało też, ile ten klub dla nich znaczy poprzez to, co dla niego zrobili.
Wymienił pan parę legendarnych nazwisk nie tylko w skali Wisły. Występy obok kogoś takiego wiązały się też pewnie z dużym szacunkiem.
Zawsze lubiłem takich zawodników i bardzo ich szanowałem. Nadal mamy ze sobą kontakt. To pokazuje, że więź z tamtych czasów pozostała mocna. Fajnie, że mogłem spotkać na swojej drodze takich piłkarzy.
Wiadomo, że nie ma co wrzucać wszystkich do jednego worka, ale na przestrzeni lat wartości towarzyszące szatni trochę się zmieniły. Nawet jeśli wciąż można mówić o szacunku, to pewnie w nieco innej postaci.
Coś w tym jest. Jestem z pokolenia, które przeżyło trochę starą szkołę, a jednocześnie miałem możliwość gry w nowszych czasach. Wszystko zaczyna się mocno różnić. Świat idzie do przodu. Myślę, że coraz mniej jest teraz szatni kultywujących pewne zachowania czy zasady, które tworzyły je kiedyś. Piłka idzie w nieco inną stronę. Niestety albo stety świat się zmienia. Gdy zaczynałem, jeżdżąc na mecze wyjazdowe, cały czas się ze sobą rozmawiało, grało w karty. Były trzy gazety, które krążyły po całym autobusie. Teraz wchodząc do niego... Na pewno rozmowy dalej są, ale jednak pierwsze co, to każdy jest w telefonie. Świat mocno zamknął się w mediach społecznościowych i da się to odczuć.
Dzisiaj trudniej byłoby się odnaleźć?
Mimo wszystko grałem już w czasach, gdy głowy siedziały w telefonach. Myślę, że dalej też potrafiłbym się dostosować. Ale niektóre rzeczy już mnie troszkę dziwiły. Niektórych pod koniec nie mogłem zrozumieć. Na pewno zaczynając teraz, nie miałbym doświadczeń, które przeżyłem kiedyś. Dlatego cieszę się, że mogłem zobaczyć oba te światy, przebywając w różnych czasach. Młodszych zawodników też trzeba zrozumieć. Tak po prostu funkcjonują i będą to robić. Nam starszym w pewnym momencie było trudno to zrozumieć, ale trzeba się dostosować do różnych sytuacji.
Uważa pan, że Wisła Kraków jest obecnie gotowa na rywalizację w Ekstraklasie?
Myślę, że jest gotowa. Patrząc na ostatnie spotkanie, byłem pod wrażeniem, jak ta drużyna funkcjonuje. Fajną pracę wykonuje trener Jop, któremu bardzo kibicuję. To świetna osoba i super, że dostał szansę na dłużej. Pokazał, że mu się ona należała i dobrze prowadzi ekipę. Na pewno jak każda drużyna będzie potrzebowała wzmocnień, trochę zmian i świeżej krwi, bo jednak Ekstraklasa to już wyższy poziom. Zobaczymy, jak Wisełka będzie się w niej sprawowała.
Do rywalizacji podejdzie jako beniaminek, ale coś mi się wydaje, że oczekiwania względem wysokich lokat od razu będą duże.
Na pewno. Nikt w Krakowie nie będzie myślał o tym, że Wisła jest beniaminkiem. Kibice będą wywierać presję, by z każdym grała jak równy z równym. Uważam, że stać ją na to. Klub z wielką historią musi wejść jak po swoje do ligi i tyle.
Wiadomo, że Jarosław Królewski lubi czasem poddymić w serwisie X, ale gdy pisze: „Nasze miejsce jest w Lidze Mistrzów” i że jeśli zdrowie pozwoli, to do 2030 roku jest to możliwe, pana zdaniem to coś realnego?
Wie pan, możliwe jest wszystko. Powiem szczerze, nie śledzę wpisów ani takich serwisów, natomiast - super, trzeba mieć marzenia i celować wysoko. Na razie myślę, że spokojnie krok po kroku trzeba budować dobrą drużynę, żeby stopniowo pięła się do góry. Ciężko wyobrazić sobie, by Wisła dwa czy trzy lata po awansie do Ekstraklasy grała w Lidze Mistrzów. Życzę jej tego, ale będzie to trudne do zrealizowania.
Jak pan patrzy na wieści dotyczące potencjalnego już oficjalnego wejścia finansowego do Wisły Wojciecha Kwietnia?
Na pewno byłoby to z korzyścią dla Wisły, nie da się tego ukryć. Widzimy, jak funkcjonuje prezes Kwiecień i na co może sobie pozwolić w świecie piłki. To bardzo ważne. Wiadomo też, że jest wiślakiem. Po prostu kibicuje Wiśle i ma ją w sercu.
Pan mógł trafić do jego Wieczystej Kraków?
Tak. Pojawił się temat Wieczystej. Ale to był właśnie sezon, w którym spadaliśmy. Nie wyobrażałem sobie w tamtym momencie prowadzić rozmów z innym klubem.
Ten sygnał z Wieczystej był konkretny?
Raczej wstępny temat, ale też do końca nie pamiętam. Wiem, że były zapytania. Myślę, że takie początkowe, bez konkretów.
Patrząc na liczby, trudno nie wymienić Ángela Rodado, ale ma pan może jakiegoś mniej oczywistego piłkarza z obecnego składu Wisły, którego szczególnie docenia?
W Wiśle jest dużo dobrych zawodników grających technicznie. Czy to środek pola, Igbekeme i Kacper Duda, czy młody Kuziemka, który fajnie się rozwija. Kuziemka i Duda to młodzi piłkarze, którzy już wyglądają na zawodników wiedzących, co chcą robić. Są młodzi, ale nie oznacza to, że niedoświadczeni. Po ich grze to doświadczenie widać. Kibicuję im. Mam nadzieję, że w kolejnym sezonie będą ciągnęli grę Wisły, jak w tym.
Wyróżniający się młodzi gracze są szybko łączeni medialnie z nowymi klubami. Dla Wisły chyba najkorzystniejsze będzie zatrzymanie ich przynajmniej na jeszcze jeden sezon i dopiero później ewentualna sprzedaż?
Też tak uważam. Dla klubu - to jedna sprawa, ale im również ogranie się na wyższym poziomie może sporo dać, poprzez co nie będzie też rewolucji i tylu zmian. Wiadomo, że jakieś korekty muszą być, ale po awansie drużyny, która zdobyła z przytupem pierwsze miejsce w lidze, uważam, że dobrze by było, żeby trzon został zachowany. Na pewno to będzie dobre i dla Wisły, i dla tych chłopaków.
Defensywa jest do wzmocnienia?
Wisła na pewno będzie szukała wzmocnień. Wiadomo, że obrona to musi być kolektyw, monolit, w którym nie ma zbyt wielu zmian. Korekty pewnie się pojawią, ale myślę, że mocno zostanie to w tym osobowym składzie.
Powiedział pan, że prawie na pewno pozostanie w Pasjonacie i w nim definitywnie zakończy granie. A ma pan dalej oferty?
Przed tą rundą były jakieś propozycje. Z wyższych, ale lokalnych lig. Natomiast taką decyzję podjąłem... Może też przez to, że była ta Sparta i nie wyszło. Nie chciałem znowu wylądować gdzieś na pół roku, poznawać nowego środowiska, po czym kończyć przygodę z klubem. Dlatego w ogóle się na tym nie skupiam i kompletnie nie biorę pod uwagę przenosin. Powiedziałem raczej na pewno, bo kiedyś jeszcze tak by się stało, że byłbym gdzieś indziej i mogłoby zostać to wyciągnięte, ale naprawdę nie myślę o zmianie środowiska.
Pojawiła się w ostatnim czasie opcja dołączenia do drugiego zespołu Wisły?
Nie. Nie było nic takiego.
Zastanawiał się pan w ogóle nad tym? Widziałem kiedyś parę komentarzy kibiców, że fajnie by było, stąd pytanie.
Miło, jeśli ktoś faktycznie gdzieś o tym wspomniał, ale nie przeszło mi to przez głowę. Może też dlatego, że taki temat nigdy się nie pojawił. Mogłoby być też ciężko ze względu na logistykę, ponieważ mam wrażenie, że czas dojazdu z mojej miejscowości do Krakowa ciągle się wydłuża.
Wiem, że pański syn próbuje swoich sił w piłce. Jak to aktualnie wygląda?
Syn ma teraz dziesięć lat. Przede wszystkim jest bardzo mocno zafascynowany piłką i cieszę się, że nigdy go do tego nie musiałem zmuszać. Wręcz przeciwnie - bardziej odganiać od niektórych rzeczy. Kocha piłkę, fajnie mu idzie, jest lewonożny tak jak tata, także zobaczymy, jaka to będzie przyszłość w jego wykonaniu. Na razie ma u nas stworzone bardzo dobre warunki i póki co, nigdzie go stąd nie wyciągam. Będę przyglądał się, jak się rozwija. Mam więcej czasu również dla niego, żeby to wszystko kontrolować, rozmawiać, pomagać w korektach, na meczach, w treningach. Przed nim długi czas, jeśli chodzi o pracę i obcowanie z piłką. Co z tej drogi wyniknie, nikt tego nie wie.
Jedna najważniejsza rada dla niego za parę lat. Taka dla kogoś pukającego do większej piłki. Co by to było?
Tego typu rozmowy już prowadzimy ze sobą. Staram się mu przekazać, że świat piłki nie jest łatwy. To trudna sprawa i żeby się przebić, nie jest wcale takie oczywiste. Możesz mieć talent, ale sam talent nigdy nie wystarczy. Pokora i determinacja w piłce są bardzo ważne. Plus twarde stąpanie po ziemi.
Pan w najlepszej formie czy Ángel Rodado w formie? Kto byłby górą w takim starciu?
Ojej... (śmiech). Myślę, że to byłby ciekawy pojedynek, tyle powiem. On by swoje pokazał i ja również. Ale do tego już nie dojdzie. Akurat grając przeciwko Ángelowi, to już nie był mój „prime”, więc tego nie możemy się dowiedzieć, ale ta walka była zawsze interesująca, typowo sportowa. Ángel jest fajną osobą, mieliśmy okazję rozmawiać ze sobą, życzę mu przede wszystkim, żeby wrócił do zdrowia i ciągnął Wisłę w kolejnym sezonie.














![Ireneusz Pietrzykowski wrócił do korzeni i ponownie rozdaje karty. „Chełmianka Chełm awansuje do II ligi” [WYWIAD]](img/photos/115529/170x113/ireneusz-pietrzykowski.jpg)
![„Pół roku temu karty rozdawaliśmy my, teraz rozdają je Czesi”. Piotr Klimek na gorąco po losowaniu Ligi Konferencji [WYWIAD]](img/photos/114567/170x113/taras-romanczuk.jpg)
















