Więcej przypadku niż konkretów. Lechia musi zasłużyć na przełamanie

rok temu Więcej przypadku niż konkretów. Lechia musi zasłużyć na przełamanie
fot. Aleksandra Sieczka

Zamiast życiodajnego tlenu, kilka kolejnych kwestii „do poprawki”. Paradoksalnie zwycięstwo z Piastem jeszcze mocniej zarysowało ogrom problemów, z jakimi zmagają się Nowak i jego podopieczni.

Hurraoptymizm jest ostatnią rzeczą, jakiej w tym momencie potrzebują gdańszczanie. 3 punkty powinny zmusić do włożenia jeszcze większego wysiłku w (od)budowę drużyny, zamiast zapewniać jej chwilę oddechu i mieć jedynie funkcję psychologiczną. Morale są ważne, ale nie w momencie, gdy organizacja gry kapituluje na kilku frontach jednocześnie.

Nie psychika, a stabilizacja

Tym bardziej, że kłopoty lechistów nie ograniczają się jedynie do braku woli walki i frustracji wywołanej tym, że wciąż nie mogą przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść w sposób przekonujący, a sięgają znacznie, znacznie głębiej. Aż do fundamentów zespołu, które wyglądają tak, jakby zostały wylane pospiesznie i jeszcze szybciej je zadeptano. Piłka toczy się bez ładu i składu, na pierwszy plan wybijają się rozpaczliwe reakcje i postępujący chaos. Nie oznacza to jednak, że Lechia nie może poprawić swojego ligowego bytu: musi „jedynie” zacząć od podstaw.

8 kolejek = 8 różnych zestawień defensywy. Począwszy od trójki z tyłu  w meczu otwarcia (Wawrzyniak, Nalepa, Maloca) przez najróżniejsze warianty 4-osobowe wyróżniające się nieustanną wymiennością na pozycji stopera i jeszcze jeden eksperyment z trzema piłkarzami (Nunes, Vitoria, Nalepa) aż po powrót w minionej serii rozgrywek do tria w zmienionym składzie personalnym (Wawrzyniak, Augustyn, Wojtkowiak). Trudno wypatrywać jakiejkolwiek stabilizacji (nie wspominając już o powtarzalności) w obrębie gdańskiej obrony, a poprawy sytuacji wcale nie widać w wyższych sektorach boiska. Bynajmniej nie są to zmiany w stosunku jeden do jednego, mające bezpośrednie zastosowanie w strategii na dane spotkanie. Matras przeplatany z Łukasikiem, Łukasik z Krasiciem i Nunesem. Przykłady narzucają się same.

Lechia mogła w prosty sposób narzucić swoje warunki gry, ale zamiast tego… z nieznanych powodów wolała się wycofać. Nie wykazano żadnej aktywności w środkowej strefie boiska. Augustyn, Wojtkowiak i Sławczew posyłali długie piłki na najbardziej wysuniętego Paixao, rzadziej rozgrywano przy linii bocznej wykorzystując Stolarskiego. Niezależnie od wariantu rozegrania problem pozostawał niezmienny: brakowało wyjścia na pozycję.

Zakładając, że Sławczew poruszał się w okolicach rygla zabezpieczającego tyły, wciąż pozostawało trzech kreatywnych piłkarzy (Wolski, Krasić, Lipski), którzy mogli wyjść do podania i pozwolić Lechii na nieco dłuższe utrzymanie się przy piłce, a tym samym zawiązanie jakiejś konkretnej akcji ofensywnej. Zamiast tego lechiści uparli się na dalekie wznawianie gry i bezpośrednie próby uruchamiania Paixao. „Próby” są tu słowem jak najbardziej na miejscu, bowiem rzadko kiedy Portugalczykowi udało się zgasić piłkę do nogi i jeszcze odwrócić się z rywalem na plecach. W tym samym czasie Piast ewidentnie gubił się, gdy przeciwnik zaczynał przyspieszać i grać na jeden kontakt. Tym bardziej niezrozumiała wydaje się być taktyka lechistów, którzy zdawali się tego zupełnie nie dostrzegać. Konsekwentnie trzymali się długich podań z góry skazanych na stratę i sprawiających, że gra była pozbawiona jakiejkolwiek płynności.

Jest to tym większy fenomen, bowiem pierwsza bramka dla Lechii padła właśnie dzięki podejściu wyżej i przyspieszeniu. Wolski wykorzystał złe wprowadzenie piłki do gry (zresztą, nie tylko on zajął się pressingiem – sporą rolę odegrali Lipski i Stolarski, którzy ściągnęli na siebie uwagę przeciwnika), zabawił się z przeciwnikiem na plecach i uruchomił wychodzącego na pozycję Krasicia. Wystarczyło „tylko” dobrze dograć do Paixao…

W dalszej części spotkania na próżno było wypatrywać konkretów tego typu ze strony gości. Lechia wycofała się na własną połowę, ustawiła znacznie szerzej i już nawet nie próbowała spychać gliwiczan, czy narzucać swoich warunków. Oddała inicjatywę i przyszło jej za to słono zapłacić. Boczne sektory boiska przestały być wykorzystywane, całkowicie zastąpił je schemat rozegrania od linii obrony z pominięciem środkowej strefy boiska.

Reakcja łańcuchowa

Piast nie potrzebował bardziej wyraźnego sygnału do ataku. Wystarczyło spojrzeć na Zivca, który od +/- 25. minuty gry mógł sobie pozwolić na swobodną ocenę sytuacji i zmiany tempa ataku. Defensywa pozostawiała mu bardzo dużo miejsca. Już nawet nie chodziło o indywidualne błędy, a brak komunikacji objawiający się z problemami w kryciu, zbyt późnym startem do przeciwnika. Doskonale było to widoczne w momencie akcji bramkowej, gdy nie tylko Ziviec długo utrzymywał się przy piłce jeszcze przed polem karnym, a zarówno Konczkowski, jak i Vranjes mogli wywalczyć sobie dogodną pozycję. Wzorcowym zachowaniem wykazał się zwłaszcza ten drugi, wykorzystując cały czas trwania akcji na organizację przestrzeni między 11. a 20. metrem. Nikt mu wówczas nie przeszkodził. Lechistom brakowało zdecydowania w doskoku i tym samym ograniczenia dostępu do własnej bramki.

Co najciekawsze, na zachowanie gospodarzy nie miała wpływu czerwona kartka dla Sławczewa. Zdecydowanie więcej czerpali z wycofania przeciwnika niż jego gry w osłabieniu. Odwrotnie Lechia, która na stratę zawodnika zareagowała popłochem i postępującym chaosem. Gra lechistów stała się jeszcze bardziej szarpana, brakowało jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Nie wspominając już o kimś, kto weźmie na swoje barki odpowiedzialność za uspokojenie gry i poukładanie drużyny na boisku. Zupełnie irracjonalne było także jak najszybsze pozbywanie się piłki – plan na mecz się nie zmienił, podopieczni Nowaka nadal uparcie kierowali długie podania na osamotnionego Paixao zamiast przytrzymać futbolówkę i złapać jakiś rytm. Trudno się dziwić, że gospodarze nie mieli większych problemów z przechwyceniem piłki i wyjściem z kontrą. Paradoksalnie więcej ruchu w środku pola pojawiło się po wejściu na boisku Łukasika. Konkretów nadal brakowało, ale można było dostrzec jakiś zalążek ruchu. Nieco inaczej wyglądała kwestia z Romario Balde, bo chociaż trener Nowak zdawał się trafić z nim w „dziesiątkę”, to nie można zapominać, że jeszcze przed trafieniem wychowanek Benfiki kilkakrotnie w prosty sposób stracił piłkę.

Naprawdę zabrakło niewiele, żeby Lechia po raz kolejny pluła sobie w brodę po tym, jak na własne życzenie pozwoliła przeciwnikowi odzyskać kontrolę. Bo zwycięzcą tego meczu nie została ekipa, która faktycznie przeprowadziła więcej udanych akcji ofensywnych i miała po swojej stronie wyraźne argumenty, a ta, która popełniła o jeden błąd mniej. Gdańszczanie potrzebują przede wszystkim ustabilizowania składu (wydaje się, że już wszystkie opcje zostały gruntownie przemaglowane), a jeśli nie całej jedenastki, to chociaż części defensywnej. To właśnie tam można upatrywać źródła problemów. Na grę w osłabieniu z pewnością zupełnie inaczej zareagowałaby drużyna, która zna się na wylot i wie w jaki sposób może uzupełnić lukę po koledze. Tyle szczęścia może już nie być w następnych spotkaniach. Trzeba podjąć konkretne działania i wyznaczyć skład do nauki odpowiednich mechanizmów. Nauki od podstaw, bo w gdańskiej Lechii zmieniło się zdecydowanie za dużo.

 



ŹRÓDŁO
transfery.info
TAGI: Lechia Gdańsk Piast Gliwice Piotr Nowak Ekstraklasa Polska
| AKTUALNOŚCI | TRANSFERY | PUBLICYSTYKA | REKLAMA | REDAKCJA | KONTAKT | POLITYKA PRYWATNOŚCI
© 2004-2018 TRANSFERY.INFO. Wszelkie prawa zastrzeżone.