To się nazywa udany powrót do Ekstraklasy. Damian Rasak o sile GKS-u Katowice i zmianach w lidze
2026-07-08 14:13:48; Aktualizacja: 1 dzień temu
Zimą Damian Rasak powrócił do Ekstraklasy, dołączając do GKS-u Katowice, który wypożyczył go z Újpestu. W rozmowie z Transfery.info zawodnik opowiedział o swojej przygodzie na Węgrzech oraz ostatnich świetnych miesiącach w wykonaniu zespołu z województwa śląskiego.
Po przenosinach doÚjpestu Damian Rasak rozegrał w jego barwach 37 meczów. Na łamachTransfery.info pomocnik ocenił dotychczasowy pobyt na Węgrzech,opowiadając choćby o oczekiwaniach w klubie czy sytuacji zBartoszem Grzelakiem i kibicami. Zimą 30-latek wrócił do Polski nazasadzie wypożyczenia do GKS-u Katowice, z którym niespodziewaniewszedł do eliminacji Ligi Konferencji. Kto wiedzie prym w szatnizespołu, jaka jest jego największa siła i jak wygląda współpracaz Rafałem Górakiem? Nie zabrakło również wątków wcześniejszejpracy z Janem Urbanem czy ostatnich ruchów w Ekstraklasie.
Mateusz Michałek, Transfery.info: GKS Katowice poinformował o artroskopii, którą przeszedłeś. Padła wiadomość o czterech-sześciu tygodniach pauzy, natomiast powiedz, czy to był planowany zabieg wynikający z wcześniejszych dolegliwości, czy w ogóle nie?
Damian Rasak (GKS Katowice): Nie było to planowane. Po jednym z treningów poczułem ból w kolanie. Próbowaliśmy zdiagnozować to z fizjoterapeutami, natomiast cały czas mnie ono bolało. Po dwóch dniach udaliśmy się na rezonans, zrobiliśmy też USG. Wyszło, że trzeba będzie troszeczkę wyczyścić kolano, żeby to się nie pogłębiało i skończyło się na tych czterech-sześciu tygodniach, a nie dłużej. Popularne
Okej, bo pojawiły się sugestie czy bardziej zapytania, że może to zabieg związany z jakimiś starszymi problemami. Takowe zdarzają się między sezonami.
W tym przypadku to nietrafiona teza. Ja przez całą swoją przygodę z piłką nie miałem praktycznie żadnych urazów, a jeśli chodzi o kolana, to nigdy mnie jedno czy nie drugie nie bolało choćby w takim stopniu, żebym zszedł z treningu. Było więc to dla mnie duże zaskoczenie, ale nie takie rzeczy dzieją się w piłce. Inni pauzują miesiącami, nawet latami. Tutaj jest tylko kilka tygodni. Zacząłem już rehabilitację i jestem pozytywnie nastawiony, że na początku sezonu znowu będę mógł pomagać drużynie.
Wiadomo, że szczegółowy termin powrotu wyjdzie z czasem, ale masz osobiście preferowany scenariusz, w którym faktycznie chciałbyś już ponownie pojawić się na boisku?
Mam nadzieję, że od początku sierpnia będę już brany pod uwagę przez sztab szkoleniowy i przede wszystkim dostanę zgodę od fizjoterapeutów oraz doktora. Liczę, że to będzie jak najszybciej, lecz żadnego „deadline'u” sobie razem z klubem nie stawiamy. Wiadomo, jak te kontuzje czasami wyglądają - jedni wracają dwa-trzy tygodnie szybciej, inni dwa-trzy tygodnie wolniej. Także na spokojnie. Jeśli trzeba będzie, opuszczę początek sezonu, a czy to będzie jeden, dwa czy trzy mecze, to zobaczymy. Później cały sezon będzie przede mną.
Z jednej strony mogło być gorzej. Z drugiej - pewnie tym bardziej szkoda, bo ominą cię eliminacje Ligi Konferencji, a przynajmniej ich część.
Udało mi się zrealizować małe marzenie, jakim było dostanie się do europejskich pucharów. Kolejnym byłoby zagranie w nich... Zobaczymy, czy będzie mi to dane. Przede wszystkim zobaczymy jeszcze, z kim dokładnie zagramy, bo przecież wciąż nie wiadomo, czy będzie to Hajduk Split, czy Žilina. Nie mogę się tego doczekać, mimo że pierwszy mecz i rewanż będę pewnie oglądał na trybunach. Wierzę, że w kolejnych spotkaniach będę już częścią zespołu na murawie.
Gdybyś miał określić jednym słowem miniony sezon, a w zasadzie rundę w wykonaniu GKS-u Katowice, bo trafiłeś do niego zimą, co byś powiedział?
Jeśli jednym wyrazem, to na pewno - niesamowita. GKS zimował w strefie spadkowej. Gdy do niego przyszedłem, mieliśmy już oczywiście kilka punktów przewagi nad zagrożoną strefą, ale można powiedzieć, że upatrywano w nas jednego z głównych kandydatów do spadku, a tutaj zdarzył się totalny „plot twist”. Drużyna niesamowicie wystrzeliła do przodu i zaczęła seryjnie zdobywać punkty. Piękna gra dla oka, dla kibiców, atrakcyjne mecze... Wszystko świetnie złożyło się w jedną całość i widzimy, dokąd nas to zaprowadziło.
Uwierzyłbyś, gdyby ktoś w lutym powiedział ci, że zespół wejdzie do pucharów?
Chyba nie będę tutaj świrował, że to żadne zaskoczenie albo, że było przed nami jeszcze pół sezonu, więc wszystko mogło się wydarzyć. Wydaje mi się, że wszyscy mieli w głowach głównie to, by się utrzymać. Nie oszukujmy się zresztą - wiele meczów mieliśmy o sześć punktów. Przegrana w danym spotkaniu znowu plasowałaby nas niżej w tabeli, z kolei zwycięstwo przez to, że była ona tak płaska, windowało nas parę pozycji w górę. Także z pewnością znalazłoby się parę kluczowych momentów i meczów mających wpływ na końcowy rezultat. To, że możemy skończyć w pucharach, zaczęło docierać do nas miesiąc, może dwa miesiące przed końcem, gdy sytuacja w tabeli trochę się uspokoiła i czołówka, to piąte miejsce, było naprawdę blisko. Dopiero wtedy w drużynie zaczęły pojawiać się nieśmiałe głosy, że kurczę, ale będą jaja, jak GKS zrobi puchary. No i wydarzyły się, można powiedzieć, piękne piłkarskie jaja z niesamowitą sprawą dla całej społeczności GKS-u Katowice.
Jeśli po takim sezonie można czegokolwiek żałować, to chyba tylko tego odpadnięcia z Pucharu Polski po kapitalnym widowisku z Rakowem Częstochowa?
Zgodzę się w 100 procentach. Bardzo mnie to zabolało, musiałem to przez kilka dni przetrawić. Finał na Stadionie Narodowym to byłoby coś pięknego i jakiś kolejny cel zarówno dla mnie, jak i pewnie innych chłopaków. Natomiast jak już odpadać z Pucharu Polski, to właśnie po takim meczu, takiej dramaturgii i zwrotach akcji. Wydaje mi się, że mogliśmy wrócić z Częstochowy z podniesioną głową, choć wiadomo, że pojawił się niedosyt. Wiedzieliśmy, że byliśmy centymetry, małe kroczki i detale od tego, żeby się w tym finale znaleźć. Bardzo szkoda. Szczególnie że byłyby to derby z Górnikiem Zabrze. Oprawa kibicowska i opakowanie meczu z pewnością byłoby fantastyczne. Patrząc na to, jak rozwija się klub, jestem jednak przekonany, że GKS niedługo znajdzie się na Narodowym.
Wiadomo, że jesteś w nim dopiero od kilku miesięcy, ale co odróżnia GKS od innych klubów, w których przebywałeś do tej pory?
Przede wszystkim bardzo rodzinna, przyjacielska atmosfera. Chciałbym to też dobrze ująć, ale w zespole nie ma gwiazd i złej energii. Często mówi się, że atmosfera buduje wyniki i to jest idealne stwierdzenie w naszym przypadku. Myślę, że pokazaliśmy, iż ta atmosfera i jedność może zaprowadzić nas naprawdę daleko. Mogę porównać to choćby do Górnika Zabrze. Tam oczywiście również była znakomita atmosfera. Było tam więcej zawodników z zagranicy, ale była świetna. Tutaj po prostu wchodząc do szatni, czuć, że można to zrobić bardzo łatwo. Wszyscy są
otwarci. Nie ma żadnych podziałów, z czym niejednokrotnie spotykałem się w szatniach.
A jak współpracuje ci się z Rafałem Górakiem i co najmocniej cechuje go na tle innych szkoleniowców, z którymi miałeś do czynienia?
Trenera Rafała Góraka przede wszystkim cechuje ogromna charyzma. Chęć dążenia do przodu oraz rozwój indywidualny, który cały czas wpaja nam do głowy i nam o tym przypomina. Jeśli chodzi o aspekty taktyczne, to na pewno model, który ma ustalony ze swoim sztabem szkoleniowym i którego się trzyma. Nie wariuje, gdy wynik jest negatywny i jednocześnie nie buja w obłokach, gdy wygląda pozytywnie. To wszystko jest naznaczone nieustanną pracą oraz samodoskonaleniem się. Tak bym opisał trenera, bazując na tym, jak poznałem go przez te sześć miesięcy. Myślę, że to bardzo ważne aspekty, które niejednego mogą doprowadzić do ogromnych sukcesów.
Jaki jest na co dzień, poza treningami? Można porozmawiać nie tylko o piłce, czy jednak trzyma dystans?
Pół na pół. Trzyma pewien dystans na linii trener-piłkarz, natomiast, gdy ktokolwiek ma sprawę boiskową lub pozaboiskową, chce udać się do jego gabinetu, zamienić parę zdań, czegoś nie wie i chce się dowiedzieć, szkoleniowiec jest pierwszym, który przyjmie z otwartymi ramionami i taką rozmowę przeprowadza. Wydaje mi się, że jest to fajnie skalibrowane. Jest respekt w obie strony, ale również otwartość.
Pozytywnie wypowiedziałeś się na temat szatni GKS-u. Kto wiedzie w niej prym? Przy kim nie da się nie uśmiechnąć?
Prym wiedzie wielu zawodników, lecz taka pierwsza postać, która przychodzi mi na myśl, to Erik Jirka. Od pierwszej minuty po wejściu do szatni potrafi rozbawić nas wszystkich żartem czy swoim zachowaniem. To chyba najbardziej pozytywna i zabawna osoba, jaką miałem okazję poznać w piłkarskiej szatni. Niesamowity gość. Ale naprawdę jest wielu chłopaków. Alan Czerwiński, Lukas Klemenz... Wielu z nich potrafi rozluźnić atmosferę. Powiem tak, w szatni GKS-u nie ma nudy. Ktokolwiek do niej przychodzi, z pewnością to potwierdzi. Są przecież również Adrian Błąd czy Arek Jędrych, którzy przebywają w tej szatni już bardzo długo i znają ją od podszewki. Dzięki takim postaciom jak oni jest fantastycznie.
Kogo wziąłbyś ze sobą na przysłowiową bitkę pod remizą?
(śmiech) Do niedawna na pewno Konrada Gruszkowskiego, który odszedł do Arki Gdynia. Teraz zważywszy na warunki fizyczne, wybrałbym chyba kogoś z dwójki Arek Jędrych, Lukas Klemenz. Wydaje mi się, że niejednego gościa mogliby poskładać.
Chyba znam odpowiedź, ale który z zawodników robi na tobie największe wrażenie pod względem piłkarskim?
Bartkowi Nowakowi już wszyscy słodzą, ale jeśli chcecie, żebym dołączył do tego grona, to proszę bardzo. Oczywiście, że Bartek. Od kilku lat prezentuje fantastyczny, równy poziom. A może nawet właśnie niekoniecznie równy, bo z roku na rok jest coraz lepszy. Zobaczymy, co pokaże w tym sezonie. Bartek jest takim małym czarodziejem potrafiącym zrobić coś z niczego. Nawet jeśli czasem może wydawać się, że jest poza grą i nie ma tylu piłek, ile sam by pewnie chciał, to wystarczy jedno, dwa podania, które dostarcza zawodnikom i przekłada się to na asysty oraz piękne gole. Muszę jednak wspomnieć też o progresie, jaki zrobili zawodnicy, którzy są od dłuższego czasu w GKS-ie. Mam tutaj na myśli raz jeszcze Arka Jędrycha, Marcina Wasielewskiego czy Alana Czerwińskiego. To pokazuje, że w każdym wieku, z biegiem lat, można się cały czas doskonalić. Są tego świetnym przykładem.
Ostatnie pytanie z wyliczanki. Jakbyś miał wskazać kogoś na zewnątrz niedocenianego. Kogoś, o kim za rok-dwa będzie można mówić zupełnie inaczej, niż robi się to obecnie, to kto przychodzi ci na myśl?
Jestem bardzo dużym fanem Marcela Wędrychowskiego. Nie chodzi o to, że jest niedoceniany, ale widzę, co robi na treningach, jaki ma drybling, jaki jest przebojowy i odważny w swoim graniu. Uwielbiam takich nieszablonowych zawodników, jakimi są również choćby Bartek Nowak czy Eman Marković. Niedoceniany to może złe słowo, ale taką perełką, gwiazdką, która może jeszcze zabłyszczeć, jest właśnie Marcel. Wiadomo, w jego wieku potrzebna jest przede wszystkim regularna gra, natomiast GKS będzie teraz walczył na trzech frontach i mam nadzieję, że niejednokrotnie będzie miał okazję do pokazania się. No, a co zrobi z tymi słowami, to zobaczymy. Nie chcę go też nadmiernie pompować, a zagra parę meczów i będzie źle wyglądał (śmiech). Mam nadzieję, że udowodni wszystkim, że jego umiejętności są na wysokim poziomie i ma niesamowitą jakość.
Poprzedni sezon zakończył w najlepszy możliwy sposób.
Wierzę, że w nowy sezon wejdzie tak samo dobrze, jak skończył ostatni. Dał nam marzenia i sukces. Strzelił pięknego gola. Pięknego i niespodziewanego, bo bramkę zdobył prawą nogą, gdzie ja nie widziałem Marcela, żeby prawą nogą kiedykolwiek kopnął piłkę. I wydarzyło się to jeszcze u niego w Szczecinie. Świetna historia. Będzie miał co opowiadać. Ale tak jak powiedziałem, to już historia. Liczę na to, że w nowym sezonie będzie pokazywał się jeszcze lepiej.
Kilka miesięcy temu pojawiły się informacje łączące cię z Koroną Kielce, co sam zdementowałeś. Potem nastąpiła cisza, po czym nagle ogłoszono twoje wypożyczenie do GKS-u. Wiadomo, że w grze były również inne rodzime kluby. W Újpeście doszło wtedy do zmian. Co było decydujące w tym powrocie do Polski?
Kluczowe było właśnie to, że do Újpestu przyszedł nowy dyrektor sportowy i trener. Myślę, że gdyby nie doszło do tak głębokich zmian, do tej pory bym tam był. Bo ja nie planowałem zmiany, to na pewno. Z tego, co zostałem poinformowany, klub również nie planował transferu mojej osoby. Natomiast jak to w piłce bywa, sytuacja potoczyła się bardzo szybko. Nieoczywiście. Finalnie dostałem informację, że w rundzie wiosennej będę mógł liczyć na mniej minut, więc taką też wiadomość przekazałem mojemu agentowi. On przedstawił ją z kolei klubom z Ekstraklasy. Parę się odezwało. GKS okazał się zdecydowanie najbardziej konkretny. Nie ukrywam tego, że miałem też dużo rozmów z dyrektorem sportowym Wisły Płock, natomiast wcześniej spędziłem tam już ponad pięć lat. Stwierdziłem, że jeśli mam wracać do Polski, chciałbym spróbować czegoś nowego. Pojawił się GKS. Odbyłem wiele rozmów z trenerem oraz dyrektorem sportowym. Wyłoniła się z nich wizja klubu, który chce się rozwijać. Z fantastycznym nowym stadionem, boiskami treningowymi, zapleczem. Wszystko w tym ruchu się zgadzało. Byłem jak najbardziej na tak. I fajnie, że kluby sprawnie się między sobą dogadały odnośnie rocznego wypożyczenia. Żadna ze stron nie robiła problemów. Szybko mogłem cieszyć się z przeprowadzki na Śląsk.
W rozmowie z 365dniopilce.pl powiedziałeś, że trochę inaczej wyobrażałeś sobie przygodę na Węgrzech. Dotyczyło to już zimowego powrotu do kraju, czy jednak szerzej, całego pobytu i może tego, że niekoniecznie dobrze się tam czułeś?
Przede wszystkim spodziewałem się lepszej gry i większych sukcesów w naszym wykonaniu, jeśli chodzi o Újpest. Przyszedłem tam na rundę wiosenną i pierwsze pół roku nie potoczyło się tak, jak wszyscy chcieli. Skończyliśmy w połowie tabeli, podczas gdy celem było TOP 4, by dostać się do europejskich pucharów. Także nie został on osiągnięty. Ambicje były duże, natomiast czasami one nie pokrywają się z siłami. Jak to się mówi, trzeba mierzyć siły na zamiary. Tam chyba troszeczkę tego zabrakło, bo nie mieliśmy tak mocnej kadry, żeby powalczyć o coś więcej. Z kolei następne pół roku, już jesienią, wiązało się z wieloma roszadami w zespole. Zmienił się trener. Było sprowadzonych kilku zawodników, ale na początku też dało się dostrzec, że to nie idzie w taką stronę, której wszyscy od siebie oczekiwali. Więc chodziło mi bardziej o stabilność zespołu. O lepsze wyniki przede wszystkim sportowe. O większą liczbę zwycięstw i lepszą grę.
Liga węgierska nie należy do łatwych. Jest wiele walki. Jest dużo mniej jakościowa niż Ekstraklasa szczególnie teraz, gdy widzimy, co się w niej dzieje, natomiast nie grało się tam łatwo. Bardzo częste krycie jeden na jeden, gdzie nie każdy zawodnik to lubi.
W Újpest zainwestował gigant paliwowy. Były duże oczekiwania, tymczasem dwukrotnie skończyło się na siódmym miejscu. Roszady oczywiście na to wskazują, natomiast tak całościowo odebrano to jako porażkę?
Tak. Oceniano to jako dużą porażkę. Prezes niejednokrotnie przychodził, rozmawiał z nami na temat wyników, pytał, co się dzieje, czy coś jest nie tak i czy w czymś może pomóc. Jeśli chodzi o to, jak MOL zaopiekował się zespołem, klubem, stało to na najwyższym poziomie. Finanse bardzo się zgadzały i również ludzie, z tego, co ich poznałem, byli tam bardzo ambitni. Coś nie zagrało. Czasami tak jest w piłce, że jak coś nie styka, pojawiają się gorsze wyniki, duża frustracja i tak dalej. To nie idzie ze sobą w parze i tam tak było.
Początkowo współpracowałeś w klubie z Bartoszem Grzelakiem, obecnie trenerem Cracovii. A jeśli chodzi o zawodników, kogo ewentualnie poleciłbyś polskim klubom spośród graczy będących w zasięgu Ekstraklasowiczów?
W środku pola zazwyczaj miałem przyjemność grać razem z Francuzem Tomem Lacouxem. To bardzo dobry, solidny, dobrze wyszkolony technicznie zawodnik, który z powodzeniem mógłby radzić sobie w Ekstraklasie. Mimo wieku zwróciłbym również uwagę na Matiję Ljujicia, który jest Serbem. Grał na pozycji dziesięć-osiem. W tym roku skończy chyba 33 lata, ale umiejętności piłkarskie, charyzma, zaangażowanie i mental - wszystko ma na fantastycznym poziomie. Do tego świetnie ułożona lewa noga. Jeśli miałbym polecić jakichś zawodników, to właśnie tych. Był jeszcze napastnik z Chorwacji Fran Brodić, który wykręcał świetne liczby. Najpierw w Dinamie Zagrzeb, a potem w Újpeście, ale później wypadł przez kontuzję, co go troszeczkę wyhamowało.
Jak w ogóle mieszkało ci się w Budapeszcie? Urzekło cię czymś to miasto, czy raczej nie jesteś osobą zwracającą uwagę na takie aspekty?
Chyba nikogo nie zaskoczę. Budapeszt to przepiękne, duże miasto. Zdecydowanie było, co robić. Wielu rzeczy z żoną pewnie nawet nie zobaczyliśmy, mimo że przebywaliśmy tam przez rok. Świetnie nam się żyło. Pod tym względem naprawdę nie mógłbym powiedzieć złego słowa. Także, jeśli ktoś ma ochotę i czas wybrać się, zobaczyć, jak wygląda Budapeszt, zawsze będę polecał, bo to piękne miejsce.
Wspomniałeś o rozmowach z prezesem. Wparowywał do waszej szatni i przypominało to przeróżne ligowe historie z naszego podwórka sprzed lat, czy jednak wyglądało to inaczej?
Wparować do nas raz czy dwa to chcieli kibice z chęcią postawienia co niektórych do pionu. Natomiast prezes, gdy przychodził, zdecydowanie próbował dojść do nas słowem niż krzykiem czy groźbami. To człowiek z klasą. Widać było zresztą, że bardzo zależało mu na sukcesie Újpestu. Pewnie nadal zależy, bo cały czas tam jest. Ostatnio znowu doszło do kilku transferów. Jakby nie patrzeć, do czerwca przyszłego roku pozostaje ich zawodnikiem. Także oczywiście obserwuję i jestem ciekaw, jak to dalej pójdzie.
Z tymi kibicami było groźnie czy sytuacja raczej pod kontrolą?
Niby pod kontrolą - oczywiście była ochrona i ich uspokajała, lecz gdyby chcieli w nas wparować, czy wparować w trenera Grzelaka, który wtedy do nich wyszedł i pokazał to, jak trener powinien się stawiać za zespołem... Niejeden by się schował i pewnie nic nie powiedział, a trener Bartek poszedł tam i wykazał się ogromną odwagą. Dostał milion obelg w swoją stronę, natomiast mi to wtedy zaimponowało. Pewnie gdyby chcieli, mogli by nas rozbić. Wiadomo, jak to bywa z kibicami, którzy mają przewagę liczebną, ale wydaje mi się, że nie o to chodzi. Skończyło się na intensywnych obelgach i groźbach typu, że jak zaraz nie wygramy jakiegoś meczu, to skończy się to... Wiemy, jak te miłe pogawędki z kibicami wyglądają.
Czyli szkoleniowiec wtedy mocno zaplusował w oczach zawodników?
Na pewno. I to bardzo.
Wiem, że obecnie to spekulacje, ale masz w głowie jakiś scenariusz na następną zimę? Wyobrażasz sobie w ogóle jeszcze powrót na Węgry?
Przede wszystkim to już nie ode mnie zależy, czy tam wrócę, czy nie. Po pierwsze, jeśli GKS nie zdecyduje się na wykupienie mnie, cały czas będę zawodnikiem Újpestu. Jeżeli w takim przypadku Újpest na koniec roku czy na początku nowego powie mi: „Damian, nie masz po co do nas wracać, lepiej znajdź sobie nowy klub i rozwiążemy kontrakt”, to nie będę miał wyboru i będę musiał czegoś szukać. Może być też tak, że GKS zdecyduje się na wykup. Opcji jest wiele. Czy wrócę do Újpestu? Ciężko powiedzieć. Jeśli miałbym obstawiać w tym momencie, to może być o to ciężko, ale zobaczymy. Niczego nie mogę być pewien.
Patrząc na to, że kontrakt obowiązuje do 30 czerwca 2027 roku, zakładam, że klauzula wykupu nie jest zaporowa. Chyba że się mylę?
Raczej każdy klub w Ekstraklasie byłoby na nią stać.
A wyobrażasz sobie na przykład dalszy, wieloletni pobyt w GKS-ie?
Jak najbardziej. Oczywiście, że sobie wyobrażam. Czuję się bardzo dobrze w tym zespole, czuję się jego częścią. Natomiast ja mogę sobie wyobrażać wiele rzeczy, a finalna decyzja będzie po stronie klubu. Mam dobre stosunki z trenerem Górakiem, z dyrektorem sportowym Dawidem Dubasem oraz prezesem. Wydaje mi się, że pewnie przyjdzie taki czas, że usiądziemy i poznam decyzję. Aktualnie nie chcę tego analizować, bo na razie zamartwiam się kolanem, mimo że mam nadzieję, że to będzie krótka przerwa od gry. Absolutnie się na tym nie skupiam. Nie wybiegam zbyt mocno w przyszłość, bo w tym momencie to po prostu nie ma sensu.
Jeszcze przed przenosinami na Węgry przez media w kontekście zainteresowania twoją osobą przewinęło się trochę klubów. Na ostatniej prostej pojawiła się taka sugestia, że w tym gronie znaleźli się również przedstawiciele topowych polskich zespołów - Lecha Poznań, Legii Warszawa i Rakowa Częstochowa. Było to coś konkretnego?
Jakieś drobne zapytania o moją osobę z któregoś z klubów, które wymieniłeś, były, natomiast nie dostałem absolutnie żadnych informacji od swoich agentów, że zainteresowanie jest mocniejsze. Więc uznaję, że takiego konkretnego zainteresowania mogło nie być. Bo luźno zapytać można o każdego zawodnika do każdego klubu.
Jak jako wieloletni Ekstraklasowicz patrzysz na to, co dzieje się ostatnio w Ekstraklasie? Mam tutaj na myśli wzrost kwot transferowych, ale i kontraktów. Rekordy bije Widzew Łódź, lecz przecież nie tylko on.
Jestem bardzo dumny z tego, jak rozwija się nasza Ekstraklasa i cieszę się, że to wszystko idzie w tak pozytywnym kierunku. Liga wyraźnie się wzmacnia. W Ekstraklasie są coraz mocniejsze nazwiska i coraz więcej pieniędzy. Można powiedzieć, że zapoczątkował to Widzew, ale spójrzmy, chociażby na Koronę Kielce. Wydaje mi się, że nie tylko ja, ale 99 procent ludzi nie powiedziałoby, że będzie ona w stanie wydać na jednego zawodnika prawie dwa miliony euro. Zobaczmy, co przed chwilą zrobił Górnik Zabrze. Oczywiście klub przejął „Poldi”, teraz on jest właścicielem, ale też dopięli chyba transfery za około dwa miliony euro. To jest coś, co jeszcze dwa-trzy lata temu byłoby nie do pomyślenia. Teraz wydaje się to zupełnie normalne. To samo Lech Poznań, który zbroi się przed Ligą Mistrzów. Ma bardzo mocną kadrę i to już wychodzi poza ramy Ekstraklasy właśnie na europejskie puchary. To jest świetna sprawa. Przyznam szczerze, że jestem zajarany tym, jak to wygląda. Cieszę się, że wróciłem w takim momencie, gdy liga idzie do przodu. Nie zapowiadało się, że to się wydarzy w tak szybkim tempie. Widzimy, jakie pieniądze są przeznaczane na transfery i jak wyglądają pensje zawodników. Nie oszukujmy się, jeśli liga ma iść wyżej, po prostu wiąże się to z wydawaniem większych pieniędzy.
Nie mówię o największych gwiazdach ani o najbardziej perspektywicznych nastolatkach, którzy dalej będą łakomymi kąskami dla bogatszych klubów. Ale zgodzisz się, że dla pewnej grupy piłkarzy, jakby to nie zabrzmiało, ze środkowej ligowej półki łamanej na wyższą, korzystniej i wygodniej będzie teraz grać w Ekstraklasie niż iść za granicę?
Ciężkie pytanie, ale...
Oczywiście każdy przypadek jest inny, ale można przypuszczać, że w znacznym procencie tak to może wyglądać.
Dam przykład najlepszy, jaki znam, czyli swój. Oczywiście półtora roku temu też były transfery, ale jednak nie aż tak wielkie i podobnie z kontraktami. Gdyby wtedy było tak, jak teraz, uważam, że nie musiałbym wyjeżdżać gdziekolwiek za granicę z racji tego, że polskie kluby bez problemu byłoby stać na to, by zapłacić taką, a nie inną pensję. Wiadomo, są też ambicje, ktoś chce grać w lidze TOP 5 i tak dalej, ale wielu zawodników może okazać się na tyle wygodnych, że będzie wolało zostać w naszej Ekstraklasie, niż wyjeżdżać za granicę. Tutaj są na miejscu, w domu. Poza tym większość klubów gra już na pięknych stadionach. Jeśli ktoś nie ma potrzeby, żeby wyjechać, dla samego wyjechania, zwiedzenia ładniejszego miejsca na przykład nad jakimś pięknym morzem lub czegoś podobnego, to wydaje mi się, że większość wybierze Polskę.
Sam wspomniałeś o transferze Korony. Ta za rekordowe dla siebie pieniądze sprowadziła Patrika Hellebranda z Górnika Zabrze. Zaskoczył cię ten transfer?
Ostatnio porozmawialiśmy chwilę z Patrikiem przez telefon. Byłem w szoku. Wydaje mi się zresztą, że prawie wszyscy byli, gdy pewnego dnia rano zobaczyli tę wieść, że Patrik przenosi się do Korony. Nigdy nie będę oceniał zawodnika czy jego ruchu. Widocznie miał powody ku temu, by podpisać kontrakt z Koroną. Z tego, co mi wiadomo, Patrik jest zadowolony i dobrze czuje się w Kielcach. A to jest najważniejsze, żeby zawodnik dobrze się czuł. Z ocenianiem dlaczego to zrobił, czemu nie przeszedł do lepszego klubu, dlaczego nie za granicę, bo przecież miał i takie propozycje, czemu nie Widzew, bym się wstrzymał. Nie wiemy, jak wyglądały rozmowy z poszczególnymi klubami, a po drugie - co myślał o tym wszystkim sam Patrik. Ja cieszę się z tego, że jest szczęśliwy. Ze względu na to, jaką jest osobą, zawsze będę życzył mu jak najlepiej. Wracaliśmy zresztą do czasów wspólnej gry w Górniku i wspominaliśmy, jak świetnie nam się współpracowało na boisku. Śmiałem się do niego, że może kiedyś jeszcze będzie nam dane zagrać razem, ale to tak pół żartem, pół serio.
Zahaczę jeszcze o jeden wątek dotyczący Górnika Zabrze. Wiem, że Jan Urban powiedział to kiedyś z przekąsem i się przy tym uśmiechał, ale przepadasz za nim?
Jasne. Ta kwestia jest już wyjaśniona. Nie wiem, co do końca myśli trener, ale ja uważam, że mieliśmy bardzo dobre relacje, które były otoczone dużym szacunkiem. A to, że obaj mamy mocne charaktery... Mieliśmy może jedno czy dwa spięcia podczas całego mojego pobytu w Górniku, natomiast nigdy nie towarzyszył temu brak szacunku czy jakiekolwiek obelgi z którejś strony. Absolutnie nie. Zawsze to było z respektem i myślę, że trener wie, że darzę go ogromnym szacunkiem oraz sympatią. I mimo wszystko on mnie pewnie trochę też.
Bo ukazało się kilka wypowiedzi trenera na twój temat, które no właśnie niby były na śmiesznie, ale jednak w mojej ocenie towarzyszyło im coś jeszcze, co w sumie trudno mi dokładnie nazwać. Szpileczki to za dużo powiedziane, ale...
Wiem, o co ci chodzi (śmiech). Też to zauważyłem, ale to już jest trochę charakter trenera Urbana. Także różne wypowiedzi ze strony szkoleniowca mnie nie dziwiły. Ale zostawmy to. To już było dawno.
Reasumując, będziesz raczej dobrze wspominał tę współpracę?
Zawsze będę miło ją wspominał. Chyba mimo wszystko najlepiej z racji tego, że to za trenera Urbana miałem najlepszy okres w swojej karierze. Więc jeśli kogoś pod tym kątem miałbym wskazać, to właśnie jego. Bardzo mi pomógł w zrobieniu progresu.
W ogóle współpracowałeś z dwoma późniejszymi selekcjonerami, bo przecież był też Jerzy Brzęczek w Wiśle Płock. Widzisz jakąś część wspólną, która mogła doprowadzić ich do tej najważniejszej funkcji szkoleniowej w kraju?
Przede wszystkim to byli fenomenalni piłkarze, którzy znają się na swojej robocie trenerskiej. Wiedzą, jak podchodzić do zawodników, jak do nich dotrzeć, jak z nimi rozmawiać. Wydaje mi się, że to daje im przewagę nad innymi szkoleniowcami, którzy nie liznęli wcześniej europejskiej piłki. Myślę, że wskazałbym właśnie taką cechę. Nie będę już wspominał o charakterze. Obaj mają je mocne.
To może będzie trzeci? Rafał Górak kiedyś za sterami reprezentacji, widzisz to?
To nie byłaby niespodzianka. Trener Probierz, który był szkoleniowcem Jagiellonii Białystok czy Cracovii na naszym podwórku, jeszcze niedawno został selekcjonerem, więc dlaczego trener Górak miałby nim w przyszłości nie zostać.
A gdybyś ty odpowiadał za powołania, zaprosiłbyś na ostatnie zgrupowanie reprezentacji Bartosza Nowaka?
Bez dwóch zdań. Od razu. Bartek od lat trzyma świetny poziom, a zeszły sezon miał chyba najlepszy w karierze - musiałbym to jeszcze sprawdzić albo go zapytać. Dla mnie to nie podlega dyskusji, że tacy zawodnicy powinni być nagradzani powołaniem do kadry Polski. A to, czy on by potem wszedł na boisko na 15 minut, minutę, czy w ogóle by nie wszedł, to inna sprawa. Natomiast powołanie na 100 procent powinien otrzymać i wydaje mi się, że wielu ludzi by się ze mną zgodziło.
Czyli pod apelem do Jana Urbana w tej sprawie zdecydowanie byś się podpisał?
Mogę zaapelować do selekcjonera. Osób, które to robią odnośnie Bartka Nowaka, jest bardzo dużo. Mogę być tą milion pierwszą, która zaapeluje, by selekcjoner powołał Bartka przy pierwszej okazji.
To na koniec jeszcze krótkie pytanie o Ekstraklasę. Gdybym zapytał cię o najlepszego obecnie defensywnego pomocnika w lidze, kogo byś wymienił i dlaczego?
Patrik Hellebrand to ścisła czołówka, ale oczywiście są czy byli również inni. Choćby Juergen Elitim, który odszedł z Legii Warszawa. Zawsze bardzo mi się podobał, jeśli chodzi o czysto piłkarskie umiejętności. Miał dobrą technikę, świetnie ułożoną lewą nogę, przegląd pola. Ale w poprzednim sezonie chyba skradł to jednak Hellebrand. Zrobił to taką solidnością, progresywnością, jeśli chodzi o skuteczność podań i odbiory. Patrząc na Patrika oraz jego warunki fizyczne, ktoś by pewnie nie uwierzył, że to super defensywny pomocnik. A on wszystkie te opinie neguje. Pokazuje, że nie warto patrzeć wyłącznie na walory fizyczne, tylko na to, jak prezentuje się na boisku.























![Nowa obrończyni przy Łazienkowskiej. Tata ma blisko 300 spotkań dla Legii Warszawa [OFICJALNIE]](img/photos/120782/90x60/daria-sokolowska.jpg)


![Nowa obrończyni przy Łazienkowskiej. Tata ma blisko 300 spotkań dla Legii Warszawa [OFICJALNIE]](img/photos/120782/170x113/daria-sokolowska.jpg)





