Walczą o Ekstraklasę. „Mam nadzieję, że w tym sezonie to już będzie to”

2026-08-03 14:42:36; Aktualizacja: 1 tydzień temu
Walczą o Ekstraklasę. „Mam nadzieję, że w tym sezonie to już będzie to” Fot. KAI TALLER/ARENA AKCJI
Mateusz Michałek
Mateusz Michałek Źródło: Transfery.info

Występujący wcześniej między innymi w Stali Mielec, Górniku Zabrze i Ruchu Chorzów Robert Dadok w poprzednim roku trafił do Polonii Warszawa. W rozmowie z Transfery.info zawodnik opowiedział o stołecznym klubie, w tym pierwszym sezonie tam spędzonym, a także celach na nowy.

Robert Dadok ma nakoncie 137 meczów i 11 bramek w Ekstraklasie. Sporą część znich rozegrał w barwach Górnika Zabrze, gdzie współpracował zJanem Urbanem. W rozmowie z na łamach Transfery.info nie zabrakłowątku obecnego selekcjonera, ale również wielu tematów związanychz jego aktualną drużyną, a więc Polonią Warszawa. Jak to jest byćjej zawodnikiem, mając u boku derbowego konkurenta w postaci LegiiWarszawa? Czego najbardziej zabrakło w poprzednim sezonie do awansu? 29-latek opowiedział też o podejściu do klubu właściciela Grégoire'a Nitota oraz Łukaszu Zjawińskim, z którym grał już we wcześniejszych klubach.

Mateusz Michałek, Transfery.info: Przygotowania do nowego sezonu nie należały do najszczęśliwszych dla ciebie. Doznałeś urazu. Jak to dokładniej wyglądało i wygląda obecnie?

Robert Dadok (Polonia Warszawa): W pierwszym sparingu ze Zniczem Pruszków podkręciłem staw skokowy i wypadłem na dwa tygodnie, a w sumie można powiedzieć, że na trzy. Przez dwa nie robiłem nic na boisku, a potem miałem tydzień wprowadzenia i zakończyło się to jednym meczem sparingowym przed ligą.

Zagrałeś w spotkaniu premierowej kolejki I ligi z Puszczą Niepołomice, ale pewnie to jeszcze nie jest taka pełna forma fizyczna?

Jeszcze chwilkę trzeba poczekać, żeby było optymalnie. Mam małe deficyty nawet bardziej szybkościowe niż wydolnościowe, bo jednak te 77 minut z Puszczą rozegrałem. Wiadomo, że mecze z nią są specyficzne, ale nie było tak źle pod względem wydolności. Muszę jeszcze trochę popracować nad pierwszymi metrami i paroma innymi aspektami. Oczywiście to nie było też tak, że przez dwa tygodnie, gdy nie mogłem wychodzić na boisko i obciążać nogi, nie robiłem kompletnie niczego. Bawiliśmy się codziennie airbike'iem i tym podobnymi, żeby popracować interwałowo. Na tydzień przed ostatnim sparingiem wychodziłem na boisko dwa razy dziennie i siedziałem po parę godzin, żeby to nadrobić.

Porozmawiajmy o poprzednim sezonie. Co myślałeś w 90. minucie spotkania ostatniej kolejki z Odrą Opole? Że baraży nie będzie?

Szczerze mówiąc, w tamtym momencie trudno było myśleć, że wejdziemy do baraży. Gdy ktoś patrzy na to z boku, ma tętno spoczynkowe 50-60, pewnie mógł sobie mówić: „Kurczę, jeszcze mają szansę”. Oceniając to z boiska, w tym meczu wyglądaliśmy słabo. Fizycznie, ale też ogólnie średnio nam wszystko w jego trakcie wychodziło. Ja sam po wejściu na murawę z ławki po 20 minutach nie miałem takiej pary, by głęboko wierzyć w to, że odmienimy wynik po 90. minucie. Ale jedno zerwanie dało nam baraże.

W półfinale trafiliście na Wieczystą Kraków. Z jakimi nadziejami do niego podeszliście? Wcześniej w rundzie jesiennej wysoko z nią przegraliście. Na wiosnę udało się zrewanżować.

Dla nas to była super drabinka, żeby awansować do Ekstraklasy. Jesienią Wieczysta faktycznie nas zdmuchnęła, pokazując swoją ofensywną siłę, ale w drugiej rundzie po zgraniu się mecz był już bardziej wyrównany. To było fajne spotkanie, wygraliśmy bodajże 2:1 i przed barażami wiedzieliśmy, że znowu możemy z tą Wieczystą zwyciężyć. Bazowaliśmy na troszeczkę innych rzeczach - na wysokim pressingu, wybieganiu, mieliśmy też swoją jakość. Wiedzieliśmy więc, że możemy ją pokonać, a później w finale trafić na przykład na Chrobrego Głogów, z którym również wcześniej wygrywaliśmy. Drabinka była naprawdę korzystna, więc tym bardziej to później bolało.

Wejście do baraży rzutem na taśmę wiązało się z wielką radością, ale z drugiej strony - plan był pewnie taki, by zagwarantować sobie to miejsce wcześniej. Jak patrzysz na tę szóstą lokatę w tabeli? Była adekwatna do potencjału i siły zespołu?

Naszym problemem przede wszystkim było to, że mieliśmy sinusoidę wynikową. W pewnym momencie zanotowaliśmy serię dziesięciu meczów bez porażki, ale poza tym brakowało nam tego, by czasami złapać remis albo nie dawać sobie wyrwać zwycięstwa w meczach, w których dobrze wyglądaliśmy. Niestety zdarzało nam się tracić w ten sposób punkty. Na koniec to wyszło. Spójrzmy teraz na spotkanie z Puszczą - mecz walki, na styku, jak to zawsze z Puszczą na wyjeździe. Ale trzeba konsekwentnie dokładać ciut jakości, wychodzi wynik 0:1 i masz trzy punkty.

I właśnie o to chodzi w tej lidze, żeby - powiedzmy - ciułać punkty. Czasami przepchnąć, czasami, gdy masz super mecz, wygrać wyżej, ale w każdym spotkaniu wyciągać maksa. Nam tego w poprzednim sezonie zabrakło. Nie wiem, czy to przez mental, brak doświadczenia, czy jednego-dwóch zawodników, którzy czasami mogą dorzucić coś ekstra. Mam nadzieję, że w tym sezonie to już będzie to.

Polonia zajęłaby szóste miejsce, gdyby nie miała w swoich szeregach Łukasza Zjawińskiego?

Patrząc na to, co „Zjawka” robił w rundzie rewanżowej, gdy strzelał bardzo ważne gole, w dodatku w ostatnich minutach, co dawało nam punkty, pewnie nie.

Z jednej strony fajnie mieć superstrzelca, ale z drugiej, w momencie jego absencji lub odejścia mogą zrobić się ciężary.

Kwestia jest też taka, że nie mając... Chociaż jeszcze nie wiemy, czy nie mamy, bo może mamy...

Przed publikacją rozmowy może jakaś „dziewiątka” do was przyjdzie.

Możliwe, ale jest też u nas Kacper Kostorz. Gość strzelał 16 goli w drugiej lidze holenderskiej, grał w Eredivisie. Wiem, że cały czas pojawia się temat napastnika do Polonii, ale Kacper na pewno chce udowodnić swoją wartość i teraz to dla niego idealne miejsce, idealny czas. Więc ja bym też nie podchodził tak jednoznacznie do tej sprawy.

Bardziej zwróciłbym uwagę na aspekt rozkładania się bramek w zespole. Był oczywiście Ángel Rodado, ale na przykład Przemysław Banaszak miał mniej goli niż Zjawiński, tymczasem Śląsk Wrocław, w którym był pierwszą „dziewiątką”, awansował bezpośrednio do Ekstraklasy. Nie jest powiedziane, że napastnik w drużynie z awansem musi mieć powyżej 20 bramek. Niech zdobędzie dziesięć, ja dołożę dziesięć (śmiech), Simon Skrabb dołoży osiem-dziesięć i już się to rozłoży. Wydaje mi się, że dla zespołu rywala to może być trudniejsze, bo jest wtedy więcej zawodników, którzy mogą strzelić ci gola. A wykluczając jednego najlepszego strzelca, drużyna ma większy spokój. Pokryje dwa na jeden Zjawińskiego, a potem ma tylko jednego-dwóch, którzy mogą jeszcze ukłuć. Dorzucając dobry stały fragment w ofensywie plus dużą solidność w defensywie, to może zagrać.

Zjawiński przeniósł się do Legii Warszawa. Dobrze znasz Ekstraklasę, twoim zdaniem poradzi tam sobie i widzisz go na przykład w czołówce strzelców?

Czołówka strzelców, to ile będzie goli?

Pewnie nie byłby to absolutny top, ale zapytam o przedział 10-15 goli.

„Zjawka” jest w stanie strzelić powyżej dziesięciu goli w Ekstraklasie. Nie wiem, jak tam jest dokładnie ze stałymi fragmentami, w tym z rzutami karnymi i kto je będzie wykonywał. Ale uważam, że z samej gry też będzie w stanie przebić dziesięć bramek. Ja go dobrze znam. To był nasz trzeci wspólny klub i wiem, jaką pracę wykonał, jak się rozwinął i ile w to wszystko wkłada serca. Wiem, jakim jest teraz gościem, a jakim był, mając 17 lat, gdy spotkaliśmy się za pierwszym razem w Stalowej Woli. Jeżeli to będzie cały czas szło jak przez ostatnie lata, jestem spokojny, że sobie tam poradzi.

W takim razie co poszło u niego najbardziej w górę na przestrzeni tych lat?

Na pewno wyróżnia go to, że zaczął wykorzystywać swoje warunki fizyczne. To, że jest silnym, wysokim napastnikiem i w końcu strzela gole głową, czego wcześniej u niego nie było. Wystarczy zerknąć na jego zachowanie w polu karnym i agresywne wejście na piłkę, na wrzutki. Jak już go trafi w ten „telewizor”, to piłka idzie i nawet słychać, że to jest czyste, mocne uderzenie. Niejeden raz pokazał to w zeszłym sezonie.

Patrząc na ten styl, trafił obecnie chyba do najlepszego możliwego trenera. Zresztą nie bez przyczyny przeszedł właśnie do Legii.

To nie jest przypadek. Patrząc z boku, to idealny moment Legii dla takiego „Zjawki” czy Rafała Adamskiego. Wcześniej ona nie robiła transferów z I ligi. Umówmy się, pięć-sześć lat temu, gdy wchodziłem do Ekstraklasy, raczej nie patrzyła na zawodników z jej zaplecza albo robiła to bardzo rzadko. Teraz piłkarz z I ligi może się tam pokazać i jak widać po przykładzie Adamskiego, który strzelał ważne gole w drugiej części poprzedniego sezonu, obronić się piłkarsko oraz dobrze wyglądać.

A jeśli chodzi o ciebie, jesteś zadowolony z indywidualnych osiągnięć z poprzedniego sezonu? Zanotowałeś osiem trafień i pięć asyst. Masz może coś, z czego jesteś najbardziej dumny albo wręcz przeciwnie?

Jestem dumny z tego, że obroniłem się, schodząc z Ekstraklasy. Patrząc na zawodników robiących podobny krok, to nie jest takie zero-jedynkowe, że po przyjściu tam od razu będziesz grał szefa i rozdawał karty. Znalazłoby się mnóstwo przypadków, w których piłkarz po zejściu do I ligi z Ekstraklasy, gdzie wyglądał dobrze, rozegrał ponad sto meczów i miał całkiem niezłe liczby, po sezonie musi szukać nowego klubu, bo się nie obronił. Cieszę się, bo zrobiłem liczby w sumie najlepsze, jakie miałem. W końcu pokazałem też, że mogę grać na jednej pozycji. Wcześniej były różne tematy. Choćby wahadła, które oczywiście bardzo mi pasowało w Ekstraklasie. Ale były również tematy prawej obrony, „dziesiątki” czy skrzydła i tak naprawdę przez cztery czy pięć sezonów w Ekstraklasie grałem wszędzie. Chciałem to ustabilizować i złapać jedną pozycję, na której mogę się rozwijać. Trochę późno, bo mam 29 lat, ale to cieszy.

Ekstraklasa jest łatwiejsza do gry dla piłkarza o twojej specyfice, czy jednak to zbyt duże uproszczenie? A może jest odwrotnie?

W Ekstraklasie nie byłem zawodnikiem, pod którego ustawiali się piłkarze. Rozkładało się to jednak bardzo mocno na drużynę. Szczebel niżej to podejście jest nieco inne. I liga jest teraz mocna. Widać to zresztą właśnie po tym, jak schodzą do niej zawodnicy z Ekstraklasy. Zespoły z miejsc jeden-sześć są silne i rozgrywają wyrównane mecze. To tak, jakby walczyć o utrzymanie na pozycjach 12-18 w Ekstraklasie. W tym sezonie odpadła nam Wisła, która w poprzednim była trochę poza zasięgiem. To mocna ekipa wykraczająca poza I ligę, a przynajmniej tak czułem to z boiska. Wygraliśmy u nich jeden mecz, ale do osiągnięcia takiego wyniku musi złożyć się wiele aspektów. W rewanżowym spotkaniu pokazali, że to jednak inna liga. Ekstraklasa i to taka niezła. Myślę, że w tej chwili w lidze nie ma już takich wybijających się, bardzo mocnych zespołów. Poziom jest wyrównany. Każdy może wygrać z każdym.

Polonia Warszawa to zasłużony klub, którego od dłuższego czasu nie ma w krajowej elicie. Ciśnienie na powrót do Ekstraklasy wewnątrz niego jest bardzo duże?

Oczywiście, że tak. Prezes ma jasny cel. Inwestuje swoje prywatne pieniądze i to nie jest jakaś tam zachcianka. To projekt, by ruszyć do Ekstraklasy. I patrząc na ostatnie lata, klub z roku na rok się rozwija. Porównując nawet same kadry, to, co dzieje się w środku, powiedziałbym, że obecnie dochodzi do maksowania warunków, które mamy. Z tego, co wiem, nie ma większego wsparcia ze strony miasta. Są pewne problemy i jesteśmy tego świadomi. Przychodząc do klubu, wiemy, że nie wszystko w tym momencie przeskoczymy. Wierzę, że oprócz wzmacniania kadry, środków na wyposażenie fizjo, siłowni i tym podobnych, jest jeszcze duże pole do popisu. Wierzę, że po awansie klub rozwinie się również w innych aspektach i dostanie pomoc. Nie chcę w to wchodzić, ale mam na myśli dogadanie się z miastem, złapanie ziemi, zrobienie bazy. To kolejny krok, żeby Polonia poszła jeszcze do góry.

Jak to jest być w Warszawie graczem Polonii? Bo jednak każdy mówi tylko o Legii.

To całkiem inny świat, ale akurat aktualnie jestem z tego bardzo zadowolony, bo wiąże się ze spokojem. Nikt ci nigdzie nie zagląda i za bardzo nie kojarzy. Parę razy zdarzyło się, że ktoś mnie poznał, ale idąc do sklepu, jednak nikt nie patrzy do koszyka (śmiech), nie zaczepia i tak dalej. Zawodnicy z Legii mają w Warszawie zupełnie inne życie. My - względnie duży spokój.

Biorąc pod uwagę kibicowskie niesnaski, miałeś jakieś nieprzyjemne sytuacje z sympatykami Legii?

Nigdy nie zdarzyło się nic nieprzyjemnego. My też nie chowamy się po bunkrach, tylko normalnie funkcjonujemy. Myślę zresztą, że znalazłoby się paru kibiców Legii, którzy by mnie rozpoznali, bo kilka razy na Łazienkowskiej w przeszłości się zjawiłem w barwach Górnika Zabrze, Ruchu Chorzów czy Stali Mielec. Rywalizowaliśmy na boisku. Obecnie jest już trochę inaczej. Piłkarzy raczej się nie tyka, a przynajmniej tak mi się wydaje.

Ewentualnie czasem, ale to swojej drużyny.

Ale to mam nadzieję, że tylko w pozytywnych aspektach - porozmawiać i tak dalej. Ogólnie moje spojrzenie na piłkę jest takie, że czasami wychodzi to za mocno. Chodzi mi tutaj o emocje w kierunku niektórych zawodników. Taki bardzo świeży przykład Milety Rajovicia w Legii. Dla mnie to za mocne. Przytrafiają się ciężkie momenty, ale jestem za tym, by skupiać się na pozytywnych aspektach. Zawsze można normalnie porozmawiać, zrobić zdjęcie, zbić pionę. To zawsze fajne i jest jasną stroną tego wszystkiego.

Negatywne emocje często biorą się pewnie z tego, że wiele osób oczekuje wszystkiego na już.

Dobry start jest bardzo ważny i wiadomo, że najlepiej obronić się i pokazać swoją jakość od razu. Czasami to wymaga jednak czasu. Zbiegają się też różne czynniki. Ja każdemu zawodnikowi życzę, żeby bronił się od razu. Potem gra się łatwiej. Ludzie oceniają, że transfer się obronił i patrzą na ciebie inaczej. Bo jak przylepi się do ciebie pewna łatka... Tak jak mi kiedyś przyczepiła się zła łatka na początku w Górniku, tak teraz jest z Rajoviciem. I później bardzo ciężko jest się jej pozbyć. Nie wystarczy jeden mecz, nawet hat-trick i wszystko jest już dobrze. Trzeba podejść do tego konsekwentnie i każde spotkanie traktować trochę jako takie udowadnianie, że ty jednak zasługujesz na to miejsce. Może być i tak, że nie wystarczy na to pół sezonu. Nie chodzi nawet o to, czy ktoś siedzi w internecie i czyta komentarze. Jako świadomy zawodnik po prostu czujesz energię i to, czy jest wiara w ciebie, czy jednak jesteś skreślony.

Według ciebie Ekstraklasa potrzebuje Polonii w swoich szeregach? Warszawa potrzebuje jej na najwyższym poziomie?

W moich oczach - oczywiście, że tak. Warszawa to duże miasto i dwa kluby na szczeblu Ekstraklasy to takie minimum, patrząc choćby na to, ile na poziomie pierwszoligowym oraz ekstraklasowym jest ich ze Śląska. Albo na Kraków, który ma teraz trzech przedstawicieli w Ekstraklasie. W Warszawie panuje teraz monopol Legii. To główny zespół. Później jesteśmy my. Mamy znacznie mniej kibiców, ale Polonia to zasłużony klub z bogatą historią. Na pewno znalazłoby się wiele osób, dla których obecnie nie jest atrakcyjne chodzić na I ligę na starszy stadion. Ale uwierz mi, że w momencie, w którym masz Ekstraklasę, stadion nawet na osiem-dziesięć tysięcy, ten obiekt by się wypełniał. Jestem o tym przekonany.

Obecnie mowa o zupełnie innym poziomie organizacyjnym i budżetowym, ale wasz awans pewnie miałby jakieś oddziaływanie w legijnych gabinetach. Derbowa rywalizacja w jednej lidze czasami napędza.

Jasne. Pobudziłoby to trochę sportową rywalizację między klubami w Warszawie i byłoby to ciekawe. Dwa takie mecze w sezonie byłyby dużym wydarzeniem choćby dla samego Canal+, gdzie pewnie byłaby spora oglądalność.

Jak w ogóle żyje ci się w Warszawie? Lubisz to miasto?

Kiedyś kompletnie nie zwracałem uwagi na to, gdzie mieszkam. Jeździłem z żoną tam, gdzie dawali mi kontrakt. Również tam, gdzie były lepsze możliwości do tego, by się rozwijać. Ale przyszedł taki moment, gdy mając dwójkę dzieci, człowiek patrzy na pewne sprawy inaczej. Robi to pod nie i zwraca uwagę na to, gdzie realnie będzie im lepiej ze względu na większe możliwości czy łatwiejszą dostępność niektórych rzeczy. Nie ukrywam, że nie spodziewałem się tego, iż będąc ze Śląska, będzie mi się mieszkało w Warszawie tak dobrze. Jestem naprawdę zadowolony.

Jako piłkarze Polonii macie częsty kontakt z jej właścicielem Grégoire'em Nitotem? Należy mu się szacunek za odbudowę klubu, natomiast nie ma też co ukrywać, że jego drogi nie ze wszystkimi środowiskami są zbieżne.

Prezes bardzo tym żyje. Pojawia się na odprawach i treningach. Jest na wszystkich domowych meczach. Po każdym spotkaniu wyjazdowym też mamy od niego wiadomości. Takie podsumowania meczów - co mu się podobało, a co nie. Jest bardzo transparentny. To, co przekazuje nam, wrzuca również do mediów. Co roku ma swojego „Kickoffa”, gdzie rozmawia precyzyjnie na każdy temat, ile daje środków, co robi. Widać, że to nie jest zabawa, tylko realna praca i ma na to pomysł. Czujemy, że ma dużą ambicję.

Czyli można powiedzieć, że bezpośrednio trzyma pieczę nad wszystkim?

Ma swoje osoby, które również są decyzyjne. Podsyłają mu pomysły, rozwiązania, rozmawia z nimi. To zaufani ludzie, ale jednak ostateczne decyzje podejmuje on.

Zakładam, że widziałeś opublikowaną przez niego wiadomość po przegranym półfinale ostatnich baraży lub przekazał wam coś bardzo podobnego?

Tak jest. Jest transparentnie i w środku nie ma nic innego niż to, co wychodzi na zewnątrz, więc dostaliśmy te same wiadomości.

Dopytam o jedno. Pan Nitot pochwalił kibiców Polonii, ale jednocześnie dał do zrozumienia, że nie rozumie pewnych zachowań, a mianowicie przyśpiewek na temat Legii. Padły słowa, że czasami ma wrażenie, iż niektórzy chcą budować Polonię w opozycji do niej. Jak na to patrzysz?

Znam środowisko i wiem, że takie rzeczy się dzieją. To nic dziwnego ani nowego. Legia śpiewa na Polonię, Polonia śpiewa na Legię, Ruch na Górnika, a Górnik na Ruch i tak po prostu jest. Pojawia się niechęć do siebie, czasami mega nienawiść, ale to jest standardowa gra kibiców. Oni tym żyją. Wiadomo, że prezes ma swoje idee i widzi to w inny sposób. Jest idea „Czarni Kulturalni”, jest zamysł, żeby na stadionie było bardziej rodzinnie. Żeby nie było przekleństw, transparentów. To jest trudny temat. Ciężko, żeby tego nie było w ogóle.

Wspomniane hasło i akcja „Czarni Kulturalni” do ciebie przemawia?

Mając dzieci, perspektywa się zmienia. To jest fajna idea. Super, jeśli na trybunach będzie rodzinnie i nic potencjalnie negatywnego nie będzie się tam działo. Ale uważam, że u nas tak właśnie jest. Wiadomo, mamy kibiców z Kamiennej, ale dzięki nim czujemy atmosferę meczu. Oni też mają swoje emocje i wartości. Gdy ktoś coś na ciebie da, to też coś na niego na tych trybunach dajesz. Wydaje mi się, że to nie wychodzi poza jakieś ramy i faktycznie można u nas przyjść z rodziną, usiąść, a dziecko się nie nasłucha czegoś niepotrzebnego. W porównaniu do innych stadionów jest naprawdę dobra atmosfera.

Twoim zdaniem łatwo w ogóle być kibicem Polonii?

Myślę, że kibice Polonii mają ciężkie życie w Warszawie. Muszą trochę uważać. Takie rzeczy jak wychodzenie poza stadion w koszulkach i w ogóle pokazywanie się w barwach, to nie jest łatwy temat. Rozmawiałem z kilkoma osobami, które są dłużej w klubie czy też od zawsze są za klubem. Trzy czwarte czy nawet więcej, 90 procent, Warszawy jest za Legią. Po prostu trzeba uważać.

Wejście do Ekstraklasy to jasno postawiony cel wewnątrz klubu na ten sezon?

To taki sezon i moment, że chyba już oficjalne stanowisko jest takie, iż od początku walczymy o to, by awansować do Ekstraklasy.

Realnie widzisz na to duże szanse? Również mając na uwadze odejście Zjawińskiego.

Bardzo doceniam to, co zrobił „Zjawka” w ostatnich dwóch sezonach, bo to był genialny wynik bramkowy. Na pewno 1:1 ciężko będzie go zastąpić, ale nie ma ludzi niezastąpionych. Zawsze wychodzę z założenia, że to nie jest tak, iż po wyciągnięciu jednego elementu od razu jesteś skazany na to, że będziesz się bujał w środku tabeli czy psim swędem wejdziesz do baraży. Patrząc na wzmocnienia na różnych pozycjach, uważam, że kadra jest budowana dobrze. Właściciel wyciągnął wnioski, co nie grało w zeszłym sezonie, gdzie były problemy i tam też przyszli jakościowi zawodnicy. Więc myślę, że pomimo straty najlepszego napastnika w ostatnim czasie, kadra Polonii jest mocniejsza.

Twoja umowa jest ważna do połowy 2027 roku. Latem pojawiły się jakieś bardziej konkretne zapytania z innych klubów?

Od początku mówiłem, że chciałbym wykonać misję tutaj. Otrzymałem dwuletni kontrakt i pojechałem na wakacje z myślą, że zostaję. Że jeśli na stole nie będzie niczego mega konkretnego, czegoś znacznie lepszego lub bardziej rozwojowego, to nawet nie chcę dostawać informacji od menedżera, bo mnie to kompletnie nie interesowało.

Masz na koncie 137 występów w Ekstraklasie. Jest w twojej głowie coś takiego, że chciałbyś jeszcze podkręcić ten licznik?

Mam taki cel. Spędziłem trochę czasu w Ekstraklasie, a do klubu dwustu brakuje mniej więcej dwóch sezonów. Super byłoby wrócić i jeszcze trochę namieszać na tym poziomie.

Najlepszy czas w niej miałeś w Górniku Zabrze. Z twojej perspektywy ocierałeś się wtedy o coś jeszcze większego? Mam na myśli topowy poziom w lidze lub inny fajny transfer.

Były momenty, gdy mogłem myśleć, by iść do jakiegoś topowego klubu w Ekstraklasie, ale zabrakło mi konsekwencji i stabilizacji, żeby rozegrać bardzo dobry cały sezon. Były udane chwile, ale też kilka gorszych i tak też byłem chyba wtedy postrzegany - jako zawodnik, który może rozegrać świetny mecz, lecz i bardzo słaby.

A pojawiła się jakaś propozycja?

Chciałbym dać ci jakiś smaczek, ale konkretnego papieru czy oferty na takim poziomie nie było. Pojawiały się jakieś rozmowy czy zapytania, lecz ma je trzy czwarte zawodników.

Co pierwsze przychodzi ci do głowy, gdy pada nazwisko Jana Urbana? Właśnie w szeregach Górnika rozegrałeś pod jego skrzydłami najwięcej spotkań w karierze.

Jan Urban zbudował mnie w Ekstraklasie i dał dużą szansę w sezonie, gdy obaj przyszliśmy do Górnika. Postawił na mnie na prawym wahadle i wierzył, że tam się rozwinę. Przenosząc się do Zabrza, nie byłem super gotowy, by od razu wskoczyć do pierwszego składu. Będąc wcześniej w Mielcu, rozegrałem w Ekstraklasie końcówkę rundy, gdy walczyliśmy o utrzymanie i finalnie je uzyskaliśmy. Tamtą końcówkę miałem regularną i faktycznie występowałem na tym wahadle, ale to nie było jeszcze takie ogranie, żeby myśleć o pewnej pozycji w Górniku. Przyszedłem do niego z nastawieniem, że trafiam do wielkiego klubu, to świetna szansa i resztę będę musiał sobie wyrwać. Nie wiedziałem, czy będę grał, czy przesiedzę pół roku albo rok na ławce. Dał mi szansę, robiłem wszystko, żeby z niej skorzystać i finalnie to był dobry sezon.

Obecny selekcjoner reprezentacji Polski znany jest ze swojego hiszpańskiego luzu, otwartości, wręcz ciepła. Wtedy też taki był?

Właśnie tak. Przeprowadziliśmy sporo rozmów jeden na jeden, które były dla mnie bardzo owocne. Trener potrafił słuchać. Miał swoje zdanie i próbował też przekonać do niego rozmówcę, ale jednocześnie słuchał innych. Był również bardzo dobry w codziennym funkcjonowaniu, jeśli chodzi o taki „small talk” z zawodnikami. To będzie wychodziło w kadrze Polski. Wiem, że w ostatnich latach mogło w niej tego brakować. W tym aspekcie trener Urban może dodać podczas odbywających się raz na jakiś czas zgrupowań wiele dobrego. Może to też przyczynić się do coraz lepszych wyników. W kwestii hiszpańskiego luzu sam musiałem się dużo nauczyć i było to fajne doświadczenie.

Z czyjej strony wynikło bardziej twoje odejście z Górnika? Najpierw był temat zmiany otoczenia i dopiero pojawił się Ruch Chorzów, czy to było nagrane wcześniej?

W końcówce rundy grałem trochę mniej i dostałem wtedy informację od trenera Urbana, że nie obiecuje mi, że będę występował więcej. Słysząc coś takiego, moja ambicja nie pozwalała mi w tamtym momencie, by zaakceptować siedzenie na ławce w większym wymiarze czasu i brak regularnej gry. Do tego dochodziła kwestia kończącego się za pół roku kontraktu. Delikatnie szukałem innego miejsca do występów w Ekstraklasie i zaraz po świętach pojawił się temat Ruchu.

Kiedyś na łamach „Przeglądu Sportowego” podkreśliłeś, jak ważną rolę odegrała w twojej karierze żona. Myślisz, że gdyby nie ona, byłbyś w tym miejscu, w którym jesteś i miałbyś tyle występów choćby właśnie na poziomie Ekstraklasy?

Zawsze sprzeczamy się na ten temat (śmiech). Żona mówi mi, że gdyby nie ona, grałbym teraz u siebie w LKS-ie Tempie Puńców. Ale coś w tym jest. Nie jest żadną tajemnicą, że jesteśmy ze sobą od 17. roku życia, czyli jeszcze od czasów internatów w Stadionie Śląskim Chorzów. Myślę, że wtedy wykonała największą pracę. Byliśmy jeszcze małolatami i nie musiała we mnie wierzyć. To były początki związku, byliśmy dzieciakami. Bardzo zaangażowała się w ten temat od początku. W przeciwieństwie do niej ja byłem jeszcze niedojrzały i inaczej patrzyłem na różne sprawy. Bardzo dużo mi ona dała. Najbardziej pamiętam to właśnie w pierwszych latach, gdy tak naprawdę nie miałem nic z tego grania. Bo ani nie było kasy, ani nie występowałem w większych klubach. Nigdy nie byłem też promowany jako gwiazda swojego rocznika. Nie byłem nawet powoływany do kadry Śląska. Jakby popatrzeć na to z boku - wizjonerka, że w to uwierzyła.

Jak spełniasz się w roli taty? Jest to coś, co wyobrażałeś sobie wiele lat temu, czy wygląda jednak zupełnie inaczej?

Ja sobie tego nigdy nie wyobrażałem. Mając 20 czy 21 lat, w ogóle nie myślałem o takich rzeczach. Będąc jednak tyle lat razem, mając świadomość, że to faktycznie kobieta mojego życia, człowiek przyśpiesza pewne sprawy. Dosyć szybko wszystko zaczęliśmy jak na te czasy, bo ślub w wieku 24 lat, pierwsze dziecko - w wieku 25. A co do dzieci, jest to coś pięknego. Życie zmieniło się całkowicie. Nie ma już tylko: „Ja, ja, ja” i patrzenia na świat indywidualnie. To coś zupełnie innego, ale jest świetnie.

Pewnie wiąże się z zupełnie innymi wartościami. Wracając do domu, piłka, choć dalej ważna, schodzi na dalszy plan?

Tak jest i to jest fajne, bo wcześniej człowiek bardzo się na tym wszystkim fiksował. Kiedy powinien odpuścić i odpocząć, wbijał się w nowe rzeczy i analizowanie, czy powinien zrobić lepiej to, czy tamto. Czasami po prostu wystarczy odpuścić. Dać temu chwilę poleżeć. Zająć się rodziną i zwyczajnie złapać energię, a nie tylko analiza i robota, robota, robota. Podchodząc do wszystkiego w taki sposób, człowiek wpada w dołki, a przynajmniej ja tak kiedyś miałem. Więc teraz na pewno jest łatwiej, jeśli chodzi o piłkę.

A jakbyś miał zestawić, powiedzmy, najbardziej wymagającego do tej pory pod tym względem trenera oraz twoją drugą połówkę, kto byłby bardziej krytyczny pod kątem twoich poczynań boiskowych?

Moja żona ma kompletnie inne podejście, jeśli chodzi o te aspekty. Raczej mnie nie krytykuje, jest bardziej wspierająca. Jak powie coś negatywnego, to wiem, że musiało być naprawdę źle (śmiech). Więc w tym przypadku jest to raczej w drugą stronę. Wie, ile człowiek poświęcił i poświęca temu czasu.